Translate

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY- TERESA CZAJKOWSKA. c.d. ROZDZIAŁ 16


 

16: Zielony aksamit i głośny telefon

   Mijały kolejne lata. Czas w domu Nowaków płynął zupełnie innym rytmem – odmierzało się go kolejnymi dawkami specjalistycznych leków i następnymi urodzinami, które według dawnych, czarnych prognoz miały przecież nigdy nie nadejść. Elwira miała już dwadzieścia lat. Studiowała historię sztuki. Kochała piękno, bo podświadomie czuła, że prawdziwe piękno jest trwałe i niezmienne – w całkowitym przeciwieństwie do kruchego, ludzkiego zdrowia.
   Dzisiaj był dla niej wyjątkowy wieczór: bal połowinkowy na jej uczelni. Elwira stała przed tym samym łazienkowym lustrem, w którym przed laty jako dorastająca dziewczyna tak gorzko płakała nad swoją różową blizną. Teraz patrzyła na własne odbicie zupełnie inaczej. Miała na sobie suknię, którą sama misternie zaprojektowała, a jej mama, Maria, uszyła ją w tajemnicy, pracując po nocach. Suknia była wykonana z ciężkiego, butelkowozielonego aksamitu. Z przodu była całkowicie prosta, zabudowana elegancko pod samą szyję. Ukrywała wszystko: całą bolesną historię jej szpitalnych bitew, a na jej tle błyszczał jedynie zielony szmaragd, który przed laty otrzymała od Oli.
   – Wyglądasz po prostu pięknie, myszko – powiedział cicho Piotr, stając nagle w uchylonych drzwiach. Był już mocno osiwiały, a wieloletnia choroba jedynej córki wyryła na jego twarzy głębokie, dojrzałe bruzdy.
Elwira podchodzi do taty i całuje go w szorstki, męski policzek.
   – Dziękuję, tato.
 Jej mała, czarna torebka leżała gotowa na komodzie. W środku znajdował się jedynie puder, ulubiona szminka i… telefon. Duży, głośny smartfon, którego Elwira nie wyłączała absolutnie nigdy – ani w nocy, ani podczas najważniejszych wykładów. Wszyscy jej nowi znajomi z uczelni byli święcie przekonani, że jest po prostu uzależniona od internetu. Prawda była jednak zupełnie inna: ten telefon to była jej niewidzialna smycz. Jeśli na ekranie wyświetliłby się numer z kierunkowym do Warszawy, z biura koordynacji transplantacji, Elwira miała zaledwie dwie godziny, by stawić się w klinice. To wycieńczające uwiązanie trwało już od pięciu lat. Pięć długich lat czekania na cud, który musiał narodzić się z czyjejś niewyobrażalnej tragedii.




   Studencka zabawa w klubie była głośna i dynamiczna. Szybka muzyka wibrowała basem bezpośrednio w klatce piersiowej Elwiry. Dziewczyna nie tańczyła – wiedziała doskonale, że jej słabe serce nie wytrzymałoby takiego tempa. Siedziała spokojnie przy stoliku w swojej pięknej, aksamitnej sukni, powoli pijąc wodę z cytryną. Patrzyła na rówieśników: byli tacy beztroscy, głośno rozmawiali o nadchodzącej sesji, o wakacjach w słonecznej Hiszpanii i o dalekich planach na przyszłość. Elwira nigdy nie planowała niczego dalej niż na tydzień w przód.
   Nagle jej torebka leżąca na stole zaczęła gwałtownie wibrować. Brrr… brrr… brrr…



   Cała głośna muzyka wokół niej w jednej sekundzie całkowicie ucichła, choć w klubie w rzeczywistości wciąż grał DJ. Elwira spojrzała na rozświetlony ekran. Numer był nieznany. Jej dłoń, ozdobiona subtelnym pierścionkiem, zaczęła natychmiast drżeć. Starając się opanować emocje, wyciszyła otoczenie i wyszła na chłodny, opustoszały korytarz, gdzie jej zielona suknia szeleściła cicho o ściany. Przesunęła drżącym palcem zieloną słuchawkę na ekranie.


– Słucham, Elwira Nowak.


– Dzień dobry, pani Elwiro – usłyszała w słuchawce spokojny, niezwykle profesjonalny głos kobiety. – Mamy dla pani oficjalne zgłoszenie. Jest odpowiedni dawca. Wszystkie parametry medyczne się zgadzają. Karetka transportowa już po panią jedzie. Proszę spakować najpotrzebniejsze rzeczy i czekać na nas w domu.




Elwira oparła się ciężko plecami o zimną ścianę korytarza. To był właśnie ten moment. Dwudziesty rok życia. Ostateczność. Serce, które wiernie nosiła w piersi przez dwadzieścia lat, właśnie nieuchronnie odliczało swoje ostatnie godziny.
– Dobrze – szepnęła bezgłośnie Elwira. – Będę czekać.
Zamknęła oczy. Nie było już w niej tamtego nastoletniego buntu z czasów, gdy miała czternaście lat. Była tylko wielka, dorosła cisza. I jedna nagła, dziwna myśl, która bezwiednie przemknęła przez jej głowę: „Gdzieś tam… ktoś właśnie umarł. Tylko po to, żebym ja mogła dalej żyć”.

SAMOTNOŚĆ Z WYBORU CZY ŻYCIE WE DWOJE - CO WYBIERA SERCE?



   Ostatnio, pod wpływem niezwykłej grafiki Adama Martinakisa, która trafiła do mojego portu Oko na Obraz, zatonęłam w głębokich rozmyślaniach. 

Adam Martinakis - "Przesunięta LI

    Artysta przypomniał nam znaną prawdę, że do tanga, miłości i sztuki zawsze potrzeba dwojga. Zostawiło mnie to jednak z pytaniem, które od lat krąży nad ludzkością niczym natrętny szpak nad czereśnią: co jest lepsze? Samotność z wyboru, ze swoją niczym nieograniczoną wolnością, czy życie we dwoje – pełne kompromisów, ale i ciepła?

   Usiądźcie wygodnie z kubkiem kawy. Porozmawiajmy o tym bez krawata, ale z tą subtelną nutą nostalgii, która tak pięknie pasuje do naszych wieczorów, a nawet i w dzień, niezależnie od tego, kiedy ten post czytasz.

 Świątynia własnego „Ja”, czyli urok samotności

   Samotność z wyboru bywa dzisiaj towarem luksusowym. To ten moment, kiedy nikt nie przestawia Twoich książek na półce, nikt nie marudzi, że herbata jest za słodka, a pilot od telewizora należy wyłącznie do Ciebie. To stan, w którym stajesz się absolutną władczynią własnego czasu i przestrzeni.
Taka samotność nie musi być bolesna. Bywa świadomym wyborem człowieka, który potrzebuje ciszy, by usłyszeć własne myśli. To bezpieczna przystań, w której chronimy się przed hałasem pędzącego świata. Własny warsztat, w którym negocjacje z leniwą weną odbywają się na naszych własnych warunkach.
Sama dla siebie jesteś wtedy całym światem. Ale... czy ten świat nie bywa czasem zbyt cichy?

 Sztuka negocjacji, czyli wyzwanie we dwoje

   Z drugiej strony mamy życie we dwoje. To już nie jest cicha przystań – to dynamiczny ocean, na którym nieustannie trzeba uczyć się sterowania wspólnym okrętem. Życie z drugim człowiekiem to sztuka nieustannego kompromisu. To dzielenie się przestrzenią, nastrojami, a czasem i ostatnim kawałkiem ulubionego ciasta od babci.

   We dwoje bywa trudno. Ludzkie charaktery rzadko pasują do siebie jak idealne puzzle – częściej przypominają dwa ostre kamienie, które ocierając się o siebie, ranią się, zanim woda czasu zeszlifuje ich krawędzie na gładko. Ale to właśnie w tym tarciu rodzi się najpiękniejsza wartość: poczucie, że nie idziesz przez te wszystkie życiowe burze sama.
Życie we dwoje to świadomość, że Twoje radości mają w kim odbić się echem, a Twoje smutki mają na czyim swetrze zapłakać. Bo do tanga Trzeba dwojga...


BO DO TANGA TRZEBA DWOJGA - BUDKA  SUFLERA - YouTube

Co wybiera serce?

   Prawda jest taka, że nie ma jednej, właściwej odpowiedzi. Jak na cyfrowej grafice Martinakisa – wszyscy jesteśmy ulepieni z dwoistości. Nawet żyjąc w najszczęśliwszym związku, każdy z nas potrzebuje czasem swojej wewnętrznej, niedostępnej dla nikogo samotności. I odwrotnie – nawet najbardziej zatwardziały samotnik w głębi duszy pragnie, by ktoś choć raz zapytał go: „Jak minął Twój dzień?”.

   Najważniejsze to nie pozwolić, by samotność zamieniła się w opuszczenie, a życie we dwoje – w niewolę. Niezależnie od tego, czy wybierasz ciszę własnego pokoju, czy gwar wspólnego stołu, dbaj o to, by Twoje serce zawsze miało bezpieczny port, do którego może zawinąć.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj