Translate

środa, 20 stycznia 2016

FLORYDA - CANAVERAL

       
Kuzyni postanawiają, abyśmy czas spędzony na Florydzie wykorzystali jak najlepiej. Opowiadają, że mieszkańcy  wyspy na Florydzie są emocjonalnie związani z wszystkim, co dzieje się na Przylądku Canaveral. Znają  terminy lotów  i udają się na plażę, aby wspólnie obserwować starty wszystkich obiektów wystrzeliwanych w kosmos z Florydy. Każdy start jest wielkim wydarzeniem dla nich.


Nigdy nie mają pewności, że start będzie udany.  Twierdzą, że do końca życia pamiętać będę tragedię, jaka dokonała się 28 stycznia 1986 o godz.16:39

 Wahadłowiec „Challenger”, ze zbiornikiem zewnętrznym rozpadł się w powietrzu –  Wszystkie zbiorniki eksplodowały. Przez 25 sek. od katastrofy kabina jeszcze wznosiła się, a potem zaczęła spadać i uderzyła o powierzchnię Atlantyku z prędkością ponad 300 km. Przy hamowaniu wystąpiły przeciążenia nie do wytrzymania przez organizm człowieka.
        Rakiety w tym czasie kontynuowały lot i zostały zdetonowane przez oficera bezpieczeństwa ze względu na zagrożenie, jakie stwarzały. Widać było słupy ognia i chmury dymu oraz spadające do oceanu odłamki. Na pokładzie zginęła cała załoga …,- a mówi to były uczestnik wojny koreańskiej, który niejedno widział i przeżył. - Cała plaża była pełna ludzi, gdy zobaczyliśmy te kłęby spalin i części spadające do Atlantyku. Słychać było jeden głos ogromnej trwogi, jęków, zawodu. Jeden wielki szok. Słychać było „Czy to eksplozja?  My God!, My God!”

Wszyscy tu  na Florydzie znają cały 9-osobowy skład tej nieszczęśliwej załogi.




Pechowa załoga Challengera
       Znają ich życiorysy. Zginęły wtedy również 2 kobiety. Jedna z nich była nauczycielką. Udział jej, jako pierwszej nauczycielki w kosmosie, miał być symboliczny. Akcja poszukiwawcza trwała przez pierwszy tydzień po katastrofie.

Na początku były to poszukiwania na wielką skalę. Zaangażowany był Departament Obrony USA, Straż Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Najdłużej poszukiwania prowadził okręt Simpson. Później były prowadzone już tylko przez zespół poszukiwań, odzyskiwania i rekonstrukcji. Pewno chcieli zebrać resztki mogące pomóc w określeniu przyczyn katastrofy.
        
Do tego celu użyli sonarów, nurków oraz załogowych i zdalnie sterowanych łodzi podwodnych. A na jakim obszarze?
Jak  podawali w TV, akcją objęli obszar około 1600 km² a prowadzili chyba do  głębokości 370 metrów.
Mniej więcej do maja zakończyli już główną operację wydobywania szczątków, ale fragmenty promu i rakiety były wyrzucane na plaże Florydy jeszcze wiele lat po wypadku. Jeszcze 11 lat po katastrofie, na plażę w Cocoa Beach morze wyrzuciło dwa duże fragmenty promu.

Dziś jedziemy na Canaveral! 

          Dojeżdżamy autem Tadeusza do  autokaru, przesiadamy się i wyruszamy   na  miejsce. Po drodze mijamy na poboczach aligatory. Dobrze, że siedzę w autokarze!


Logo Nasa
Kosmodrom
                      
        Pierwsze kroki kierujemy do pomnika poświęconego kosmonautom, którzy zginęli   podczas nieudanego startu wahadłowca  ,,Challenger,, 
Jest to ogromna ciemna marmurowa płyta ze zdjęciami i informacjami o kosmonautach. Przed nią wciąż stoją zadumani ludzie.
           W muzeum NASA  oglądamy z bliska rakiety, a także pojazdy wykorzystywane do podboju kosmosu. Jest tu udostępniony ogromny zbiór eksponatów pokazujących dzieje podboju księżyca. Wchodzimy nawet do kabiny kosmonautów. Ależ tu ciasno! 

W kinie IMAX oglądamy film w 3D dotyczący     kosmosu. Zakładamy specjalne okulary. Akcja filmu osadzona jest w stacji kosmicznej. W trakcie projekcji filmu czuję się, jakbym znalazła się w kosmosie, a meteoryty pędzą prosto na mnie. Bezwiednie uchylam się to w jedną, to w drugą stronę, nawet czasem kulę się, abym nie została trafiona  w głowę. Przyjemnym wrażeniem wydaje się siadająca na moim ramieniu nadfruwająca, bajecznie  kolorowa papuga. Ale to tylko miraż.



    
 Wielkie obiekty astronomiczne, takie, jak: promy, rakiety i inne z wyposażenia statków kosmicznych wystawiane są w olbrzymiej hali, jak również ze względu na swoje rozmiary na wolnym powietrzu/


    Te mniejsze obiekty, jak również ich części stoją lub wiszą pod sufitami w pomieszczeniach.


       
Kapsuła z Apollo
Ciekawą atrakcją jest stymulator startu wahadłowca.

Konsole w Kontroli Misji

Przebywamy w pomieszczeniu Kontroli Misji. Znajdujemy się powyżej za balustradka. Poniżej widać dziesiątki konsoli. Rozpoczyna się operacja. Zapalają się lampki przy konsolach. Migają zaskakująco z różnych miejsc przy tych konsolach, z  których w danym momencie  słychać głos oficerów. Są to oryginalne komendy, które zostały nagrane podczas jednego z lotów.

Następuje napięcie i oczekiwany stymulowany start. Na wielkich ekranach pokazywany jest wahadłowiec z zewnątrz, a także obraz z wewnątrz z kosmonautami. Nie wiem, który lot jest przedstawiony na ekranie, nie rozpoznaję kosmonautów, ale to nie ma znaczenia. 
Nagle wielkie  "łapy" w kosmodromie się odchylają, kłęby dymu ... i rakieta idzie do góry! 
Jeszcze kontakt z kosmonautami. Sekundy mijają, jest bezpiecznie, start udany!
W pomieszczeniu słychać euforię, lampki migają jednocześnie, jak oszalałe przy każdej konsoli, aż robi się czerwono w oczach.
Euforia udziela się również nam, uczestnikom stymulacji, jakbyśmy przeżywali najprawdziwszy realny start .

 Emocje jednak nie tak szybko opadną, bo tuż po wyjściu z tego pomieszczenia stymulacji widzimy gablotę.
Dotykam kawałek skały z Księżyca

Pierwsze marzenie z dzieciństwa niespodziewanie realizowało się z zaskoczenia. 

W gablocie szklanej umieszczona    jest skała przywieziona z księżyca. Przez specjalny w niej otwór  wkładam rękę i dotykam, gładzę kawałek księżyca. Jest to wrażenie , które nie da się opisać. Kto tak długo prowadził mnie po tym świecie, aby teraz zrealizować dziecięce marzenia, ulotne i dawno zapomniane? Oczywiście, że przeżycia z symulacji lotów, wejście do promu wynoszącego kosmonautów oraz zwiedzanie różnych statków, rakiet, łazików, które były na księżycu są ogromne, ale nie przysłaniają tego poczucia grudki srebrnego globu. Pewno, że to nie srebrzysta, lśniąca jak na niebie gwiazda, tylko szara martwa skała, ale Bóg to sprawił, że ktoś to dla mnie przywiózł..


          Wnuki Krystyny i Tadeusza nie mogą sobie odmówić, aby nie wejść do kombinezonów kosmonautów.



 Prezentują się nadzwyczaj okazale.


       Po powrocie z Canaveral zabieramy Tadeusza j jedziemy do mariny  Inlet Harbor na kolację.  Jest już ciemno, ale obiekt jest ładnie podświetlony. Palmy i  pięknie ukwiecona roślinność stwarza przyjemny nastrój, tym bardziej, że po obydwu stronach wejścia płoną pochodnie.

        Zwiedzamy sklep zaopatrzony w miejscowe upominki rzemieślnicze,  ceramikę, koralowce, muszle i odzież . Nie możemy zdecydować się, gdzie wybrać miejsce, czy na molo oświetlonym pochodniami, czy wewnątrz. W końcu pozostajemy pod dachem,  ponieważ chłodek wieczorny i wiatr dają się we znaki. Wybieramy stoliki blisko kuchni, skąd widać krzątających się kucharzy. Co i raz nad patelnię wybucha płomień. Nie wiem, czy to zamierzone. Przychodzi czas na zamówienie menu. Proponują nam świeże owoce morza oraz doskonałe steki. Nie dało mi się wykręcić od tych owoców. Kuszę się na smażone w głębokim tłuszczu krewetki zawijane w boczek. I znów płonie patelnia. Czas oczekiwania umila muzyka na żywo. Krewetki w boczku są przyjemnie chrupiące, więc może zdobyłam nowy dla siebie przepis na owoce morza? 

GÓRAL NA FLORYDZIE


  Rok 2000, kwiecień.
     Tadeusz jest rodowitym góralem z Sądecczyzny. Z Polski wyjechał wraz z kolegami „na zachód” w okresie wojennym jako 16-letni chłopak. Po długiej tułaczce dostał się do Stanów.  Brał udział w wojnie koreańskiej. Został ranny ( do końca życia odczuwał tego skutki w postaci  bólu kolana, nie mówiąc o zbolałej duszy). Jako zawodowy żołnierz został przeniesiony do Niemiec.  W wolnym czasie przyjeżdżał  do znajomych w Belgii, dzięki którym poznał moją śliczną kuzynkę  Krystynę.


       Pobrali się i osiedlili  w USA, a Tadeusz zrezygnował z wojskowości, tracąc przez to prawo do emerytury wojskowej. Mimo, że już 55 lat mieszka poza Starym Sączem, to wciąż czuje się góralem.

    Dzisiaj firma ubezpieczająca samochód przysłała życzenia urodzinowe Tadeuszowi z przypomnieniem przedłużenia terminu umowy na następny okres. Dzieje się tak corocznie. Henryk z Kasią wybrali się nad ocean. Podobno nie będą tam długo, bo słońce praży niemiłosiernie. Nie było czasu na opalanie się na plaży, nie licząc spacerów w koszulkach i krótkich spodenkach. Być może nasz czas jest tak zorganizowany przez kuzynów, abyśmy nie mieli możliwości wylegiwać się na plaży w Daytona i nie dostali poparzenia słonecznego lub jakiegoś udaru!  Od pierwszego momentu po wejściu do łazienki zauważyłam wśród kosmetyków Krystyny kremy do opalania z filtrem UVA/UVB ponad 80, a nawet i 90-tki. Pomyślałam, że oni, tubylcy, są już tak spaleni, że muszą się aż tak chronić. Niestety, Krystyna wyprowadziła mnie z błędu. To filtry przygotowane dla nas! A ja myślałam, że się tutaj opalę. Przecież nie mogę wrócić z Florydy do Polski biała! Próbuję dzisiaj nawet z tą 90-tką skraść trochę słońca przed domem na trawniku, ale widzę, że Tadeusz jakoś dziwnie się kręci, spoglądając często w stronę uliczki prowadzącej nad ocean. Nie będę go dodatkowo drażnić tą sytuacją z opalaniem, bo może myśli, że powinnam spędzić cały czas na Florydzie w cieniu palmy.

        Wracam do klimatyzowanego pokoju szklanego, skąd widać ogród. Może tu zdołam się uwolnić od dręczących mnie myśli: dlaczego, do jasnej Anielki, nie widać jeszcze na horyzoncie Henryka z Kaśką?.

          - Teresa, nie wiesz dlaczego ich jeszcze nie ma? – słyszę zniecierpliwionego Tadeusza - Przecież tak długo na plaży bez przygotowania, to niebezpieczne!
           - Tadeusz, ja sama się niepokoję – dzielę się z nim obawą.
        - Przecież znasz Henryka. Bez opowiadania się nam, pojechał parę dni temu plażą na rowerze kilka kilometrów. Pokazał mi ten ogromny budynek, do którego dotarł. Nie mogłam uwierzyć, że w upale pokonał taką odległość.

         A więc to już 71 lat minęło Tadeuszowi? Złożę mu życzenia po powrocie Henryka i Kaśki. Niech tylko szybko wracają. Ze szklanego pokoiku widzę Tadeusza w fotelu w swoim ulubionym kąciku naprzeciw telewizora i biblioteczki.
           Wczoraj wieczorem przeglądałam biblioteczkę Tadeusza. Zawiera różnoraki zbiór książek o charakterze historycznym, pamiętnikarskim, geograficznym oraz felietony, eseje a także reportaże. Najwięcej ma dzieł Melchiora Wańkowicza wydanych w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie w latach 1945 -1959. Są także współcześnie wydane, takie , jak Anoda i Katoda wydane pośmiertnie. Dostałam od Tadeusza listę tytułów, których mu brak , a ja zobowiązałam się do poszukania ich w polskich księgarniach. Uprzedza mnie, że Wańkowicz nie jest zbyt popularny w Polsce i brak pewnych wznowień tytułów. Ja sama chciałam zdobyć w Polsce „Karafkę La Fontaine’a” i nie udało mi się..
        Tadeusz w rozmowach naszych nawiązywał do tematyki niepodległościowej, wspomina czasy swojej młodości, opisuje sytuację Polski powojennej w pierwszych dniach wolności, ale i powody ucieczki z kraju, gdzie niepodległość była bardzo wątpliwa. Nie znaczy to, że nie śledzi sytuacji politycznej, społecznej, gospodarczej czy kulturalnej w swojej ojczyźnie. Jest wyjątkowo dobrze zorientowany, chociaż jestem zdziwiona, dlaczego nie mają tu Telewizji Polonia. Niewielu Polaków zamieszkuje ten teren, stąd brak zainteresowania i niewspółmierne koszty założenia tego kanału.  
     
       Tadeusz, nie przestaje być wciąż twardym góralem, inaczej nie przetrwałby młodzieńczej tułaczki, czy wojny koreańskiej. Jest jednak w duszy bardzo ciepłym i wrażliwym człowiekiem.

         Pamiętam czas urlopu Krystyny i Tadeusza spędzony w ubiegłym roku u nas. Zorganizowaliśmy im kilkudniowy wyjazd w rodzinne strony Tadeusza, czyli  Kraków, Stary Sącz, Krynica, Zakopane.

Stary Sącz

    Odżyły jego dawne wspomnienia, kiedy wjechaliśmy na  ryneczek w Starym Sączu, a następnie wspinaliśmy się samochodem (ze względu na ból kolana Tadeusza) stromą uliczką do domku jego krewnej, jedynej, która z rodziny mu pozostała. Zaskoczyliśmy ją wówczas swoją wizytą, ale za to jak serdecznie nas powitała! 


           Właśnie na obiad przygotowywała knedle ze śliwkami. Z dziką rozkoszą rzuciliśmy się do pałaszowania tych smakowitości polanych gęstą śmietaną i do tego posypanych cukrem. Mniam, aż w tej chwili mam smak w ustach tych knedelków! Tego się nie zapomina. Smaki i zapachy z dzieciństwa ciągną się smugą za człowiekiem przez całe życie. Za Tadeuszem aż do Ameryki! No i posypały się opowieści wspomnieniowe o wspólnych dziecięcych psikusach i młodzieńczych uciechach. 

      Spoglądałam na twarz Tadeusza, która wyrażała nieopisane szczęście możliwości dzielenia się tym, co mu w duszy grało przez tych kilkadziesiąt lat na obczyźnie. Jak niewiele potrzeba, aby człowiekowi sprawić radość.

        Ale to nie koniec emocji, bo z pokoiku obok kuzynka przynosi małe zawiniątko. Cóż w nim może być? Mam dla Ciebie, Tadeusz, pamiątkę po Twojej zmarłej mamie- mówi i rozchyla bibułkę - to pierścionek oddany do naprawy oczka. Nie zdążyła go odebrać od jubilera. Nie muszę chyba opisywać wzruszenia Tadeusza. Po chwili usłyszałam:
        - Rela będzie miała pamiątkę po babci.

        Jednym z następnym etapów  naszej  sentymentalnej wyprawy  w Polsce  było Zakopane. Nie chodziliśmy po górach ze względów zdrowotnych Tadeusza, ale zaliczyliśmy spacerek po Krupówkach.

Kosciół Matki Boskiej Fatimskiej w Zakopanem

     
   Podjechaliśmy na Kościelisko do kościoła Matki Boskiej Fatimskiej, gdzie zrządzeniem losu trafiliśmy na zgromadzenie odświętnie ubranych górali.   Wśród nich mój mąż rozpoznał syna gaździny, która gościła go przed laty, kiedy w czasach studenckich przyjeżdżał na oazowe wakacje. Uściskali się, jak starzy przyjaciele, bo mimo upływu lat rozpoznali się bez trudu. Ale to nie koniec wzruszeń.
        Z kościoła wyszła młoda para górali w odświętnych ludowych strojach i zaczęła grać kapela góralska. Tadeusz pękł. Łzy lały się strumieniem. Takiej niespodziewanej uroczystości nie zaplanowalibyśmy mu za żadne pieniądze. Los dla niego był w tym momencie nad wyraz łaskawy. Kiedy wróciliśmy na parking, urzekł nas widok malutkiego wózka drabiniastego, na którym siedziała dwójka bliźniaków, góralczyków w swoich ludowych strojach. 

         Szczęśliwi i spełnieni zakończyliśmy wówczas dzień w knajpce z kapelą góralską.  

        Przy tym rozpamiętywaniu zeszłorocznych przeżyć  nie zauważyłam, jak czas szybko minął.

     Nagle do ogrodu, nie wiem skąd, weszła biała czapla.

 Dobrze, że jestem za szybami, bo szelest fotela, jaki powstał przy moim poruszeniu, mógłby ją spłoszyć.




Ptak nie jest tak wysoki, jak nasze ciemne czaple. Podchodzi pod pień palmy i wykonuje dziwne ruchy szyją, tak, jakby bawiła się ze mną w niemowlęcą zabawę „a ku ku”. Jej główka z częścią długiej szyi wygląda raz z jednej, raz z drugiej strony pnia, a szyja wije się płynnie jak węża..
Wstaję cichutko i próbuję wyjść, niestety, spłoszyłam wysmukłą czaplę. 

   Szkoda, odfrunęła mimo, że w ogrodzie gęsto krzewów i trudno znaleźć wolne miejsce pod słońcem.

          - A co, była czapla? Widziałam ją z okna – odzywa się Krystyna stojąca w drzwiach kuchni.- Próbowała złowić jaszczurkę, ale te małe stworzonka są zwinne i uciekają przed nią zygzakiem. Na ogół je chwyta.
         - No to już jasne, co to był za taniec szyją. A swoją drogą to te maleńkie jaszczurki chodzą tu po tarasie. Nie wejdą do sypialni? – pytam z obawą?
       - A zamykasz drzwi? – słyszę roześmianą Krysię.
       - Bardzo szczelnie – odpowiadam.
       - Jak będziesz miała szczęście to możesz zobaczyć szkodnika mojego ogrodu.
       - A masz jakiegoś? – trochę się boję, aby nie był szkodliwy i dla mnie.
      - Widzisz te wysokie krzewy z białymi kwiatami , które przypominają głowę pawia?



    - Tak. Podobne można w Polsce kupić pod nazwą strelicja, ale nasze są barwne. Białe widzę pierwszy raz – przyznaję.
  - Te kwiaty u swej nasady mają bardzo słodką, miodową wręcz cząstkę. To jest przysmak wiewiórek. Te łobuziaki odgryzają kwiat, który strącają na ziemię, a one pałaszują samą słodycz na górze – opowiada Krysia.
        Odwiedzają nas także szopy. Te goszczą się na palmach. Ale aligator jeszcze nas nie nawiedził. Możesz być spokojna. Zosia miała kiedyś aligatora w garażu i nie wie jak on tam się dostał.
       - Spokojna to ja będę- mówię wkurzona - jak wróci Henryk z Kasią. Chociaż nie wiem, czy rzeczywiście będę spokojna, bo może porozwieszam ich na palmach!
        Uderz w stół a nożyce się odezwą.
        - Gdzie byliście i dlaczego tak długo? – na przemian pytam z Tadeuszem i Krystyną zawieruszonych plażowiczów.
        Oni jednak z wiązką nieciekawych kwiatków, wśród których prym wiedzie astromeria podchodzą do Tadeusza i składają mu urodzinowe życzenia. Głupio mi , ale wściekłość mnie nie mija.
        Tadeusz też zażenowany, nie wie , czy udawać zadowolonego, czy jednak swoje zakłopotanie tak długą nieobecnością niesfornych gości z Polski jawnie okazać..

        Wszystko się wyjaśnia. Nie doszli do plaży, udali się na Atlantic Ave. Postanowili poszukać kwiaciarni., aby niespodziewanie uhonorować dzisiejszego jubilata. Ale tu odległości są większe, pieszych ludzi na ulicach, niestety , nie uświadczysz, żeby dowiedzieć się, gdzie ta kwiaciarnia i czy  ogóle jest.




         Do Shopping Center kawał drogi. Dobrze, że natknęli się po drodze na stację paliw i dostali od jej pracowników kwiaty z wazonu, nie wiem, czy pierwszej świeżości. I jak tu nie podziwiać takiego poświęcenia w podrównikowym upale?
        
         Rzeczywiście, sprawy załatwia się w Port Orange samochodem, a nie na nóżkach, do tego w samo południe. Nic więc dziwnego, że Kasia i Henryk byli totalnym zaskoczeniem dla obsługi stacji paliw, widząc ich bez samochodu. Dlatego bez oporów, a raczej z wielkim rozbawieniem zdobyli od nich te kwiaty.

        A dlaczego Tadeusz tak się niecierpliwił? Dostawał białej gorączki na myśl, że może któreś z nich trafił udar, a przecież nie mamy tak wysokiego ubezpieczenia, aby pokryć leczenie w szpitalu w USA. Gdyby, nie daj Boże, taka potrzeba zaistniała, to goszczących nas kuzynów puścilibyśmy z torbami, albo sami zostalibyśmy żebrakami.

 Rok 2016, styczeń

     Dziś nie ma już Tadeusza  wśród nas. Odszedł 20 sierpnia 2014 r. pochowany z najwyższymi honorami. Na ręce Krystyny złożono flagę amerykańską, która w czasie uroczystości pogrzebowych otulała urnę. z jego prochami.




Panie świeć nad duszą GÓRALA !

KOBIECY PUNKT WIDZENIA

Jest rok 1968.

        
SGPiS (obecna nazwa SGH)
Właśnie zakończył się I etap egzaminów wstępnych do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (przedwojenna nazwa to Szkoła Główna Handlowa ) w Warszawie, czyli egzamin pisemny z matematyki, geografii i języka obcego. Drugi etap przewiduje ustny z geografii.  Muszę zdobyć dobre oceny, ponieważ nie mam dodatkowych punktów za pochodzenie. Kandydaci pochodzący z rodzin robotniczych i chłopskich otrzymują dodatkowe punkty w kwalifikacjach egzaminacyjnych. Ja niestety, jako córka inteligentów, mogę tylko liczyć na wyniki w nauce i to takie, które będą mogły wyprzedzić tych z odpowiednio punktowanym pochodzeniem.
         Spodziewam się dobrej oceny z matematyki. Język obcy też nie sprawił mi trudności. Wielką niewiadomą dla mnie jest wynik testowego egzaminu z geografii.  Kto by przypuszczał, że do testu wstawią informacje z kilku dni wstecz, jaką naświetlała TVP z zakresu wojny w Wietnamie. Kto przed egzaminem interesował się dziennikiem telewizyjnym, a tym bardziej  położeniem geograficznym miejsc toczących się tam w ostatnich dniach walk? Zresztą, gdybym nawet  osiągnęła dobry wynik z geografii to i tak regulamin przewidywał egzamin ustny z tego przedmiotu bez względu na ocenę. Tak czy inaczej, jestem przygotowana na ustny, chyba, że za nieprzewidziane błędy w matematyce  otrzymam dwóję. Mam jednak pewność, że sprostałam wyzwaniom królowej nauk.
      Kilka dni oczekiwania i sprawdzania w uczelni, czy czasem nie wiszą wcześniej wyniki niż zapowiadano, nakręca moją niecierpliwość, ale wcale nie zmusza do poszerzania wiedzy z geografii lub jej przypomnienia. Jednak jakiś przypadek sprawia, że w księgarni znajduję opracowanie  Zbigniewa Szałajdy , w której autor opisuje rozmieszczenie wzdłuż Wisły przemysłu maszynowego,  metalowego  i hutnictwa . Przejrzałam szybko zawartość książeczki. Wystarczy zapamiętać miejscowości przemysłowe od źródła Wisły  po jej ujście  po obydwu stronach rzeki, a przemysł już nie jest trudnym tematem.
          Wreszcie jest ogłoszenie. Jestem na liście wśród zakwalifikowanych do dalszego etapu egzaminu. A więc muszę zmierzyć się z geografią. Już nie mam czasu na uzupełnianie wiedzy, więc biorę do ręki jakiś kobiecy tygodnik. A tu co? Na wewnętrznej  stronie okładki nie mogli obyć się bez  propagandy, czynią tak już dłuższy czas. Czytam. Zwykle omijałam tę stronę, co mnie i inne kobiety przeglądające dla rozrywki tę gazetkę interesuje jakaś tam stalownia, którą kilka dni temu uruchomiono w Nowej Hucie.
         Następnego dnia pojawiam się w Alejach Niepodległości. Czy często będę tu bywać? A może omijać będę ten  budynek  z oryginalnym   przeszkleniem dachu? Gdyby można było posługiwać się atlasem na egzaminie, to jakoś sobie poradzę. Pierwszy kolega już ma za sobą egzamin, ale niestety wyszedł z  miną wiele mówiącą o niepowodzeniu. Na pytanie , czy jest atlas, skinął potakująco głową. Ulżyło mi.
      Przyszedł czas i na mnie. Wchodzę z lekką tremą, przedstawiam się, siadam na wskazanym przez komisję miejscu. Na stoliku leży upragniony atlas geograficzny świata. Komisja podaje mi tematykę:
         - Przemysł w Polsce
         - Rolnictwo Francji
    Czas na przygotowanie. Mogę korzystać z atlasu. Nie otwieram strony z przemysłem Polski, bo z ogromną radością w sercu dziękuję Bogu za książeczkę Szałajdy. Widzę w wyobraźni obraz mapy Polski , Wisłę. Będzie dobrze. O, zaświtała mi babska gazetka z  propagandowa notką . Okraszę wypowiedź tą nowinką. Ale do tematu z rolnictwa przeglądam mapę Francji. Zapamiętuję miejsca upraw różnych płodów. Spoglądam na mapkę, jakbym chciała zachować w pamięci jej fotograficzny obraz. 
    Czas przygotowania mija. Jestem poproszona do stołu egzaminacyjnego. Zaczynam od przemysłu. Poszło jak z płatka. Dłużej referowałam hutnictwo metali. Nawet nowinka o uruchomieniu stalowni była zaskoczeniem dla egzaminujących.
   Przerywają mi wywód, prosząc, abym przeszła do następnego pytania. Zaczynam od opisania obszarów hodowli mleczno-mięsnej oraz  pasterstwa górskiego. Następnie przechodzę do obszarów z przewagą upraw  kukurydzy,  pszenicy i jęczmienia, aby w końcu nadmienić o pozostałych uprawach, szczególnie śródziemnomorskich. Wymieniam oliwki  i….. tu brak mi nagle słowa. Mam już na końcu języka. Trudno, wymieniam po kolei winogrona, pomarańcze i inne owoce śródziemnomorskie, kiedy jeden z egzaminatorów przerywa mi:
        - Ale może Pani uogólni nazwę tych upraw?
    Gdybym przywołała tę nazwę z zakamarków moich rozgrzanych zwoi mózgowych, to przecież bym jej użyła,  jednak , jak na złość  określenie owoców uciekło mi z pamięci. A więc trudno, uogólniam, wypalając: ,,bakalie ,,. I tu następuje wybuch śmiechu. Jeden z panów egzaminatorów rozbawionym głosem twierdzi:
        - I to jest kobiece podejście do tematu.
Na to pani, broniąc mnie, też z pewnym rozbawieniem, dodaje:
        - Ależ kolego, bakalie wciąż nie przestają być cytrusami, choć już przetworzonymi, za to mają wzmocnioną moc słodyczy.
     Przepraszam  mocno  speszona, że ,,cytrusy,,  wyleciały mi  z pamięci. To tylko stres.
         Cała Komisja jest rozbawiona. Dziękują mi.  Żeby nie bakalie, to może byłaby piątka - myślę sobie, ale może dzięki nim ominęły mnie dodatkowe pytania. Ach, te bakalie! Czy złościć się na nie, czy być im wdzięczna ?  
        Czekam do końca dnia egzaminacyjnego. Porównuję wyniki. Z geografii otrzymałam piątkę. Może to wystarcza , abym została studentką wydziału ekonomiczno-społecznego z kierunkiem ekonomika pracy i polityka społeczna.  Wyniki są dla mnie korzystne, chociaż nie ma na listach punktów za pochodzenie.  Już dziś będę balangować, choć jeszcze nie znam oficjalnych wyników przyjęć.  Jestem dobrej myśli. 
   Teraz do domu. Czeka tam na wieści moja rodzinka. Po drodze wstępuję do cukierenki.  Jakie ciastka  wybrać ?  A może w domu czeka niespodzianka? Na wszelki wypadek zaopatrzę się w łakocie.  Jestem łasuchem. Zwykle kupuję  ciastka  kremowe, nasączone pączem. Tym razem wzrok mój pada na półkę…. z keksem. Chyba od dziś zmienię preferencje kulinarne.