Translate

środa, 31 lipca 2019

CO TEN "SIEROTKA" NAROBIŁ?

 
Lucas Cranach Starszy (domena publiczna)

 Czuję się jak w raju.
Nie, jeszcze nie umarłam... Ale jabłoń rajską mam, a i owszem, na swojej posesji. 



Może to słowo na wyrost, ta jabłoń, bo to młode drzewko, ale za to ... bardzo płodne.  Jakoś nie ma tu obok mnie szatana (choć Adam wciąż ten sam od kilkudziesięciu lat) i jak do tej pory nikt tego "Adasia" też nie skusił, abyśmy jabłuszko skosztowali. Bo i ono, to rajskie, nie jest zbyt smaczne, gdyby je ktoś zechciał prosto z drzewa spałaszować. Ale na przetwory... pychotka. Ja , niestety, nie robię z nich przetworów. Pełni to drzewko dla mnie rolę ozdobną.

 Wiosną pięknie, obficie  obsypane różowymi  kwiatami, a wkrótce potem udekorowane błyszczącymi czerwonymi jabłuszkami, którym pozwalam wisieć do zimy. 








( Te zdjęcia, jak widać po stroju, wykonywałam zimą, jednak  dniu bezśnieżnym. Od czego technika? Należałoby jabłuszka oszronić :)


A listki tej jabłonki zapewne nie są z rodzaju drzewa poznania z raju opisanego w Biblii.



 Za żadne skarby taki listek nie okryłby nic Ewie, chyba, że oko, aby nie zerkała na gołego Adasia.

Może i takie wątpliwości, czy to właśnie  jabłoń była tym  drzewem rodzącym owoc zakazany,   miał niejaki "Sierotka" , tj. Mikołaj Krzysztof Radziwiłł?

Wiadomo jest, że podróżował do Ziemi Świętej (1852-1854), z czego sporządził odpowiednie notatki. 
I czego można się z nich dowiedzieć?

Znajduje się w nich  mało spotykana opinia na temat owocu zakazanego. Otóż miałby być nim ... banan.




Wg niego  taka opinia panowała wśród syryjskich chrześcijan. Czy "Sierotka" był do niej przekonany?

 Tu posłużę się cytatem z Dziennika Zachodniego (artykuł Magdaleny Nowackiej-Goik) :

(...)Chrześcijanie, którzy tu w tym kraju mieszkają, tak mniemają pospolicie, że Adam i Ewa z raju ten owoc jedli, co też takimi racjami udowadniają: Naprzód, iż jabłek tu nie masz...(...) trzecia racja, iż ten owoc nie na drzewie, na niskim krzaku rośnie, zaczem rodzicy pierwej łacno go urwać mogli, czwarta, że mauza (banan) liście na łokieć szerokie, na dwa wzwyż ma, z których po grzechu snadno było uczynić ciału zasłony".

No i co ten "Sierotka" narobił ?!
Tak namieszać w głowach Polakom?

wtorek, 30 lipca 2019

PÓŹNA STYLIZACJA czyli MARA SENNA


Roztrzaskałam sobie laptopa.
Wszystko przez tę ukradkowo organizowaną przez siebie sesję.
Wieczór upalny, ale ma się  chyba na burzę. Tym razem oczekiwaną  przeze mnie burzę, bo niesie nadzieję na rzęsisty deszcz. A tego nie tylko ja pragnę, ale cała wysuszona, spragniona też ziemia. Może mniej będę latać z tym wężem po działce bezskutecznie, bo za moment nie ma śladu podlewania. Jak dotąd zaczął schnąć, rozprowadzony na płocie z siatki, milin amerykański. Jeszcze biedny nie zdążył ani razu zakwitnąć, a szkoda. Jednak życie jeszcze w nim się tli, umrzeć mu nie dam.
 Jeśli się też sam postara, to zakwitnie tak:


Ad rem.
Mąż zasnął już ze słuchawkami na uszach. Mogę głośniej buszować po domu i znów oświetlić pokój. Przecież nie mam specjalnego atelier. Rolę takiego miejsca w domu przejął mój kominek. Stanowi odpowiednie tło. Gorzej z oświetleniem wieczornym. Ale to też nie wielka wada, bo uzyskuję niezamierzony nastrój. 

Zainspirowana rozwiązaniem stylizacji przez Barbarossę, gościa mojego bloga, postanowiłam zieloną spódnicę ze second hand połączyć z moją żorżetowo- jedwabną sukienką, która kiedyś była suknią długą do ziemi. Wypatrzyłam ją parę lat temu w butiku w Płocku na Grodzkiej. Była wówczas wiosna. Prezentowała się pięknie na wystawie w połączeniu ze ślicznym kapeluszem, przedstawiając  nadchodzącą wielkimi krokami wiosnę. Nie mogę zdradzić, czy była tania. Sami się domyślcie :) Ale wtedy jeszcze byłam czynna zawodowo.
 Od pewnego czasu suknię tę skróciłam, co nie wyszło jej na dobre. Nosiłam ją też do białych spodni w upalne dni jako kasak. Trochę ją upinałam, aby nieco wydawała się krótsza. Może z czasem uaktualnię tego posta, to i z tymi spodniami się zaprezentuję. Na razie buszuję po "przedogródku"




Ale wciąż tęsknię do pierwotnego stanu tej sukienki. 
Skoro już materiału odciętego nie mam do przyszycia (zrobiłam z niego plisę doszywając do halki, aby przedłużyć ją oraz uniemożliwić prześwity, które trochę mnie deprymowały), to....
jak wspomniałam wyżej.... natchniona przez Barbarossę, zaczęłam usilnie grzebać w mojej garderobie, aż natknęłam się na ciemnozieloną spódnicę.
Hura!!!
Pasowała, jak ulał!
Kupiłam ją  2 miesiące temu w ciuchlandii. 
Mam taki zwyczaj, że kupując coś, co mi się nadzwyczaj podoba, nie zwracam uwagi na rozmiar (jeśli nie ma właśnie odpowiadającego moim... gabarytom). Z większego da się przecież zrobić mniejszy. A z mniejszego... zawsze można coś wykombinować :)

A więc, jak na razie, przypięłam tę spódnicę do dolnej części halki sukienki i na niby  "kompatybilnie" pasuje do niej. Celowo użyłam tu określenia informatycznego, bo w tej sesji, jak już wspomniałam, mój laptop fiknął kozła na podłogę i trochę wystraszona, czy nie obudzę męża, zbierałam biegusiem odkruszone rogi obudowy, sklejając je plastrem. Myślę, że wszystkie cząstki te małe i te duże, na tyle są ze sobą teraz kompatybilne, że nie będę jeszcze musiała nowego laptopa kupować.


 Rogi- lewy górny ekranu i prawy dolny komputera   w plastrach.

Póki co, ze słabą baterią, nocą, fotki pokazują mnie niewyraźnie, jak  widać niżej. Gdyby mąż się nagle obudził,  zaskoczony, potraktowałby mnie,  jako marę senną.






A rankiem,  już po lekkiej burzy i orzeźwiającym ziemię i mnie, deszczu, przyszedł czas na dokończenie przerwanej  w nocy sesji.

Te barwy spódnicy i bluzki są zbliżone do oryginału




Niestety kolory w oryginale są trochę inne. Spódnica - zgniła zieleń, a bluzka - pudrowy róż.


No i na koniec - stylizacja ...nobliwa, jak na emerytkę przystało :)


Tym oto postem rozpoczęłam nową tematykę na blogu, wyraźnie zaznaczoną tytułem (PÓŹNA STYLIZACJA), aby wiadomo było z góry, czego się w nim spodziewać . Jest to stylizacja kobiety w późnym wieku, a i pora dobowa sesji - też nie wczesna :)

Dobrze byłoby mieć fachowego fotografa, to i zdjęcia byłyby profesjonalne. Trudno, jest, jak jest.

niedziela, 28 lipca 2019

W POSZUKIWANIU SECRET GARDEN


Mała bohaterka z Zaczarowanego Ogrodu, nie wiadomo kiedy... dojrzała. Nic dziwnego, przecież każda roślina w ogrodzie wzrasta, wydaje owoce, następnie dopada ją smutna jesień.

Nie wszystkie rośliny, kwiaty, krzewy i drzewa cieszą się pełnym zdrowiem. Tak i nasza bohaterka, która w jesieni swojego życia została blogerką, zachorowała na serce . Jakby tego było mało, zagrożony ma również wzrok.

Tak, jak zieloni i kolorowi mieszkańcy Zaczarowanego Ogrodu oczekują pomocy od pielęgnującego ich   ogrodnika oraz właściciela, tak i blogerka otrzymała pomoc od swojego Stwórcy, który pokierował różnymi „ogrodnikami” w postaci wspaniałych lekarzy. Teraz wie, że musi wykorzystać najlepiej jak potrafi jesień swojego życia, nie myśląc jeszcze o zimie. 
A, co tam, ona i tak kiedyś sama nadejdzie. Liczy, że ostatnio klimat ociepla się, więc może...

Jej ogród życia jest teraz realny, nie zaczarowany. Ale czy nie może jeszcze znaleźć w tym świecie nic czarującego? Nacieszyć wzrok, póki jeszcze dobrze służy?

Blogerka postanowiła ruszyć w poszukiwaniu otaczających ją miejsc, które będą cieszyć jej wzrok i duszę, jak radowały kwiaty małą bohaterkę z Zaczarowanego Ogrodu.

Po drodze stara zabytkowa budowla z 1464 roku.  Tam ma mieszkanie jej Stwórca ( choć jest wszędzie, nie tylko tam)



W nim najlepiej czuje się blogerka, bo jest mały, można się skupić w trakcie rozmowy z Bogiem, chociaż ci, których interesuje nie Gospodarz tego domu, a niezwykle cenny wystrój  wnętrza, spokoju duszy nie zaznają. Będą zachwyceni rozwiązaniem architektonicznym wnętrza (II połowa XVIIIw.), starymi , odkrytymi malowidłami na ścianach i ołtarzem z  obrazem nad nim wiszącym.  Kościół posiada sklepienie gwiaździste, na którym w kartuszu z żeber gotyckich jest umieszczona róża.



W drugim kościele po przeciwnej stronie ulicy jest dla blogerki  za "przestronnie", ale w wakacje nie ma wyboru.

Za zabytkowym  kościółkiem, nieczynnym w wakacje, rozpościera się piękny zielony teren ze stawem, fontanną.









W drodze powrotnej mijała kulistą fontannę w innym parku 






Ta kula obraca się poruszana wypływającą zeń wodą. Przyjemnie jest położyć dłoń na czaszy tej mokrej dynamicznej kuli.

Blogerka cieszyła się kobiercami z kwiatów.








Blogerka wróciła do domu naładowana energią, ale wciąż to nie były wrażenia z dziecięcych lat , które napawały ją, kiedy przebywała w Zaczarowanym Ogrodzie.

Dzisiaj wszystko było takie przewidywalne, bez tajemnic.

I oto odwiedził ją zaczarowany Milord.

Kto nosi tak dumne i pyszne imię ?

„Milordzie”, a nie "Milord" - tylko na taką formę zawołania  reaguje, kiedy zechce podejść bliżej. A już zupełnie niedopuszczalne  jest zawołanie: „Milord, do nogi!”

W końcu pieski tej rasy, corgie, bywały na salonach, i to nie na byle jakich - na " królewskich"!






Zlitował się ten zaczarowany pies nad biedną blogerką i obiecał, że pokaże jej nowoczesny SECRET GARDEN, ale najpierw, chciałby się przejść z nią na spacer.



Blogerka bardzo chętnie przystała na propozycję, częstując Milorda wielką ilością wody, bo upał był nie do wytrzymania.

W pobliżu domu blogerki są termy. Tam postanowili się wybrać. Nie, nie na kąpiel , bo tam, na termach za wysokie progi, na tak niziutkie Milorda nogi. Wstęp na basen tylko dla ludzi . Pójdą  jedynie na krótki spacer, bo tego dnia blogerka już spacerowała przed południem, a upał i stan zdrowia na więcej jej nie pozwala.
Zresztą blogerka szukała  choć jednej chmurki na niebie... na próżno.



Ale wiatr był minimalną ulgą dla obojga.




Milord jest twardzielem, jednak cień palmy był w tym upale zbawieniem.



Po powrocie do domu Milord zdradził, że jego pan jest twórcą nowoczesnego animowanego filmu  Secret Garden. 

Autor Michał Sworek  przedstawia ten film  jako "mistyczną podróż do stworzonego od podstaw tętniącego życiem świata (przy akompaniamencie hipnotycznej muzyki)."

Do obejrzenia w YouTube - adres niżej:
https://www.youtube.com/watch?v=wKNDFFFgUZU






"SECRET GARDEN" 3D animation by Michał Sworek

I jak?
Podobał się Secret Garden?



Taaak :) 
Wreszcie blogerka poczuła się, jak w zaczarowanym świecie. A może muzyka ją zahipnotyzowała?

sobota, 27 lipca 2019

NIE TYLKO KEVIN POZOSTAŁ SAM W DOMU

Dzisiaj czuję się, jakby mnie ktoś wyżął przez pereelowską Franię.
Niewyspana, z bolącym kręgosłupem i brakiem chęci do życia, ale nie do pisania bloga :)

Wczoraj młodzi wyjechali na urlop, mąż od przedwczoraj też na wyjeździe. Czekałam na ten moment, kiedy, jak ten Kevin, porządzę sobie wreszcie sama w domu. Miałam swój plan. Nikt mi nie będzie przeszkadzał w moich zamiarach. Mogę pisać bloga do nocy, a przede wszystkim zrobić do niego  własną sesję zdjęciową. Miałam być i modelką i fotografem w jednej osobie.

Do tej pory tylko portreciki przed laptopem robiłam. Selfie nie wychodziły. Obraz był zbyt wydłużony. Tydzień temu poprosiłam męża o kilka fotek w ogrodzie - z łaski cyknął kilka, ale takie tam dla niego fanaberie zabierają tylko cenny czas. Przecież za żadne skarby nie powiem mu, że umieszczę je na blogu. Skaranie Boskie! Na widok i osąd publiczny? Tak z własnej i nieprzymuszonej woli?

Mąż stroni od mediów społecznościowych. Jedynie toleruje i to z bólem, własną stronę internetową w zakresie swojej działalności zawodowej.

Córka, mieszkająca z nami też zajęta nadmiernie, próbowała, na moją nieśmiałą prośbę uwiecznić mnie cyfrowo komórką, ale wyszło, jak wyszło. Dla sprawiedliwości, jedną fotkę wykorzystałam. I to było na tyle. I aż tyle. Też nie jest to, wg niej, czynność pierwszorzędna. Wrodziła się w tatę, oj, wrodziła.

A tu aż prosi się, aby jakiś plenerek zorganizować dla urozmaicenia postu. 
Odczuwam przeogromny brak fotografa.
Czy teraz rozumiecie, dlaczego ten wolny czas był mi potrzebny?

Postanowiłam wykonać kilka zdjęć laptopem z pewnej odległości, a nie tylko pokazywać oklepaną już twarz na tle tej samej ściany. 

Był mi do tego potrzebny stolik. Miałam lekki, wiklinowy. Nie sprawiał kłopotu z noszeniem go po mieszkaniu, aby uzyskać odpowiednią odległość dla laptopa stawianego poziomo lub na sztorc. Nim doszłam do możliwości korzystania z samowyzwalacza na 10 sekund, latałam, jak kot z pęcherzem, między stolikiem a miejscem, z którego kadr będzie całościowo dobrze wyglądał. Wcale tego nie widać w 2 poprzednich postach, do których fotki wykorzystałam. 

Że też nóg nie połamałam! 
Cóż by to było, nikogo w domu, jak u Kevina, a przecież w razie wypadku ktoś powinien erkę wezwać. Pociłam się, jak przysłowiowa mysz.  Nie wiem, czy to ponad 30 - stopniowa temperatura za oknem, czy może stymulator serca nie chciał w sesji uczestniczyć. Na razie sesja trwała w mieszkaniu, przy kominku. Nie, nie rozpalałam go :) Nawet trochę chłodził w części marmurem obłożony. Najlepiej byłoby występować boso , chłód podłogi był bardzo pożądany przeze mnie, ale ja, jakby nie było, ustroiłam się w wysokie niewygodne korki. Jak modelka , to w pełnej krasie. Piłam hektolitry wody. W mieszkaniu zawyżyłam temperaturę do wszelkich granic, bo przecież nie mogłam żaluzji zamknąć. Szybciej wychodziłam na taras salonem, niżbym to robiła wokół domu. 

I wszystko byłoby do zniesienia, gdyby mnie jeszcze w ten upał nie wyniosło (w niewygodnych i ostatnio nie noszonych korkach) na zewnątrz. Tam dopiero była jazda! Mebli na tarasie trochę było do przesuwania: a to baaardzo ciężkie i trudne do uchwycenia fotele, a to stoły , a to krzesła, a to donice z kwiatami. Do każdego ujęcia inna aranżacja. Zdjęć nacykałam bez liku, w większości do odrzucenia. 

Dobrze, że sesja nie przeniosła się na ogród, bo co by pomyśleli sąsiedzi, widząc mnie latającą po działce ze stolikiem , na którym laptop raz na sztorc, a raz poziomo, a gdzieś w pewnej odległości ... ja , co rusz w innej kreacji :) Przecież nie są świadomi, że sąsiadują z blogerką.


Nim się zorientowałam, bo przecież trzeba było posprzątać i garderobę, i meble, i podlać ogród - dochodziła 24-ta.




 Nie mogłam zostawić śladu przestępstwa, a mąż mógłby już rano wrócić. Kolacji nie jadłam, bo jak się obejrzałam na fotkach, niezwykle pulchna (nigdy taka gruba nie byłam, nie licząc ciąży i okresu po niej) to stwierdziłam, że już swoje w życiu zjadłam. Wystarczyła mi znów woda.




Kręgosłup ma co dźwigać :)))

Chyba to jedna z 3 sukienek, w które jeszcze mogę się wbić (czekają mnie 2 wesela w rodzinie, wrzesień i październik).

Przymierzyłam jeszcze jedną




Nie, ta odpada!
Trzeba to przemyśleć...
Zieloną już wcześniej prezentowałam, pisząc na blogu o zabójczej zieleni. 



Nim schudnę, to jeszcze bardziej przytyję  na wczasach we wrześniu  nad morzem - tłuste ryby , stół szwedzki itp.
I na tym przymiarki tego dnia, a może nocy zakończyłam.

I dopiero się zaczęło!
Nim usnęłam, była 1-sza w nocy.  Po niedługim czasie obudził mnie ból kręgosłupa i prawej nogi. Aha, wysokie buty, ciężkie fotele, nie uginanie kolan przy ich przesuwaniu. Od czego Apap? Dobrze, że leży w swoim miejscu i mogę trafić po niego z zamkniętymi oczami.  

Noc w perspektywie coraz krótsza, więc ułożyłam się na płask, a wszystkie poduszki i poduszeczki ułożyłam pod kolana. Takie "wywrócone krzesełko" podobno dobrze robi, ale powinno się leżeć na czymś twardym. Kto by mi w nocy kazał kłaść się na dywanie, a podudzia opierać na kanapie, no kto? Czas ucieka, nocy coraz mniej, a tu boli, jak...pi, pi, pi. 

No nie. Udowadniać  tego nie będę. Sesję już na tę godzinę i okoliczność zakończyłam. Nie ma takiego samowyzwalacza, który czekałby, abym w bólu mogła zdążyć  na czas podnieść się i ułożyć w formie krzesełka :)))



Tak na chybcika coś nagryzmoliłam :)
A żeby wszystko już było wyjaśnione. Na 100% pewności nie mam, czy w mojej sypialni nie ma zainstalowanej ukrytej kamery. Nie...  przecież mąż jest architektem, a nie elektronikiem :)

Nastawiłam sobie budzik na 7, bo o tej porze krople do oczu powinnam sobie zaaplikować. 
Zawsze robił to mąż (wpuszczał do oczu krople) , bo to nie lada sztuka trafić w to miejsce, gdzie mi okuliści nakazali i męża przećwiczyli. Bo i budowę oka i powiek mam niepospolitą. Kiedy sama sobie krople wpuszczałam, większość płynu i tak wydostawała się na zewnątrz.
A więc, mimo sesji w ciągu dnia jeszcze o 17- ej i 20-ej barowałam się z tymi kropelkami.

Wykombinowałam w tym bólu, że przesunę pobudkę na 7.30, chyba świat się nie zawali.

I nie zawalił się, mimo nie ustających dolegliwości kręgosłupa i niedospania.

Mąż wrócił o 8-ej. Jestem po przeżyciach jak Kevin, ale nie dałam tego po sobie poznać.


BĘDZIESZ SĄDZIĆ SAMEGO SIEBIE

W jednej ze scen "Małego Księcia" pada stwierdzenie: 
(...) Będziesz sądzić samego siebie. To najtrudniejsze. Znacznie trudniej jest sądzić siebie niż bliźniego. Jeśli potrafisz dobrze siebie osądzić, będziesz naprawdę mądry (...)"

Gdyby człowiek nie miał sumienia, to należałoby go...wymyślić.
Co ja takiego plotę!
Przecież są i tacy, którzy twierdza, że sumienie to jakiś wymysł "ciemnogrodu".
Jako że jestem tolerancyjna, więc niech im będzie wolno tak sądzić. Mają do tego prawo.


A ja, jeśli już sobie siądę w fotelu, by odsapnąć po trudach dnia, nie mogę ustrzec się czasem od niekoniecznie "dobrych myśli". 


Wg mojej wiary, to może być pokusa, nie tam od razu grzech!



I co się zaraz dzieje?
Staje za mną moje drugie ja, wewnętrzne ja. Sumienie. 
I co?
A jakże, przywołuje niesforne myśli do porządku!!!


To nawet tego mi nie wolno? 
Niewinnie zboczyć (co za niefortunne słowo w tych czasach!?) myślami z moralnie utartych dróg? 


Ależ skądże!
Już czuję oddech za plecami! 
To moje sumienie :)


Nie myślcie, że bardzo mi ono ciąży, to moje sumienie. Dziękuję Bogu za to, że mnie nim obarczył. Dzięki temu mogę odróżnić, co mnie rozwija, a co może krzywdzić (mnie i drugiego  człowieka).

Dobrze mieć w swej podróży życia odpowiednią nawigację. 
Ja ją posiadam.


Wówczas żyjesz z sumieniem w zgodzie

Widać, że sumienie nie ma ze mną tak dużo roboty, bo trochę mu się przytyło :)

Mówią też, że sumienie to moralne oczy człowieka.
A jeśli komuś akurat nie po drodze z takim towarzyszem podróży życia, jakim jest sumienie, to zaraz zaczyna manipulować nim (sumieniem).  Im bardziej niemoralne i zaburzone okazuje się postępowanie takiej osoby, tym pokusa tej manipulacji jest większa.

Jeśli lubicie bluesa, to poniżej świetny kawałek muzyczny, ale proponuję go wysłuchać nawet  tym, którzy nie cierpią tego gatunku  , bo również  tekst znakomity.

Są tacy, którzy chcieliby się pozbyć tego ciężaru i zgodnie z treścią piosenki, mają ofertę szybkiej transakcji: "Sprzedam sumienie".

Tadeusz Nalepa :"Sumienie" (You Tube)