Translate

niedziela, 9 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA c.d. ROZDZIAŁY 12-15




Rozdział 12: Lustro i ślady po bitwie

    Wreszcie nadeszły upragnione wakacje po czwartym roku w szkole średniej. Elwira znów była w domu. Wokół panowała kojąca cisza – mama poszła właśnie na większe zakupy, a tata w spokoju czyścił auto w garażu. Dziewczyna stała przed łazienkowym lustrem, patrząc na swoją klatkę piersiową odsłoniętą w głębszym dekolcie letniej sukienki. Przez sam środek, od dekoltu w dół, biegła podłużna, bladoróżowa pręga. To była blizna po tamtej listopadowej operacji uszczelnienia zastawek; wyraźny ślad po ostrym cięciu chirurgicznego skalpela.
    Elwira dotknęła jej delikatnie czubkami palców. Skóra w tym miejscu była twarda, zgrubiała i zupełnie inna niż reszta jej ciała. Jutro wybierała się z całą klasą na basen – po raz pierwszy w tym roku. Jej koleżanki kupiły już sobie nowe, skąpe i niezwykle kolorowe stroje dwuczęściowe. Elwira też miała nowy strój, ale jednoczęściowy, mocno zabudowany pod samą szyję.
    – Wyglądam w nim jak własna babcia – szepnęła z goryczą do swojego odbicia.
   W jej oczach pojawiły się nagłe, piekące łzy bezsilnego gniewu. „Dlaczego akurat ja? - pomyślała z wściekłością. – Dlaczego inne dziewczyny mają idealnie gładką skórę, a ja wyglądam, jakbym była po jakiejś wielkiej awarii?”. Nienawidziła tej blizny. Najbardziej jednak nienawidziła tego, że to właśnie własne, niesprawne serce po raz kolejny odebrało jej upragnioną zwyczajność.
   W tym samym momencie w progu uchylonych drzwi do łazienki stanęła Ola. Skończyła już dawno studia i pracowała, ale nigdy nie przestała być ważną częścią życia Elwiry – z dawnej wolontariuszki stała się po latach najbliższą, starszą siostrą.
     Przyszła tylko oddać mamie pożyczoną formę do ciasta, ale widząc zapłakaną nastolatkę, weszła cicho do środka i delikatnie zamknęła za sobą drzwi. Spojrzała na różową pręgę na piersi dziewczyny z głębokim, pełnym szacunku podziwem.
   – Jest potworna, prawda? – rzuciła ostro Elwira, wycierając nos wierzchem rękawa. – Wszyscy na basenie będą się gapić. Będą pytać. Albo po cichu się śmiać.
    Ola podeszła bliżej i oparła się swobodnie o umywalkę.
    – Elwirko. Wiesz, co ja widzę, kiedy na to patrzę?
    – Defekt. Chirurgiczny błąd.
    – Nie. Widzę ślad po wygranej, trudnej bitwie. Zwykli ludzie mają idealnie gładkie ciała, bo ich życie nie wystawiło jeszcze na żadną poważną próbę – powiedziała cicho Ola, patrząc dziewczynie prosto w oczy. – A ty od małego walczyłaś o każdy pojedynczy oddech. Ja nie widzę tu brzydkiej blizny. Widzę miejsce, w którym najlepsi lekarze wygrali dla ciebie życie. A ty im w tym dzielnie pomogłaś.
   Ola uśmiechnęła się ciepło i wyciągnęła z torebki małe, ozdobne pudełeczko.
    – Kupiłam ci coś. Miałam dać dopiero na urodziny, ale czuję, że najbardziej przyda się dzisiaj.
   Elwira otworzyła kartonik. W środku leżał delikatny, srebrny łańcuszek z małym, głębokim, zielonym kamyczkiem, a obok niego spoczywał drugi, nieco dłuższy splot.



    – To szmaragd – wyjaśniła miękko Ola. – Kolor nadziei. I kolor bloku operacyjnego, pamiętasz? Noś go na tym dłuższym sznurku tak, żeby opadał dokładnie na linię blizny. Przy mniejszych dekoltach możesz zmieniać łańcuszek na krótszy. Niech ludzie gapią się z zachwytem na ten piękny kamień, a nie na to, co tak bardzo chcesz przed nimi ukryć.
   Elwira założyła dłuższy łańcuszek. Zielone oczko zabłysło jasnym blaskiem w łazienkowym świetle, idealnie i zmysłowo przecinając różową linię na skórze. Dziewczyna spojrzała w lustro i po raz pierwszy od wielu miesięcy rysy jej twarzy łagodnie wezbrały spokojem.
   W tym samym czasie na dole, w zaciszu kuchni, Piotr kończył pić poranną kawę. W dłoni trzymał małą, białą kopertę opatrzoną oficjalnym logo kliniki kardiologicznej. Przed chwilą widział przez uchylone drzwi łazienki swoją uśmiechniętą córkę, a teraz przyszły właśnie oficjalne wyniki ostatnich badań okresowych Elwiry. Piotr patrzył na skomplikowane wykresy – choć nie był lekarzem, od tylu lat potrafił już bezbłędnie czytać te medyczne dokumenty. Liczby były nieubłagane i nie kłamały: wydolność połatanego serca córki znowu dramatycznie spadała. Most, o którym kardiochirurg mówił tajemniczo kilka lat temu, właśnie nieuchronnie zaczynał się kończyć.
   Piotr wsunął kopertę na samo dno kuchennej szuflady. Zamknął ją bardzo powoli, starając się nie robić hałasu.
   Jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj jego nastoletnia córka po raz pierwszy od wielu trudnych lat uśmiechnęła się do własnego odbicia w lustrze. Tego jednego uśmiechu nie miał dziś prawa jej odbierać.


Rozdział 13: Tam, gdzie wszyscy są tacy sami


   Hala basenu miejskiego od samego rana tętniła radosnym życiem. Wokół niosły się głośne krzyki dzieci, beztroski śmiech młodzieży, rytmiczny pisk gumowych klapek na mokrych kafelkach i ten charakterystyczny, ostry, gryzący w nos zapach chloru. Koleżanki Elwiry już dawno zrzuciły w szatni ciepłe dresy i teraz biegały wokół wielkiej niecki basenu w pstrokatych, skąpych strojach dwuczęściowych. Były głośne, całkowicie beztroskie i idealnie gładkie.
   Elwira stała przez dłuższą chwilę w chłodnym cieniu, tuż przy drzwiach wyjściowych z szatni. Jej jednoczęściowy, ciemnozielony strój przylegał mocno do szczupłego ciała, będąc zabudowanym niemal pod samą brodę. Na piersi, tuż nad krawędzią ciemnego materiału, błyszczał w neonowym świetle mały szmaragd od Oli. Dziewczyna nerwowym ruchem poprawiła silikonowy czepek, czując, jak żołądek ze stresu kurczy jej się w ciasny, bolesny supeł.
   – O, Elwira! – zawołała nagle Kaśka, najgłośniejsza i najbardziej pewna siebie dziewczyna w całej klasie. – A co ty taka szczelnie zapakowana? Wyglądasz, jakbyś się wybierała na biegun północny, a nie do ciepłej wody!
    W jednej sekundzie kilka stojących obok osób obróciło głowy w ich stronę. Elwira poczuła, jak policzki zalewa jej nagła, parząca fala gorąca, a jej połatane serce natychmiast przyspieszyło swój bieg. Puk-puk-puk. Zdecydowanie za szybko. W tym krytycznym momencie w jej głowie z niesamowitą jasnością i mocą wybrzmiały jednak wczorajsze słowa Oli: To twój medal za odwagę.
    Elwira uniosła wysoko brodę i delikatnie dotknęła palcem zielonego kamyka spoczywającego na szyi.
    – Mój kardiolog powiedział, że muszę wyjątkowo dbać o klatkę piersiową i chronić ją przed nagłymi zmianami temperatur – odpowiedziała głośno i wyraźnie, patrząc prosto w zaskoczoną twarz Kaśki. – To specjalny, medyczny krój sportowy. Podobno teraz najmodniejszy na nowoczesnych pływalniach w Paryżu.
    W jej głosie nie było ani grama żalu, wstydu czy skargi. Była w nim za to twarda, dumna i niezachwiana pewność siebie. Kaśka zamrugała gwałtownie, kompletnie zbita z pantałyku, i przez dłuższą chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Elwira nie zamierzała jednak czekać na jej reakcję. Odwróciła się płynnie i jako pierwsza z całej grupy skoczyła zdecydowanie do wody.
    Chłodna, przejrzysta toń natychmiast otuliła jej rozgrzane ciało, a głośny szum wody pod powierzchnią błyskawicznie zagłuszył wszystkie dźwięki z zewnątrz. Tutaj, na samym dnie basenu, nikt nie widział jej serca i nikt nie szukał wzrokiem blizny. Tutaj, w bezpiecznych głębinach, wszyscy byli dokładnie tacy sami.



14: Duszna noc w domu Nowaków

Elwira spała już spokojnie w swoim pokoju, a wierny Baryłka leżał jak zawsze tuż obok niej. W kuchni na dole paliła się tylko jedna, mała lampka zawieszona nad zlewem, rzucając długie cienie na ściany. Piotr siedział samotnie przy stole. Przed nim leżała biała, oficjalna koperta z kliniki kardiologicznej, którą przed momentem wyciągnął z ukrycia pod wzorzystym obrusem. Maria weszła do kuchni cicho, boso, starając się nie budzić córki. Widząc rozłożone na stole medyczne papiery, natychmiast śmiertelnie zbladła.



     – Co to jest, Piotrek? – spytała przejętym szeptem.
   Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Przesunął jedynie ciężkim palcem po skomplikowanym wykresie echokardiografii.
     – Wyniki Elwiry. Przyszły rano – powiedział w końcu cicho, a jego głos był nienaturalnie chropowaty.
    Maria usiadła naprzeciwko męża. Jej dłonie automatycznie zaczęły szukać kieszeni bawełnianego szlafroka, by wyciągnąć z nich chusteczkę.
     – I co? Co tam jest napisane?
   – Frakcja wyrzutowa znowu drastycznie spada, Marysiu. Zastawka znowu mocno przepuszcza krew.
   W małej kuchni zapadła nagle ta sama, potworna, ciężka cisza, którą oboje tak doskonale pamiętali z ponurego korytarza szpitalnego sprzed lat.
    – Tamta operacja miała dać jej tylko czas. I dała – przerwał jej stanowczo, ale bezsilnie Piotr. Wstał od stołu, podszedł do okna i utknął wzrok w ciemnym, pogrążonym we śnie ogrodzie. Jego potężne barki delikatnie drżały. – Rozmawiałem dziś z profesorem przez telefon. Powiedział mi to prosto w twarz. Most się skończył, Maryś. Leki już w niczym nie pomogą.
   Maria zamarła w bezruchu. Trzymana w jej dłoniach papierowa chusteczka w ułamku sekundy zmieniła się w ciasną, pogniecioną kulkę.
       – To co my teraz zrobimy?
     Piotr odwrócił się powoli w stronę żony. W słabym, żółtym świetle kuchennej lampki jego zmęczona twarz wyglądała w tej chwili na starszą o co najmniej dziesięć lat.
      – Musimy jak najszybciej wpisać ją na krajową listę.
    – Na listę? – Maria aż cofnęła się gwałtownie na krześle, jakby uderzona fizycznie. – Na listę biorców? Piotrek, przecież to oznacza…
   – To oznacza przeszczep, Maryś. Jedyna i ostateczna droga.
  Za przymkniętymi drzwiami kuchni, w ciemnym i chłodnym korytarzu, stał nieruchomo wysoki cień.



   To była Elwira. Chciała tylko pójść na moment do łazienki, napić się wody po intensywnym dniu na basenie. Stała boso na zimnych kafelkach, a słowa ojca uderzały w nią raz po raz jak lodowaty, bolesny bicz. Przeszczep. Jedyna droga.
 Dziewczyna zacisnęła kurczowo dłonie na własnych ramionach. Czuła, jak jej młode ciało zaczyna się histerycznie trząść – ale nie z paraliżującego strachu, a z potwornego, czystego, młodzieńczego buntu. „Mamo, tato… dlaczego znowu ja? – krzyczała wściekle w jej własnej głowie. – Dlaczego moje serce nie może być po prostu normalne?!”.
   Odwróciła się gwałtownie na pięcie. Wróciła do swojego pokoju i zatrzasnęła za sobą ciężkie drzwi tak głośno, że głuche echo niosło się niepokojąco po całym domu jeszcze przez bardzo długą chwilę.


Rozdział 15: Trzaskające drzwi i pomarańczowy azyl


Ranek w domu Nowaków pachniał spaloną grzanką i paraliżującą nerwowością. Piotr siedział sztywno przy stole, udając z całych sił, że czyta poranną gazetę, a Maria krzątała się chaotycznie przy kuchennym blacie. Jej ruchy były rwane, nienaturalne; za głośno odkładała ceramiczne kubki, jakby chciała zagłuszyć własne myśli. Elwira weszła do kuchni niespodziewanie. Nie miała już na sobie piżamy – była ubrana w wyjściową bluzę i jeansy, a w zaciśniętej dłoni trzymała mocno plecak.
    – Elwirko, zjedz chociaż… – zaczęła natychmiast mama, ale dziewczyna bezwzględnie przerwała jej w pół zdania.
   – Słyszałam was w nocy – powiedziała Elwira. Jej głos był niski, zimny i przerażająco wyprany z emocji.
   W kuchni momentalnie zamarł cały ruch. Piotr powoli opuścił gazetę na blat stołu.
   – Myszko, to nie do końca tak… – zaczął ojciec, ale Elwira nie dała mu dojść do słowa.
    – Jak nie tak?! Chcecie mi wyciąć serce! Chcecie wsadzić mi w klatkę piersiową coś obcego! – jej głos nagle pękł i przeszedł w rozpaczliwy krzyk. – Mamo! Tato! Dlaczego znowu ja?! Dlaczego Kaśka może biegać, nosić głębokie dekolty i być całkowicie zdrowa, a ja mam wiecznie leżeć pod chirurgicznym nożem?! Przecież jestem już prawie w połowie studiów! Tyle miałam planów, tyle marzeń! Co ja wam takiego zrobiłam?! Co zrobiłam Bogu?!
   Maria zrobiła szybki krok w stronę córki, rozpaczliwie wyciągając do niej ręce.
       – Kochanie, to jedyna droga, żebyś żyła…
      – To nie jest żadne życie! – krzyknęła Elwira, a z jej oczu wreszcie trysnęły gwałtowne łzy potwornego buntu. – Mam już serdecznie dość tego, że wszyscy wokół wiedzą o wszystkim wcześniej ode mnie!
      Odrzuciła z wściekłością krzesło i obróciła się gwałtownie na pięcie. Piotr natychmiast zerwał się na nogi, krzycząc za nią: „Elwira, stój!”. Było już jednak za późno. Głośny, potężny trzask frontowych drzwi niemal rozsadził ściany domu.
     Dziewczyna biegła przed siebie na oślep. Nie patrzyła na sygnalizację świetlną, nie zwracała uwagi na mijanych ludzi. Szła przed siebie tak szybko, jak tylko potrafiła, całkowicie ignorując narastające, palące pieczenie w klatce piersiowej. Ignorowała fakt, że jej własne serce próbowało za wszelką cenę dotrzymać kroku jej gigantycznej wściekłości.
   Mieszkanie Oli było małe, ale zawsze pachniało tam cynamonem i świeżo zaparzoną herbatą. Dziewczyna parzyła właśnie poranną kawę, gdy nagle rozległo się gwałtowne, niemal bolesne łomotanie do drzwi. Gdy tylko je otworzyła, zobaczyła stojącą na wycieraczce Elwirę. Była blada jak ściana, usta miała niepokojąco sine, a po policzkach płynęły czarne smugi od rozmazanego tuszu do rzęs. Ręce trzęsły jej się tak mocno, że nie była w stanie utrzymać ramiączek plecaka. Nie wypowiedziała ani jednego słowa – po prostu wpadła z impetem do środka i rzuciła się Oli mocno na szyję.
    Ola natychmiast zatrzasnęła drzwi nogą i objęła dziewczynę ramionami. Czuła, jak młode ciało Elwiry spazmatycznie drży od płaczu, i słyszała, jak pod jej żebrami zmęczone serce tłucze się nieubłaganie niczym uwięziony w klatce ptak. Puk-puk-puk-puk. Za szybko. O wiele za szybko.
   – Ciiii… Jestem przy tobie. Oddychaj, Elwirko. Powoli, razem ze mną. Wdech… wydech… – szeptała czule Ola, gładząc ją po gęstych, czarnych włosach.
   Poprowadziła ją ostrożnie w stronę kanapy i posadziła na miękkich poduszkach. Po chwili przyniosła ten sam, duży żółty sweter, który Elwira tak dobrze pamiętała ze szpitalnego korytarza sprzed lat, i troskliwie owinęła nim drżące ramiona dziewczyny.
   – Oni chcą przeszczepu, Olu… – wykrztusiła wreszcie Elwira przez łzy. – Słyszałam ich rozmowę w nocy. Ja się na to nie zgodzę. Wolę… wolę po prostu umrzeć, niż pozwolić na to wszystko od nowa. Ja już naprawdę nie mam na to siły.
  Ola nie próbowała jej uciszać. Nie uciekała się do wyświechtanych, pustych frazesów, że „wszystko będzie dobrze”. Wiedziała doskonale, że tak ogromny bunt potrzebuje najpierw bezpiecznego ujścia. Wyciągnęła z szafki stary, duży kubek i nalała do niego ciepłego mleka z miodem.



   – Masz pełne prawo być wściekła, Elwira – powiedziała cicho Ola, siadając obok niej bezpośrednio na podłodze. – Masz prawo krzyczeć na cały regulator. To, co cię spotyka, jest jednak niesprawiedliwe.
    Elwira spojrzała na nią zza zapłakanych rzęs, zaskoczona tym, że dorosła osoba tak po prostu przyznaje jej rację.
    – Twoja mama i twój tata umierają tam teraz ze strachu – kontynuowała łagodnie Ola.
    – Oni nie wiedzą, co robić, bo kochają cię nad własne życie. Krzycz na mnie, jeśli chcesz. Płacz tyle, ile potrzebujesz. Ale obiecaj mi dzisiaj jedno.
    – Co takiego? – szepnęła słabo Elwira.
   – Że nie poddasz się bez walki. Bo to twoje połatane, dzielne serce przetrwało już w życiu zbyt wiele trudnych bitew, żebyś teraz, na prostym odcinku drogi, po prostu rzuciła ręcznik.
 Elwira popatrzyła w głąb podanego kubka. Szmaragd spoczywający na jej szyi błysnął jasnym blaskiem w słońcu wpadającym przez okno kuchni Oli. Palce zaciskające się wokół ciepłej ceramiki powoli, milimetr po milimetrze, przestały drżeć.

MIĘDZY JAWĄ A SNEM, CZYLI O POTĘDZE ZŁUDZEŃ




ZJAWY NEFRETETE NA POLSKICH ŁĄKACH, CZYLI O TYM, JAK CHĘTNIE DAJEMY SIĘ NABRAĆ

  Dzisiaj na warsztat bierzemy temat stary jak świat – złudzenia. I to nie te wielkie, życiowe, w których czasem tkwimy latami na własne życzenie, ale te małe, codzienne psikusy, jakie płata nam nasz własny mózg. Bo umówmy się: człowiek to takie ciekawe stworzenie, które zobaczy trzy białe punkty na horyzoncie i od razu dopisze do nich całą, barwną ewangelię.

    Zaczęło się całkiem niewinnie, tuż po powrocie z imprezy jubileuszowej, na której byliśmy z mężem gośćmi.

 Droga ekspresowa i ptasia chmara

    Wracaliśmy trasą, którą znam na tyle dobrze, że mogłabym ją opisać z zamkniętymi oczami. Zmęczenie po hucznym świętowaniu dawało o sobie znać, więc patrzyłam przez okno samochodu zupełnie bezwiednie, zapadając w lekki marazm. Żeby nie było niedomówień – byłam absolutnie trzeźwa! Po prostu monotonny krajobraz zaczął mnie powoli kołysać do snu.

    Nagle mąż wyrwał mnie z tego letargu energicznym okrzykiem:

     – Popatrz, popatrz tam pod lasem! Stado żurawi!

    Wytężyłam wzrok. Rzeczywiście, po zielonym polu rozsiane były szare, a właściwie białe punkty. Natura w czystej postaci! Jednak im dłużej się wpatrywałam, tym bardziej logistyczna część mojego umysłu zaczynała protestować.

     – Myślę, że to raczej bociany… – mruknęłam sceptycznie. – Przecież żurawie są ciemniejsze. No i dlaczego te ptaki stoją tak idealnie nieruchomo? Żeby aż taka chmara w jednym miejscu? Niespotykane!

    – A może i bociany… – zawahał się mąż, ale po chwili oboje doznaliśmy nagłego oświecenia na widok kolejnych obiektów bliżej drogi. – Wiesz co? To chyba… kopki siana ponakrywane białymi chustami!

    Tajemnica rzekomego ptactwa wyjaśniła się błyskawicznie. Właściciele okolicznych łąk zostali po prostu zaskoczeni nagłą burzą i próbowali ratować zbiory przed ulewą. A ulało nam wtedy w nocy niesamowicie! Od 11 lat, odkąd tu mieszkamy, nasz domowy deszczomierz nie zarejestrował takiego opadu. Nic dziwnego, że rolnicy rzucili na pole wszystko, co mieli pod ręką. Ale żeby z folii i siana zrobić w naszych oczach stado egzotycznych ptaków? Ależ złudzenie…

Jak z dyrektora zrobić ornitologa

    Prawdziwa wisienka na torcie pojawiła się jednak dopiero po powrocie do domu. Zadzwoniła córka, by upewnić się, czy szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Rozbawiona całą sytuacją, opowiedziałam jej o naszym „stadzie żurawi” i rolniczej logistyce.

   W słuchawce zapadła sekunda ciszy, po czym córka wybuchnęła śmiechem:

   – Mamusiu, to teraz usiądź wygodnie, bo coś mi się przypomniało. Pamiętasz moje czasy maturalne? Mój ówczesny dyrektor przedstawił mnie komuś słowami: „Oto nasza Nefretete”.

– Pamiętam, bardzo eleganckie porównanie do egipskiej królowej – odpowiedziałam.

    – No właśnie! Ale moja koleżanka Magda, która z historią była raczej na bakier, zapytała mnie potem na osobności, co ten dyrektor właściwie miał na myśli. Byłam młoda, złośliwa i rzuciłam jej z pełną powagą, że Nefretete to po prostu rzadki gatunek żurawi z wyjątkowo długimi szyjami.

    Aż zapowietrzyłam się ze śmiechu, domyślając się puenty. Córka dokończyła z rozbawieniem:

    – Więc słuchaj, mamo… To, co widzieliście dzisiaj na polu, to nie były zwykłe kopki siana. To były zjawy Nefretete! Najlepsze jest to, że Magda do dzisiaj, kiedy jedzie przez wiejskie obszary, z wielkim przejęciem wypatruje błąkających się po polskich łąkach dostojnych ptaków Nefretete!

    I tak to właśnie z nami jest. Magda od lat szuka egipskich żurawi w  rowach, mój mąż widzi ptasią mafię w kawałkach białej folii, a my wszyscy bardzo często budujemy wielkie teorie na fundamencie zwykłego omamu.

   Często w życiu bywa dokładnie tak samo jak na tej ekspresówce. Widzimy to, co chcemy zobaczyć. Ubieramy zwykłe, szare kopki siana w pióra zachwytu, a potem rzeczywistość – niczym ta nocna burza – zmywa z nich iluzję i zostawia nas z nagą prawdą. Może to i dobrze? Świat bez tych małych, zabawnych złudzeń byłby potwornie nudny i przewidywalny. Ważne tylko, żeby w porę zorientować się, kiedy patrzymy na prawdziwego ptaka, a kiedy na folię przed deszczem.

    A Magdzie życzę z całego serca: niech te Nefretete w końcu jej się na jakiejś łące objawią!


<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj