Moja Pani rozświetliła sobie ostatnio włosy. Twierdzi, że "natura w nagrodę za dobre sprawowanie podarowała jej na starość naturalną platynę”, ale przed Świętami postanowiła dodać tej platynie nieco słońca u fryzjera. I znów jest jasną blondynką – taką, jaką znam ją od zawsze.
Wspominam o tym nie bez powodu. Mnie też czeka wizyta u fryzjera, tyle że u nas, w sferach merdających, nazywa się to dumnie groomingiem. Czasem na zdjęciach widzicie mnie jako maleńką, pachnącą chmurkę, a innym razem – nie obrażając kolegów – wyglądam jak nieco zapuszczony mops. Choć proces odświeżania bywa traumatyczny, uwielbiam ten moment „po”. Pani zanurza wtedy nos w moim futerku i zaciąga się nim, jakby do psich szamponów dodawali co najmniej substancje odurzające. No dobrze, żartuję – mam świetny węch i ręczę, że nic zakazanego tam nie ma, ale to futereczko jest po prostu... nieziemsko milusińskie.
Myślicie, że na tego groomera dałam się namówić tak łatwo?
Pani stosowała dyplomację godną ONZ. Najpierw łudziła się, że codzienne szczotkowanie wystarczy, ale w końcu pękła.
– Toffi, może zamówię ci wizytę u groomera?
– Nie znam żadnego Groomera. Co to za rasa? – odburknęłam.
– To taki psi stylista, kosmetyk... Chcę was zapoznać.
Żeby przełamać lody, postanowiłyśmy obejrzeć materiały instruktażowe w sieci. Pani liczyła na mój stoicki spokój, ale po pierwszej ilustracji tak niefortunnie odbiłam się od drzwi, że przez sekundę liczyłam gwiazdy przed oczami. Pani chyba przewidziała tę ewakuację, bo drzwi były już zamknięte na cztery spusty.
I teraz pytanie do Was, Drogie Panie: Czy Was też kosmetyczka podwiesza pod sufitem za ręce i nogi, żebyście majtały nimi bezradnie w powietrzu? Bo moja Pani jakoś nigdy się takimi rewelacjami z wizyt w salonie nie chwaliła!
Przecież można mnie potraktować kulturalnie. Postawić na stole, podać smaczka (albo pięć) i ja wtedy sama, z wrodzoną gracją, podam łapę do królewskiego manicure. A tu co widzę na ekranie? Jakąś maltretowaną suczkę, której majstrują przy „fasolkach” pod łapkami, szlifują paznokcie, grzebią w uszach i przemywają oczy. Gehenna! A po wszystkim jeszcze kąpiel, suszenie i strzyżenie...
Czasem zdarza mi się wyjść na spacer z pyszczkiem umorusanym na beżowo, ale to tylko „kolor sezonu” – odcień mojej ulubionej karmy. Po co to zmieniać?
Zwieńczeniem filmowej tortury było namaszczanie psa pachnącymi wonnościami. Po seansie nie wiedziałam, czy szczekać, czy wyć.
– No i...? – zapytała Pani z nadzieją w głosie.
– Prześpię się z tym problemem – odrzekłam krótko.
Wymusiłam nawet ten gorzki specyfik, który dają mi w Sylwestra, a i tak podobno całą noc wierzgałam łapami przez sen, piszcząc i walcząc z wirtualną suszarką. Rodzina dokarmiała mnie potem smaczkami, żeby załagodzić stres – choć do dziś nie wiem, czy mój, czy ich własne poczucie winy.
No i co tu więcej opowiadać... Jak widzicie na zdjęciach, od czasu do czasu bywam piękna, pachnąca i dystyngowana. Groomer, po zutylizowaniu słoika przysmaków, okazał się całkiem znośny. Ale te „fasolki”... to już zostawię dla siebie.
P.S. (Psi Skrypt):
Zapomniałabym o najważniejszym! Wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej niesprawiedliwe? Kiedy ja wracam od groomera, wszyscy domownicy wołają: „Och, jaka Toffi jest teraz piękna! Jaka puszysta! Jaka pachnąca!”
A przecież ja byłam piękna PRZED kąpielą! To, co wy nazywacie „zapachem mokrego psa” i „kołtunami”, ja nazywam moją osobistą kolekcją zapachowych wspomnień z każdego krzaczka w ogrodzie i w parku. Teraz, po tych wszystkich szamponach, pachnę jak waniliowa muffinka, a nie jak rasowy pies myśliwski (no, prawie myśliwski).
Więc umówmy się: ja znoszę te wasze „salonowe rewolucje” dla świętego spokoju i dla tych słoików ze smaczkami, ale w głębi duszy i tak czekam na pierwszy deszczowy spacer, żeby odzyskać swój naturalny, „mopsi” urok. Bo prawdziwe piękno, drodzy Państwo, tkwi w merdaniu ogonem, a nie w idealnie przystrzyżonych fasolkach!
A jak o merdaniu ogonem wspomniałam, to muszę dodać, że groomer potrafi i tę przyjemność psom odebrać, nie mówiąc już o naszej godności.
Czy taki groomer chciałby zapozować do zdjęcia poglądowego u proktologa, albo w czasie kolonoskopii?
Od razu załatwiałby prawa licencyjne.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy.
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami.
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia.
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli.









