Translate

środa, 28 lutego 2018

PRZESYT WŁASNĄ ŻONĄ

Hilda Duane-Animacja - Michele Giammaria (MIKI4)

      Ciekawa jestem, czy przesyt własną żoną wywołuje u mężów jakiś objaw somatyczny?

Pewne doświadczenie takiego problemu przedstawione jest w humorystycznej piosence, wykonywanej przez Mariana Opanię - „Mam już dosyć żony.”

Posłuchajcie, proszę.


 Ja jestem skromny i cichutki,
Ja nie mam żadne inne smutki
Ja mam właściwie wszystko, co ludzie od życia tylko chcą.
Jużby od biedy człowiek wyżył
Się erotycznie czasem zbliżył
By się zabawił tu i tam - cóż, kiedy jeden kłopot mam:
Ja mam już dosyć swojej żony
Jak mam to nazwać: przesyt? spleen?
Ja chodzę smutny i znudzony
Pij lat dwadzieścia ten sam płyn
Ja się buntuję, się nie daję,
Mnie się już z tego płakać chce
Pan myśli, że się przyzwyczaję? Ja też myślałem, ale nie.


ONA JEST TAKA STRASZNIE GRUBA!
Ona ma TAKIE nogi dwie!
Ona ma profil Belzebuba, tylko co do ogona nie
Ona jest taki tran sercowy
Go się nie lubi a się je
Tylko od trana jest pan zdrowy
A od niej to cholera wie.

I czy to nie jest los,  ananke:

Zrobiłem żonie niespodziankę
Wróciłem wczoraj wczesniej i
Zaglądam do niej poprzez drzwi...
Ta jędza pod mym własnym dachem 
Leżała sobie z jakimś gachem!
Ja się go pytam: "Panie! Z nią?!"
I odpowidział: "Wisz pan co?

Ja mam już dosyć swojej żony
Jak mam to nazwać: przesyt? spleen?
Ja chodzę smutny i znudzony: 
Pij lat dwadzieścia ten sam płyn
Ja się buntuję, się nie daję,
Mnie się już z tego płakac chce
Pan myśli, że się przyzwyczaję? 
Ja też myślałem, ale nie.

ONA JEST TAKA STRASZNIE CHUDA!
Ona ma TAKIE nogi dwie!
Ona takie cienkie uda, 
A co do "tutaj" - wcale nie
Ona jest taki tran sercowy
Go się nie lubi a się je
Tylko od trana jest pan zdrowy
A od niej to cholera wie."

Sir Edward Coley Burne-Jones Reproductions-The Lament, 1865-1866

wtorek, 27 lutego 2018

GWIZD

    


        Znam różne pudła rezonansowe. Grałam na skrzypcach, gitarze, mandolinie. Pudła sprawiały się znakomicie. Moje własne przy śpiewie - również. Chciałam więcej. Gwizdać. I to nie byle jak. Z modulacją. Może za duże od razu stawiałam wymagania, bo żaden świst, ani gwizd przypominający melodię, nie wydobywał się z mojego pudła rezonansowego. I to nie dlatego, jakoby brakowało mi kompletu uzębienia. A skądże! Darowałam sobie. W końcu ile tych talentów można udźwignąć ;-)



    Nie zdawałam sobie sprawy, że ta umiejętność przydałaby się teraz. Prześwitów w uzębieniu nadal nie mam.

       Kupiłam sobie gwizdek! 
       W jakim celu? 

      A czy byłam w stanie  dogonić uciekającego na rowerku wnuczka dojeżdżającego do skrzyżowania ulic mimo ostrzeżenia, z wrzaskiem:
-Zatrzymaj się... zatrzymaj, ulica!
Przecież nie miałam jeszcze wtedy stymulatora.
Dobrze, że ktoś nad nim czuwa.

Manfred Eichom - Anioł uczy się jexdzić na rowerze Opoka.com.p

     Nie jestem nieodpowiedzialną babcią. Wnuczek zna zasady. Obiecuje babci solennie je przestrzegać, ale lubi przycisnąć pedały. Twierdzi, że zatrzymałby się w odpowiednim momencie. Ale nie chcę sprawdzać. Przecież to czterolatek. A głosu nie słyszy, gwizdu zresztą też nie.
     Pozostaje tylko Anioł Stróż.

Dobrze, że nie mieszkam  w Grecji.

Znalazłam odpowiedni artykuł w tym temacie.
"Był wiosenny poranek. Panagiotis Kefalas, właściciel tawerny w maleńkiej greckiej wiosce Antii, pomyślał, że chętnie zjadłby śniadanie w towarzystwie swojej znajomej, Kyrii Kouli, mieszkającej w domu oddalonym o 200 m od jego restauracji. Skontaktowali się. Rozmowy nie poprzedził dźwięk dzwonka telefonu komórkowego. Wiadomość od Kouli dotarła do uszu Kefalasa w postaci serii gwizdów o wysokich tonach.

„Witaj, o co chodzi?” – odezwała się trelem Koula.
Kefalas zagwizdał: „Zjadłbym coś”.
„Zapraszam” – odparła Koula.
„Mógłbym dostać jajecznicę?” – poprosił Kefalas.


Koula
Ta niecodzienna konwersacja z pewnością wprawiłaby w konsternację obcego przybysza. Pierwsze jej słowo: „witaj” (kalós irthate po grecku, zapisane alfabetem łacińskim) przypominało zmysłowy gwizd – „tłit, tłio” – przy czym drugą sylabę stanowił dźwięk przeciągły i wysoki.
Z niektórych relacji wynika, że mowa gwizdana była przez stulecia najlepszym sposobem porozumiewania się pasterzy pilnujących stad owiec bądź kóz na zboczach gór. Obecnie jest na wymarciu, używana przez kilkudziesięciu mieszkańców Antii. Gwizd niesie się o wiele dalej niż krzyk i nie nadweręża strun głosowych. Jeszcze dziś emeryci mieszkający w tej wiosce położonej na południowym krańcu Eubei, drugiej pod względem wielkości wyspie Grecji, niekiedy stosują tę skuteczną formę bezprzewodowej komunikacji sprzed rewolucji technicznej, by przekazywać wiadomości, plotki lub wystosować zaproszenie na śniadanie.
Rozmowę Kefalasa i Kouli zarejestrowałem w maju 2004 roku. Od roku 2000 badam mowę gwizdaną na odległych terenach górskich i w gęstej dżungli na całej kuli ziemskiej. Przez ten czas, współpracując z naukowcami z różnych instytucji, odkryłem wiele języków gwizdanych dotychczas nieznanych. Ustaliliśmy, na jaką odległość docierają gwizdy. Zrozumieliśmy, jak wydmuchiwany przez usta strumień powietrza może stanowić reprezentację pełnych zdań, a także jak umysł odbiorcy jest w stanie odkodować ów przekaz."
Źródło: Julien Mejer „Scientific American”- 2017

poniedziałek, 26 lutego 2018

KRYZYS

Możemy ... ograniczać sytuacje wywołujące kryzys oraz minimalizować skutki. Jednakże nie da się ich wyeliminować do końca. Kryzys jest zjawiskiem szczególnym, występującym w ramach ogólnego, czasami bardzo długiego procesu zmian występujących wokół nas. (Wikipedia)



 W rok po upadku banku Lehmann Brathers jego dyrektor Dick Fuld, pomimo presji - "trzymał głowę nad wodą". Zapytany w wywiadzie przez reportera z Reuters, jak sobie poradzi w rocznicę załamania się banku, stwierdził, że mimo, że czuje się "zdruzgotany" przez negatywne relacje przeciwko sobie, to jednak da sobie radę. Mimo ciągłych ataków wie, że nie jest sam.
 
 Określił to w ten sposób:
"Wiesz co, moja matka mnie kocha i wiesz co, moja rodzina mnie kocha i mam kilku bliskich przyjaciół, którzy rozumieją, co się stało i to wszystko, czego potrzebuję."

W tym dniu, tj. w rocznicę upadku banku część osób, która nie mogła zapomnieć krachu, przynajmniej wyładowała swoją frustrację, dopisując swoje komentarze na plakacie, obrazującym  postać Dicka Fuld



 ............

Na różne kryzysy istnieją różne rozwiązania.

Ale teraz o lekkich kryzysach.

"Jeśli chodzi w kryzysie, o, Panie
Powodzenie się miało aż strach.
Niedogrzane zimowe mieszkanie
Me westchnienia tak grzały, że ach!"


Enrique Simonet - Autopsja - 1890

(Ups! Tu już nie zdążyłem ogrzać)

"A gdy westchnień mych ciepły aksamit
Sprawiał, że serca pań jęły drżeć,
Ostry bankiet puszczałem czasami:
Chrzan, herbata, petibery i śledź" 


 ( Hola, hola... nie espresso Martini, ale... chrzan, herbata petit beurre i śledź)

 Takich porad na kryzys udzielał nieodżałowany Wiesław Michnikowski w Kabarecie Starszych Panów.

sobota, 24 lutego 2018

SYMULANT

    Chory mężczyzna w domu -  to prawie stan agonalny. Lekki stan podgorączkowy, a dom staje na nogach.



     Ale niech tylko żona zdecyduje się iść do apteki po syrop dla biedaczyny, on ... w pełnej świadomości zachrypniętym głosem, nie zapomni, niby od niechcenia, dodać:
-  A.... kup, kochanie, przy okazji piwko, zrobisz mi grzańca, może się wypocę. Tylko nie jedno, weź od razu 2, a może lepiej 3, najlepiej... 5. 


Lepiej jednak spisać żonie dłuższą listę. I to raczej nie będą leki.

A jeśli coś umknęło pamięci, to zawsze można jeszcze żonie przypomnieć przez telefon.

   No...  chyba teraz szybko nie wróci. 
W spokoju można sobie obejrzeć igrzyska olimpijskie.  Tylko tak bez piwa? 

      Z tym symulowaniem lepiej nie przesadzać. Lekarze nie zawsze trafiają z diagnozą.
    W 1972 roku amerykański psycholog David Rosenhan opublikował  pracę naukową pt "Zdrowy w chorym otoczeniu". Opisywał w niej eksperyment przeprowadzany w szpitalach psychiatrycznych. Zebrał 7 ochotników: studenta psychologii, lekarza pediatrii, malarza, gospodynię domową i 3 psychologów. Ochotnicy specjalnie się przygotowali, nie myjąc się wcześniej, nie używając kilka dni wcześniej pasty do zębów, przebrani w brudne ciuchy, dzwonili do szpitala, że słyszą nieokreślone głosy.

      Przyjęto ich do szpitala. Nie rozpoznano wśród nich ani jednej zdrowej osoby.
6 z 7 usłyszało diagnozę schizofrenii,  a 1 -  stan depresyjny.

      Już nie wspomnę, że uczestnicy obawiali się w szpitalu pobicia i gwałtów, że należało ustanowić prawnika na wszelką ewentualność.

    Wynik eksperymentu w następnym szpitalu, który się zarzekał. że oni na pewno takiej plamy nie dałby... był jeszcze gorszy. 

    Ad rem...
Nie należy symulować....
A nuż lekarz postawi inną diagnozę, niż sobie symulant zaplanował?



Jak już symulujesz, to nie rób z siebie cierpiętnika, bo zdiagnozują depresję, chociaż zbytnia wesołkowatość.... też może zaprowadzić nie tam, gdzie planujesz.

Źródło: Faktopedia.pl

środa, 21 lutego 2018

NIE WSTYDŹ SIĘ ŻYĆ BEZ SKAZY




"Współczesnym przeciwieństwem uczciwości nie jest nieuczciwość. W zamian słyszymy raczej o przedsiębiorczości, zaradności, sprycie, a nawet mądrości. Ktoś, kto chce być uczciwym człowiekiem, jest utożsamiany po prostu z człowiekiem naiwnym."
ks. Ryszard Kempiak SDB
"Nieuczciwość w Biblii" ,  Katolik.pl

Sorte Hus Otto Frello

      No cóż, u schyłku życia wciąż będę naiwna. I nie ciekawi mnie, jak żyją ci w tych pałacach najwyższego sortu.

       Nawet przyznaję się bez bicia, źle i niepewnie czuję się wśród tych sprytnych. Już wiem, to nie  moje kompleksy. To podświadomie i zupełnie na trzeźwo wybierana przeze mnie  uczciwość. To się w ostatecznym rozliczeniu życia opłaci. Roztropność? 
To cecha nie najlepiej widziana. Jest siostrą wyrachowania.

A Stanisława Celińska w piosence  "Za małe serce" śpiewa:
"Za małe serce, za duży lęk
I coraz szybciej twój pociąg gna.
I ciągle pytasz o życia sens,
A dookoła pejzaże zła.


 Jest atrakcyjne, ma kolor krwi,
Możesz mieć wszystko, gdzie sięga wzrok.
Warunek jeden: Żeby tak żyć,
musisz się cały zanurzyć w mrok.
(...)

Zatrzymaj się, masz jeszcze czas,
Wiedz, że nie wszystko stracone!
Nie wstydź się żyć - tak bez skazy,
Błogosławiąc noce i dnie.
I zanieś ten spokój innym,
A zło niech pójdzie w niepamięć.
Dobrze jest czuć się niewinnym
Jak polny przydrożny kamień."


wtorek, 20 lutego 2018

ŚLUBY, ŻELKI HARIBO I POWRÓT KRETYNA

 Moje mocne postanowienie na najbliższy czas  ( a może i na stałe?): "zrezygnuję ze słodyczy i kawy". Taki ślub, chociaż nie uroczysty. Nie będę rodzince robić żadnych torcików, serniczków.



 Co najwyżej, niech sobie kupią coś w cukierni.
Wytrzymałam kilka dni . 

    Przedwczorajszy niedzielny deser - babka cytrynowa ( żeby mniej bolało, gdyby miał być to np. sernik), którą rodzinka pałaszowała na moich spragnionych oczach, została  w części nieskonsumowanej czym prędzej zaniesiona przeze mnie na górę  do dzieci, aby mnie nie kusiło. 

       Dziś wszystko się zmieniło, bo usłyszałam w wywiadzie z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem aby "nie szukać samemu umartwień. One same nas znajdą, bo najpiękniejszym umartwieniem, największą pokorą w życiu jest akceptować to, co życie przynosi. Nie walczyć "z tym", to jest "po coś". To ma jakiś sens, nawet jesl nie rozumiem do końca dzisiaj".

      I to mi pasuje. Mało to w ostatnich 4 miesiącach wycierpiałam na łóżkach chirurgicznych:  okulistycznym, kardiologicznym? A wczorajsza wizyta u dentysty?  Nie.... nie będę odmawiać sobie słodyczy, chyba, że w następnym badaniu krwi wyjdzie, że trochę tego cukru w życiu nagromadziłam. 
     Tymczasem  popędziłam ( już wiem, po to jest ten stymulator serca!) na górę do dzieci po babkę cytrynową i z lubością skonsumowałam poczciwą porcję, popijając kawusią, już nie Inką.

    Taki to dzisiaj dzień, w którym zakonnicy podtrzymują mnie na duchu i ciele.

     Odkryłam pod wieczór na You Tube blog Q&A (Pytania i Odpowiedzi) prowadzony  przez o. Adama Szustaka. Sposób lekki, żartobliwy. Pytania padają różnego kalibru.
    W dzisiaj obejrzanym i wysłuchanym z gębą roześmianą od ucha do ucha odcinku, najciekawsze było ostatnie pytanie, niejakiej Ewy.
     Co prawda, ojciec Adaś do końca nie wiedział, czy pytanie było na serio, czy nie , jednak przeczytał go, co brzmiało mniej więcej tak:

     '' ...Gdy po 2 latach związku zostawił mnie mój ukochany, świat mój legł w gruzach. Zadręczałam wtedy moją cudowną patronkę św. Ritę. Obiecałam jej wtedy, jeśli mnie wysłucha i ten mój kretyn wróci ( o. Adaś: no właśnie, po co prosisz o powrót kretyna?) 
...to ja już nigdy nie zjem żelek. To duża ofiara z mojej strony, bo kocham żelki
(O.Adaś: no to rozumiem, ja żelek nie lubię, ale rozumiem, coś takiego można pomyśleć)
...i  namaluję jej obraz. Jestem malarką. 
   On wrócił po 3 miesiącach, ja namalowałam Ritę i do tej pory nie zjadłam ani jednej żelki. 
Problem w tym, że po następnych 2 latach


on znów odszedł, no bo to był przecież, kurczę, kretyn. 
    Tym razem tak miałam dość, że już nie chciałam tego ratować, ani nic robić w tej sprawie. Rozstaliśmy się definitywnie



 i choć minęło parę miesięcy od rozstania, ja dalej nie jem żelek. 
    Proszę o odpowiedź, drogi Adasiu. Czy mój układ z Ritą jest dalej ważny, czy przy takim obrocie sprawy jestem zwolniona z obietnicy i mogę już sobie kupić paczkę Haribo? Czy już do końca życia mam o nich zapomnieć?
 Przy okazji pragnę ostrzec wszystkie dziewczyny: nie róbcie tego nigdy. Żaden facet nie jest wart takiej ofiary. Pozdrawiam wszystkich, którzy to czytają."

Odpowiedź
O. Adaś:
 "Nie warto, nie warto, nie warto. 
Natomiast droga Ewo, prawdopodobnie Ewo:  jedz żelki, wpieprzaj żelki! Po prostu weź tych żelek, ile się tylko da. 
One są chyba niezdrowe, ale jeśli to jest dla Ciebie takie super, to jedz, jedz żelki.  Po prostu Haribo górą! 
W sensie, ja nie lubię w ogóle żelek, ale rozumiem, jak pod to sobie podstawię hamburgera



 żebym ja, taki zrobił, taki ślub.
 W ogóle co za głupi ślub zrobiłaś?
 No przepraszam, ale żeby tam żelek nie jeść i dlatego Ci wróci kretyn? Jaki ślub, taki kretyn. Nie w takim sensie, taki powrót.
 No,  przepraszam, bo nie nabijam się z Ciebie. Oczywiście, ale pytanie było żartobliwe, to żartobliwie odpowiadam.
Jedz kochana żelki, a wy dziewczyny zapamiętajcie:
Nie warto, nie warto! "

Myślę, że Ewa nie rozpaczała po odejściu kretyna , jak śpiewa  Amy Winehouse w Back to Black:



Lepiej takie rozstanie potraktować lekko, jak Łazuka z Cembrzyńską.



poniedziałek, 12 lutego 2018

A JA MAM BABCIĘ NA BATERIE


Art by Carla Juaranz
27 lutego minie rok, od porzucenia przeze mnie po raz drugi  blogowania. Mogłabym poczekać do rocznicy, ale przecież nie jestem typową blogerką. To nie starodawny pamiętnik pisany systematycznie. 

     To blog "trochę" zaniedbany przez właścicielkę, która w ostatniej chwili przed całkowitym uzależnieniem od komputera i lękiem przed lawiną komentarzy w Google+ na rozbudowanych własnych stronach, porzuciła go rok temu na wszystkich możliwych polach.  Nadmierna aktywność na stronach społecznościowych pączkowała w różnych kierunkach,  aż stała się nieokiełznaną potrzebą trudną do opanowania. Potrzebne było chirurgiczne cięcie i to natychmiastowe. I to już drugi taki przypadek w trakcie mojego blogowania. 

    Blogger, Google+ oraz Facebook poszły w odstawkę i to w momencie, kiedy dostałam wymarzoną ofertę moderowania  prywatnej strony artystycznej, którą ceniłam najwyżej z poznanych i odwiedzanych przez siebie. Bolało, oj bolało. Najpierw marzysz o czymś, a jak nadejdzie nie możesz przyjąć i odmawiasz, choć serce się kraje. 

    Nie wracałam do swoich archiwalnych postów, jednak ostatnio sytuacje życiowe były "wypisz - wymaluj" jak gotowy materiał na felieton lub post.

       Nie jestem hipochondryczką, ale często wsłuchiwałam się w pracę swoich oryginalnych części stałych organizmu. Słyszę rytm serca, leżąc na prawym boku w uchu. Dlaczego się wsłuchuję? A kto by o zdrowych zmysłach łatwo usypiał, kiedy serce gra kołysankę nierytmicznie, z przerwami ponad 2,8 sek. i to około 3000 razy na dobę? No.. chyba, że nie ma poczucia rytmu. A ja, dzięki Bogu mam. Holter nie dawał złudzenia. Babcia do naprawy. 




     I tak, kiedy sobie leżałam na sali zabiegowej, a śliczna blondyneczka ( pozdrawiam Panią doktor) wciskała mi z całej siły baterię pod mój lewy  obojczyk, przywoływana byłam co pewien czas do kontynuowania konwersacji, z obawy aby pacjent nie odpłynął. A muszę powiedzieć, że asystujący pan doktor tryskał anegdotkami, że zasnąć na stole nie dało się. Na chwilę tylko został przywołany do porządku, gdy sytuacja dotarcia do serca już drugiej elektrody stała się w pewnym momencie problematyczna. Zagrożenie minęło, pan doktor, na szczęście nie zgubił wątku i żeby nie to, że powłoki brzuszne nie powinny ze śmiechu drżeć, wytrzymałam. Na pytanie pani doktor, "jak rodzinka przyjmie mnie w nowej sytuacji", stwierdziłam, że najbardziej wnuczek cieszy się i chwali innym przedszkolakom, że będzie miał " babcię na baterie". 
 Czterolatek nawet umówił się nawet z kolegami na prezentację tej nietypowej babci.


     Pani doktor ze smutkiem  stwierdziła, że niestety, ale pilota do dyspozycji wnukowi raczej nie przewiduje. I tu największe zmartwienie malca, no bo nie będzie mógł babcię pilotem pokierować po zabawki do sklepu lub tort do cukierni. Oj, będzie zawiedziony, tym bardziej, że babcia, idąc do kliniki przemilczała brak pilota.  
  
     Jak funkcjonuję ze stymulatorem? 
Czuję się jak robocop. 
   Przed zabiegiem operacyjnym obawiałam się sytuacji tragicznej. Wizja omdlenia lub utraty przytomności podczas ewentualnego wypadku. Mój słaby puls ( czasem 40 uderzeń na min.) jest niewyczuwalny, więc odwożą mnie do.... krematorium w czarnym woreczku plastikowym ( zawsze lubiłam małą czarną, na każdą okazję, elegancka... ale do rzeczy) Dokąd mnie wieziecie?  Ale przecież ja wciąż żyję...!!! 
   Teraz po wszczepieniu stymulatora..... serce wspomagane bateriami wciąż będzie pikać, mimo mojej, np. śmierci mózgowej. Kto mnie wyłączy? Oj, wnusio ma rację, że przydałby się pilot. 

      I jak tu człowiekowi dogodzić?
Przecież  nie będą wydłubywać tych baterii. Koszt jest bardzo niski. To nie tytanowe stawy biodrowe, które rodzinka po śmierci delikwenta musi zwrócić. 
Ja umowy takowej na stymulatorek  nie podpisywałam. Niech mnie tylko jakoś wyłączą.

     Dekoltów pełnych już nosić nie będę, ale Celine Dion ma fajny wzór kiecki. Adekwatny do moich mankamentów.



 Wcześniej dawałam możliwość do napawania się moim " dekoltem". Nie zmuszałam nikogo do podziwiania go  aż tak natrętnie, jak Celine. 



 Było, minęło.
Muszę tylko uważać, aby mąż w nocy przez sen nie wywijał zbytnio  łokciami, przypadkiem trafiając mnie w lewy obojczyk. A sny ma różne. Przecież już kiedyś rozkwasił sobie o ścianę duży palec u nogi, śniąc, że kopie w pupę hitlerowca, który męczy dziecko. Nie uwierzyłabym, gdybym nie widziała zakrwawionego palca. Musiał być bardzo... odważny w tym śnie. 

     Nie mogę przytulać już tak wnuka, jak dotychczas, a wszelka zabawa z mojej strony jest bardzo wyważona, nie ma mowy o żadnym spontanie. Dziecko może  zapamiętać się w zabawie. To ja muszę mieć oczy wokół głowy, aby nie trafił mnie w miejsce stymulatora - strefę zakazaną. A dla dzieciaka ... owoc zakazany najbardziej smakuje.


      Staram się dostarczać rodzinie trochę rozrywki, nawet przez ułomność mojego zdrowia.

  No bo czy każda babcia może być ustrojona w  założony na oko  Triggerfish? Taką telesensoryczną silikonową soczewkę kontaktową z anteną w formie plastra, umieszczoną wokół oka i odbierającą bezprzewodowo informacje, cienki elastyczny kabel, którym dane przesyłane są od anteny do przenośnego rejestratora, przechowującego zebrane przez dobę dane telemetryczne oka?

Andrev Ferez
 A ja, babcia niezwykła, surrealistyczna, w piątek takie nowoczesne ustrojstwo będę miała zainstalowane, aby zbadać, jaki wpływ na ciśnienie w moim oku ma  ciśnienie    ogólnoustrojowe.   Dla wnuka powinnam mieć kolor zielony jak ufoludek, albo wyglądać, jak na obrazie Igora Morskiego.



Igor Morski

      No cóż, czego się dla wnuka nie robi.

   Póki co, nie daję się, chociaż działam już na  częściach zamiennych. Przecież nie będę już sentymentalnie śpiewać o starości, jak Michał Bajor. Nie mam jednak zamiaru wypierać, że i taki stan nadejdzie.