Translate

wtorek, 23 czerwca 2026

MOJE "KAWIARENKI" Z 1976 ROKU

 Gdy słucham piosenek z 1976 roku, przed oczami staje mi jeden z najbardziej intensywnych i wyjątkowych momentów w moim życiu – sierpień 1976 roku.

   Wszyscy dookoła nucili wtedy „Dancing Queen” zespołu ABBA, ale to nie szwedzki pop skradł moje serce. W moich głośnikach i w myślach na okrągło grały „Kawiarenki” Ireny Jarockiej, które tamtego lata narodziły się jako wielki hit na festiwalu w Sopocie.

   Choć piosenka opowiadała o beztroskich spotkaniach przy kawie, moje ówczesne życie wyglądało zupełnie inaczej. Nie miałam czasu na chodzenie po kawiarniach! 

Ilustracja "poglądowa" wygenerowana przez AI


    Byłam młodą mężatką, mamą 2,5-letniej córeczki, a zaledwie trzy miesiące wcześniej podjęłam ogromne wyzwanie zawodowe jako główny ekonomista. Na dodatek dokładnie w sierpniu dowiedziałam się, że pod sercem noszę drugie dziecko.

   Obowiązki domowe, wymagająca praca, małe dziecko i ciąża – to był prawdziwy maraton! Na szczęście miałam obok siebie wspaniałego męża oraz wyrozumiałego szefa, którzy wierzyli we mnie i powtarzali, że „wszystko będzie ok”. I mieli obaj rację.
 
    „Kawiarenki” stały się dla mnie symbolem tamtych pięknych, choć pełnych pośpiechu dni. Towarzyszyły mi w codziennym pędzie między domem a biurem, dodając niezwykłej lekkości i elegancji tamtej codzienności.

   Dziś, po latach,  ta melodia wywołuje nadal moje  wzruszenie. Zapraszam Was do posłuchania utworu, który na zawsze pozostanie ścieżką dźwiękową mojego 1976 roku




Irena Jarocka , Sopot 1976r.

P.S.
Jeśli przeczytaliście komentarz pod postem, to dalszy ciąg mojej odpowiedz jest tutaj. Zdjęcie, niestety, nie z kawiarni, ale ...z kawą. Jestem tutaj naturalna :) z 2000 roku.



<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj


poniedziałek, 22 czerwca 2026

JAK TOFFI POPARZYŁA PANA, CZYLI "NIE MA TEGO ZŁEGO, CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO"



   Noc czerwcowa minęła u nas znacznie spokojniej niż burzowy, upalny wieczór. Gdy śpię, to śpię jak zarżnięta, więc nic na szczęście nie słyszałam, a nasza mała Toffi w miarę spokojnie przetrwała te wszystkie grzmoty na łóżku wtulona w swojego pana [health]. Rano jednak upał nie odpuścił. Nic dziwnego – wczoraj ponad trzydzieści stopni, potem burza, więc w powietrzu wciąż wisi straszna duchota.

   Mój mąż od świtu był już jednak w swoim absolutnym żywiole. Dzień zaczął od wyprawy z naszym małym przedszkolakiem na ryby. Wrócili wcale niezmartwieni faktem, że nie złowili ani jednej sztuki – grunt, że z wielkim przejęciem pokarmili rybki robakami z własnych wędek. Po powrocie do domu ruszyła kolejna misja: naprawianie kosiarki domowym sposobem. Ponieważ wszystkie okoliczne warsztaty mechaniczne są teraz potężnie „zarobione”, mąż zamówił część na Allegro i zawodowych majstrów ma głęboko w nosie. Efekt? Trawa idealnie ścięta!

   Po tych wszystkich sukcesach przyszedł czas na zasłużony relaks. Komóreczka w dłoń, świeżo zaparzona kawka i hajda pod naszą słynną już czereśnię! Wnuczek ułożył się obok na hamaku, a babcia – czyli ja – od czasu do czasu zrywała najdojrzalsze owoce i podrzucała tym dwóm ogrodowym leniuchom. Do tego, jak na profesjonalną restaurację przystało, mieliśmy zapewnioną odpowiednią oprawę muzyczną w postaci świergotu szpaków nad głowami. W końcu  się wkurzyłam i zarządziłam SAMOZBIÓR, który z powodzeniem szpaki praktykują od zarania swojego istnienia.

   Te ptaszyska w okresie zbiorów czują się u nas jak pełnoprawni członkowie rodziny, chociaż dla mnie szpak na czereśni to zwyczajna „czarna owca” albo zakała rodu. No bo czy tak postępuje szanująca się rodzina? Jak stół jest pełny i bogaty, to pierwsi przybywają na wielkie biesiadowanie. A jak tylko dobrodziejstwo i owoce się skończą, to przez resztę roku człowieka nie odwiedzą! Mąż oczywiście zaciekle ich broni. Uważa, że po każdym skoszeniu trawy szpaki raniutko zbierają z ziemi robactwo, które jest wtedy lepiej widoczne. No dobrze, niby pomagają, ale obiad i tak jedzą na „krzywy ryj”!
Ja tak sobie spokojnie w domu dywaguję przy laptopie, a tu nagle na podwórku... istne nieszczęście!

   Nasza puszysta Toffi wyskoczyła z mieszkania jak z procy i w te pędy pognała pod drzewo. Zupełnie niespodziewanie, z pełnym impetem wskoczyła na kolana mojego męża, który w tym dokładnie momencie trzymał w dłoni kubek z gorącą, aromatyczną kawą! Jak myślicie, co sobie poparzył? Na domiar złego, Toffi też oberwała kilkoma gorącymi kroplami.
Skąd o tym wszystkim wiem, skoro grzecznie siedziałam w pokoju? Ano stąd, że do mieszkania z przerażeniem w oczach wparował wierny kompan dziadka, krzycząc od progu:

   – Babciu, ratunku! Daj jakiś spray, bo Toffi poparzyła dziadka kawą!!!

   I w tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy oraz mojego wczorajszego krawiectwa. Dziadek paradował dziś po ogrodzie boso, bez podkoszulka i w króciutkich, mocno „obszarpanych” spodenkach. Wczoraj bowiem uznał, że jego stare dżinsy (które przedszkolak nazywa „robotniczymi”) są za długie, więc bezlitośnie skrócił je domowymi nożyczkami bez żadnego wykończenia. Efekt był taki, że każda nogawka miała inną długość, a całości dopełniały falujące frędzle.

  Zostałam poproszona o natychmiastową poprawkę krawiecką. Wyrównując to dżinsowe cudo do miejsca, w którym cięcie było najkrótsze, z powagą uznałam, że wyżej już ciąć nie mogę, bo z dżinsów wyjdą męskie slipy! I tak oto mój mąż paradował w tych mikroskopijnych nogawkach z frędzlami, dumnie eksponując swoje długie i zgrabne nogi po mamusi. Zawsze mu powtarzałam, że jak na faceta są aż za mało męskie (ha ha ha!), ale dzisiaj akurat miały swój wielki, fotograficzny debiut. I to właśnie przez te moje ekstremalnie krótkie krawiectwo gorąca kawa miała ułatwione zadanie.


Przypisek autorski:

   „Żeby nie było, że zmyślam – oto (powyżej) fotograficzny dowód na nasz podczereśniowy salon relaksu! Po prawej stronie młode pokolenie testuje wytrzymałość hamaka, a po lewej... możecie podziwiać efekt mojego wczorajszego, ekstremalnego krawiectwa. Te dżinsowe frędzle i długaśne nogi należą do mojego osobistego męża ! Liście czereśni dyskretnie skryły resztę dziadka, ale uwierzcie mi na słowo – to właśnie na te odsłonięte, skrócone przeze mnie nogi 15 minut wcześniej wylała się gorąca kawa z kubka. Chrzest bojowy nowego stroju uwieczniony idealnie! 
Na zdjęciu  widzicie stan idealnego, podczereśniowego spokoju. Toffi już nie ma w kadrze, ale 15 minut wcześniej brała w domu rozbieg, by sekundy później, z prędkością światła, zamienić tę sielankę w kawowe pole bitwy!

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

niedziela, 21 czerwca 2026

PSIECKO NA ZAKRĘCIE, CZYLI O NIEDOJRZAŁOŚCI Z PRZYMRUŻENIEM OKA I ŁZĄ W TLE

 

 💔 „Mamo, przygarniesz Orzeszka? Oczywiście, a na jak długo?... Na zawsze.” 🐾

Zapraszam Was dzisiaj na bloga na zupełnie inny, niezwykle poruszający i ckliwy felieton. Opowieść o współczesnej modzie na „psiecko”, wielkich karierach w korporacjach i bolesnej niedojrzałości, która nie potrafi udźwignąć odpowiedzialności za żywą istotę. 😢 Historia zmuszająca do refleksji nad tym, czym naprawdę jest dojrzałość i miłość. Czy można oddać żywe stworzenie jak niepotrzebny mebel, bo przestało pasować do grafiku w smartfonie? 🐾
Przeczytajcie, jak potoczyły się losy małego Orzeszka i starszej pani po tym, gdy z ust jej syna padły bolesne słowa: „Na zawsze”. Opowieść z łzą w oku na przełamanie weekendowej, czereśniowej słodyczy. 👇

art by Mary Cassatt

   Czasami obserwuję otaczający nas świat i ogarnia mnie głęboka zaduma nad tym, w jaką stronę zmierzają współczesne wartości. Ostatnio w modę weszło nowe, dość specyficzne słowo: „psiecko”. Młode, bezdzietne małżeństwa, zamiast zakładać tradycyjne, pełne rodziny, coraz częściej kupują czworonoga i przelewają na niego całą swoją potrzebę opiekuńczości. 

  (Pomijam tu przypadki, kiedy z przyczyn od siebie niezależnych, pary młodych ludzi nie mogą mieć własnych dzieci, a chcą potrzebę niespełnionej miłości i opiekuńczości przelać na inne stworzenie). 

  I pół biedy, gdy za tym kupnem idzie  prawdziwa odpowiedzialność. Gorzej, gdy pod modnym szyldem "mieć własne psiecko" kryje się zwyczajna, ludzka niedojrzałość.

 Znałam taką parę. Pracowali w wielkich, szklanych korporacjach, robili kariery, a wieczorami znajdowali czas na głośne kluby i modne restauracje. W ich idealnie zaplanowane życie wkroczył mały, puszysty Orzeszek – piesek, który miał być uroczym dopełnieniem ich nowoczesnego wizerunku. Niestety, uroczy szczeniak szybko dorósł, a wraz z nim wzrosły wymagania. Zamiast radosnej maskotki, piesek stawał się pomału uciążliwą kulą u nogi, ograniczającą ich towarzyską wolność.

   Gdy na nich patrzyłam, przez myśl przemknęła mi smutna refleksja: dobrze, że los nie obdarzył ich jeszcze własnym dzieckiem. Jako przyszli rodzice okazali się na ten moment zupełnie niegotowi. Bywa przecież tak, że przez te wyjątkowe dziewięć miesięcy w kobiecie naturalnie rozwija się potężny instynkt macierzyński, a i mężczyzna ma czas, by poczuć na swoich barkach ciężar ojcowskiej odpowiedzialności. Ale do tego trzeba dorosnąć. W przypadku Orzeszka tego czasu i dojrzałości po prostu zabrakło. 

Ale ad rem.

  Pewnej słonecznej niedzieli, po wspólnym, rodzinnym obiedzie u matki mężczyzny, w salonie zapanowała nagle dziwna, gęsta atmosfera. W powietrzu wisiało coś niepokojącego, a młodzi nerwowo wymieniali spojrzenia. Starsza pani, czując intuicyjnie, że coś jest na rzeczy, odłożyła filiżankę i zapytała wprost:

    – Dzieci, o co chodzi? Widzę, że coś Was gryzie.

Syn odchrząknął, poprawił mankiety koszuli i po krótkiej walce z myślami zaczął:

   – Mamo, powiem prosto z mostu... Przygarniesz Orzeszka?
Matka uśmiechnęła się ciepło, spoglądając na merdającego ogonkiem malucha.

  – Oczywiście, żaden problem! A wyjeżdżacie gdzieś dalej? Na jak długo muszę się nim zaopiekować?

  W pokoju zapanowało nagłe, przeszywające do szpiku kości milczenie. Młode małżeństwo spuściło wzrok, nie potrafiąc spojrzeć kobiecie w oczy. Wreszcie z ust syna padły słowa, które przecięły ciszę jak ostrze noża:

  – Na zawsze.

  Słowo „na zawsze” zawisło w cichym salonie niczym wyrok, z którego nie ma odwołania. Matka przez dłuższą chwilę patrzyła na swojego dorosłego syna, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. W jej oczach nie było złości – był tylko głęboki, bezbrzeżny smutek. Spojrzała na synową, która z udawanym zainteresowaniem studiowała czubki swoich modnych butów. Żadne z nich nie miało odwagi podnieść wzroku.

   – Rozumiem – powiedziała cicho starsza pani, po czym schyliła się i delikatnie wzięła na ręce małego Orzeszka. Piesek, zupełnie nieświadomy, że właśnie stał się zbędnym bagażem w korporacyjnym świecie, wtulił swój puszysty pyszczek w jej ciepły sweter. –  

   Gdy drzwi wejściowe kliknęły, obwieszczając ich szybkie, niemal ucieczkowe wyjście, w domu zapanowała głęboka cisza. Matka usiadła w fotelu, a mały czworonóg natychmiast ułożył się na jej kolanach. Spojrzała na wiszący na ścianie portret – dawną, klasyczną replikę obrazu Mary Cassatt, przedstawiającą dumną damę tulącą małego pieska. Pomyślała z gorzkim uśmiechem, że życie potrafi pisać najbardziej nieoczekiwane scenariusze. Jeszcze rano myślała, że jej czas pełnej opieki nad kimkolwiek bezpowrotnie minął, a dom na zawsze pozostanie pusty.

   Mijały tygodnie. Młodzi rzucili się w wir nowego, luksusowego życia, w którym nie było już miejsca na poranne spacery w deszczu, weterynarzy i psie smutki. Ich profile w mediach społecznościowych pękały od zdjęć z egzotycznych plaż i nowoczesnych biur. Orzeszek stał się dla nich jedynie mglistym wspomnieniem z „poprzedniego etapu”.

   Tymczasem w małym domku matki narodził się zupełnie nowy świat. Orzeszek, który w rękach niedojrzałych właścicieli był wiecznie zestresowaną kulą u nogi, przy starszej pani niesamowicie rozkwitł. Szybko nauczyli się swoich rytmów. Rytuałem stała się poranna kawa, przy której piesek wiernie asystował, kładąc łapki na jej kolanach, oraz długie, niespieszne spacery po parku, podczas których starsza pani wreszcie miała do kogo mówić. Orzeszek nie potrzebował drogich zabawek ani markowej karmy – potrzebował jedynie obecności, spokoju i serca, którego młodzi nie potrafili mu dać.

  Siedząc wieczorami z puszystym kompanem na kolanach, starsza pani często wracała myślami do swoich dzieci. Czuła żal, ale nie z powodu psa. Było jej potwornie smutno, że jej syn, goniąc za nowoczesną iluzją wolności, zgubił gdzieś po drodze to, co najwartościowsze – odpowiedzialność za drugą istotę. Wiedziała, że prędzej czy później przyjdzie dzień, w którym te wielkie kariery i szklane biurowce przestaną im wystarczać. Oby tylko wtedy, gdy zapragną prawdziwego domu, nie było już za późno na naukę miłości.

    A Orzeszek? 
On swój prawdziwy dom już znalazł. W cichym fotelu, u boku kobiety, która potrafiła kochać bezwarunkowo, bez względu na modę i pędzący świat.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

sobota, 20 czerwca 2026

NEGOCJACJE NA NAJWYŻSZYM SZCZEBLU, CZYLI SZPAK NA MOIM HAMAKU


     W myślach już wyobrażałam sobie, że nie będę wieszać, jak zamierzałam płyt CD na drzewie, ale wyślę te natrętne ptaszyska  do pobliskiego sadu sąsiadów i jeszcze zagram im na drogę marsza Mendelsona.

      A jak nie zechcą ... kurczę... gdzieś mąż ma wiatrówkę ze ślepymi nabojami. Ale długo musiałabym grać im później "Marsza Żałobnego" Chopina, sąsiedzi by nie zdzierżyli, wolą disco polo. Tak tylko sobie pomarzyłam....

    Czasami człowiek planuje weekend w ogrodzie z książką w ręku, a życie i tak pisze własny, zupełnie niesamowity scenariusz. Wszystko wydarzyło się podczas tej mojej słynnej już popołudniowej drzemki. Kiedy domowa ferajna rozjechała się w swoich sprawach, a wierna Toffi smacznie chrapała w cieniu, postanowiłam przenieść swój hobbystyczny warsztat pracy na świeże powietrze. Rozciągnęłam się wygodnie na hamaku między drzewami, zamknęłam oczy i pozwoliłam czerwcowemu słońcu błogo kołysać moje myśli.


A więc ja na hamaku, podczas, gdy Toffi wybrała słońce.


    I wtedy, na granicy jawy i snu, zaczęły dziać się rzeczy doprawdy osobliwe. Zamiast szumu wiatru, usłyszałam nad głową charakterystyczne, bezczelne furkotanie skrzydeł. Gdy leniwie uchyliłam rąbka tajemnicy pod ciemnymi okularami, okazało się, że na samej linie mojego hamaku wylądował on. Szpak. Ale nie taki zwyczajny, pospolity łakomczuch – ten egzemplarz wyglądał jak rasowy dyplomata, z piórami lśniącymi w słońcu niczym wieczorowy garnitur. Spojrzał na mnie z góry z taką pewnością siebie, jakby to on był właścicielem tej działki, a ja jedynie nielegalnym lokatorem.

   Zanim zdążyłam machnąć ręką, ten skrzydlaty jegomość skłonił dumnie głowę, poprawił skrzydełko i najczystszą polszczyzną zaproponował mi... oficjalne negocjacje pokojowe! Tak, tak, nie przywidziało się Wam – szpak na moim własnym hamaku postanowił zawrzeć ze mną czereśniowy pakt o nieagresji. Cała ta surrealistyczna narada tak mocno wyryła się w mojej pamięci, że po przebudzeniu od razu musiałam przelać ją na klawiaturę:

Bujałam się cicho na moim hamaku,
W czerwcowym słońcu, wśród ciszy i maku.
Przymknęłam oczy, już sen mnie morzył,
Gdy nagle na linie gość się położył.

To szpak, bezczelny, w piórach lśniących cały,
Spogląda na mnie, jakby był to bal doskonały.
Schylił swą głowę, podepchnął skrzydełko
I rzecze z powagą: „Zróbmy układ, panno wielka!

Ty masz czereśnie, słodkie, krwistoczerwone,
A ja mam stadko i żonę za żonę.
Oddaj nam czubek, ten najwyższy w sadzie,
A dół zostawimy w nienagannym ładzie.

Nie będziemy głośno krzyczeć nad płotem,
Ani u sąsiada kłócić się z kotem.
Pełna kultura, kelnerska obsługa,
Niech ta umowa nie będzie zbyt długa!”.

Otwieram oczy, hamak mocno drży,
A szpak z gałęzi bezczelnie się tli!
Choć to był tylko sen popołudniowy,
To ten ptasi pakt... ciągle mam w swej głowie!

  Kiedy gwałtownie otworzyłam oczy, hamak wciąż jeszcze delikatnie się kołysał, a na pobliskiej gałęzi czereśni siedziało stado ptaków, jakby złośliwie czekając na moją oficjalną odpowiedź. Choć cała ta dyplomatyczna misja okazała się jedynie wytworem mojej bujnej, popołudniowej wyobraźni, to muszę przyznać, że ten ptasi pakt ma sens. W końcu, po co toczyć wojny i montować skomplikowane strachy, skoro można podzielić się owocami jak cywilizowani sąsiedzi? 

   Najwyższe gałęzie oddaję ptasiej mafii, a dół zrywam dla wnuków!

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

piątek, 19 czerwca 2026

ALE DZISIAJ DUCHOTA!

Wnusio pędzi w chłód

Toffi w ślady malucha też pod czereśnię do chłodu - na hamak


  Po deszczu, jaki nawiedzał przez 2 dni moją okolicę nadeszły wysokie temperatury. Obecnie  jest już ponad 31 st.C.w cieniu i zapowiadają burzę.

 To stan, którego, mój organizm nie toleruje.

   No chyba, żebym wyjechała ... na Florydę!, ale nie jestem już taka młoda i w pełni sił, jak to było w roku milenijnym. Tam tez dostawałam prawie "szoku" i dech mi zapierało w pierwszych godzinach po dotarciu, Później zadziałała aklimatyzacja. Nad samym oceanem czułam się wspaniale. Wiedzieli kuzyni, gdzie zakupić sobie miejscówkę na resztę swojego życia. A proponowali to również nam. Nie... to może być dobre dla mnie tylko na wakacje i to króciutkie. Moim domem jest moja POLSKA 💗

  Już takie temperatury w sposób humorystyczny opisywałam w 2020 r w poście "Piekielny upał w raju, czyli nietakt meteorologiczny" tutaj

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

POETA I KATASTROFA LIRYCZNA





Poeta otrzymał zlecenie.

- Tylko niech będzie romantycznie - powiedział zleceniodawca. - Dużo uczuć, trochę księżyca, może jedna róża. Tak, żeby czytelnik westchnął.

- Naturalnie - odparł poeta.

Usiadł przy biurku. Otworzył laptop.
Napisał:

„Był ciepły, majowy wieczór...”

Przeczytał.
Wyobraził sobie ten wieczór.
Pachniały bzy.
Gdzieś śpiewał kos.
Nad stawem unosiła się mgła.

Poecie zaszkliły się oczy.

- Ojej - szepnął.

Sięgnął po chusteczkę.
Potem drugą.
Potem trzecią.
Po pół godzinie odzyskał spokój.

Spojrzał na ekran.
„Był ciepły, majowy wieczór...”

- Dobrze -  powiedział. -  Jedziemy dalej.

Napisał:

„A ona szła aleją starych kasztanów...”

I znów zobaczył tę alejkę.
Białe kwiaty.
Szmer liści.
Delikatny wiatr.
I tę samotną postać.

Poeta rozpłakał się natychmiast.

Łkał tak przejmująco, że sąsiad zza ściany przyszedł sprawdzić, czy nie wydarzyło się jakieś nieszczęście.

- Umarł ktoś? -  zapytał.
- Nie —-odpowiedział poeta przez łzy. - Ona dopiero idzie aleją.

Sąsiad pokiwał głową i wyszedł.
Po dwóch godzinach pracy tekst wyglądał następująco:

„Był ciepły, majowy wieczór.
A ona szła aleją starych kasztanów...”

Poeta zużył siedemnaście chusteczek.
Postanowił być twardy.

Napisał kolejne zdanie.

„W dłoni trzymała list miłosny.”

I wtedy nastąpiła katastrofa.
Poeta wyobraził sobie, że list został napisany odręcznie.
Że atrament był niebieski.
Że ktoś długo dobierał słowa
Że może nawet skreślał.

A potem złożył kartkę na trzy części.

To było ponad siły.
Łzy popłynęły szerokim strumieniem.
Klawiatura zaczęła chlupotać.
Spacja odmówiła współpracy.
Litera „e” wydała cichy jęk.
Enter zamrugał rozpaczliwie.
Wreszcie laptop westchnął ostatkiem elektroniki, wyświetlił komunikat:

Błąd krytyczny: wykryto nadmiar szczęścia. System zostanie zamknięty.

i zgasł.

Poeta siedział długo w ciszy.
Patrzył na czarny ekran.
Potem wyjął ostatnią chusteczkę.

- Rozumiem cię, przyjacielu - powiedział.

I rozpłakał się za laptopem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Grzegorz Turnau - Liryka ,liryka - YouTube



Liryka, liryka , tkliwa dynamika
Konstanty Ildefons Gałczyński


Sam nie rozumiem, skąd mi to się bierze,
że jestem mitologiczne zwierzę,
ni to świnio-byk i ni to koto-pies,
i w ogóle z inych stron:
liryka, liryka,
tkliwa dynamika,
angelologia
i dal.

Idę, powiedzmy, wieczorem z Arturem
i nagle: księżyc wschodzi za murem,
Artur ostrzega, bo dobry kolega:
— Nie patrz. — A ja jak bóbr:
liryka, liryka,
tkliwa dynamika,
angelologia
i dal.

W takim „Przekroju” po prostu się boją
bo jak na przykład wejdę do pokoju
i się zamyślę, powiedzmy o Wiśle,
to zaraz łzy jak groch:
liryka, liryka,
tkliwa dynamika,
angelologia
i dal.

Wy się nie dziwcie, śliczni panowie,
sześć lat po świecie tułał się człowiek
i nagle: Polska i harfa eolska,
po prostu cud jak z nut:
liryka, liryka,
tkliwa dynamika,
angelologia
i dal.

Będziecie śmiać się, lecz daję słowo:
ja czytam nawet „Gazetę Ludową”
i „Pokolenia”, i wiersze w „Kamenie”,
i czytam, i szlocham, och!
liryka, liryka,
tkliwa dynamika,
angelologia
i dal.

Niech mnie zarąbią, niech honoraria
wyda na wieńce Artur Marya!
Ja jestem Polak, a Polak jest wariat,
a wariat to lepszy gość:
liryka, liryka,
tkliwa dynamika,
angelologia
i dal.

A po pogrzebie pod korniszon
niech epitaphium mi napiszą:
TU LEŻY MAGIK I MAŁPISZON,
pod spodem taki tekst:
„Liryka, liryka,
tkliwa dynamika,
angelologia
i dal”.


 źródło: 
https://poezja.org/wz/Konstanty Ildefons_Galczynski/24756/Liryka_liryka_tkliwa_dynamika

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

czwartek, 18 czerwca 2026

JAK MAJOWY „ŚWIAT WIEDZY” WYCHOWAŁ MI W DOMU MAKIAWELLEGO



   Dotychczas naiwnie wierzyłam, że podsuwanie wnukowi artykułów popularnonaukowych to inwestycja w jego świetlaną przyszłość. Chętnie czytał o czarnych dziurach, ciekawostkach przyrodniczych czy nowinkach technicznych. Cieszyłam się, że rośnie mi młody intelektualista. Wszystko zmieniło się w dniu, gdy w naszym domu pojawił się majowy numer Świata Wiedzy z 2026 roku.



  Wnuczek spojrzał na okładkę. Zobaczył wielkie, hipnotyzujące oko oraz bijący po oczach napis: „10 TECHNIK MANIPULACJI. Zrobisz to, czego chcę!”. Na jego twarzy pojawił się błysk, który u każdego pedagoga wywołałby stan przedzawałowy, i z głośnym okrzykiem „Eureka!” porwał gazetę do swojego pokoju. Jak sam entuzjastycznie ogłosił: „Babciu, to jest to! Znalazłem genialny sposób na polonistkę!”.

   
   Młody strateg z wypiekami na twarzy przestudiował listę trzynastu trików. Jak się szybko okazało, punkt dotyczący „Rozpoznawania słabych punktów przeciwnika” miał już opanowany w stopniu profesorskim. Słabym punktem systemu okazała się szkolna higiena i matczyna troska.

  W ubiegłym roku wnuczek faktycznie musiał zostać zwolniony z lekcji, bo z nosa puściła mu się krew. To autentyczne wydarzenie podsunęło naszemu domowemu Makiawellemu genialny plan na ubiegotygodniowy test z języka polskiego.

   Nagle telefon mamy, znajdującej się kilkadziesiąt kilometrów od domu, rozgrzał się do czerwoności. Szkoła alarmuje: „Synowi leci krew z nosa, prosimy o pilne zwolnienie z lekcji!”. Machina ruszyła. Mama w rozjazdach, tata prowadzi ważne wykłady online i nie może przerwać transmisji. Misja ratunkowa spadła na niczego nieświadomego dziadka, który rzucił wszystko i pognał do szkoły ratować mdlejącego potomka. Ja o całej tajnej operacji nie miałam zielonego pojęcia.

   Gdy młody manipulant w końcu dumnie wkroczył w progi domu, jego buzia była tak radosna i rozpromieniona, jakby właśnie wygrał los na loterii, a nie przeżył ciężki krwotok. Spojrzałam na niego podejrzliwie.

  – No i jak tam? Już po teście z polskiego? Zmanipulowałeś coś? – zapytałam z wrodzoną babciną intuicją.

  – Nie, babciu! Krwotok z nosa miałem! – oburzył się, starając się przybrać minę cierpiętnika.

  – Taaak? Ja już dobrze wiem, jak ty ten krwotok wywołałeś... Specjalnie tam podłubałeś i rozdrapałeś stare naczynko, żeby tylko uciec przed sprawdzianem!

  Młody dyplomata wkurzył się nieziemsko, że babcia tak bezczelnie rozszyfrowała jego genialną strategię ze Świata Wiedzy, i do końca twardo szedł w zaparte. Nie wziął jednak pod uwagę jednego: jego mama dysponuje znacznie potężniejszymi, ściśle naukowymi metodami śledczymi. Po krótkim, acz treściwym przesłuchaniu, mama wyciągnęła z małego manipulanta całą, brutalną prawdę.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj