Translate

niedziela, 31 maja 2026

ZAOKRĄGLIŁAM SIĘ ... MIEJSCOWO

Wczoraj usłyszałam opinię, że trochę się zaokrągliłam.

To brzmi bardzo niejednoznacznie.

Gdzie?
I czy korzystnie?

Niedługo cieszyłam się tym ostatnim przypuszczeniem, bo szybko okazało się, że chodzi raczej o opuchliznę nóg, która - ku mojemu rozczarowaniu - nie znika tak szybko, jak się spodziewałam.

art by Rafal Olbiński.

Tej pani z obrazu opuchlizna nóg raczej nie grozi.

   Wracając do mnie - na pocieszenie -  odkryłam jednak pewien plus sytuacji.

     Skóra na stopach zrobiła się jędrna jak u nastolatki.
Bez jednej zmarszczki.
Złudna to jednak pociecha.

    A tu cieszyć się czy smucić, już sama nie wiem... pogoda letnia. Cichutko, nie ma wietrzyku, róże kwitną , temperatura dla jednych wymarzona, ale dla mnie przy tych nóżkach baleriny z glinianymi nogami .. trochę za wysoka.

   No i to byłby odnotowany jedyny przypadek, kiedy kobieta cieszy się, że przyjdzie wkrótce czas, że pokażą się zmarszczki... na stopach.

   Tak cieszę się... bo przed chwilą , dobrze, że nie widzieliście, a ja celowo nie uwieczniłam tego fotką.

Leżałam więc na kanapie w poprzek:

nogi wysoko oparte o oparcie,

głowa na dosuniętej ławie.

  Konia z rzędem temu, kto potrafi sobie taki układ anatomiczny wyobrazić.

Czy mi się nudziło?

  Nie, wcale... Modliłam się tylko, żeby Toffi nie wskoczyła mi na brzuch i nie rozpoczęła ceremonii lizania twarzy.

Na szczęście wyczuła chyba powagę sytuacji.
Ułożyła się obok na fotelu i obserwowała rozwój wydarzeń.

Bo - nie oszukujmy się - całość nie wyglądała całkiem normalnie.

    Błoga bezczynność? Czy ja wiem?  Bo muszę się przyznać, że w tym czasie..."  dyrygowałam" stopami wyimaginowanym chórem. Tak... to jest jakaś sztuka, może niewysokich lotów, ale kiedy już stopy otęchną i palce są zwinne... to dla mnie pestka. Wywijam stopą w powietrzu we wszystkie potrzebne strony i gesty.  Dziś nawet był oberek... To mi zostało we krwi... to dyrygowanie.

   Ciekawe, czy inni dyrygenci tez tak mają, a jesli tak, czy maja odwagę się przyznać.

    Taką metodę - leżenie z nogami w górze - sobie wybrałam, bo:

   - "Wolnoć Tomku w swoim domku".

   - Reszta domowników ( poza Toffi) w tym momencie była na wychodnym.

    W autokarze wiozącym wycieczkowiczów non stop przez pół Europy, tej metody nie da się zastosować. A ja już takie nocne podróże mam za sobą.

  Nogi spuszczone bez możliwości ruchu (poza krótkimi przerwami) nie wytrzymują. Puchną. Następnego dnia bieganina, zwiedzanie... nie ma szans na odpoczynek. Przechlapane...

  Cwany turysta podczas nocnej drzemki współpasażerów cichaczem zdejmuje adidasy i przepocone stopy zawiesza na oparciu fotela przed sobą.

    Prawie na ramionach sąsiada.

   I wtedy pozostaje już tylko modlitwa, by ów sąsiad miał katar i chwilowy zanik powonienia.

   Bo jeśli jest zdrów jak ryba i właśnie śni, że stoi w kolejce po ser pleśniowy…

  to biada.

  Nagle się obudzi. 
  Nieprzytomny. jeszcze nie otworzy oczu, a myśli: 
"Toć to ten ser, o którym śniłem ktoś wyjął z plecaka i co... w środku nocy będzie go wcinał?

I nie poczęstuje?"

   Jaka rada... zwijaj te nieperfumowane stopy z oparcia szybko i bezszelestnie.

      Czy pomoże?

      Wątpię... Zapach sera tak szybko nie znika.


<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj


sobota, 30 maja 2026

O ZBAWIENNYM WPŁYWIE WISZENIA ZA NOGI

 

  
 Czy widzieliście kiedyś taki obrazek?
Na balkonie albo tarasie wisi zając. Głową w dół. A właściwie nogami do góry. Przywiązany za tylne łapki, dynda sobie spokojnie na świeżym powietrzu.



   Choć — umówmy się — specjalnie świeży to on już od kilku godzin nie jest.

 Mam koleżankę, której mąż należał do koła łowieckiego. Dziczyzny było u nich tyle, że chyba bardziej tęskniła za zwykłym schabowym niż za sarniną.

  Poczęstowała nas kiedyś tatarem z sarny.

  Ale dziś, kiedy mój starszy wnuk opowiadał z dumą, że jadł na festynie pieczone chrabąszcze, sarnina przestała robić na mnie jakiekolwiek wrażenie kulinarne.

  Ale pamiętajmy o tym biednym szaraczku, majtającym się na wietrze i mrozie, aż skruszeje i wywietrzy się. 

 Ja czasami też mam takie wrażenie, że gdyby mnie tak zawieszono za nogi na tarasie… może opuchnięte kostki wreszcie by odpoczęły. Tylko Toffi należałoby na ten czas gdzieś zamknąć, bo inaczej zalizałaby mi twarz na śmierć. a ja tak nie znoszę lizania, więc odbiłaby sobie  za wszystkie czasy.
  Sąsiedzi myśleliby, że to ćwiczenia inwersji, odwróconej grawitacji, ale jakie buty weszłyby mi na te spuchnięte stopy?

 Choć z żyrandolem byłby problem. 

Tyle kilogramów żywej wagi mogłoby przekroczyć jego możliwości techniczne.

Co innego zając.

A skrucha?

No cóż… ze skruchą u mnie trudniej.

  Miałam gości. Biegałam przez dwa dni z przygotowaniem. Żaden tam catering czy delivery. 

Nie ma to, jak domowe jedzonko.

  Koszt? 

Opuchnięte nogi.

  Kaca nie mam i to nie dlatego, że zachowuję umiar. Ja ani z umiarem , ani  bez umiaru - po prostu nie znoszę alkoholu.

  Będziemy jeszcze w tym roku wraz z mężem obchodzić 2 różne jubileusze. Jeden urodzinowy, drugi "ślubny". Czy znów będę biegać, czy może się złamię tym razem?

 I wtedy przypomniał mi się Andrzej Waligórski. Człowiek najwyraźniej doskonale rozumiał dramat jubilatów.

Andrzej Waligórski

JUBILEUSZ

Gdzie się nie popatrzę, gdzie się nie ruszę,
Wszędzie się mnożą jubileusze.
Tu jubileusz wytwórni śrutu,
Tam jubileusz ciągarni drutu

Ówdzie miasteczko, zaś indziej gdzieś
Swój jubileusz obchodzi wieś.
Zróbmyż naprędce więc analizę
Jak się urządza taką siurpryzę?

Logika mówi nam, iż jubiląt
Godny czci, sławy, tudzież defilad,
Winien odpocząć, natomiast inni
jemu ten jubel zrobić powinni...

Ale w praktyce? Nieszczęsny pryk
Sam się do pracy wziąć musi w mig,
Bo gdyby dłużej siedział i zwlekał,
Skonałby nim by czegoś doczekał...

Dalej więc ganiać z przejęcia blady,
Prosić: - Zamieśćcie ze mną wywiady!
Dalejże szukać pomocy, porad,
Prosić o wsparcie i protektorat,

I udawadniać w każdym detalu
Bezsprzeczne prawo swe do medalu.
Później rozkosze ma również duże:
malije ściany, wyciera kurze,

Myje odnóża jak również szyję
Wywiesza napis: "Joj! Niech ja żyję"!!!
Pierze koszulę, prasuje mankiet,
Zamawia salę, orkiestrę, bankiet,

I o krok będąc od upadłości
Wielu dostojnych zaprasza gości,
Poczem - od trudów całkiem niebieski
Po pierwszej wódce idzie na deski...

Przeto zanoszę korne błaganie:
- Jubileuszem nie karz mnie, panie!
Kończ waść, a wstydu oszczędź i męki,
Niech mam zgon szybki lekki i miękki!

```````````````````````````````````````

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 


piątek, 29 maja 2026

SZLACHETNY MĄŻ



Tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy,  to ze mnie  twardy orzech do zgryzienia. I to  chyba na wielu poziomach.

Ta znikoma ilość "sztucznych podzespołów", jak:

- stymulator serca - drobnostka, jakaś tam amerykańska bateryjka i dwa przewody doprowadzone do serca...

- wzrok ( ostrość), niemal sokoli dzięki sztucznym soczewkom, nie licząc, że obszar widzenia może się zamknąć 

A więc te sztuczne , jak je nazwałam "podzespoły" mogłyby jeszcze być uzupełnione o "sztuczną inteligencję" taką osobistą , wszczepioną do mózgu. Nigdy nie mierzyłam sobie IQ ( chociaż matematyk w liceum przedstawił mnie wizytującym kuratorom "oto geniusz"; uczył nas jeszcze 3 lata, porzucając geniusza i nasze cale liceum, po czym awansował na wykładowcę uczelni, a mnie zapał do matematyki... ostygł)

Tak myślę sobie... co tam jeszcze do wymiany... może na tym blogowaniu zjem wreszcie zęby... i na to też pewnie znajdzie się rozwiązanie techniczne

Ale:

- nie biegam... chodzę, jak żółw, więc prawdopodobnie nóg nie złamię.

- podobnie rzecz się ma z innymi ewentualnymi kontuzjami - skoro sportów nie uprawiam - one nie mają u mnie szans,

- nie kaszlę,

- nie kicham,

a jeżeli kiedyś mi się zdarzy lekkie przeziębienie  - wychodzę z tego b. szybko i bez antybiotyków.

Jestem przeciwieństwem męża, nie dlatego, że... płeć.

Wciąż jesteśmy w temacie: zdrowie.

Mąż:

-  rower
-  hulajnoga z wnuczkiem 
-  spacery
-  termy

itp...

... a jednak - to on łapie kontuzje i antybiotyki.

Czy to jest sprawiedliwe?

Mimo to nie narzeka, przynajmniej, ja o tym nie wiem.

A przecież miałby powody, prawda?

Nie wszyscy mężowie są tak... szlachetni.

I wtedy przypomniał mi się Marian Hemar. 



Człowiek najwyraźniej znał dramat zdrowych żon i cierpiących mężów.

Moja żona 

Ja się muszę wypowiedzieć, 
nie wiem po co mianowicie.
 Się poprawi, coś się zmieni, 
się odkręci coś na wspak, 
Teść przed ślubem zbankrutował 
i z posagu wyszły nici. 
Ożeniłem się z miłości. 
Mnie po prostu trafia szlag! 

Ja się czołem biję w pięście, 
To już nawet nie nieszczęście, 
To już nie jest katastrofa, 
To jest - sam już nie wiem co.
Potop przy tym to sadzawka, 
Huk pioruna to jest czkawka, 
Ja już nie mam porównania, 
Takie wyszło qui pro quo. 

Że akuratnie ona poszła być moja żona 
I nikt inny tylko ona, właśnie ona, tylko ta. 
Jest kobiet pół miliona, to akuratnie ona, 
Jest ta żona, a ten mąż, to jestem akuratnie ja! 
Ja nie jestem donżuan, Casanova czy ułan. 
Wprost przeciwnie, z własną żoną ja się zadowalniać chcę. 
To akuratnie ona idzie być moja żona 
- Ta chodząca propaganda, co do płeć, ażeby nie! 
Gdzie się człowiek nie popatrzy i gdzie człowiek obserwuje, Zaraz widzi, że w małżeństwie nie najgorzej musi być.
 Jeden z żoną się rozwodzi, tamten znów konkubinuje
Temu żonka znów umiera, jednym słowem można żyć! 

Ale żeby moja zmora, 
Choć raz jeden była chora, 
Jak nie lekko, no to ciężko, 
Jak nie jutro, no to dziś. 
 Niech ja mam nadzieję, 
Niech zasłabnie, niech zemdleje. 
Ja nie żądam zaraz umrzeć, 
Niech się męczy trochę tyż! 

To akuratnie ona poszła być moja żona, 
Ten wyjątek z kobiet grona, która końskie zdrowie ma. 
Czy to lato, czy to zima, jej choroba się nie ima, 
Nie zakaszle, nie zakichnie, jak to mówią, szafa gra! 
Latająca wątroba, kamienica żółciowa, 
Nawet kiszka niewidoma, to jest dla niej coś faux pas. 
A do tego jest, co gorsza, z roku na rok coraz zdrowsza, 
Więc żeby wyrównać bilans, coraz chorszy jestem ja!

Patrzę więc na mojego szlachetnego męża z jeszcze większym uznaniem. I oby Hemar nigdy nie miał racji.



<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj



czwartek, 28 maja 2026

ZAPACH GOŻDZIKÓW I SŁOŃCE 1981. MOJE MAJOWE WSPOMNIENIA Z WALENCJI


    Są takie chwile, które zastygają w pamięci niczym bursztyn – przezroczyste, ciepłe i pełne życia, mimo upływu dekad. Dla mnie taką chwilą jest majowa niedziela w Walencji, roku 1981. Pamiętam to miasto skąpane w jaskrawym, niemal białym świetle, które odbijało się od murów katedry, i ten wszechobecny, odurzający aromat: mieszankę świeżo rozkwitłych goździków, palonej kawy i ledwie wyczuwalnej nuty prochu po porannych pokazach pirotechnicznych.

    Wtedy, w maju 1981 roku, Walencja nie była tylko miejscem na mapie. Była żywym organizmem, który po latach milczenia uczył się na nowo oddychać pełną piersią. W powietrzu czuć było coś więcej niż tylko wiosnę – czuć było ulgę.

  Niedziela, 10 maja – Dzień, w którym czas się zatrzymał

  Główne uroczystości święta Matki Bożej Opuszczonych (Virgen de los Desamparados) przypadły wtedy na 10 maja. Stolica Lewantu przygotowywała się do nich z niezwykłą starannością. Jako  „ świadek tamtych wydarzeń”, czułam, że to święto ma inny ciężar niż zwykle.

   Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w lutym, ulice te widziały czołgi generała Milansa del Boscha. Strach przed powrotem dyktatury wciąż tlił się w sercach wielu mieszkańców. Dlatego ta majowa niedziela miała stać się czymś więcej niż religijnym rytuałem. Stała się wspólnym wykrzyczeniem wolności.

    Serce miasta bije na Plaza de la Virgen

   W przeddzień uroczystości montowane są rusztowania na fasadzie bazyliki ( stojącej naprzeciwko katedry na tym samym placu), po czym układany jest na nim gigantyczny obraz złożony w całości z tysięcy świeżych kwiatów i roślin Projektowany jest przez słynnych lokalnych artystów zmienia się co roku, przedstawiając sceny religijne lub ważne wydarzenia  z życia miasta.

  Pamiętam moment Traslado – przeniesienia figury „La Geperudety” z bazyliki do katedry. Tłum był tak gęsty, że wydawało się, iż rzeki ludzi płyną własnym nurtem. Kiedy figura Patronki pojawiła się w drzwiach, nad placem uniósł się jeden, potężny okrzyk: „Vixca la Mare de Déu!”. Film znaleziony w sieci. Chcę pokazać euforię uczestników procesji. Tłum próbuje dotknąć figury Matki Bożej podczas jej przenoszenia


   Procesja Virgen de los Desamparados (Archiwum)
Przeniesienie obrazu Matki Bożej Opuszczonych (Porzuconych) z bazyliki do katedry w Walencji.

   
   Z balkonów sypały się setki płatków kwiatów, a w górę unosiły się wiązanki goździków rzucane przez wiernych. W tym chaosie, w tym niemal ekstatycznym ruchu, było coś kojącego. To był moment, w którym sacrum mieszało się z profanum, a historia wielkiej polityki ustępowała miejsca intymnemu spotkaniu z tradycją.

   Kilka zdjęć z filmu z sieci, przedstawiam, aby zilustrować te hiszpańska tradycję. Sama, niestety zdjęć, ani filmu nie mogłam wykonać, ponieważ  w 1981 roku nie wolno było przewozić aparatów fotograficznych ani kamer przez granicę. 






link tutaj

   
   W tamto majowe południe słońce nad Walencją nie tylko świeciło – ono dominowało. Było oślepiająco białe, odbijając się od jasnych murów Lonja de la Seda i kamiennych stopni katedry. To słońce miało w sobie obietnicę lata, która mieszała się z rześkim jeszcze, wiosennym wiatrem od morza.

   Najmocniejszym wspomnieniem jest jednak zapach. Wyobraź sobie tysiące goździków – czerwonych, białych i różowych – które w ogromnych naręczach wędrowały w stronę Plaza de la Virgen. Ten ciężki, słodko-korzenny aromat był tak gęsty, że niemal można go było dotknąć. Kiedy figura La Geperudety opuszczała bazylikę, a z balkonów sypał się deszcz płatków, zapach kwiatów mieszał się z dymem kadzideł i... prochem. Tak, bo Walencja bez huku petard nie byłaby sobą. Zapach spalonego lontu po porannej Mascletà był dyskretnym przypomnieniem, że to miasto potrafi być równie delikatne, co wybuchowe.

    Potrzebowałam chwili wytchnienia
Kiedy tłum na placu gęstniał, a majowy upał dawał się we znaki, ratunkiem była wizyta w jednej z tradycyjnych horchaterías. 

    Pamiętam ten moment. 
Siadam przy marmurowym stoliku, a przede mną ląduje wysoka szklanka lodowatej, mlecznobiałej horchaty. Ten napój z migdałów ziemnych (chufa) smakował wtedy wolnością. Był chłodny, słodki, ziemisty i niesamowicie kojący. Do tego obowiązkowy, puszysty fartón – podłużna drożdżówka, którą z namaszczeniem moczyło się w napoju. W tamtej chwili, między jednym a drugim kęsem, świat wydawał się układać w nową, lepszą całość.

   Tłem dla tego wszystkiego był gwar głosów. Nie był to jednak zwykły hałas – to była radosna polifonia. Słychać było okrzyki przekupek na Mercado Central, bicie dzwonów wieży Miguelete i te charakterystyczne, pełne emocji zawołania: „Vixca la Mare de Déu!”. W 1981 roku w tych głosach nie było już słychać lęku, który panował w poprzednim czasie. Była w nich duma i niespożyta energia miasta, które właśnie budziło się do nowego życia.

   Gdy myślę o tamtym maju 1981 roku, widzę trzy punkty, które wyznaczały rytm moich spacerów. Plaza de la Virgen – to tutaj, na tym kamiennym placu, bije serce miasta. To tu historia rzymskiego forum spotyka się z chrześcijańską tradycją. Obok wznosi się potężna Katedra, w której murach – jak wierzą mieszkańcy – spoczywa Święty Graal.
Niestety, nie będę opisywać mojego wrażenia, kiedy podeszłam do "Świętego Grala", bo to niemalże "mistyczne" osobiste przeżycie.

    A nad wszystkim czuwa Miguelete (El Micalet). Ta ośmioboczna dzwonnica jest dla Walencji tym, czym wieża Eiffla dla Paryża. Pamiętam to uczucie, gdy po pokonaniu 207 krętych stopni, wychodziłam na taras widokowy. W 1981 roku panorama miasta wyglądała inaczej – mniej było nowoczesnego szkła, a więcej czerwonych dachówek, nad którymi unosiło się gorące powietrze o zapachu morza. Z góry procesja wyglądała jak rzeka kolorów płynąca przez wąskie gardła uliczek.

   Centralną postacią tych dni była ona – Virgen de los Desamparados, czule nazywana przez Walencjan La Geperudeta, czyli „Garbuska”. Skąd ten przydomek? Wystarczy spojrzeć na jej figurę. Matka Boża ma lekko pochyloną głowę, co sprawia wrażenie, jakby dźwigała na plecach ciężar wszystkich ludzkich trosk. 




Ta postawa ma jednak głębszy sens: Maryja pochyla się nad opuszczonymi, chorymi i dziećmi, patrząc im prosto w oczy.


  W maju 1981 roku, przed bazyliką, powstał niesamowity kwietny ołtarz (Tapiz de flores). To nie była zwykła dekoracja, ale prawdziwy arras utkany z tysięcy płatków goździków. Przechodząc obok, czuło się uderzenie chłodnego, wilgotnego aromatu roślin, który na chwilę wygrywał z palącym słońcem. Ten dywan kwiatowy przedstawiał sceny z życia miasta, będąc niemym świadkiem modlitw i szeptanych próśb o lepszą przyszłość dla nowej, demokratycznej Hiszpanii.

   Wydaje mi się że zapach może być... wieczny. 
  Zamykam oczy i wciąż czuję ten maj 1981 roku. Zapach goździków, smak słodkiej horchaty na podniebieniu i to niezwykłe poczucie, że świat właśnie się zmienia na lepsze. Walencja nauczyła mnie wtedy, że tradycja nie musi być zakurzona – może pachnieć świeżymi kwiatami i tętnić życiem młodych ludzi, którzy wierzą w jutro.

<><><><><><>
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję -  najnowszy blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki link tutaj

środa, 27 maja 2026

" OKIENNICA" BRZMI DUMNIE




Kim ja już w życiu nie byłam zawodowo: nauczycielem, kierownikiem, głównym ekonomistą, dyrektorem…

  Myślałam, że teraz pozostanie mi już tylko stanowisko dożywotniego prywatnego emeryta. Chociaż bezczynności nigdy nie uznawałam. Na emeryturze zostałam przecież blogerką pięciu blogów, a wcześniej administratorką stron związanych ze sztuką na G+, Facebooku i włoskich mediach społecznościowych.

  A jednak od wczoraj mam nową funkcję nadaną mi przez młodszego wnuczka.

  OKIENNICA.

  Przyznam, że brzmi to dumnie.

Co prawda nomenklatura zawodów chyba jeszcze nie uwzględnia takiego stanowiska, ale przecież różne rzeczy już w historii przemianowywano. Były czasy, kiedy „robotnik” ustąpił miejsca „pracownikowi fizycznemu”, a „sprzątaczka” stała się nagle „konserwatorem powierzchni płaskich”.

  Dlaczego więc nie „okiennica”?

  Zakres obowiązków jest bardzo odpowiedzialny.

  Kiedy wszyscy idą spać — ci z parteru, piętra i poddasza — babcia „okiennica” dokonuje wieczornego obchodu żaluzji. Sprawdza, czy wszystko spuszczone, domknięte i zabezpieczone.

  Reszta rodziny może spać spokojnie.

  Nikt mnie oficjalnie do tej funkcji nie zatrudnił.
Nie podpisywałam umowy.
Sama sobie ten etat wypracowałam.

 Choć bywały i kompromitujące wpadki.

 Zdarzyło się przecież, że cała rodzina spała przy… otwartych drzwiach tarasowych, o żaluzjach już nawet nie wspomnę.

 Obiecałam więc młodszemu wnuczkowi, że kiedy podrośnie, awansuję go na stanowisko „żaluzji”.
 
 Natychmiast włączył się starszy wnuk:

 — A może ja nim zostanę? Nie będę musiał zdobywać nowego zawodu. Ale… za ile?

  — Od zaraz.

  — Nie… w sensie: jaka płaca? 

 — Najpierw zdobądź zawód i wypłać zaległą pensję okiennicy.

  Spojrzał na mnie bardzo podejrzliwie.

  — To ja się jeszcze zastanowię…

  I wtedy przypomniałam mu najważniejszy punkt regulaminu pracy.

 „Żaluzja” musi wytrwać do samego końca wieczornego zamykania domu. Inaczej może dojść do rodzinnej tragedii:
tylne łapki Toffi z ogonem zostaną na tarasie, a przednie z obrażonym pyszczkiem w salonie.

 — Przecież najpierw zamyka się okna i drzwi, a dopiero potem żaluzje — zaprotestował logicznie.

 Ach… młodość.

 Nie wie jeszcze, że podczas letnich upałów logika przegrywa z przewiewem.

 Bo czasem okna i drzwi pozostają lekko uchylone, żaluzje tylko częściowo opuszczone, a nocny chłód wpada do domu razem z ciszą.

 I wtedy właśnie na posterunku pozostaje ona.

 Babcia.
 Żona.
Mama.

 Czyli zawodowa…

 OKIENNICA.


<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj

wtorek, 26 maja 2026

DWA SERCA , JEDEN DZIEŃ. O CZYM MILCZĄ ADOPTOWANE DZIECI W DZIEN MATKI?


 
 Dziś kalendarz zafarbuję na różowo i czerwono. Laurki, czekoladki, wielkie słowa pisane wielką literą. To piękny dzień dla tych, którzy mają proste historie. Świata nie tworzą jednak wyłącznie proste historie.

  Istnieje równoległa rzeczywistość, w której Dzień Matki nie mieści się w schemacie z kwiaciarni. To rzeczywistość dzieci adoptowanych. Dla nich to święto bywa emocjonalną lekcją geometrii – bo jak podzielić jedno serce między dwa zupełnie różne adresy?

 Scenariusz pierwszy:
 Prawda dawkowana od kołyski
  Współczesna psychologia nie bawi się w chowanego. Standardy są jasne: mówić prawdę jak najwcześniej. Dzieci dowiadują się o swoim pochodzeniu, zanim jeszcze dobrze nauczą się wiązać buty. Słyszą o „dzieciach z brzuszka” i „dzieciach z serduszka”. Dla kilkulatka to naturalne jak grawitacja.

   Jak takie dziecko podchodzi do Dnia Matki?
   O mamie adoptowanej: 
 Dziś z dumą wręczy jej krzywo wycięte serce z brystolu. Dla niego Mama to ta osoba, która dmucha na rozbite kolano i zna lekarstwo na potwory pod łóżkiem. Kolce, z którymi mogło przyjść na świat, już dawno odpadły dzięki codziennej miłości.

O mamie biologicznej: 
  Gdzieś w tle, obok radosnego gwaru, pojawia się jednak cicha, dziecięca filozofia. To nie jest żal – to raczej naturalna ciekawość. Myśl o kobiecie, której twarzy nie pamięta, ale dzięki której oddycha. To moment, w którym mały człowiek zaczyna rozumieć, że miłość i istnienie mogą mieć dwa różne źródła.

Scenariusz drugi: 
Prawda, która wybucha za późno
  Bywa też inaczej. Czasem prawda jest chowana na dnie najgłębszej szuflady. Dla „świętego spokoju”, z lęku, z chęci ochrony dziecka przed trudną historią. A potem tabu pęka. Przypadkiem – w starych dokumentach, podczas szkolnych badań grupy krwi albo przez jedno zdanie rzucone w złości przez kogoś z rodziny.

  Dla nastolatka czy dorosłego, który dowiaduje się o adopcji późno, Dzień Matki staje się emocjonalnym polem minowym.

O mamie adoptowanej: 
  Pojawia się bolesny zgrzyt. Wdzięczność za lata opieki nagle zaczyna walczyć z poczuciem zdrady. 
„Składam dziś życzenia kobiecie, która mnie kocha, czy kobiecie, która mnie okłamywała?”
Kwiaty kupione  mogą nagle wydać się niezwykle ciężkie.

O mamie biologicznej: 
  Tutaj rodzi się mit. Wyobrażenie o idealnej, utraconej matce z przeszłości. Dorosły człowiek zadaje sobie pytania, na które nikt mu nie odpowie:
„Dlaczego mnie zostawiłaś? Czy jutro, patrząc w okno, pomyślisz o mnie chociaż przez minutę?”.

Bez morału i bez instrukcji obsługi
  Adopcja to nie jest proces, który kończy się z chwilą podpisania dokumentów w sądzie. To ciągłe redefiniowanie tego, kim się jest.

  Ten wpis nie ma być pouczeniem. Nie ma tu dobrej odpowiedzi na pytanie, jak „należy” przeżywać dzisiejszy dzień. Można czuć bezgraniczną miłość do kobiety, która wychowała, i jednocześnie nosić w sobie głęboką, cichą tęsknotę za tą, która dała życie. Można też czuć złość. Wszystkie te emocje mają prawo istnieć obok siebie w jednym sercu.

  Wszystkim Mamom – tym, które rodziły w bólach na porodówce, tym, które wydeptały ścieżki do ośrodków adopcyjnych, i tym, które z różnych przyczyn mogą dziś o swoich dzieciach tylko pomyśleć – życzę dzisiaj po prostu spokoju. I wzajemnego zrozumienia.

Jeśli, uważasz, że piszę o sprawach, o których nie mam pojęcia, to proszę, przeczytaj mój stary post, a zmienisz zdanie tutaj

<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj

poniedziałek, 25 maja 2026

KRYPTONIM "KOLEGA", CZYLI TOFFI NA STRAŻY MĘSKICH SEKRETÓW

 

  Szanowni Państwo, w naszym domu ogłoszono stan najwyższej gotowości bojowej. 
Godzina zero: 17:00. 
Cel wizyty: Kolega Męża. 
Ranga wydarzenia: Państwowa.

  Gdy tylko usłyszałam hasło „męskie spotkanie”, od razu wiedziałam, że ucierpi na tym moja logistyka kanapowa. Ale prawdziwym szefem kuchni i dyrektorem ds. bezpieczeństwa mianowała się Toffi. 

   Kuchnia zamieniła się w poligon. 
Ja kroję, siekam i duszę, starając się dogodzić męskim podniebieniom, a Toffi... Toffi stosuje zaawansowany marketing sępi.

Generator obrazów popełnił czeski błąd w zakresie mojego wieku,
ale wcale mi to nie przeszkadza 😅

   Jej zdaniem każdy plasterek szynki czy kawałek pieczeni, który przygotowuję dla gościa, powinien najpierw przejść rygorystyczną kontrolę jakości w jej pyszczku. Siedzi przy moich nogach, wpatruje się we mnie tymi swoimi wielkimi oczami i udaje, że od trzech dni nic nie jadła. Kiedy mówię: „Toffi, odejdź, to dla gościa!”, ona tylko fuka noskiem, jakby chciała powiedzieć: „Przecież kolega męża na pewno kocha psy i chętnie się podzieli!”.

    Najlepsze jednak zacznie się o 17:00.
 Panowie zasiądą przy stole, zaczną się poważne rozmowy o polityce, sporcie i motoryzacji. 

   A gdzie będzie Toffi? 
Oczywiście ulokuje się strategicznie pod stołem. 
Oficjalnie – jako pies obronny. 
Nieoficjalnie – jako detektor spadających okruszków i najlepszych kąsków. 

  Toffi doskonale wie, że mężczyźni w trakcie ożywionej dyskusji tracą czujność. Wystarczy położyć im puszystą brodę na kolanie, westchnąć ciężko i... bach! Kawałek kiełbaski sam „przypadkowo” spada pod stół.

   Mąż myśli, że to on rządzi na tym spotkaniu. Kolega myśli, że jest gościem honorowym. A tak naprawdę całe to męskie sympozjum i tak poprowadzi biała suczka z Wielkopolski. 


  Ja tylko mam nadzieję, że do wieczora zostanie nam chociaż odrobina jedzenia!

<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj