Translate

środa, 24 lutego 2016

KUTNO - GRODZISK MAZ. ... PRZEZ POZNAŃ

    Jestem na I roku Studium Nauczycielskiego o kierunku: wychowanie muzyczne (dla absolwentów liceum pedagogicznego) w Grodzisku Mazowieckim.




     W czasie sesji letniej, po krótkim pobycie w domu, jadę wprost na egzamin z gry na skrzypcach. Nie mam ze swojego miasta bezpośredniego połączenia do Grodziska. Muszę najpierw dojechać do Kutna, a tam przesiąść się na pociąg do Warszawy, ale przez Skierniewice, a nie przez Sochaczew.

    Jadę tą trasą już nie pierwszy raz, ale dzisiaj specjalnie zależy mi na punktualności, przecież mam egzamin.

 Wpadam zdyszana w Kutnie na  I peron, zadowolona, że zdążyłam, a właściwie przed czasem. Pociąg już czeka, lokomotywy nie widać. Drzwi otwarte czekają już na mnie.

  Ufff, trochę ciasno, ale po krótkim poszukiwaniu znalazłam przedział z jednym wolnym miejscem, jakby na mnie czekało. Dobry omen na oczekujący mnie egzamin.

     Wcisnęłam się między pasażerów, po uprzednim ulokowaniu futerału ze skrzypcami na górnej półce, angażując do tego młodzieńca. 

       Ruszamy, ale.. nie w tym kierunku?
Aha... Pewnie musi zjechać z tego toru i zaraz wróci na właściwy tor i kierunek. Rano tu takie zamieszanie. Przecież  Kutno to poważny węzeł kolejowy.

        Coś za długo cofa.. Paaaafff, paaaaf, paaaf, paaaf... paaf, paaf, paf, paf, wiuuuuuuuuu i pojechaaaał......w stronę Poznania! 

     Zostałam porwana przez PKP! Pomocy!

     Zaraz, zaraz, jak to zostałam porwana? Toć to samouprowadzenie! 

      Ciekawe, czy to zwykły, czy pośpieszny? Jak długo będę jechać w przeciwnym kierunku? Zamiast z miasta A do miasta B wkradła się niewiadoma C w zadaniu matematycznym.

       Ciekawe, gdzie wyląduję? W najgorszym wypadku w.... Koninie. 

O, ja biedna... Dwója murowana za niestawienie się na egzamin!

       No, dobra,  na zewnątrz nie okazuję wcale zdenerwowania.  Jest to ćwiczenie najwyższej klasy na opanowanie. Chociaż jest zagrożenie - jestem w tym pociągu  pasażerem na gapę. Przy pierwszej kontroli nie będę miała odwagi przyznać się, że mam bilet do Grodziska, a nie do Konina, czy Poznania. I tak mam szczęście, że to Polska,  a nie USA, bo jak wsiadłabym do Amtraka, to bym się dopiero ujechała! Ale znowu zwiedziłabym Stany wzdłuż i wszerz.


  
    Oj, moi aniołowie, na pomoc! Wynieście mnie na skrzydłach z tego pociągu, w dowolny  sposób, tylko .... bez katastrofy!
 
    Ale, co to? Pociąg zwalnia. Czyżby to nie  express  ani przyśpieszony?

     Na wszelki wypadek wstaję majestatycznie, jakby to był mój planowany cel podróży. Pewno dziwi moich współpodróżnych, dlaczego na takiej krótkiej trasie nie zaczekałam w korytarzu. Ale to ich ewentualny problem. Sięgam po skrzypce, znów angażując tym razem zdziwionego młodzieńca i żegnając pasażerów, kieruję się do drzwi wyjściowych. Przez okno widzę pustkowie w .... Złotnikach Kutnowskich. 

    Wysiadam i nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Nawet budki dróżnika nie ma! Całe szczęście, że pogoda słoneczna. Może lepiej byłoby dojechać dalej, już niekoniecznie do Konina, ale tam przynajmniej dowiedziałabym się, kiedy wrócę do Kutna.

   Oczywiście, nie jestem tak szczęśliwa, jak ta niżej sfotografowana dziewczyna na tym pustkowiu, w innym miejscu i innych okolicznościach.

 
  Nawet, gdyby to było możliwe, gotowa jestem dogonić znikający pociąg, ale trudno, takiego wyboru dokonałam, mam konsekwencje. 


(Powrót do Kutna i ewentualny egzamin w niecodziennych warunkach opiszę w jednym z następnych postów  tutaj)

WYMARZONE OKULARY

 Ja to mam dylemat!

      Wziąć krople do oczu czy nie? 

    Nie mogę przestawić się na stosowanie ich rano, podczas, gdy jeszcze niedawno wkraplałam sobie leki wieczorem. Zaleceniem lekarza mam brać o 9-ej rano.

   Wczoraj złapałam się na tym, że przypominacz w komórce, mimo, że już dochodziła godzina 23 nie wydał żadnego dźwięku. Już osądzałam się, że pewno odruchowo komórkę zgasiłam, jak namolny budzik. Jednak szybko usprawiedliwiłam się, przypominając podobne sytuacje opóźnień pobierania leków przez mojego kolegę. Podobno nie jeden już raz przydarzyło mu się przesunąć termin w sytuacjach przebywania poza domem.   

     Wzięłam więc wczoraj odpowiednie leki i w spokoju ducha zasnęłam.

       Rano mnie oświeciło podczas mierzenia ciśnienia, że wieczorem należało wziąć lek regulujący ciśnienie ogólne, a okulistyczne dopiero dzisiaj rano.

       No i masz babo placek. Wszystko pokręciłam, przez tego bloga. Wczoraj wzięłam 2 razy zamiast 1 do oczu. Gdybym wzięła już o prawidłowej godzinie, dzisiaj rano, to kumulacja leku może by mi zaszkodziła. W końcu dzisiaj nie wzięłam wcale i z duszą na ramieniu poczekam do  rana.  Jest jeszcze możliwość wzięcia słabszej dawki dziś wieczorem. 

 Przyznaję się bez bicia. Wyraźnie jest napisane w ulotce: "Jeśli pacjent omyłkowo zastosuje większą ilość kropli... niż zalecana, należy skontaktować się z lekarzem lub szpitalem".

   Reklamy telewizyjne różnych medykamentów wbijają w świadomość wszystkim telewidzom informacje....że "stosowanie leków niezgodne z zaleceniami lekarza zagrażają twojemu życiu lub zdrowiu". Jeśli jutro ukaże się nowy post, to znaczy, że żyję. Za późno dzisiaj na spisywanie testamentu. Zresztą nie mam już nic do zaoferowania, chyba, że kontynuację tego bloga jednej z córek. A... właśnie.... której? Skoro nie mają czasu na czytanie moich zapisków, to kiedy znajdą go na twórczość?
  
    Dobra. Przerywam pisanie i zaryzykuję - wezmę jednak tę słabszą, a rano zacznę już prawidłowo. Mniej myśli o blogu, a więcej o własnym zdrowiu.

<><><><><><>

Co ma być, to będzie. Już stało się. Krople w kącikach oczu już wyschły. Mogę pisać dalej.

    Nie zawsze miałam problemy ze wzrokiem. W drugiej klasie szkoły podstawowej bardzo podobały mi się okulary koleżanki, a raczej koleżanka w okularach. 

  Wymyśliłam sobie, że sprowokuję tatę do zawiezienia mnie do okulisty pod pretekstem osłabienia widzenia. Rodzic trochę zaniepokojony zgłoszeniem niespodziewanej dolegliwości u córki, nie miał wyjścia, jak skontrolować w odpowiednim gabinecie stan jej zdrowia. 

   Okulista stwierdził, że wzrok mam sokoli, więc uradowany ojczulek przywiózł mnie do domu.  Szybko oniemiał na widok napisu dziecięcą ręką (dobrze chociaż, że bez błędów) na szczycie domu:

     "Jutro będę miała okulary". 

   Pluł sobie w brodę, jak to radosne oświadczenie 8-letniej córki mogło  mu ujść uwadze, skoro już namazane białą kredą,  widniało od poprzedniego dnia.