Translate

czwartek, 3 marca 2016

STUDIA W ŁONIE MATKI

  Kończę studia w roku 1974.
  Jestem już od dwóch lat mężatką i wreszcie w błogosławionym stanie.

To nie ja, ale mama do mnie podobna
 Zastanawiam się, czy moje dziecko czasem też nie powinno dostać dyplomu ukończenia studiów. Może przyda jej się zawód ekonomisty. Przecież równo ze mną (a raczej we mnie) podróżuje do stolicy co 2 tygodnie. Tuła się po akademikach, za każdym razem w innym. Wysłuchuje wykładów uznanych profesorów (J.Górski - ekonomia polityczna kapitalizmu, J.Rossner - ergonomia, Z.Fedorowicz - finanse, J.Kordaszewski - prawo pracy). 

   Wstyd się przyznać publicznie, ale moje dziecko jest świadkiem ukrywania ściągi pod tuniką na duuużym brzuszku mamy (czyli na niej) w czasie egzaminu u prof. Rossnera.

   Mam moment załamania, nie wiem dlaczego, może związany z moim stanem. Stoję pod oknem w pokoju akademickim i najzwyczajniej płaczę, ale nagła myśl, że to samo odczuwa moje dziecko, przywołuje mnie do porządku. To znaczy, że i ono ma udział w tych złych stronach studiowania zaocznie. A co, że za krótko ze mną będzie "studiować", tylko 9 miesięcy?
To nie ma nic do rzeczy! Przecież to będzie geniusz! Czy potrzeba mu aż 5 lat?

   Nie martw się, moje maleństwo, seminarium dyplomowe też jakoś przebrniemy! Najgorzej mi będzie z wdrapywaniem się po drabinach bibliotek i ze ślęczeniem nad tymi wypocinami.





 Skąd mam napisać do rzeczy aż tyle stron, ile sobie życzy moja adiunkt promotor. I tak patrzy na mnie przychylnym okiem, ale zjazdów nie odpuszcza. Co 2 tygodnie musimy się widzieć. Raz zrobiłam jej psikusa i przyszłam na zajęcia w ....peruce. Żeby nie moja ciąża, to byłoby krucho. Uznała mnie na wejściu jako persona non grata, dopiero jak podniosłam się i zobaczyła mnie w pełnej okazałości, rozpoznała swoją studentkę. 

   Wypociny poprawione w brudnopisie przez promotorkę i uznane. Każda kropeczka, przecinek w odpowiednim miejscu, przypisy w odpowiedniej formie (jakbym studiowała polonistykę, takie wymagania są na SGPiS), a nie tylko forma i treść. Nic tylko przekazać koleżance maszynistce do przepisania na maszynie.

   Niespodziewanie moja promotorka wyznacza mi termin obrony na czas po porodzie (termin rozwiązania koniec maja). Nawet już na ostatni zjazd mam nie przyjeżdżać. Boi się, abym nie urodziła w uczelni, a co najgorsze na egzaminie?

   Przecież SGPiS to nie linie lotnicze, co to dają nowo narodzonemu na ich pokładzie samolotu dozgonny bilet na podróżowanie ich liniami. Czyżby bali się, że zażąda w przyszłości stanowiska rektora, albo w najgorszym razie jakiejś katedry?

  Co to , to nie. Ja już swoje dziecko nauczę honoru. Nie chcę waszych przywilejów. Geniusz sam zdobędzie swoje wykształcenie i to taki kierunek, jaki będzie sam chciał. 




  A z prolongaty terminu skorzystam, czemu nie. Ale myślałam, że miałabym już wcześniej studia z głowy. Ale skoro w październiku jeszcze jest normalny termin, nie poprawkowy, wyrażam zgodę.

                <><><><><><><>

   Już mam córeczkę! Leży w sali obok. 


  Odwiedza mnie żarłok na czas karmienia. W niecałą gadzinę po porodzie otrzymuję piękny bukiecik od koleżanki Ireny, która mieszka obok szpitala. Niestety położna każe usunąć z pokoju kwiatki, bo są bardzo pachnące, a ja nie mogę jeszcze spać. Mam jeszcze inne odwiedziny, męża. Oprócz kwiatów od niego otrzymuję przepisaną pracę. 

Podobno nie mogę się denerwować. Temperatura przekreśli możliwość karmienia. Ale jak tu zachować równowagę, kiedy cała praca nadaje się do kosza!

 Moja kochana koleżanka ma praktykę w przepisywaniu prac dla studentów Politechniki Warszawskiej i innych uczelni. Tam liczy się tylko treść, a na formę nie zwraca się uwagi.  

   W moim przypadku  koleżanka np.:stawiała kropki na końcu tytułów rozdziałów. Nie otwierała nowej strony dla następnego rozdziału, ale kontynuowała go na poprzednim, bo było jeszcze miejsce. Nie wspomnę o przypisach. W związku z tym nie można wyrzucić tylko stron z początkiem rozdziału, bo to wiąże się z wszystkimi stronami pracy. 
    Postanawiam nie informować koleżanki o tym, że pracę wyrzucam do kosza. Mąż płaci jej umówioną kwotę, a w tajemnicy daje pracę innej maszynistce z przykazaniem, aby nie uroniła ani jednej kropeczki, ale i żadnej nie dostawiała z własnej inicjatywy. A papieru niech nie żałuję i odwzorowuje układ stron, nie łącząc poszczególnych rozdziałów. 

<><><><><><>

O egzaminie, a raczej o pewnej asekuracji napiszę jeszcze kiedyś.