Translate

piątek, 21 sierpnia 2026

FASCYNUJACE CUDA ŚWIATA W ARCHITEKTURZE


  Spójrzcie na  fascynujące cuda świata stworzone przez człowieka.

  W północnej Finlandii społeczność artystów spędza każdej zimy pięć tygodni na budowaniu efemerycznego zamku z lodu, który roztopi się wiosną. W Belgii pensjonat oferuje pokój w kształcie konia trojańskiego, z mostem zwodzonym i wszystkim, co potrzebne. A w Kanadzie można wejść do wnętrza ogromnej kamery otworkowej. Te konstrukcje to arcydzieła architektury, designu i wyobraźni. Poniżej przedstawiamy niektóre z najbardziej uderzających cudów stworzonych przez człowieka, o których wiemy, a których być może nie znasz – od hoteli po mosty z korzeni drzew.

Kaplica Sea Ranch , Kalifornia

  Zainspirowana falami pobliskiego Pacyfiku i naturalnym krajobrazem wybrzeża, ta duchowa przystań sprawia, że ​​odwiedzający czują się jak w bajce. Zbudowana w 1985 roku z lokalnej miedzi i sekwoi przez lokalnych cieśli i budowniczych, bezwyznaniowa kaplica została wzorowana na muszli ślimaka mureksa, choć inni porównują ją do grzyba lub hełmu konkwistadora.



  Robert i Betty Buffum, oboje mieszkańcy Sea Ranch, przekazali kaplicę społeczności ku pamięci Kirka Ditzlera, lokalnego pilota marynarki wojennej i artysty, mając nadzieję, że stanie się ona schronieniem dla wszystkich.

Domek Montaña Magica w Chile

  Ten hotel to po części wodospad, po części wulkan, po części domek na drzewie, a po części dzieło sztuki na lądzie. Wygląda, jakby został wkopany w naturalną kamienną iglicę, ale Montaña Mágica Lodge został zbudowany ludzką ręką, z lokalnie pozyskiwanego drewna i kamienia.




   Woda spływa po ścianach budynku między oknami dla gości, przepływając pod bujnymi warstwami dżungli porastającej elewację. Dostęp do niego jest możliwy tylko przez most linowy, ale podróż wynagradzają jacuzzi wyrzeźbione w ogromnych pniach drzew, z widokiem na Rezerwat Biologiczny Huilo-Huilo.


The Big Pineapple , Republika Południowej Afryki

   Dla tych, którzy szukają magicznego miejsca na nocleg, La Balade des Gnomes oferuje wyjątkowe doświadczenie noclegu ze śniadaniem. Określenie „pokój tematyczny” nie oddaje w pełni pomysłowego wystroju i misternych detali, które przenoszą gości do różnych, fantastycznych światów. ierzący niecałe 17 metrów wysokości, Wielki Ananas, stojący na obrzeżach Bathurst, to największy na świecie budynek z ananasami.


   Okoliczne tereny to głównie tereny rolnicze, znane z produkcji słodkich owoców, więc miejscowi postanowili naturalnie uhonorować dobrobyt, jaki przyniósł, wznosząc ten potężny budynek. Wielki Ananas został wzniesiony w latach 80. XX wieku z metalu i włókna szklanego, a w jego wnętrzu mieści się muzeum poświęcone – cóż, czemu innemu – i oferujące szeroką gamę produktów ananasowych na sprzedaż.


Casa Salderini , Włochy

   Znany również jako Dom Wieloryba lub Dom Dinozaura, Casa Salderini został zaprojektowany przez Vittorio Giorgini, florenckiego architekta zainteresowanego związkiem architektury z naturą. 



   Zbudowany w 1962 roku, był pierwszym na świecie budynkiem zbudowanym na bazie izoelastycznej membrany z betonu i siatki drucianej. Nawet podłoga domu jest falista, ale pomimo organicznych krzywizn, budynek jest dość stabilny.


Zamek śnieżny Kemi , Finlandia

   Każdej zimy od 1996 roku miasto Kemi w fińskiej Laponii buduje potężny zamek ze śniegu, który każdej wiosny topi się w błotnisty szlam.



   Budowa kompleksu zamkowego zajmuje pięć tygodni: 3,5-metrowe mury zamku obejmują hotel, galerię sztuki i kaplicę, gdzie ludzie z całego świata przybywają, aby wziąć ślub. Każda część jest oświetlona kolorowymi światłami, które dodają splendoru lodowym ścianom i odrobinę blasku mrocznym arktycznym zimom.

Balada Gnomów Belgia, Heyd

   Fantastyczny pensjonat z magicznie wyjątkowymi pokojami.

 Architekt z marzeniami stworzył to wyjątkowe miejsce na pobyt w Heyd w Belgii . Oferuje ono 10 pokoi o różnej tematyce oraz restaurację gourmet. Każdy pokój jest niepowtarzalny, a tematyka przewodnia jest różnorodna – od pobytu na Księżycu, przez życie pod ziemią jako troll, po życie na żaglówce (z prawdziwą piaszczystą plażą!), chatkę w lesie, po różnorodne inne regiony i światy fantasy.

 Najsłynniejszy apartament to wolnostojący, dwupiętrowy budynek w kształcie konia trojańskiego.


  Apartament „Koń Trojański” ma własne, zwodzone wejście przez most zwodzony. Głowa konia to pomieszczenie, które można przesuwać za pomocą dźwigni. Cały budynek sprawia wrażenie mitycznego, średniowiecznego, drewnianego, postapokaliptycznego domu mobilnego. Dodatkowym atutem jest jacuzzi.

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 



czwartek, 20 sierpnia 2026

SKRZYPIĄCA KLAMKA BUNTU, CZYLI NOCNE DYLEMATY W SPORTOWYCH BUTACH


Paula Rego- "Posłuszeństwo i bunt"


  Mieszanie faktów z absurdem to moja specjalność, ale kiedy zaczynam analizować wielką sztukę, moja wyobraźnia wchodzi na najwyższe obroty. Spójrzcie na ten niezwykły obraz Pauli Rego zatytułowany „Posłuszeństwo i bunt”. Widzimy na nim młodą dziewczynę, skuloną na ciemnej, skórzanej kanapie.

     Na pierwszy rzut oka – podręcznikowy obraz karkołomnego wychowania w surowej dyscyplinie. Skromna fryzura, tradycyjny, ciemny szkolny fartuch zasłaniający kolana. Żadnych uciech, żadnych rozrywek, w których bezkarnie uczestniczą jej rówieśniczki. Ale spójrzcie niżej, na jej stopy. Te białe, nowoczesne adidasy i lekko opadające, zmięte skarpety krzyczą z płótna zupełnie inną historią! Te buty to manifestacja wolności.

  A teraz wyobraźcie sobie, co wydarzyło się chwilę wcześniej...
Moja bohaterka, nazwijmy ją umownie zbuntowaną uczennicą, wbrew surowemu zakazowi rodziców, wymknęła się wieczorem przez okno na upragnione tańce z koleżankami. Wyszalała się w tych swoich niesfornych sportowych butach, ale powrót okazał się brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Drzwi wejściowe były już zamknięte na głucho. Jedynym bezpiecznym azylem stał się nieopalany, ciemny przedpokój i stojąca w nim stara, chłodna kanapa.

   Nie chcąc budzić surowych domowników i prowokować awantury, dziewczyna cichutko niczym mysz kładzie się na poduszce, podkurcza nogi i próbuje udawać, że jej tu nie ma. Pragnie zasnąć, zapomnieć o chłodzie. I w tym momencie dopada ją... proza życia.

    Nagle, w głębi nocy, pojawia się problem najwyższej wagi. Dziewczyna zaczyna rozpaczliwie marzyć o toalecie. Ta domowa, luksusowa, znajduje się tuż za drzwiami, w głębi mieszkania. Co robić? Czas nagli, natura nie pyta o stopień posłuszeństwa czy buntu! Decyzję trzeba podjąć natychmiast.
Opcja pierwsza: zapukać do drzwi sypialni rodziców, zalać się łzami, okazać głęboką skruchę, przyjąć karę na klatę, ale w zamian zyskać upragniony dostęp do domowych wygód.

   Opcja druga: wytrwać w buncie do końca! Wyślizgnąć się z powrotem na zewnątrz, przejść przez ciemny ogród i odwiedzić letni, podwórkowy przybytek ulgi. Tylko jak to zrobić bezszelestnie? Żeby wyjść na zewnątrz, musi najpierw nacisnąć ciężką, metalową klamkę wyjściowych drzwi. A ta, jak na złość, w głuchym środku nocy wyda przeraźliwy, metaliczny jęk, który natychmiast postawi na nogi cały dom.

  Dziewczyna zamarła w bezruchu. Czas ucieka, pęcherz pulsuje w rytm tykania zegara, a klamka czeka. Co wybierze nasza bohaterka? Tego dowiemy się pewnie w kolejnym odcinku, bo – jak mawiała Pani Muszyńska – z wiatrem i naturą nie pogadasz, a sekundy płyną!

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj


środa, 19 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA c.d. ROZDZIAŁY (37-38)

 


Rozdział 37: Pożegnanie na czas pobytu w sanatorium


     Piotr od rana wyrwał się z domu, ponieważ miał jeszcze do załatwienia pilną, terminową sprawę w mieście. Dokładnie pół godziny później zapukał już do drzwi mieszkania Heleny. Zobowiązał się bowiem wcześniej, na prośbę córki, że przed zawiezieniem kobiet do sanatorium osobiście naprawi zepsuty zamek w drzwiach wejściowych starszej pani. Gdy skończył pracę i zbierał swoje narzędzia, rzucił na odchodnym cichym, przejętym głosem:
    — Proszę jej tam dobrze pilnować, pani Heleno.
  Helena spojrzała na niego z ciepłym, pełnym zrozumienia uśmiechem i odpowiedziała miękko:
   — Panie Piotrze, przez dwadzieścia długich lat robił to pan każdego dnia. Ja mogę to robić jedynie przez najbliższe trzy tygodnie.
   Piotr pokiwał w milczeniu głową, poruszony tą odpowiedzią, i uścisnął jej dłoń.
   A teraz możemy już jechać po Elwirę. Pani pozwoli, wezmę walizkę.
   W tym samym czasie Elwira stała w przedpokoju rodzinnego domu, powoli dopinając zamek ciężkiej, zimowej kurtki. Duża walizka na kółkach czekała już spakowana tuż przy drzwiach wyjściowych. Matka stała sztywno w progu kuchni z założonymi na piersiach rękami, usilnie udając, że poprawia bawełnianą ściereczkę do naczyń. Jej uciekający w bok wzrok zdradzał jednak wszystko.
   – No to jadę, mamo – powiedziała cicho Elwira, podchodząc o krok bliżej.
  – Jedź, jedź. Przecież cię tutaj na siłę nie trzymam – burknęła pod nosem Maria, ale jej głos nie był już tak twardy i nieprzyjemny jak podczas niedawnej rozmowy telefonicznej. Był kruchy, wręcz bezbronny.
   Elwira nie dała się sprowokować tej udawanej obojętności. Zamiast tego zrobiła coś, czego z powodu narastającego dystansu nie robiła już od wielu lat. Podeszła zdecydowanym krokiem i mocno, z całych sił objęła matkę ramionami. Poczuła wyraźnie, jak zmęczone ciało kobiety najpierw mocno sztywnieje z nagłego zaskoczenia, a potem powoli, bezradnie i łapczywie wtula się w jej młode ramię.



  – Mamo, posłuchaj mnie uważnie – szepnęła Elwira, odsuwając się na moment i patrząc jej prosto w oczy. – Helena to tylko moja dobra przyjaciółka. Pomagam jej teraz, bo jest starsza i bardzo chora. Ale ty pod żadnym pozorem się nie bój. Nigdy cię nie zastąpi.
    W oczach Marii na ułamek sekundy błysnęły wielkie, lśniące łzy, które natychmiast, jednym gwałtownym mrugnięciem powiek spróbowała ukryć przed wzrokiem córki.
  – No już, leć, tata z Heleną czekają już w aucie - odchrząknęła głośno, klepiąc Elwirę czule po plecach. – I ten szalik załóż porządnie pod szyję. Dzisiaj mocno wieje
   Elwira uśmiała się ciepło, zamknęła walizkę i wyszła z domu. Ogromny kamień w jednej sekundzie spadł jej z serca. Wiedziała, że może jeszcze nie do końca przekonała mamę, że nic złego jej z boku nie grozi, ale wierzyła, że czas i cierpliwość ostatecznie uleczą te trudne emocje. Elwira wreszcie, z pełną odwagą, rozpoczynała swój zupełnie nowy, wyczekiwany rozdział.


Rozdział 38: Sanatorium – pierwsza wizyta

   Zimowe Lipowo - Zdrój przywitał je bajkowym, gęstym, śnieżnym krajobrazem. Zabytkowy, tonący w bieli Park Zdrowia wyglądał w popołudniowym świetle dokładnie tak, jakby został wycięty ze starej, przedwojennej pocztówki. Przydzielony im sanatoryjny pokój okazał się niezwykle przytulny, choć urządzony w klasycznym, nieco nostalgicznym i retro stylu. Elwira, ledwo przekroczywszy próg, natychmiast, z wrodzoną sobie determinacją przeszła w tryb absolutnego „menedżera zdrowia Heleny”.
   – Helenko, siadaj natychmiast na łóżku! – dyrygowała pewnie od samego progu, z impetem rozpakowując ciężkie walizki. – Ty od dzisiaj niczego nie dźwigasz, jasne? Ja poukładam wszystkie twoje swetry w szafie. Gdzie masz schowaną tę oficjalną rozpiskę leków od kardiologa? Daj mi ją szybko, przykleję ją na łazienkowym lustrze, żebyśmy na pewno o niczym nie zapomniały. Pijesz już tę wodę mineralną? Lekarz domowy wyraźnie kazał pić całą szklankę tuż przed obiadem. Leż teraz spokojnie i odpoczywaj, a ja lecę szybko do pielęgniarek na korytarz podbić nasze karty zabiegowe!
   Helena siedziała potulnie na samym brzegu pościelonego łóżka, wpatrując się w ten młodzieńczy huragan energii z niesamowitą mieszaniną głębokiego rozczulenia i lekkiego zawrotu głowy.
   – Elwirko, bardzo cię proszę, zwolnij trochę… – śmiała się cicho starsza kobieta. – Przecież ty też przyjechałaś tutaj przede wszystkim po to, żeby wreszcie odpocząć.
  – Ja najlepiej na świecie odpoczywam w działaniu! – odkrzyknęła jej wesoło Elwira, łapiąc w locie puszysty ręcznik i plastikowy kubek przeznaczony na kurację wodną.
   Chwilę później stały już przed drzwiami opisanymi jako Gabinet Lekarski numer 12. W progu niespodziewanie stanął mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. Miał na sobie nienagannie leżący, śnieżnobiały, wyprasowany fartuch lekarski, spod którego wyraźnie rysował się kołnierzyk eleganckiej, ciemnoniebieskiej koszuli. Był wysoki, lekko szpakowaty na skroniach, o niezwykle głębokim, inteligentnym spojrzeniu i magnetycznym, niskim głosie.
    – Pani Helena? – zapytał, a jego usta natychmiast rozluźniły się w szarmanckim, ciepłym uśmiechu. Spojrzał najpierw z szacunkiem na Helenę, a potem jego wzrok na znacznie dłuższą chwilę zatrzymał się na stojącej blisko obok Elwirze, która wciąż trzymała kurczowo w ręku sanatoryjny ręcznik i plastikową butelkę.
   – Zapraszam panie serdecznie do środka. Zajmiemy się teraz profesjonalnie pani sercem.
   Elwira w jednym ułamku sekundy całkowicie straciła swój niedawny, rewolucyjny rezon. Doktor miał w sobie coś takiego, że w surowym dotąd gabinecie medycznym zrobiło się jakby znacznie cieplej i bezpieczniej. Gdy przyjrzała mu się dokładnie z bliska… tak, to był bez wątpienia On, ten sam Niezłomny Ułan, którego twarz mignęła jej w telewizyjnym reportażu o transplantacji.


   Przeglądając w skupieniu grubą dokumentację szpitalną Elwiry z renomowanych klinik warszawskich, lekarz z uznaniem pokiwał głową. Stwierdził spokojnie, że doskonale zna te wszystkie szpitale, ponieważ sam pochodzi z Warszawy i w tej konkretnej placówce kardiologicznej miewał przed laty nocne dyżury rezydenckie. Rozmowa szybko i sprawnie potoczyła się w stronę planowania odpowiednich zabiegów zdrowotnych dla obydwu pań.
   Większość z zapisywanych pozycji była Elwirze dobrze znana ze słyszenia na szpitalnych korytarzach, ale termin „suchy masaż” wzbudził w jej głowie lekką konsternację. „To znaczy, że w sanatorium jest też jakiś masaż mokry?” – pomyślała rozbawiona, ale uznała, że nie będzie się niepotrzebnie ośmieszać i dopytywać o takie detale przystojnego doktora. Wszystko ostatecznie okaże się przecież w praniu. Bardzo ładnie i wręcz bajkowo brzmiała na liście „kąpiel perełkowa”, natomiast czarne okłady borowinowe brzmiały już w jej uszach znacznie mniej zachęcająco.
   Na sam koniec wizyty nie obyło się bez oficjalnego zatwierdzenia całej dokumentacji. Tym razem ruch ręki nie skończył się głośnym, urzędowym uderzeniem, jak u pani Haliny w NFZ, ale nie mniej stanowczym, precyzyjnym odciśnięciem okrągłej pieczątki na papierze:
    Ordynator Sanatorium Lipowo - Zdrój, dr n. med. Nikodem Śląski, specjalista kardiolog.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj


LEGENDA O KOBIECIE - FOCE

   Na wyspie Kalsoy (Wyspy Owcze) stoi posąg, który według miejscowej legendy rzucił klątwę na miasto Mikladalur.

  Legenda głosi, że foki były kiedyś ludźmi i co roku, dwunastego dnia po Bożym Narodzeniu o zmierzchu, wychodzą na brzeg, zrzucają skórę i bawią się w ludzkiej postaci aż do wschodu słońca, kiedy to ponownie zakładają foczą skórę i powracają do oceanu.


   Pewien rybak z Mikladalur, usłyszawszy tę legendę, schował się za dużą skałą i obserwował przemianę. Szczególnie zwrócił uwagę na osobę, która przemieniła się w piękną młodą kobietę.

   Z pożądania młody rybak ukradł jej skórę i czekał, aż wrócą do wody. Pozostałe foki, w tym jej partner, patrzyły z przerażeniem, jak rybak zbliża się do niej, niosąc jej skórę.

  Od tamtej chwili była z nim związana, dopóki miał jej skórę. Pobrali się i mieli dzieci, ale jej nowy los nie dawał spokoju. Jednak pewnego dnia rybak zapomniał zamknąć skrzynię, w której była zabezpieczona jej skóra, i gdy był na łodzi, zostawiła go z dziećmi, dołączając do rodziny na morzu.

   Czas mijał, lecz jego furia nie ustawała i nawet po błaganiach kobiety, aby nie atakował jej rodziny, on i mieszkańcy wioski zorganizowali polowanie na foki, zabili jedną z fok i jej młode, a następnie je zjedli.


Kobieta-foka powróciła do wioski jako banshee (w mitologii irlandzkiej zjawa w kobiecej postaci, najczęściej zwiastująca śmierć w rodzinie) i przeklęła mieszkańców wioski oraz ich potomków, mówiąc im, że do czasu, gdy jej klątwa dobiegnie końca, ich utopieni będą mogli trzymać się za ręce i tańczyć po wyspie.

  Trzymetrową statuę wykonaną z brązu i stali nierdzewnej wzniesiono w 2014 roku.

<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj

wtorek, 18 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA c.d. ROZDZIAŁY (32-36)




Rozdział 32: Mediolański upał i włoska awaria

   Cała dotychczasowa podróż pachniała specyficznie – skajem w kabinie wielkiego, ciężkiego Jelcza, benzyną na kolejnych przejściach granicznych i mocnym tytoniem z papierosów, które zmęczeni kierowcy palili bez żadnej przerwy, rozmawiając głośno przez szumiące nieustannie CB-radio. Świat za oknem zmieniał się gwałtownie z każdym przejechanym kilometrem, a Elwira, z paszportem mocno ściśniętym w dłoni i sercem podchodzącym z ekscytacji do samego gardła, miała nieodparte wrażenie, że właśnie przekracza granicę między starym, czarno-białym filmem a pełnym soczystego koloru kinem panoramicznym.
   Urokliwa miejscowość położona tuż pod Mediolanem, w której mieszkała ciotka Marta, była niezwykle cicha, spokojna i pełna soczystej zieleni. Elwira miała spędzić tam cały tydzień, a zakwaterowanie okazało się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Ciotka ugościła ją po królewsku, a jej nastoletnia, energiczna córka, Francesca, natychmiast mianowała się osobistą, oficjalną przewodniczką Elwiry po europejskiej stolicy mody i wielkiej sztuki. Ich wspólny plan na najbliższe dni był niezwykle ambitny: liczne muzea, najważniejsze zabytki, monumentalna Katedra Duomo i urokliwe, ciasne uliczki Mediolanu.
   Wszystko szło wręcz idealnie aż do czwartkowego poranka. Dziewczyny wsiadły wtedy do podmiejskiego autobusu, który miał je zawieźć prosto do tętniącego życiem centrum. Pojazd szybko zapełnił się pasażerami – głośni turyści z całego świata mieszali się z lokalnymi mieszkańcami jadącymi rano do pracy, tak że już po kilku przystankach szpilki nie szło wcisnąć między stłoczonych ludzi. Elwira zajęła upragnione miejsce tuż pod oknem, a Francesca usiadła blisko obok niej. Na zewnątrz słońce już od wczesnego ranka mocno i bezwzględnie przygrzewało, więc wszyscy pasażerowie z utęsknieniem czekali, aż chłodny nawiew klimatyzacji przyniesie im ulgę. Tymczasem po kwadransie jazdy Elwira poczuła coś dziwnego.
   – Francesca… – mruknęła, wiercąc się niespokojnie na twardym siedzeniu. – Czuję, jak coś strasznie, wręcz niemiłosiernie grzeje mnie w prawą łydkę.
   Francesca schyliła się szybko, dotknęła dłonią metalowej rury biegnącej tuż pod fotelem i natychmiast cofnęła rękę z głośnym, bolesnym sykiem.
  – Dio mio! Elwira, zamiast chłodzenia włączyło się ogrzewanie na pełną moc!
    Niestety, w tej samej sekundzie okazało się, że w nabitym do granic możliwości pojeździe nie ma absolutnie dokąd uciec. Autobus był tak zatłoczony, że jakiekolwiek przejście w inne miejsce graniczyło z cudem. Powietrze wewnątrz z sekundy na sekundę stawało się gęste, lepkie i duszące. Grzało jak licho, prosto z nawiewów przypodłogowych. Elwira czuła, jak strużki potu spływają jej po plecach, a srebrny naszyjnik-anioł na jej dekolcie zrobił się od tego żaru niemal parzący.
    – Elwira, spojrzyj na mnie – odezwała się nagle przerażona Francesca, patrząc na przyjaciółkę z szeroko otwartymi oczami. Ponieważ sama nie widziała swojej twarzy, nie zdawała sobie sprawy, że obie wyglądają w tym momencie dokładnie tak samo. – Masz całą podczerwoną twarz! Gorąco już ci gwałtownie uderza do głowy, zaraz tutaj zemdlejesz!
   W autobusie natychmiast podniósł się ogromny szum i wściekłe głosy. Pasażerowie zaczęli głośno pokrzykiwać w stronę kierowcy. Włoch za kółkiem dwoił się i troił, nerwowo wciskał czerwone guziki na desce rozdzielczej, coś gwałtownie przełączał, ale elektronika w starym pojeździe ani myślała słuchać jego komend. Ta usterka w drodze była po prostu niemożliwa do usunięcia. Widząc, że sytuacja z minuty na minutę robi się naprawdę niebezpieczna dla zdrowia podróżnych, kierowca zjechał gwałtownie z trasy i zatrzymał się z głośnym fuknięciem hamulców pneumatycznych na najbliższej stacji paliw.
   – Tutti fuori! – krzyknął donośnie, otwierając szeroko wszystkie drzwi.
    Dziewczyny wybiegły z dusznego wnętrza autobusu jako jedne z pierwszych. Oszalałe z palącego gorąca poleciały prosto do klimatyzowanego, chłodnego baru na stacji. Złapały z lodówki pierwsze zimne napoje, pijąc je łapczywie, a potem Francesca dokupiła jeszcze dwie butelki lodowatej, zmrożonej herbaty.



  – Masz, przyłóż sobie to szybko do policzków, bo aż parujesz! – zawołała, podając jedną z butelek Elwirze.
    – No, no, signorine! Nie róbcie tego pod żadnym pozorem! – zawołała łamanym angielskim, żywiołowo gestykulując rękami. – Taki nagły, lodowaty impuls na rozgrzaną twarz może wywołać potężny szok termiczny! To jest niezwykle niebezpieczne dla waszego serca i naczyń krwionośnych. Najpierw napijcie się powoli, schłodźcie cały organizm od środka.
   Elwira posłusznie opuściła butelkę, oddychając i łapiąc chłodniejsze powietrze z klimatyzatora. Przestraszyła się tym nagłym, bezwzględnym atakiem gorąca. „Spokojnie, tylko nie panikuj, damy radę” – pomyślała w duchu, gładząc delikatnie palcami srebrnego anioła spoczywającego na szyi.
    W tym samym czasie na zewnątrz stacji działy się już rzeczy kluczowe. Kierowca autobusu, po kilku kolejnych nieudanych próbach resetu głównego komputera, zrezygnowany dodzwonił się wreszcie do serwisu technicznego. Przez dobre dziesięć minut mechanik przez telefon, krok po kroku, cierpliwie instruował go, w jaki sposób ręcznie zmienić ukryte mechanicznie ustawienia i całkowicie odciąć dopływ gorącego powietrza do kabiny pasażerskiej.
    W końcu z wnętrza autobusu dobiegł radosny, głośny okrzyk kierowcy i triumfalny dźwięk ruszających z impetem wentylatorów. Tym razem z górnych krat buchnęło upragnione, lodowate, rześkie powietrze. Pasażerowie, już znacznie spokojniejsi, zaczęli powoli wracać na swoje stałe miejsca. Elwira, choć wciąż lekko oszołomiona tą przymusową sauną na kółkach, poczuła z ogromną ulgą, jak z każdym kolejnym kilometrem chłodu jej tętno powoli wraca do bezpiecznej normy. Do Mediolanu dojechały ostatecznie szczęśliwie, a przed wielkimi drzwiami pierwszego muzeum Elwira spojrzała na Francescę z szerokim uśmiechem:
   – No, to ten nasz wielki chrzest bojowy we włoskim, szalonym stylu mamy już oficjalnie za sobą. Teraz możemy wreszcie zacząć prawdziwe zwiedzanie.


Rozdział 33: W cieniu Duomo


   Gdy dziewczyny wysiadły wreszcie w tętniącym życiem centrum Mediolanu, rozległy plac przed główną świątynią dosłownie kipiał energią. W pełnym, popołudniowym słońcu potężna, marmurowa fasada słynnej Duomo di Milano lśniła niesamowitymi odcieniami bieli i subtelnego różu, a tysiące strzelistych, gotyckich wieżyczek celowało prosto w bezchmurne, włoskie niebo. Dla Elwiry, wciąż jeszcze lekko oszołomionej niedawną sauną na kółkach, ten zapierający dech w piersiach widok wydał się w pierwszej chwili wręcz nierealny.
   – Chodź szybko za mną – Francesca mocno złapała ją za rękę, sprawnie i z nawykiem omijając wielkie stada gołębi oraz nagabujących tłumnie turystów ulicznych sprzedawców pamiątek. – Musisz natychmiast odpocząć w głębokim cieniu.
   Gdy tylko przekroczyły potężne, ciężkie spiżowe drzwi wejściowe katedry, Elwira poczuła, jakby w jednym ułamku sekundy przekroczyła granicę dwóch zupełnie różnych światów. Ogłuszający gwar głośnego placu momentalnie i całkowicie ucichł, ustępując miejsca głębokiej, nabożnej i pełnej szacunku ciszy. Ale najważniejszy w tej chwili był chłód. Monumentalne, kamienne mury, wznoszone cierpliwie przez setki lat, skrywały w swoim wnętrzu zbawienną, rześką temperaturę, która natychmiast, niczym miękki koc, czule otuliła rozpalone do czerwoności ciało dziewczyny.



   Elwira oparła się ciężko o jedną z potężnych, marmurowych kolumn podtrzymujących wysokie sklepienie i delikatnie dotknęła jej otwartą dłonią. Kamień był lodowaty i przyniósł jej tak wyczekiwaną ulgę. Dziewczyna zamknęła oczy i wzięła głęboki, spokojny, niespieszny oddech. Poczuła, jak srebrny anioł spoczywający na jej szyi, przed momentem jeszcze niemal parzący od bezlitosnego słońca, powoli stygnie na jej skórze, odzyskując swój szlachetny, naturalny chłód.
   W tym ogromnym, mrocznym wnętrzu panował niezwykły, tajemniczy półmrok, rozświetlany jedynie przez gigantyczne, kilkumetrowe witraże. Słońce, które na zewnątrz tak bezlitośnie paliło pasażerów podmiejskiego autobusu, tutaj zamieniało się w feerię kolorowych, łagodnych i bezpiecznych smug światła – intensywnie czerwonych, niebieskich i czysto złotych – które malowniczo kładły się na chropowatej, kamiennej posadzce.
   – Wszystko w porządku? – spytała szeptem Francesca, przyglądając się przyjaciółce z nieskrywaną troską w dużych oczach.
     Paląca czerwień z twarzy Elwiry powoli ustępowała miejsca normalnemu, zdrowemu kolorytowi.
   – Tak… – szepnęła cicho Elwira, patrząc z zachwytem w górę, na niesamowite, strzeliste i koronkowe sklepienie nad ich głowami. – Tutaj jest po prostu cudownie. Czuję fizycznie, jakby całe to dzisiejsze zmęczenie i strach po prostu ze mnie parowały.
    Przez dobre dwadzieścia minut nie odzywały się do siebie ani słowem. Siedziały nieruchomo, chłonąc niesamowitą architekturę, specyficzny zapach wosku i ten kojący, mistyczny spokój. Kiedy Elwira w końcu wstała z ławki, jej krok był już teraz lekki, a na jej twarzy zagościł promienny, dawno niewidziany uśmiech. Była wreszcie w pełni gotowa, by otworzyć swoje pierwsze, wielkie drzwi.

Rozdział 34: Szklany salon Europy

   Wystarczyło przejść zaledwie kilkadziesiąt kroków przez rozgrzany słońcem plac, by stanąć bezpośrednio przed potężnym, triumfalnym łukiem wejściowym do słynnej Galerii Wiktora Emanuela. Gdy Elwira przekroczyła jej wysoki próg, aż uniosła wysoko głowę z niemego zachwytu. Zamiast tradycyjnego, ciężkiego sufitu, nad jej głową rozciągała się gigantyczna, misterna konstrukcja wykonana z ciemnego żelaza i czystego szkła. Jasne promienie popołudniowego słońca wpadały swobodnie przez wielką, centralną kopułę, rozświetlając z ogromną siłą eleganckie pasaże, luksusowe witryny najdroższych domów mody i misternie układane, barwne mozaiki na kamiennej posadzce.
   – Lokalni mieszkańcy mówią na to miejsce „salon Mediolanu” – wyjaśniła z nieskrywaną dumą Francesca, rozglądając się z uśmiechem dookoła. – Przepięknie tutaj jest, prawda?
   – Wow… – szepnęła cicho Elwira, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od przezroczystego dachu. – Ta konstrukcja jest genialna. Mój tata byłby absolutnie zachwycony tym, w jak genialny sposób połączono tutaj potężne, surowe żelazo z tak kruchym i delikatnym szkłem. To jest czysta, namacalna poezja nowoczesnej inżynierii.
   Dziewczyny szły niespiesznie wzdłuż eleganckich, bogato zdobionych fasad kamienic. Elwira czuła z ogromną ulgą, że po porannym, dusznym stresie w podmiejskim autobusie nie pozostał już w niej nawet najmniejszy ślad. Srebrny anioł z jasnym kamieniem spoczywający na jej szyi idealnie i zmysłowo komponował się z otaczającym ją zewsząd blichtrem oraz ponadczasowym pięknem włoskiej architektury. Od czasu do czasu łapała na sobie zaciekawione, pełne uznania spojrzenia elegancko ubranych mediolanek. W tej europejskiej stolicy stylu ludzie jak nikt inny potrafili docenić unikalną, autorską biżuterię, a artystyczny wisior Elwiry od razu magnetycznie rzucał się w oczy na tle prostej bluzki.
   W samym sercu galerii, dokładnie pod główną, wielką kopułą, Francesca nagle zatrzymała się gwałtownie i chwyciła Elwirę mocno za ramię.
   – Elwira, czekaj! Musimy to teraz bezwzględnie zrobić. Widzisz to wesołe zbiegowisko tam na dole?
   Na samym środku posadzki, na przepięknej, starej mozaice przedstawiającej historyczny herb Turynu z wizerunkiem dumnego byka, stała spora grupka roześmianych turystów. Każdy po kolei podchodził z powagą, stawał na pięcie w jednym, konkretnym miejscu i sprawnie kręcił się wokół własnej osi.
   – Co oni właściwie tam robią? – zaśmiała się szczerze Elwira.
    – To jest nasza wielka, miejska tradycja! – zawołała wesoło Francesca. – Musisz podejść, stanąć prawą piętą dokładnie na byczych atrybutach i obrócić się energicznie trzy razy wokół siebie. Podobno ten prosty rytuał przynosi każdemu ogromne szczęście i daje absolutną gwarancję, że jeszcze kiedyś w życiu wrócisz do Mediolanu. Po tym naszym dzisiejszym, koszmarnym poranku z zepsutym autobusem, odrobina dodatkowego szczęścia bardzo nam się obu przyda!
   Elwira początkowo mocno się wzbraniała, będąc lekko rozbawioną, ale i szczerze zawstydzoną perspektywą robienia tego na oczach tłumu, jednak Francesca za nic w świecie nie dawała za wygraną. W końcu, gdy na mozaice zwolniło się miejsce, Elwira podeszła niepewnie na sam środek. Postawiła piętę na mocno wytartym przez tysiące butów miejscu i roześmiała się tak głośno i czysto, że sama siebie w tym momencie nie poznawała. Obróciła się raz, drugi, trzeci… aż cały wielki świat wokół niej zamienił się na chwilę w wir radosnych kolorów i ludzkiego śmiechu. Stojący dookoła turyści zaczęli głośno klaskać, a Elwira zeszła z mozaiki z szerokim uśmiechem, będąc lekko oszołomioną od tego szybkiego kręcenia się w kółko.



   – No, teraz los oficjalnie i bezdyskusyjnie jest po naszej stronie – ogłosiła triumfalnie Francesca. – A skoro tak, to nadeszła pora na najważniejszy, najpyszniejszy punkt dzisiejszego programu. Idziemy na prawdziwą włoską kawę i coś słodkiego do historycznej cukierni Marchesi. Zasłużyłaś na to dzisiaj jak nikt inny na świecie!
   Późnym wieczorem, przed pójściem spać w przytulnym pokoju u cioci, Elwira usiadła przy oknie i zapisała w swoim małym notesiku jedno, ważne zdanie: „Dzisiaj po raz pierwszy w całym moim dorosłym życiu poczułam, że świat jest o wiele większy od mojego lęku”.


Rozdział 35: Przed obliczem Mistrza

   Żadne uniwersyteckie albumy, marnej jakości reprodukcje ani najciekawsze lekcje historii sztuki nie były w stanie w pełni przygotować Elwiry na to jedno, wyjątkowe spotkanie. Gdy po przejściu przez rygorystyczne, nowoczesne śluzy powietrzne chroniące bezcenny zabytek stanęła wreszcie w surowym, dawnym refektarzu klasztoru Santa Maria delle Grazie i spojrzała na niszczejącą, spękaną ścianę z legendarną Ostatnią Wieczerzą, całe powietrze w ułamku sekundy uwięzło jej w płucach, a ona… po prostu nie potrafiła zrobić kolejnego kroku do przodu. Zamarła w bezruchu na samym środku sali, zupełnie zapominając o obecności stojącej trochę dalej Franceski oraz kilkunastu innych turystów. Wszystko dookoła niej w jednej chwili przestało istnieć.
   To nie była martwa, płaska reprodukcja z akademickiego skryptu. Elwira widziała wyraźnie spękany stary tynk, bolesne miejsca, w których bezlitosny czas bezpowrotnie odebrał obrazowi fragmenty oryginalnego koloru, i właśnie dlatego z jeszcze większą, porażającą wręcz mocą czuła fizyczną obecność dłoni samego Leonarda da Vinci. Widziała niesamowitą dramaturgię gestów poszczególnych apostołów, skomplikowaną fakturę zniszczonego przez wieki muru i to niezwykłe światło, które wielki mistrz namalował ponad pięćset lat temu, a które teraz – wciąż żywe, głębokie i poruszające – dotykało jej własnych oczu.
    Ukazane na ścianie postacie wyglądały jak żywe, ponieważ na ich twarzach malowały się prawdziwe, głębokie i uniwersalne ludzkie emocje. Ich gesty wydawały się tak szczere, dynamiczne i naturalne, że Elwira była w stanie bez trudu uwierzyć, że to realni ludzie z krwi i kości, uchwyceni przez artystę w ułamku sekundy po dramatycznych słowach Jezusa: „Jeden z vous mnie zdradzi”. Zdumienie, niedowierzanie, strach i bezgraniczna miłość – wszystko to pulsowało na zniszczonym murze z taką siłą, jakby czas w tym refektarzu całkowicie się zatrzymał, a jednocześnie w przedziwny sposób płynął dalej.
    Elwira poczuła, jak jej własne serce zaczyna bić nowym, spokojnym i miarowym rytmie. Machinalnie uniosła dłoń do dekoltu i mocno zacisnęła palce na srebrnym aniele, którego otrzymała w prezencie od Heleny. Zimny metal naszyjnika pod wpływem jej silnych emocji znów zaczął powoli przejmować naturalne ciepło jej ciała. Pomyślała o tym, jak genialny artysta potrafił zakląć wieczne życie w niszczejący, kruchy tynk, sprawiając, że przetrwało ono całe stulecia. I pomyślała w tym samym momencie o sobie – o tym, że w jej własnej klatce piersiowej też bije teraz nowe życie, które dostało od losu drugą szansę, zupełnie nową formę, by móc trwać i cieszyć się światem dalej.



   Elwira nie próbowała już niczego w myślach nazywać ani analizować. Po prostu stała nieruchomo i patrzyła, a po jej zaróżowionym policzku powoli spływała jedna, czysta łza najgłębszego wzruszenia.

Rozdział 36: Podróży ciąg dalszy

   W Paryżu stopy bolały ją już niemiłosiernie od wielogodzinnego, pieszego chodzenia po twardym bruku, a rozległy Luwr wydawał się podziemnym labiryntem bez końca. Jednak najbardziej ze wszystkiego zdziwiła ją panująca tam cisza. Tysiące ludzi z całego świata przesuwało się potokiem przez kolejne, monumentalne sale, a przy sztalugach lokalnego kopisty czas nagle zaczął płynąć zupełnie innym, niespiesznym rytmem. Elwira zatrzymała się przy nim na dłuższą chwilę. Starszy malarz z nabożeństwem kopiował niewielki fragment klasycznego obrazu. Nie spieszył się nigdzie i nie zwracał najmniejszej uwagi na przepychający się obok tłum. Po prostu w pełnym skupieniu malował. I wtedy Elwira pomyślała z nagłą tęsknotą w sercu: „Chciałabym kiedyś móc tak samo siedzieć przed płótnem. Nie po to, żeby za wszelką cenę zostać sławną i bogatą. Po prostu… żeby móc do końca swoich dni obcować z czystym pięknem”.
    Później stanęła bezpośrednio przed monumentalną rzeźbą Nike z Samotraki. Milczała przez długie minuty, patrząc na te potężne, marmurowe skrzydła bogini zwycięstwa. I nagle, zupełnie bezwiednie, przypomniała sobie samą siebie – bezradną, leżącą nieruchomo na szpitalnym łóżku intensywnej terapii. Kawałek dalej usiadła spokojnie na drewnianej ławce, dokładnie naprzeciwko dzieła. Niczego nie notowała w swoim szkicowniku, niczego nie rysowała. Po prostu trwała w bezruchu i chłonęła chwilę. Po chwili podszedł do niej zaniepokojony strażnik muzeum. Pomyślał, że młoda dziewczyna nagle zasłabła od muzealnego zaduchu, więc spytał z troską po francusku:
    — Wszystko w porządku? Czy dobrze się pani czuje?
 Elwira uniosła głowę i odpowiedziała mu z łagodnym uśmiechem:
   — Tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku… Ja tylko usilnie próbuję zapamiętać ten wyjątkowy kolor.
  A potem nadszedł ten niezapomniany, oszałamiający moment, gdy po przejściu setek metrów pałacowych galerii, pośród wielojęzycznego, głośnego szumu turystów, stanęła wreszcie przed małym, niepozornym obrazem ukrytym za grubą, pancerną szybą. Mona Lisa patrzyła na nią z góry tym swoim nieuchwytnym, niezwykle mądrym i tajemniczym uśmiechem, a Elwira poczuła, jak po plecach przebiega jej nagły, lodowaty dreszcz. Była tam. Naprawdę, fizycznie tam była i żyła.
  Do słonecznego Madrytu Elwira dotarła dokładnie piętnastego maja, akurat w huczny Dzień świętego Izydora, patrona miasta. To jedno z najbardziej znanych i celebrowanych świąt w całej Hiszpanii, z okazji którego organizowana jest potężna, barwna procesja. Według dawnych podań, żona Izydora ciężko pracowała każdego dnia w polu, orząc surową rolę, a on w tym samym czasie żarliwie modlił się, klęcząc w głębokich bruzdach ziemi. Obydwoje ostatecznie zostali ogłoszeni świętymi. „Okazuje się, że bardzo różnymi, czasem przedziwnymi drogami dochodzi się w życiu do świętości” – pomyślała z uśmiechem dziewczyna.
   Kolejną turystyczną atrakcją, na którą namawiali ją nowi znajomi, była słynna Feria Taurina organizowana na Plaza de Las Ventas, czyli tradycyjna walka byków. Nie, na taką imprezę nikt Elwiry za żadne skarby świata by nie namówił, nawet gdyby dawali bilety zupełnie za darmo! Przecież to była rzeź, najzwyklejsza, krwawa rzeź żywego stworzenia. Odmawiając stanowczo tej wątpliwej okazji, miała zapewne na twarzy dokładnie taką samą minę, jaką Diego Velázquez uwiecznił na słynnym portrecie surowej matki przełożonej Jeronimy de la Fuente.
   Elwira pomyślała z rozbawieniem, czy starczy jej jutro odwagi, by spojrzeć w oczy tej dumnej kobiecie z płótna, bo przecież ten niezwykły obraz wystawiony jest w madryckim muzeum Prado, do którego wybierała się z samego rana.
   A teraz, kiedy wreszcie trochę odsapnie po wyczerpującej podróży pociągiem, pójdzie obejrzeć prawdziwe, hiszpańskie flamenco tańczone pod gołym niebem lub w głębi klimatycznej, madryckiej piwnicy. Przecież nie na próżno taszczyła z takim uporem przez całą Europę tę ciężką, hiszpańską suknię z wieloma falbanami. Tylko jakie właściwie emocje będzie chciała wyrazić Elwira w tym dumnym tańcu? Chyba już nie ten bolesny smutek i strach, który ciągnął się za nią nieubłaganie od czasów chorowitego dzieciństwa. Ale czy była to już bezgraniczna, czysta radość? Też chyba jeszcze nie do końca. Ale na walkę tych wszystkich przeciwstawnych, potężnych emocji idealne miejsce jest właśnie w hiszpańskim tańcu.
   Powietrze w ciasnej, madryckiej piwnicy pachniało specyficznie – kurzem, rozlanym obficie tanim winem i rozgrzanym od reflektorów drewnem scenerii. Było duszno. Pojedyncza kropla potu powoli, milimetr po milimetrze spłynęła Elwirze wzdłuż kręgosłupa, przyjemnie chłodząc skórę pod grubym, ciężkim materiałem sukni – tej samej, którą tak uparcie woziła w swojej podróżnej walizce przez pół kontynentu. Siedzący na podwyższeniu mężczyzna z gitarą oparł stabilnie stopę o niski, drewniany stołek. Przejechał pewnym ruchem kciuka po napiętych strunach, a suchy, ostry akord w ułamku sekundy przeciął gwar kawiarnianych rozmów. Wokół zapadła absolutna cisza.
    Elwira weszła zdecydowanym krokiem na sam środek sceny. Podeszwa jej buta dotknęła surowych desek. Palce rąk zacisnęły się tak mocno, aż zbielały jej kłykcie. W tym samym momencie znajomy, bolesny ucisk z przeszłości na moment ścisnął jej klatkę piersiową. „Przecież moje serce…” – pomyślała z nagłym lękiem. Zamknęła mocno oczy i przez jedną, krótką chwilę znów zobaczyła przed sobą oślepiającą, lodowatą biel sali operacyjnej, usłyszała monotonny pisk aparatury medycznej i poczuła ostry zapach szpitalnego środka do dezynfekcji.
    Odetchnęła. Raz. Jeszcze raz. Ciepłe powietrze w pełni wypełniło jej płuca, a nowe serce odpowiedziało na to spokojnym, miarowym i zdrowym rytmem. Podłoga pod stopami nie ustąpiła ani o milimetr. Dziewczyna nie cofnęła nogi. Uniosła dumnie ręce wysoko nad głowę, a ciężki materiał sukni zaszeleścił zmysłowo. Nie przyszła tutaj, do tego świata, by cokolwiek mu zabierać.
   Tup.
  Ciężki obcas z impetem uderzył w drewniane deski podłogi. Głośny, czysty dźwięk potężnym echem odbił się od ceglanych ścian piwnicy. Na najbliższym stoliku barowym wyraźnie zadrżał szklany kieliszek. Ta potężna wibracja błyskawicznie przebiegła przez jej stopę, przez łydki, przez biodra i dotarła prosto do klatki piersiowej. Elwira drgnęła na całym ciele i uśmiechnęła się najpiękniej jak potrafiła. Mogła to zrobić. Naprawdę mogła!
   Gitarzysta natychmiast odpowiedział jej ostrym, rwącym i szalonym akordem. Jeszcze jeden dynamiczny krok. Szybki obrót wokół własnej osi sprawił, że szerokie falbany sukni rozlały się wokół jej nóg ciemnoczerwonym, płonącym kręgiem. Kolejny, głośny tupot obcasa. I jeszcze jeden. Szybciej. Coraz pewniej, coraz odważniej!
   I cisza… gitara całkowicie umilkła. 




   Dokładnie w pół taktu. Elwira zamarła w absolutnym bezruchu, niczym rzeźba. Jedna ręka uniesiona wysoko nad głową, druga wyciągnięta dumnie prosto przed siebie.


   Gwałtowny oddech wysoko unosił jej pierś. W panującej wokół, ogłuszającej ciszy słyszała teraz wyraźnie tylko jedno – rytmiczne bicie własnego serca. Nie musiała już nigdy więcej pytać go o pozwolenie na życie. Biło silnie, zdrowo, a ona trwała razem z nim. Niczego więcej od tego świata nie brała. W tym jednym, dumnym, nieruchomym geście na środku madryckiej piwnicy oddawała mu po prostu całą siebie.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 


JAK PRZEDŁUŻYĆ DYNASTIĘ? ŻYJ MORALNIE ( ALBO PRZYNAJMNIEJ NIE PRZESADZAJ)


Obraz Jana Matejki "Śmierć Zygmunta Augusta w Knyszynie", Autor - Wikipedia

   Ostatnio przeczytałam ciekawy artykuł i doszłam do wniosku, że polscy historycy przez wieki robili nam wodę z mózgu. Bo jak się głębiej przyjrzeć, to nasi władcy wcale nie byli tacy święci, jak nam w szkole opowiadano.

  Okazuje się, że najlepszym sposobem na przedłużenie dynastii nie jest wygrywanie bitew, budowanie kościołów ani sprytna polityka zagraniczna.

   Najlepszym sposobem jest po prostu nie umierać młodo od syfilisu.

  Weźmy Jagiellonów. 
Cała dynastia – bum! – padła ofiarą francuskiej choroby (czyli kiły). Jan Olbracht, Aleksander, biskup Fryderyk… Zygmunt August też nie próżnował. Efekt? Koniec rodu. Dynastia wygasła nie na polu bitwy, tylko w sypialni.

  Bolesław Chrobry też nie był aniołem. Historycy przez wieki pisali, że „zaślubił” księżniczkę Przedsławę w Kijowie. W rzeczywistości… no cóż, „zaślubił” ją w sposób bardzo średniowieczny i bez zgody drugiej strony. Potem historycy dyplomatycznie pisali, że „to był sojusz polityczny”.

Morał z tej historii jest prosty i brutalny:

  Chcesz, żeby Twoja dynastia przetrwała?
To żyj moralnie.
Albo przynajmniej nie przesadzaj z życiem niemoralnym.

  Bo jak widać – można być wielkim wojownikiem, budować państwo, wygrywać bitwy… a i tak skończyć jako statystyka weneryczna w kronikach.

   I wiecie co jest najśmieszniejsze?
Że nasi władcy mieli do dyspozycji całe królestwo, armię, dwór i bogactwa…
a i tak najczęściej wygrywała ich własna… krewetka.

  Morał dla współczesnych polityków i nie tylko:

 Zamiast budować pomniki i pisać o sobie w Wikipedii – po prostu nie róbcie głupot.
Bo historia i tak wszystko zapamięta.
I nie zawsze będzie łaskawa.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki