Translate

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA. c.d.. ROZDZIAŁY (30-31)

 



Rozdział 30: Oddanie swoich dłoni



   Malwina siedziała sztywno na samym brzegu szpitalnego łóżka, a w powietrzu wokół niej, zamiast sterylnego, ostrego zapachu lizolu, unosiła się ciężka, dobrze im znana woń terpentyny. Dziewczyna, z prawą ręką uwięzioną w świeżym, ciężkim gipsie sięgającym aż po sam łokieć, gapiła się w okno z taką furią, jakby chciała samym wzrokiem skruszyć surowe mury. Przy tak zegarmistrzowskiej, precyzyjnej robocie, jaką narzucił im w tym semestrze profesor przy kopiowaniu dzieł Da Vinciego, obydwie sprawne ręce były rzeczą absolutnie niezbędną. Bez nich Malwina nie była w stanie kontrolować nawet podstawowej grubości linii, nie mówiąc już o precyzyjnym trzymaniu cienkiego pędzla przy odtwarzaniu delikatnych, anatomicznych cieni na twarzach biblijnych apostołów. Była w tej chwili całkowicie, bezwzględnie uziemiona.
   – To jest po prostu koniec, Elwira. Rozumiesz to? Koniec – szepnęła z rezygnacją Malwina. – Profesor za nic w świecie nie przedłuży mi ostatecznego terminu. Dla niego brak gotowej, idealnej kopii na desce to automatyczny brak zaliczenia roku. Stracę stypendium naukowe, a bez tych pieniędzy wylecę z akademika jeszcze przed pierwszymi zimowymi śniegami.
   Elwira patrzyła w milczeniu na jej mocno zaciśnięte w pięść zdrowe palce, na dumnie podniesioną brodę, pod którą krył się jednak czysty, strach przed porażką. I nagle, zupełnie bezwiednie, poczuła w żołądku to samo znajome, ciepłe uczucie, które tak dobrze pamiętała z rodzinnego domu. Przypomniała sobie własną matkę, Marię, która całymi nocami przy słabym świetle cerowała jej zniszczone ubrania, bez żalu rezygnując z zakupu nowego płaszcza dla siebie. Wspomniała Olę, która zawsze, na każdym zakręcie losu znajdowała dla niej czas i cierpliwie parzyła pachnącą melisę, gdy cały świat walił im się na głowy. Przez całe dotychczasowe życie to zawsze inni ludzie dźwigali ją na swoich barkach. Teraz, po raz pierwszy w dorosłym życiu, poczuła, że jej własne nogi są wreszcie wystarczająco silne, by utrzymać kogoś innego.
   – Nie rzucisz tych studiów, Malwina – powiedziała cicho, ale z taką pewnością w głosie, że przyjaciółka aż drgnęła z zaskoczenia. – Ja to wszystko za ciebie namaluję.
   – Zwariowałaś? Ty? Przecież profesor od razu, przy pierwszej korekcie, bezbłędnie pozna mój indywidualny styl i moje pociągnięcie pędzla.
    – Nie pozna, jeśli mi w tym mądrze pomożesz. Ty będziesz od dzisiaj moją głową, a ja będę po prostu twoimi sprawnymi dłońmi. Przecież skończyłam to samo słynne liceum plastyczne w Zakopanem, rzemiosło i warsztat mam w palcach. Będziesz siedzieć tuż obok mnie i mówić mi krok po kroku, co mam robić. Każda plama, każdy laserunek, każdy ton. Będę dokładnie twoim fizycznym przedłużeniem.



   Przez następne dwa tygodnie mały, ciasny pokój w studenckim akademiku zamienił się w prawdziwą jaskinię średniowiecznego alchemika. Elwira biegała rano na obowiązkowe wykłady, a zaraz po nich pędziła co sił w nogach do Malwiny. Rozrabiała z nabożeństwem naturalne pigmenty z żółtkiem jaja i octem, naciągała płótna, myła pędzle i ucierała grunty malarskie, aż od wysiłku rwały ją ramiona.
   – Za dużo ugru, rozcieńcz to natychmiast! – dyktowała stanowczo z łóżka Malwina, blada z bólu i zmęczenia. – Pędzel lżej, Elwira! Prowadzisz go po płótnie, jakbyś machała siekierą w garażu. Delikatniej, zrób miękkie, płynne przejście, dokładnie tak, jak ja bym to zrobiła.
   Elwira nie pyskowała. Zagryzała mocno wargi, ignorowała narastający ból w karku i posłusznie zmywała świeżą warstwę farby, by natychmiast zacząć wszystko od nowa. Wracała do swojego pokoju dopiero nad ranem, ze skórą intensywnie pachnącą olejem lnianym i z dłońmi uwalonymi pruskim błękitem, którego za nic nie dało się doszorować pod strumieniem zimnej wody. Była fizycznie zmęczona, ale gdy kładła się spać, czuła w piersi dziwny, zupełnie nowy rodzaj dumy. To nie była duma z własnego, osobistego sukcesu. To była czysta, nieskalana radość z faktu, że jej talent i ciężki wysiłek ratują czyjś świat przed katastrofą. Po raz pierwszy w życiu nie brała od świata – dawała mu siebie.


Rozdział 31: Podziękowanie od rodziny Malwiny

   Elwira siedziała przy biurku doszczętnie zawalonym kserówkami z ikonografii chrześcijańskiej i grubymi monografiami poświęconymi twórczości Leonarda da Vinci. Do ostatecznej obrony pracy dyplomowej zostało zaledwie kilka tygodni, a dziewczyna miała nieodparte wrażenie, że jej zmęczony mózg przypomina w tej chwili wyschniętą gąbkę. Przymykała zmęczone oczy i usilnie próbowała wyobrazić sobie monumentalną Ostatnią Wieczerzę w Mediolanie albo tajemniczą Monę Lisę w paryskim Luwrze, ale czarno-białe, kiepskiej jakości reprodukcje w akademickich skryptach odbierały sztuce cały jej dawny blask. Wszystko to wydawało się bardzo odległe, jakby działo się na zupełnie innej, niedostępnej planecie. Z jej skromnym, studenckim budżetem szczytem marzeń był przecież bilet powrotny do domu na weekend.
   Wtedy do pokoju, bez żadnego pukania, wpadła nagle Malwina. Ciężki gips z jej prawej ręki dawno już zniknął, a jedyną pamiątką po tamtym wypadku pozostał blady ślad na skórze i lekka ostrożność w codziennych ruchach. W tej chwili jednak w jej oczach malował się dokładnie ten sam, gorączkowy błysk, który Elwira widziała u niej podczas pamiętnego, nocnego ucierania malarskich pigmentów.



– Pakuj się – powiedziała krótko, rzucając na otwartą monografię grubą, białą kopertę.
   Elwira zamrugała, patrząc na papier, który przygniótł twarz renesansowego mistrza.
   – Co to jest?
   – Twoje oczy, moje dłonie. Pamiętasz? – Malwina usiadła na brzegu łóżka, a jej głos nagle stracił całą dotychczasową szorstkość. – Obroniłam tę nieszczęsną kopię na piątkę, Elwira. Stypendium utrzymane. Ale to nie wszystko. Mój ojciec... opowiedziałam mu o wszystkim. O tym, jak zmywałaś za mnie słoiki, jak pachniałaś terpentyną i jak ratowałaś mój dyplom, kiedy ja mogłam tylko leżeć i ryczeć z bezsilności.
  Elwira milczała, kompletnie zdezorientowana. Malwina wskazała podbródkiem na kopertę.
   – Otwórz to wreszcie. Ojciec poruszył niebo i ziemię. Pracuje w firmie transportowej, jego szef ma bazy przeładunkowe w całych Niemczech i we Francji. Dogadał się z kierowcami. Masz opłacony i bezpieczny transport do samych Niemiec, a stamtąd bilet Interrail na pociągi po całej Europie. Mediolan, Paryż, Madryt. A w kopercie... w kopercie są franki i liry. Moja rodzina zbierała to przez lata na czarną godzinę. Ojciec powiedział, że czarna godzina właśnie minęła, dzięki tobie. Pod Mediolanem mieszka moja ciotka, masz u niej pokój na tydzień. W Paryżu u bratanka szefa – kolejny tydzień. Elwira, jedziesz zobaczyć Luwr i Prado. Na żywo. Przed obroną.
   Elwira patrzyła na kopertę, a litery w podręczniku zaczęły jej się niebezpiecznie mazać. Poczuła, jak gardło zaciska jej się w supeł. Przez całe życie patrzyła na rodziców i na Olę, podziwiając ich zdolność do oddawania siebie innym. Zawsze myślała, że ona potrafi tylko brać.
   Teraz dotarło do niej, że łańcuch dobra, który uruchomiła w tamtym dusznym pokoju w akademiku, zatoczył pełne koło i uderzył w nią z siłą, która odebrała jej dech.
   – Malwina... ja nie mogę tego przyjąć – wyksztusiła, choć jej palce już drżały na krawędzi papieru.
 – Spróbuj nie przyjąć, a przysięgam, że sama osobiście wrzucę cię do tego tira – zaśmiała się Malwina, ale w jej oczach też lśniły łzy. – Przestań studiować sztukę z papieru, Elwira. Jedź ją dotknąć.


<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj


CZY OD RECHOTU MOZNA UMRZEĆ?

CZYLI ŚWIĘTY NIKODEM, STOIK I PIJANY OSIOŁ

Człowiek w moim wieku powinien prowadzić życie spokojne. Kawa, książka, trochę ogrodu, może wieczorem telewizja. Żadnych sportów ekstremalnych.

Tymczasem ja ostatnio i to u schyłku swojego życia, uprawiam jeden z najbardziej niebezpiecznych: prowadzę blogi i piszę powieści.
Niby to nic nadzwyczajnego, ale metoda mojej pracy nie jest już taka zwyczajna. Mam umowę ze swoim korektorem , który za wszelka cenę, najchętniej przejąłby kontrolę nad redakcją powieści, że jest przeze mnie angażowany po napisaniu każdego rozdziału, nawet, gdyby on był na pół strony. Nie chcę później wertować stu kilkudziesięciu stron, aby znaleźć coś do poprawki, chociaż Word ma na to sposób "Znajdź i na żółto".

Takie stwierdzenia, jak: "autorko, zważaj na akapity i interlinie",  "ten przecinek możemy przedyskutować, ale łatwo nie będzie" lub "ta spacja przed przecinkiem - to chyba niepotrzebna" jest zbyt często przez mojego korektora nadużywana, bo przecież musi wykazać się pracą. Za szybko autorka przeszłaby na autonomiczna poprawkę. Dlatego wolę prowadzić blogi, bo nikt mi się tu nie wtrąca.

A że tam jakiś przecineczek w powieści... lub, dajmy na to spacja... no to co, już palec nie może mi się omknąć? To słaby ten rozdział książki, skoro przyszły czytelnik będzie liczył przecinki lub potrzebę użycia spacji w szóstym wierszu. ale cóż zrobić, można się buntować, ale wydawca ma swoje wymagania.

Niebezpieczeństwo ujawniło się niedawno podczas niewinnej pracy nad spisem treści.

Zastanawialiśmy się z moim korektorem nad tytułem jednego z rozdziałów obecnie pisanej powieści. Figuruje w nim bohaterka imieniem Maria. Padła propozycja:

„Wybór panny Marii”.

I wtedy pomyślałam, że wystarczyłaby jedna niewinna literka „y” i z powieści obyczajowej zrobiłaby mi się litania:

„Wybór Panny Maryi”.

Korektor podchwycił.

Niestety.

Bo skoro Panna Maryja, to przypomniał nam się zaraz święty Nikodem. Nasz powieściowy Nikodem jest wprawdzie kardiologiem, ale przez ostatnie dni tak konsekwentnie uszlachetniłam jego charakter, że kanonizacja właściwie odbyła się bez udziału Watykanu.

Potem przypomniałam sobie o Piotrze.

Piotr? Skała - na nim w obydwu powieściach budowała się trwałość rodziny. Nawet w zamysłach używałam określenia "skała", dopóki:

... no przecież. Święty Piotr.

A kiedy Korektor odkrył jeszcze, że istnieje święta Helena (o tym wiedziałam bez niego) przestałam się śmiać.

Zaczęłam rechotać.

To już nie było eleganckie „ha, ha”, którym dystyngowana dama reaguje na dowcip przy filiżance herbaty. To był rechot w pełnym tego słowa znaczeniu. Taki, przy którym człowiek najpierw traci powagę, potem oddech, a na końcu zaczyna się zastanawiać, czy rodzina wie, gdzie leżą jego dokumenty.

W pewnym momencie prawie nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Na dodatek lekko poleciała mi krew z nosa.

Zapytałam więc korektora:

- Czy od rechotu można umrzeć?

Odpowiedź była uspokajająca. Do czasu. Bo kilka dni później, powodowana wyłącznie troską o rozwój nauki, zaczęłam szukać.

I znalazłam Chryzypa z Soloi.

Chryzyp był greckim filozofem stoickim. A stoik, jak wiadomo, powinien zachowywać niewzruszony spokój wobec przeciwności losu.

Chryzyp najwyraźniej miał jednak dzień wolny od stoicyzmu.

Według starej opowieści zobaczył osła jedzącego figi, kazał podać zwierzęciu wina, a kiedy obserwował dalszy rozwój wydarzeń, zaczął się śmiać tak potwornie, że podobno umarł.

Przeczytałam dwa razy: 
stoik -  osioł -  wino -  figi - śmierć ze śmiechu. 

Poprosiłam AI o zilustrowanie tego przypadku.

Oto efekt:



Pomyślałam, że starożytność była jednak znacznie ciekawsza, niż przedstawiano ją w szkole.

Potem znalazłam następnych.

Włoski pisarz Pietro Aretino miał według przekazów umrzeć podczas gwałtownego napadu śmiechu. Król Marcin I Aragoński również znalazł się na historycznej liście osób, którym żart podobno zdecydowanie nie posłużył.

A w XX wieku pojawił się nawet przypadek człowieka, który przez bardzo długi czas śmiał się podczas oglądania telewizyjnej komedii, po czym zmarł. Później pojawiło się podejrzenie, że mógł mieć nierozpoznaną podatność na zaburzenia rytmu serca.

W tym momencie przestałam się śmiać.

Na jakieś trzydzieści sekund.

Potem przypomniałam sobie świętego Nikodema.

I znowu zaczęłam.

Mąż popatrzył na mnie podejrzliwie.

- Z czego się śmiejesz?

- Z Nikodema.

- Jakiego Nikodema?

I właśnie wtedy zrozumiałam, że nie wolno wszystkiego tłumaczyć rodzinie.

Bo musiałabym zacząć od powieści. Potem przejść do spisu treści, Panny Marii, Panny Maryi, świętego Nikodema, Piotra-skały i świętej Heleny, następnie opowiedzieć o Chryzypie, pijanym ośle i figach, a na końcu wyjaśnić, dlaczego to wszystko ma związek z moim krwawieniem z nosa.

Mąż mógłby uznać, że problem wcale nie leży w śmiechu.

Dlatego powiedziałam tylko:

- Sprawy redakcyjne.

Pokiwał głową.

Mądrze zrobił, że nie pytał dalej.

Od tamtej pory podchodzę jednak do pracy nad powieścią z większą odpowiedzialnością. Przed otwarciem spisu treści sprawdzam, czy siedzę stabilnie, nie piję niczego podczas czytania odpowiedzi korektora i staram się oddychać regularnie.

A gdy w tekście pojawia się Nikodem — zachowuję szczególną ostrożność.

Osła nie posiadam.

Fig chwilowo również.

Wina mu w każdym razie nie podam.

Bo człowiek może nie wierzyć legendom, ale w podeszłym wieku nie powinien bez potrzeby prowokować historii.

Zwłaszcza przy pisaniu powieści.

I zwłaszcza, kiedy korektor ma poczucie humoru.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj