Translate

sobota, 9 marca 2019

ANTYLOPA

  

 Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I to na różnych płaszczyznach. 

    Młodzież za wszelką cenę chce jak najszybciej dorosnąć, ci nieco starsi, tak po czterdziestce, chcieliby czas zatrzymać. 

     Ja mam prawo, z racji wieku, do stwierdzenia, że każda chwila w życiu jest na wagę złota. Mądry Polak po szkodzie!

   Też chciałam w młodości przeskoczyć okres dorastania. Czy było do czego się śpieszyć?  Z perspektywy tych kilkudziesięciu lat, uważam, że nie. Każdy czas jest piękny. Trzeba tylko go odpowiednio przeżyć.


    Ale też nie chciałabym wracać do czasów młodości, gdybym cudem dostała taką ofertę od Boga. No, może trochę przesadziłam! Z takich rąk każdą ofertę przyjmuję w ciemno z dobrodziejstwem skutków.  Bardzo ciekawi mnie, co jeszcze dla mnie Najwyższa Władza przygotowała. Nigdy nie dowiedziałabym się, gdyby czas stał w miejscu. A przecież muszę mieć  jeszcze czas na poprawę, aby miejsce, które na mnie gdzieś czeka, było w pełni zasłużone.

       Ostatnio na Facebooku, ale i na blogu wymądrzałam się, jak to starszym paniom wypada przyodziewać awangardowe stroje, co więcej, przyjąć odpowiedni styl życia, ignorując opinie młodych celebrytek.

      Sama chętnie odwiedzałam sklepy z ekskluzywną odzieżą (cóż, że przechodzoną - w centrach handlowych takiej nie uświadczy), nawet czasem dla jednego oryginalnego guzika, którego chętnie do czegoś bardzo wyszukanego w formie, przyszyłam.

      Kupuję czasem rzecz, której nigdy nie założę, ze względu na rozmiar, ale jest na tyle atrakcyjna, albo w wykroju, albo w materii, że wisi latami w szafie, co rusz przeze mnie odwiedzana wzrokiem i dotykana, jak jakieś dzieło sztuki. Bo takie też się zdarzają w tych sklepikach z ciuchami. 

    I wcale nie muszę się spieszyć na nową dostawę, bo gust mój jest może dla innych dziwny i ten ekstrawagancki, wyszukany, artystyczny strój wisi spokojnie na wieszaczku i czeka z utęsknieniem na mnie.
    A ja, kiedy zobaczę takie cudeńko, to piszczę w duszy z radości. Zdarzają się tam zupełnie nowiutkie egzemplarze, bo w galeriach nie doczekały się tak zwariowanych klientek,  jaką jestem, przyznaję bez bicia. 

  Czy przez to chcę być młodsza? Nie, chcę być wciąż sobą, bez względu na wiek. I z góry uprzedzam: nie jestem zakupoholiczką,  chociaż te nigdy się do tego nie przyznają ;-)


   Już wiem, jak to jest, kiedy młode dziewczę za wszelką cenę chciało się postarzeć. 
  To nikt inny, tylko ja, mając dziewiętnaście lat, sprawiłam sobie piękny, z ażurowym rondem, kapelusz ecri z tzw. antylopy. To rodzaj wyszukanego filcu, bardzo delikatnego i wówczas nie taniego. Kupiłam go sobie w Warszawie, a jakże, w salonie modystki pierwszej klasy. Część pokaźną stypendium ta inwestycja pochłonęła. A niech tam! Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.

    W tym oto stroju na młodej głowie wyruszyłam w podróż pociągiem. Jak nietrudno się domyśleć, fatalne przygody związane z  kolejnictwem spotykały mnie tylko w Kutnie.

  Idąc peronem w wietrzny dzień, objuczona w obydwu dłoniach bagażami, nagle zostałam pozbawiona cennego nakrycia głowy. Wiatr zerwał mi piękny ecri kapelusz i przetargał po kałużach, wyprzedzając mnie o kilka metrów. Nie wiedziałam, czy nie będzie śmiesznym dla obserwujących incydent, kiedy pozbawię się wszystkiego, co mam w garściach i rzucę się na wciąż oddalający się ode mnie przedmiot mojego pożądania. 

    Zachowałam się jak modystka, mająca na wystawie dziesiątki nakryć głowy. A co mi tam! Jeden mniej, jeden więcej! Ale serducho płakało! Wreszcie zatrzymał się, uciekinier jeden! Żeby nie lampa stojąca na środku peronu, pewno śladu nie byłoby po kapelusiku, który expressem lub jak intercity, podążał napędzany porywistym wiatrem.

   Dopadłam go i zwiniętego, zapapranego błotem wsadziłam do podręcznego bagażu.
 "A siedź tam, antylopo jedna, za karę!"
 Mogłabym ostentacyjnie wyrzucić go do kosza przy uciesze gapiów, ale nie zrobiłam tego.

   Przyjechałam do akademika, oddałam obiekt moich podróżniczych utrapień koleżance, która nachalnie domagała się tego.

     Ależ zdziwiłam się, kiedy za tydzień ona wystroiła się w odczyszczony przez specjalną modystkę kapelusz.

 Pomyślałam sobie wtedy:
"Ależ niech  ta dziewczyna tak się nie cieszy, bo jeśli jakąś wstążką pod brodą go nie uwięzi, to on jeszcze jej taki numerek wywinie, że błogosławić mnie będzie za ten wymuszony ode mnie podarunek. Zastanowię się jeszcze czy podarunek uzupełnić wstążką czy butami do sprintu."  

Teraz takie wiatry wiosenne, przeziębienia, bez nakrycia głowy ani rusz, bo w przeciwnym wypadku konieczna wizyta u lekarza celem zdobycia odpowiedniej recepty. Nie na przeziębienie, syropki i ziółka można sobie bez niej kupić. Chodzi o smuteczek... zwyczajną chandrę...  ( chociaż pisane słowo chandra  przez "h" nasiliło być może stopień smuteczku).

Ludwik Jerzy Kern
RECEPTA

Na smutek żadne proszki,
Ani ciupanie w karcioszki,
Ani wzywanie pomocy,
Ani łażenie po nocy,
Ani klęk na kolana,
Ani picie do rana,
Ani koncert f-moll,
Ani rock,
Ani and,
Ani roll,
Ani spirytyzm i magia,
Ani słuchanie radia,
Ani misterny splot,
Ani kosmiczny lot,
Ani nieznane kraje,
Ani jazda tramwajem,
Ani obniżka cen
Ani leczniczy sen,
Ani Japonia i gejsze,
Ani rzeźby dzisiejsze,
Ani szukanie wyżyn,
Ani Polish Television,
Ani nawet widok z Tatr -

Na smutek najlepszy jest wiatr.
Wiatr, co w byle ulicy hasa
I nagle 
Z  głowy jakiegoś grubasa,
Takiego, na przykład jak ja,
Ukradnie kapelusz i gna.

Czy coś takiego pan może
Przepisać mi, panie doktorze?

Wspomnę, że ten grubas, to nie ja, błagam! 
Toć to sam autor wiersza pisze o sobie, niezapomniany śp. Pan Ludwik Jerzy Kern ( jeśli komuś autor niebieskiego wiersza umknął uwadze :-)

NIESKONSUMOWANY ROMANS


W pewnym hotelu w pewnym miasteczku
Gość sobie pewien zasnął w  łóżeczku.
Przedtem nastawił budzik na krześle
I zgasił lampę, prawie już we śnie.
Morfeusz puścił  film w kilku seriach,
Zaczęła działać snu maszyneria.

Jakaś ulica, jakieś wybrzeże,
Siedem księżyców, kwiaty , żołnierze,
Wiersze na niebie pisze samolot,
Ktoś idzie, mówią, że Marco Polo,
Gotyckie tumy, wysokie baszty,
Tańczy fokstrota Ludwik Szesnasty,
I nagle  o n a, gdzieś na balkonie,



A on, snobiorca, stoi koło niej,
Miłość chce wyznać, drży już jak liść...

Gdy wtem go pluskwa zaczęła gryźć.

Nie chciał mieć luki w sennym seansie,
Gdzie go ugryzła,  podrapał tam się,
"Później się zajmę z tą pluskwą walką" -
Mruknął - i szybko wrócił na balkon,
Już, już sercową przeżywał mękę,
Już, już wyśnioną chwytał za rękę,
Już nawet zdążył wyszeptać "Ko..."



Gdy po raz drugi ugryzła go.

"Dosyć!" - wykrzyknął. Zapalił światło
I schwytał bydlę, co go ujadło.
Wziął ją ostrożnie w paluszki dwa"
- Tyś mnie ugryzła?
- Ja.
- Teraz mnie poznasz, teraz cię mam!
- Co mam poznawać? Ja pana znam.
Pan przecież kiedyś był tu w tym celu,
By dezynfekcję zrobić w hotelu.
Mama, co gościa gryzie za ścianą,
Opowiadała dużo o panu.
Wprost się nachwalić pana nie może.
"Cóż to za człowiek - mówi - mój Boże!
Sama poezja- mówi - sam miód!..."
Miód nie wytrzymał.
Zgniótł.

(Źródło:Przekrój nr 1948- 10 października 1982,  wiersz Ludwika Jerzego Kerna pt. "Dialog z pluskwą")

Panie Snobiorco! Ty senny Romeo! No jak Pan mógł!
Przecież Pan też pragnął spijać we śnie miód z ust Julii...
Słucham?
Nie z tej części ciała pluskwa miód spijała?

Nie bądźmy drobiazgowi! 

Ale żeby od razu zabijać zamiast pozwolić dłużej miód pluskwie spijać?!