Translate

sobota, 8 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY- TERESA CZAJKOWSKA. c.d. ROZDZIAŁY 10 -11

 


Rozdział 10: Kolory Podhala

Elwira miała piętnaście lat i właśnie kończyła szkołę podstawową. Była blada, chorobliwie szczupła, a pod bawełnianą bluzką skrywała cienką, bliznę, którą na co dzień próbowała ukrywać nawet przed samą sobą. Lekarz prowadzący ostrzegał co prawda, że Zakopane może być ryzykowne ze względu na nagłą zmianę wysokości i rozrzedzone górskie powietrze, ale rodzice uznali, że odrobina tatrzańskiego słońca i ucieczka od codziennego lęku dobrze jej zrobią.
   Pierwsze godziny po przyjeździe okazały się jednak niezwykle trudne. Kiedy wysiedli z pociągu, a chłodny, górski wiatr uderzył ich z impetem w twarze, Elwira poczuła, jak stacja kolejowa zaczyna lekko wirować. Jej serce zabiło nierówno, potknęło się o własny rytm, a oddech stał się niepokojąco płytki. Maria natychmiast, ze strachem w oczach, posadziła ją na drewnianej ławce przy dworcu, kurczowo chwytając jej zimną dłoń.
    – Oddychaj spokojnie, córeczko… – szeptała, sama ledwo łapiąc powietrze. – Jesteśmy tu razem, nic się nie dzieje.
   Piotr, milczący jak zawsze, ale z bezgraniczną troską wypisaną na zaciśniętej twarzy, błyskawicznie przyniósł butelkę chłodnej wody i stanął obok, osłaniając je plecami od dworcowego tłumu. Czekał w napięciu, aż córka dojdzie do siebie. Dopiero po kilku godzinach, gdy organizm dziewczynki wreszcie zaaklimatyzował się do nowych warunków, Elwira poczuła, że ucisk w piersi mija. Mogła w końcu normalnie odetchnąć.
   A potem… potem przyszło już czyste zachwycenie. Zakopane latem wyglądało jak żywy, pulsujący milionem barw obraz. Potężne drewniane wille w stylu zakopiańskim, intensywny zapach sosen parujących w słońcu, gwar barwnych Krupówek i – przede wszystkim – sztuka, która zdawała się dosłownie wisieć w powietrzu. Na deptakach i w małych, klimatycznych galeriach co krok można było spotkać lokalnych artystów tworzących na żywo. Elwira, z burzą czarnych włosów spiętych w ciężki warkocz, zamarła przy sztaludze nieznanego malarza, który uwieczniał Giewont skąpany w krwawym, płomiennym zachodzie słońca. Stała tam z otwartymi z wrażenia ustami.



   Maria i Piotr, patrząc na nią, trwali tak w milczeniu przez kilka długich minut. W tym czasie Maria pomyślała z nagłym wzruszeniem: „Pierwszy raz od wielu lat zapomniałam, że ona jest chora”.
   – Mamo, ja też chciałabym kiedyś tak malować – odezwała się nagle Elwira, nie odrywając wzroku od płótna. – Tak, żeby ludzie się zatrzymywali.


Rozdział 11: W zaciszu pensjonatu

Elwira była już na trzecim roku nauki w słynnym zakopiańskim liceum plastycznym. Zimowe Lipowo nie mogło równać się z mroźną, białą magią Podhala, która tak mocno ukształtowała jej artystyczną duszę. Właśnie nadszedł ten wielki dzień – dziewczyna zaprosiła rodziców na prestiżową wystawę poplenerową. To była pierwsza tak ważna ekspozycja, na której jej własne prace miały zawisnąć w świetle galeryjnych reflektorów, tuż obok obrazów starszych, utytułowanych kolegów z wyższych klas.
   Maria i Piotr przyjechali do Zakopanego z mocno mieszanymi uczuciami, w których duma mieszała się z wiecznym, rodzicielskim niepokojem. Piotr, jak zawsze pragmatyczny i skupiony na logistyce, zaproponował, żeby ten krótki pobyt u córki połączyć z tygodniowym urlopem w kameralnym, górskim pensjonacie.
   – Będziemy blisko niej, a przy okazji oboje złapiemy trochę oddechu – argumentował cicho, a Maria zgodziła się bez wahania. Dla Elwiry była w stanie pojechać przecież na sam koniec świata. Zawsze dla niej.



   Gdy weszli do oświetlonej galerii, od razu, niemal intuicyjnie, zauważyli jej płótna. Nie musieli nawet szukać małych karteczek z podpisem autorki. Obrazy siedemnastoletniej Elwiry po prostu hipnotyzowały i magnetycznie przyciągały wzrok. Miały w sobie jakąś metafizyczną światłość, niezwykłą czułość i taką głębię koloru, której nie da się wyuczyć na żadnych, nawet najlepszych lekcjach rysunku. Ludzie zatrzymywali się przy nich w milczeniu, z nabożeństwem chłonąc każdy ślad pędzla.
    Maria stała przed jednym z pejzaży, a w jej oczach szybko wezbrały gorące łzy. Dopiero teraz, patrząc na to skończone, dojrzałe dzieło, uświadomiła sobie z całą, bolesną ostrością, jak bardzo przez te wszystkie lata skupiali się wyłącznie na wadliwym sercu córki… i jak dramatycznie mało miejsca zostawili na jej własne, osobiste marzenia.
   – Myśleliśmy, że naszym jedynym zadaniem jest sprawić, żeby ona po prostu przeżyła… – szepnęła Maria, kurczowo chwytając Piotra za rękaw flanelowej koszuli, gdy wracali wieczorem do pensjonatu. – A ona w tym całym cieniu choroby sama, zupełnie bez nas, musiała wywalczyć sobie drogę do tego, co naprawdę kocha.
   W sobotni poranek Elwira całkowicie zbiła ich z pantałyku.
   – Chodźcie ze mną na stok – oznajmiła z jastrzębim, zawadiackim błyskiem w oku, dokładnie takim samym, jaki miewał jej ojciec w garażu. – Wypożyczyłam już dla siebie narty.
   Maria w jednej sekundzie zbladła, a Piotr mocno zmarszczył swoje krzaczaste brwi.
   – Elwirko… twoje serce – zaczęła drżącym głosem matka, a przed jej oczami natychmiast stanęły wszystkie dawne szpitalne wykresy.
   – Mamo, błagam, posłuchaj mnie – przerwała jej ciepło dziewczyna, poprawiając grubą, wełnianą czapkę, spod której uciekały jej gęste, czarne loczki. – Jeżdżę na nartach już od dwóch lat. Lokalny kardiolog dał mi pełną zgodę na rekreacyjny zjazd. Chcę wam po prostu pokazać, że daję radę. Że potrafię.
   Gdy stanęli u podnóża stoku, Maria czuła, jak jej własne serce podchodzi ze strachu do gardła. Elwira zapięła wiązania i pewnie ruszyła w dół. Zjechała po białym puchu z tak niesamowitą gracją, lekkością i pewnością siebie, jakiej rodzice nigdy wcześniej u niej nie widzieli. Była wolna, dynamiczna i głośno się śmiała, a pęd mroźnego powietrza smagał jej zaróżowione policzki.
   Jednak dla nich – dla ludzi, którzy całe dotychczasowe życie spędzili na liczeniu każdego jej płytszego oddechu – ten widok okazał się zbyt intensywny. Strach na dole stoku bezwzględnie zwyciężył. Maria nie potrafiła wykrzesać z siebie uśmiechu, a w jej oczach malowało się czyste przerażenie. Widząc to, Elwira gwałtownie wyhamowała. Radość nastolatki zgasła w jednej, krótkiej chwili, ustępując miejsca przytłaczającemu poczuciu winy.



   Wieczorem, w zaciszu pokoju pensjonatu, wielkie emocje wreszcie opadły. Maria usiadła na skraju łóżka, chowając twarz w dłoniach, a jej ramiona drżały od cichego płaczu.
   – Ona ma całkowitą rację, Piotrze… – wykrztusiła cicho przez palce. – My przez te wszystkie lata widzieliśmy w niej tylko kruchą, chorą dziewczynkę, którą trzeba trzymać pod szklanym kloszem. A ona… ona tam, w tym Zakopanem, rozpaczliwie próbuje nadrobić wszystko, co straciła przez kliniki. Beztroskie zabawy, sport, poczucie swobody… Wszystko to, co inne, zdrowe dzieci miały na wyciągnięcie ręki.
   Piotr podszedł do żony i mocno objął ją swoim potężnym ramieniem. Milczał bardzo długo, patrząc w okno, za którym sypał gęsty, tatrzański śnieg. W końcu zacisnął szczęki i powiedział z absolutną determinacją:
   – Jutro rano też tam pojedziemy. Wypożyczymy narty dla nas. I zjedziemy razem z nią. Nawet jeśli mam połamać nogi i wyglądać jak ostatni idiota.
   Następnego dnia cała trójka stanęła na samym szczycie łagodnego zbocza. Maria i Piotr – przeraźliwie sztywni, nieporadni, z kaskami leżącymi nieco niezgrabnie na głowach, ale z niesamowitą wolą walki w oczach – ruszyli w dół tuż obok swojej córki, pod czujnym okiem instruktora. Czysty, perlisty śmiech Elwiry niósł się echem po całym ośnieżonym zboczu.
    Z punktu widzenia zawodowych narciarzy to nie był żaden wielki wyczyn – ot, kilka koślawych łuków na ostrej bieli. Ale dla rodziny Nowaków był to jeden z najważniejszych i najbardziej przełomowych dni w całym życiu. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczuli, że ich ukochana córka nie tylko walczy o przetrwanie. Ona wreszcie zaczynała naprawdę, pełną piersią żyć. 

<><><><><>

Tych obrazów książka również nie będzie zawierała. Jak wspomniałam w poprzednim poście będą tylko wybrane i w barwach sepii, oraz czarno-białych.

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA .c.d. ROZDZIAŁY 8-9

 


Rozdział 8: Pierwsza jazda na rowerku

Przed oczami leżącej przy szpitalnym łóżku Marii nagle, z niesamowitą wyrazistością, stanął pewien słoneczny, majowy dzień. Elwira miała wtedy siedem lat. Piotr uparł się wówczas, że kupi jej pierwszy prawdziwy rowerek – mały, jaskrawoczerwony, z dwoma dodatkowymi kółkami z tyłu. Maria doskonale pamiętała tamten strach, który ścisnął jej gardło na sam widok pedałów i łańcucha. „Piotr, jej serce! Ona przecież nie może się tak przemęczać! A jak spadnie?!” – krzyczała wtedy w kuchni, mając łzy w oczach. Piotr jednak tylko milczał, zaciskał mocno szczęki i z uporem montował kolejne śrubki przy bocznych kółkach.



   Pierwsza jazda odbyła się na ich ciasnym podwórku. Piotr dwoił się i troił, żeby okiełznać burzę niesfornych, czarnych jak węgiel włosów córki. Ostatecznie zrezygnował z upychania ich pod ciasną, styropianową skorupę – kask i tak siedział nieco krzywo na jej małej głowie, a cała ta gęstwa została mocno związana i opadała swobodnie, tworząc potężny, gruby pęk na plecach dziewczynki. Elwirka kurczowo trzymała kierownicę jaskrawoczerwonego rowerka, a Piotr biegł tuż obok niej, zgięty wpół, asekuracyjnie trzymając drewniany kij włożony pod siodełko. Maria stała nieruchomo na ganku, trzymając w dłoniach gotową apteczkę i telefon z wklepanym już na wyświetlaczu numerem na pogotowie. Do dziś pamiętała ten moment, gdy mała Elwirka po raz pierwszy złapała właściwy rytm. Kółka terkotały głośno o beton, a dziewczynka piszczała z dzikiego zachwytu: „Mamo, patrz! Jadę! Sama jadę!”.
   Dla każdego zdrowego dziecka to była zwykła, codzienna zabawa. Dla ich małej rodziny – wejście na sam szczyt Kilimandżaro. Maria pamiętała jednak, jak już po pięciu minutach Piotr musiał bezwzględnie zatrzymać rowerek, bo Elwira zaczęła zbyt gwałtownie, łapczywie łapać powietrze, a jej małe usta delikatnie zsiniały. Tamten jaskrawoczerwony rowerek bardzo szybko trafił na powrót do ciemnej piwnicy.

Rozdział 9: Piniata i Baryłka

   Ósme urodziny Elwirki miały być zupełnie inne niż dotychczasowe, spędzane dotąd w sterylnych, białych salach. Piotr i Maria zrobili wszystko, by ich dom przybrał odświętny, radosny wygląd. Salon uginał się od kolorowych balonów, a w ogrodzie, na grubej gałęzi starej jabłoni, kołysała się ona – wielka, misternie wyklejona piniata w kształcie fioletowo – żółtego motyla, którą Piotr przygotowywał w tajemnicy w garażu przez kilka ostatnich wieczorów. Miała w sobie kilogramy ulubionych cukierków Elwirki i całą masę rodzicielskich nadziei na choćby jeden, upragniony dzień bezlitosnej normalności.
   Lista gości była krótka, skrojona pod dyktando ogromnej ostrożności Marii. Elwirka mogła zaprosić tylko dwie najbliższe koleżanki z ławki szkolnej, Anię i Zuzię. Była jednak wśród nich jeszcze jedna, wyjątkowa osoba. Ola. Dziewczyna była wolontariuszką z kliniki kardiologicznej, nastolatką o ciepłych oczach i nieskończonej cierpliwości, która spędziła przy łóżku Elwirki dziesiątki godzin, gdy mała czekała na kolejne wyniki badań. To właśnie Ola potrafiła rozgonić najgorsze szpitalne strachy. Kiedy pojawiła się na podwórku Nowaków, Elwirka aż podskoczyła z dzikiej radości, choć Maria odruchowo położyła dłoń na własnej piersi, jakby tym gestem chciała podświadomie uspokoić zbyt mocne bicie serduszka córki.
   – Wszystkiego najlepszego, nasza mała pani doktor! – zawołała głośno Ola, kucając przy dziewczynce.
   Elwirka, zamiast czekać na rozpakowywanie prezentów, pociągnęła Olę mocno za rękę w stronę ganku. Stało tam duże, tekturowe pudełko.
   – Olu, ja też mam coś dla ciebie. Chcę, żebyś to zabrała ze sobą do kliniki, dla innych dzieci. Żeby już się tak bardzo nie bały – szepnęła niezwykle poważnie ośmiolatka.
   W pudełku leżał jej ulubiony komplet zabawek „Mały Lekarz” – ten sam plastikowy stetoskop i strzykawki, którymi Maria przez lata próbowała oswoić ponurą szpitalną salę. W oczach Oli natychmiast zakręciły się łzy głębokiego wzruszenia, a Maria musiała na moment odwrócić głowę w stronę ogrodu, by nie rozsypać się na kawałki przy zaproszonych gościach. Elwirka chciała oddać chorym dzieciom również swojego ukochanego Baryłkę, ale Ola, czule tuląc małą do siebie, szepnęła jej do uszka: „Baryłka musi zostać z tobą, Elwirko. On pilnuje twojego pokoju. Dla dzieciaków z kliniki wymyślimy coś zupełnie innego, obiecuję”. Miś wrócił więc na swoją stałą półkę, by po latach towarzyszyć  w dorosłym życiu dziewczyny.
   Pół godziny później ogród wypełnił się piskami czystej radości. Dziewczynki po kolei podchodziły do wiszącego motyla. Kiedy przyszła kolej na małą jubilatkę, Piotr zawiązał Elwirce oczy jedwabną chustką i podał jej do rąk lekki, drewniany kij.
   – Śmiało, córeczko! Celuj prosto w skrzydła motyla! – krzyczał Piotr, a jego sprana flanelowa koszula mocno łopotała na jesiennym wietrze.
   Elwirka zamachnęła się raz i drugi, a jej gęste, czarne loczki spięte w ciężką kitę falowały malowniczo na plecach przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Koleżanki ze szkoły skakały dookoła, klaszcząc głośno w dłonie. Maria stała nieco z boku, kurczowo ściskając w kieszeni telefon. Liczyła w pamięci każde uderzenie kija i każdy mocniejszy oddech córki, modląc się w duchu, by ten fioletowy motyl rozpadł się, zanim Elwirka kompletnie opadnie z sił.
   I nagle – trach! Piniata pękła z głośnym hukiem, a na zieloną trawę posypał się prawdziwy deszcz kolorowych cukierków, wśród których było najwięcej jej ukochanych, ciągnących się krówek. Dziewczynki z głośnym krzykiem rzuciły się do zbierania słodyczy, a Elwirka, zsuwając szybkim ruchem opaskę z oczu, śmiała się tak głośno i czysto, jak nigdy wcześniej w życiu. Przez tę jedną, krótką chwilę, otoczona szkolnymi koleżankami i swoją szpitalną opiekunką, była po prostu najszczęśliwszym dzieckiem na całym świecie. Bez medycznych wykresów. Bez lęku o niepewne jutro.


(Ilustracji tej nie będzie w książce, która zawierać będzie około 10-11 obrazów. Post na blogu i książka - to jednak dwa podobne, ale z innymi zasadami,  światy)

MISTRZ PLANOWANIA, CZYLI URLOP ZACZYNA SIĘ W GŁOWIE




Poznajcie Mariana. Marian jest tytanem pracy, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. Właśnie nadszedł ten kluczowy moment roku – faza przedurlopowa.

Podczas gdy inni w panice domykają arkusze w Excelu, Marian wdraża autorski program „Oszczędzania Energii Przedwypoczynkowej”. Trzeba przecież zregenerować siły, zanim w ogóle zacznie się wypoczywać. Praca na zapas wymaga strategicznego podejścia.

Strategia Mariana opiera się na trzech sztywnych filarach:

Ergonomia biurowa: 
Klawiatura i kalkulator służą wyłącznie do podtrzymywania wzroku. Najlepsza pozycja do myślenia o plaży to kąt 45 stopni, z nogami uniesionymi na wysokość oczu szefa.

Zarządzanie kryzysowe: 
 w kubku nie służy do picia – służy do zasłaniania twarzy. Gdy ktoś wchodzi do gabinetu, Marian bierze łyk. Z pełnymi ustami nie musi odpowiadać na pytania o niezrobione raporty.

Trening mentalny:
Marian patrzy w dal i ćwiczy aklimatyzację. Te drewniane panele na ścianie? Dla niego to już luksusowa boazeria w domku nad morzem.

Kalkulator zdążył już wydrukować paragon z napisem „Zasłużone wolne”, a ołówki w przyborniku stoją na baczność, salutując swojemu kapitanowi. Marian wie, że we wszystkim należy zachować umiar. Szczególnie w pracy przed wakacjami.

Bo prawdziwy profesjonalista nie jedzie na urlop. Prawdziwy profesjonalista mentalnie jest na nim już od wtorku.
<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj