Translate

poniedziałek, 22 czerwca 2026

JAK TOFFI POPARZYŁA PANA, CZYLI "NIE MA TEGO ZŁEGO, CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO"



   Noc czerwcowa minęła u nas znacznie spokojniej niż burzowy, upalny wieczór. Gdy śpię, to śpię jak zarżnięta, więc nic na szczęście nie słyszałam, a nasza mała Toffi w miarę spokojnie przetrwała te wszystkie grzmoty na łóżku wtulona w swojego pana [health]. Rano jednak upał nie odpuścił. Nic dziwnego – wczoraj ponad trzydzieści stopni, potem burza, więc w powietrzu wciąż wisi straszna duchota.

   Mój mąż od świtu był już jednak w swoim absolutnym żywiole. Dzień zaczął od wyprawy z naszym małym przedszkolakiem na ryby. Wrócili wcale niezmartwieni faktem, że nie złowili ani jednej sztuki – grunt, że z wielkim przejęciem pokarmili rybki robakami z własnych wędek. Po powrocie do domu ruszyła kolejna misja: naprawianie kosiarki domowym sposobem. Ponieważ wszystkie okoliczne warsztaty mechaniczne są teraz potężnie „zarobione”, mąż zamówił część na Allegro i zawodowych majstrów ma głęboko w nosie. Efekt? Trawa idealnie ścięta!

   Po tych wszystkich sukcesach przyszedł czas na zasłużony relaks. Komóreczka w dłoń, świeżo zaparzona kawka i hajda pod naszą słynną już czereśnię! Wnuczek ułożył się obok na hamaku, a babcia – czyli ja – od czasu do czasu zrywała najdojrzalsze owoce i podrzucała tym dwóm ogrodowym leniuchom. Do tego, jak na profesjonalną restaurację przystało, mieliśmy zapewnioną odpowiednią oprawę muzyczną w postaci świergotu szpaków nad głowami. W końcu  się wkurzyłam i zarządziłam SAMOZBIÓR, który z powodzeniem szpaki praktykują od zarania swojego istnienia.

   Te ptaszyska w okresie zbiorów czują się u nas jak pełnoprawni członkowie rodziny, chociaż dla mnie szpak na czereśni to zwyczajna „czarna owca” albo zakała rodu. No bo czy tak postępuje szanująca się rodzina? Jak stół jest pełny i bogaty, to pierwsi przybywają na wielkie biesiadowanie. A jak tylko dobrodziejstwo i owoce się skończą, to przez resztę roku człowieka nie odwiedzą! Mąż oczywiście zaciekle ich broni. Uważa, że po każdym skoszeniu trawy szpaki raniutko zbierają z ziemi robactwo, które jest wtedy lepiej widoczne. No dobrze, niby pomagają, ale obiad i tak jedzą na „krzywy ryj”!
Ja tak sobie spokojnie w domu dywaguję przy laptopie, a tu nagle na podwórku... istne nieszczęście!

   Nasza puszysta Toffi wyskoczyła z mieszkania jak z procy i w te pędy pognała pod drzewo. Zupełnie niespodziewanie, z pełnym impetem wskoczyła na kolana mojego męża, który w tym dokładnie momencie trzymał w dłoni kubek z gorącą, aromatyczną kawą! Jak myślicie, co sobie poparzył? Na domiar złego, Toffi też oberwała kilkoma gorącymi kroplami.
Skąd o tym wszystkim wiem, skoro grzecznie siedziałam w pokoju? Ano stąd, że do mieszkania z przerażeniem w oczach wparował wierny kompan dziadka, krzycząc od progu:

   – Babciu, ratunku! Daj jakiś spray, bo Toffi poparzyła dziadka kawą!!!

   I w tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy oraz mojego wczorajszego krawiectwa. Dziadek paradował dziś po ogrodzie boso, bez podkoszulka i w króciutkich, mocno „obszarpanych” spodenkach. Wczoraj bowiem uznał, że jego stare dżinsy (które przedszkolak nazywa „robotniczymi”) są za długie, więc bezlitośnie skrócił je domowymi nożyczkami bez żadnego wykończenia. Efekt był taki, że każda nogawka miała inną długość, a całości dopełniały falujące frędzle.

  Zostałam poproszona o natychmiastową poprawkę krawiecką. Wyrównując to dżinsowe cudo do miejsca, w którym cięcie było najkrótsze, z powagą uznałam, że wyżej już ciąć nie mogę, bo z dżinsów wyjdą męskie slipy! I tak oto mój mąż paradował w tych mikroskopijnych nogawkach z frędzlami, dumnie eksponując swoje długie i zgrabne nogi po mamusi. Zawsze mu powtarzałam, że jak na faceta są aż za mało męskie (ha ha ha!), ale dzisiaj akurat miały swój wielki, fotograficzny debiut. I to właśnie przez te moje ekstremalnie krótkie krawiectwo gorąca kawa miała ułatwione zadanie.


Przypisek autorski:

   „Żeby nie było, że zmyślam – oto (powyżej) fotograficzny dowód na nasz podczereśniowy salon relaksu! Po prawej stronie młode pokolenie testuje wytrzymałość hamaka, a po lewej... możecie podziwiać efekt mojego wczorajszego, ekstremalnego krawiectwa. Te dżinsowe frędzle i długaśne nogi należą do mojego osobistego mechanika-kucharza! Liście czereśni dyskretnie skryły resztę dziadka, ale uwierzcie mi na słowo – to właśnie na te odsłonięte, skrócone przeze mnie nogi 15 minut wcześniej wylała się gorąca kawa z kubka. Chrzest bojowy nowego stroju uwieczniony idealnie! 
Na zdjęciu  widzicie stan idealnego, podczereśniowego spokoju. Toffi już nie ma w kadrze, ale 15 minut wcześniej brała w domu rozbieg, by sekundy później, z prędkością światła, zamienić tę sielankę w kawowe pole bitwy!

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj