Translate

sobota, 11 lipca 2026

OPERACJA "MIELNO" : WIELKA UCIECZKA Z JODEM W TLE


             Wszystko zaczęło się od niewinnej chęci zaczerpnięcia odrobiny zdrowia. Ostatniej nocy naszego pobytu w Mielnie mój mąż postanowił, że musimy do cna wykorzystać nadmorski klimat. Uchylił szeroko drzwi tarasowe, rzucając dumnie: „Trzeba pooddychać jodem przed powrotem!”. Jak uradzili, tak zrobili. Pokój napełnił się rześkim powietrzem, a my zasnęliśmy z poczuciem dobrze wykorzystanego urlopu. Plan na rano był perfekcyjny: spokojne pakowanie, śniadanie i elegancki wyjazd o godzinie 11:00.




   Niestety, nasz perfekcyjny plan nie uwzględnił jednego, małego, białego czynnika o imieniu Toffi.

    Wybija dokładnie piąta rano. Za oknem szaro, ponuro i siąpi deszcz. Nagle ciszę hotelową rozrywa jazgot, jakby w Mielnie wylądowało UFO. To nasza Toffi! Wyczuła otwarte drzwi, wyskoczyła na taras i zaczęła ujadać na cały regulator. Czy to były mewy? Czy jakiś Bogu ducha winny pies na ulicy? Tego się już nie dowiemy. Problem polegał na tym, że nasz taras na pierwszym piętrze był wspólny dla aż sześciu pokoi! A Toffi, czując zew wolności, zaczęła biegać wzdłuż barierek, prosto przed oknami śpiących sąsiadów.

   W tym momencie mąż zdematerializował się z łóżka. Wystrzelił z pościeli niczym pocisk z procy i jeszcze w locie zaczął przeraźliwie gwizdać, próbując przekrzyczeć ten poranny raban. Pomyślałam sobie wtedy: „Jakie to szczęście, że on potrafi tak gwizdać, bo ja… ja to nawet gwoździa porządnie przybić nie umiem, a co dopiero gwizdnąć!”. Na dźwięk tego sygnału Toffi, o dziwo, posłusznie zawróciła do pokoju.

   Szybko zamknęliśmy drzwi i zamarliśmy. Czekałam, aż zza ścian posypią się hotelowe „wiązanki” i skargi na zakłócanie ciszy. Cisza. O godzinie 8:00 rano, ruda od strachu, postanowiłam zastosować taktykę dyplomatyczną: poszłam na śniadanie jako pierwsza, żeby szybko zjeść i nie musieć się nikomu tłumaczyć. Okazało się, że byłam na sali zupełnie sama! Deszcz tak potężnie ululał urlopowiczów, że nikt nawet nie zauważył naszej porannej bitwy o pokój na świecie. Gdy potem zmieniliśmy się w wartowni przy Toffi (żeby nie skomlała sama) i mąż poszedł zjeść, jego też nikt nie zlinczował. Uff!
Skoro pogoda i tak płakała deszczem, uznaliśmy, że nie ma co tkwić w hotelu do jedenastej. Spakowaliśmy manatki szybciej i ruszyliśmy w drogę powrotną.

  Podróż trwała 5,5 godziny. Toffi w samochodzie była aniołkiem – grzeczna, cicha, zmęczona porannym koncertem. Ale jej miłość do „trenera”  nie zna granic. Wystarczyło, że na stacji paliw mąż wysiadł na dosłownie dwie minuty do kasy, a w aucie natychmiast włączał się rzewny skowyt: „Gdzie mój pan?! Gdzie mój maratończyk?!”. Musiałam ją mocno tulić, żeby zrozumiała, że mój mąż nie ucieka nad morze na kolejny piętnastokilometrowy spacer.

   Teraz jesteśmy już bezpieczni w domu. Torby czekają na rozpakowanie, Toffi wyleguje się na swoich starych śmieciach, a my pijemy domową kawę i pękamy ze śmiechu na wspomnienie tego, jak jod o piątej rano o mało nie doprowadził do hotelowej rewolucji!

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj