![]() |
Rozdział 10: Kolory Podhala
Elwira miała piętnaście lat i właśnie kończyła szkołę podstawową. Była blada, chorobliwie szczupła, a pod bawełnianą bluzką skrywała cienką, bliznę, którą na co dzień próbowała ukrywać nawet przed samą sobą. Lekarz prowadzący ostrzegał co prawda, że Zakopane może być ryzykowne ze względu na nagłą zmianę wysokości i rozrzedzone górskie powietrze, ale rodzice uznali, że odrobina tatrzańskiego słońca i ucieczka od codziennego lęku dobrze jej zrobią.
Pierwsze godziny po przyjeździe okazały się jednak niezwykle trudne. Kiedy wysiedli z pociągu, a chłodny, górski wiatr uderzył ich z impetem w twarze, Elwira poczuła, jak stacja kolejowa zaczyna lekko wirować. Jej serce zabiło nierówno, potknęło się o własny rytm, a oddech stał się niepokojąco płytki. Maria natychmiast, ze strachem w oczach, posadziła ją na drewnianej ławce przy dworcu, kurczowo chwytając jej zimną dłoń.
– Oddychaj spokojnie, córeczko… – szeptała, sama ledwo łapiąc powietrze. – Jesteśmy tu razem, nic się nie dzieje.
Piotr, milczący jak zawsze, ale z bezgraniczną troską wypisaną na zaciśniętej twarzy, błyskawicznie przyniósł butelkę chłodnej wody i stanął obok, osłaniając je plecami od dworcowego tłumu. Czekał w napięciu, aż córka dojdzie do siebie. Dopiero po kilku godzinach, gdy organizm dziewczynki wreszcie zaaklimatyzował się do nowych warunków, Elwira poczuła, że ucisk w piersi mija. Mogła w końcu normalnie odetchnąć.
A potem… potem przyszło już czyste zachwycenie. Zakopane latem wyglądało jak żywy, pulsujący milionem barw obraz. Potężne drewniane wille w stylu zakopiańskim, intensywny zapach sosen parujących w słońcu, gwar barwnych Krupówek i – przede wszystkim – sztuka, która zdawała się dosłownie wisieć w powietrzu. Na deptakach i w małych, klimatycznych galeriach co krok można było spotkać lokalnych artystów tworzących na żywo. Elwira, z burzą czarnych włosów spiętych w ciężki warkocz, zamarła przy sztaludze nieznanego malarza, który uwieczniał Giewont skąpany w krwawym, płomiennym zachodzie słońca. Stała tam z otwartymi z wrażenia ustami.
Maria i Piotr, patrząc na nią, trwali tak w milczeniu przez kilka długich minut. W tym czasie Maria pomyślała z nagłym wzruszeniem: „Pierwszy raz od wielu lat zapomniałam, że ona jest chora”.
– Mamo, ja też chciałabym kiedyś tak malować – odezwała się nagle Elwira, nie odrywając wzroku od płótna. – Tak, żeby ludzie się zatrzymywali.
Rozdział 11: W zaciszu pensjonatu
Elwira była już na trzecim roku nauki w słynnym zakopiańskim liceum plastycznym. Zimowe Lipowo nie mogło równać się z mroźną, białą magią Podhala, która tak mocno ukształtowała jej artystyczną duszę. Właśnie nadszedł ten wielki dzień – dziewczyna zaprosiła rodziców na prestiżową wystawę poplenerową. To była pierwsza tak ważna ekspozycja, na której jej własne prace miały zawisnąć w świetle galeryjnych reflektorów, tuż obok obrazów starszych, utytułowanych kolegów z wyższych klas.
Maria i Piotr przyjechali do Zakopanego z mocno mieszanymi uczuciami, w których duma mieszała się z wiecznym, rodzicielskim niepokojem. Piotr, jak zawsze pragmatyczny i skupiony na logistyce, zaproponował, żeby ten krótki pobyt u córki połączyć z tygodniowym urlopem w kameralnym, górskim pensjonacie.
– Będziemy blisko niej, a przy okazji oboje złapiemy trochę oddechu – argumentował cicho, a Maria zgodziła się bez wahania. Dla Elwiry była w stanie pojechać przecież na sam koniec świata. Zawsze dla niej.
Gdy weszli do oświetlonej galerii, od razu, niemal intuicyjnie, zauważyli jej płótna. Nie musieli nawet szukać małych karteczek z podpisem autorki. Obrazy siedemnastoletniej Elwiry po prostu hipnotyzowały i magnetycznie przyciągały wzrok. Miały w sobie jakąś metafizyczną światłość, niezwykłą czułość i taką głębię koloru, której nie da się wyuczyć na żadnych, nawet najlepszych lekcjach rysunku. Ludzie zatrzymywali się przy nich w milczeniu, z nabożeństwem chłonąc każdy ślad pędzla.
Maria stała przed jednym z pejzaży, a w jej oczach szybko wezbrały gorące łzy. Dopiero teraz, patrząc na to skończone, dojrzałe dzieło, uświadomiła sobie z całą, bolesną ostrością, jak bardzo przez te wszystkie lata skupiali się wyłącznie na wadliwym sercu córki… i jak dramatycznie mało miejsca zostawili na jej własne, osobiste marzenia.
– Myśleliśmy, że naszym jedynym zadaniem jest sprawić, żeby ona po prostu przeżyła… – szepnęła Maria, kurczowo chwytając Piotra za rękaw flanelowej koszuli, gdy wracali wieczorem do pensjonatu. – A ona w tym całym cieniu choroby sama, zupełnie bez nas, musiała wywalczyć sobie drogę do tego, co naprawdę kocha.
W sobotni poranek Elwira całkowicie zbiła ich z pantałyku.
– Chodźcie ze mną na stok – oznajmiła z jastrzębim, zawadiackim błyskiem w oku, dokładnie takim samym, jaki miewał jej ojciec w garażu. – Wypożyczyłam już dla siebie narty.
Maria w jednej sekundzie zbladła, a Piotr mocno zmarszczył swoje krzaczaste brwi.
– Elwirko… twoje serce – zaczęła drżącym głosem matka, a przed jej oczami natychmiast stanęły wszystkie dawne szpitalne wykresy.
– Mamo, błagam, posłuchaj mnie – przerwała jej ciepło dziewczyna, poprawiając grubą, wełnianą czapkę, spod której uciekały jej gęste, czarne loczki. – Jeżdżę na nartach już od dwóch lat. Lokalny kardiolog dał mi pełną zgodę na rekreacyjny zjazd. Chcę wam po prostu pokazać, że daję radę. Że potrafię.
Gdy stanęli u podnóża stoku, Maria czuła, jak jej własne serce podchodzi ze strachu do gardła. Elwira zapięła wiązania i pewnie ruszyła w dół. Zjechała po białym puchu z tak niesamowitą gracją, lekkością i pewnością siebie, jakiej rodzice nigdy wcześniej u niej nie widzieli. Była wolna, dynamiczna i głośno się śmiała, a pęd mroźnego powietrza smagał jej zaróżowione policzki.
Jednak dla nich – dla ludzi, którzy całe dotychczasowe życie spędzili na liczeniu każdego jej płytszego oddechu – ten widok okazał się zbyt intensywny. Strach na dole stoku bezwzględnie zwyciężył. Maria nie potrafiła wykrzesać z siebie uśmiechu, a w jej oczach malowało się czyste przerażenie. Widząc to, Elwira gwałtownie wyhamowała. Radość nastolatki zgasła w jednej, krótkiej chwili, ustępując miejsca przytłaczającemu poczuciu winy.
Wieczorem, w zaciszu pokoju pensjonatu, wielkie emocje wreszcie opadły. Maria usiadła na skraju łóżka, chowając twarz w dłoniach, a jej ramiona drżały od cichego płaczu.
– Ona ma całkowitą rację, Piotrze… – wykrztusiła cicho przez palce. – My przez te wszystkie lata widzieliśmy w niej tylko kruchą, chorą dziewczynkę, którą trzeba trzymać pod szklanym kloszem. A ona… ona tam, w tym Zakopanem, rozpaczliwie próbuje nadrobić wszystko, co straciła przez kliniki. Beztroskie zabawy, sport, poczucie swobody… Wszystko to, co inne, zdrowe dzieci miały na wyciągnięcie ręki.
Piotr podszedł do żony i mocno objął ją swoim potężnym ramieniem. Milczał bardzo długo, patrząc w okno, za którym sypał gęsty, tatrzański śnieg. W końcu zacisnął szczęki i powiedział z absolutną determinacją:
– Jutro rano też tam pojedziemy. Wypożyczymy narty dla nas. I zjedziemy razem z nią. Nawet jeśli mam połamać nogi i wyglądać jak ostatni idiota.
Następnego dnia cała trójka stanęła na samym szczycie łagodnego zbocza. Maria i Piotr – przeraźliwie sztywni, nieporadni, z kaskami leżącymi nieco niezgrabnie na głowach, ale z niesamowitą wolą walki w oczach – ruszyli w dół tuż obok swojej córki, pod czujnym okiem instruktora. Czysty, perlisty śmiech Elwiry niósł się echem po całym ośnieżonym zboczu.
Z punktu widzenia zawodowych narciarzy to nie był żaden wielki wyczyn – ot, kilka koślawych łuków na ostrej bieli. Ale dla rodziny Nowaków był to jeden z najważniejszych i najbardziej przełomowych dni w całym życiu. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczuli, że ich ukochana córka nie tylko walczy o przetrwanie. Ona wreszcie zaczynała naprawdę, pełną piersią żyć.
<><><><><>
Tych obrazów książka również nie będzie zawierała. Jak wspomniałam w poprzednim poście będą tylko wybrane i w barwach sepii, oraz czarno-białych.






