Translate

wtorek, 30 czerwca 2026

ŚWIATEŁKO W TUNELU WSPOMNIEŃ. CZ.I

 

   Anna wsiadła do pociągu, mocniej dociskając do siebie Maksa. Mój czworonożny towarzysz, jak to on, kompletnie nie przejmował się upałem ani podróżą – interesowało go wyłącznie nowe otoczenie. Cel tej podróży był jasny: odwiedziny u taty.

art by Nadia Tsakova - Kobieta w bieli


   W przedziale Maks błyskawicznie skradł serce młodego mężczyzny siedzącego naprzeciwko. Między psem a nieznajomym od razu narodziła się nić porozumienia, co Annie ogromnie ułatwiło nawiązanie rozmowy. Szybko okazało się, że oboje zmierzają do tej samej, małej miejscowości. Do miasteczka, z którego Anna pochodziła.

 „Jak to możliwe, że zupełnie się nie pamiętamy?” – pomyślała, przyglądając się jego rysom. Z drugiej strony, Anna bardzo wcześnie opuściła rodzinny dom. Zaraz po szkole średniej poszła do pracy. Nie dostała się na wymarzoną uczelnię, więc na rok „zawiesiła się” w pracowni graficznej, by utrzymać pion. Po roku ponowiła próbę. Znowu klapa. Dopiero za trzecim razem, dzięki uporowi, otworzyły się przed nią drzwi ASP.

   Współpasażer przedstawił się jako Ivo. Teraz Anna była już pewna – wcześniej się nie spotkali. Tak oryginalne imię na pewno zapadłoby jej w pamięć.

   Nagle pociąg gwałtownie zwolnił i zatrzymał się „w szczerym polu”. Choć może niezupełnie szczerym, bo wokół gęstniał stary, tajemniczy las. Zaintrygowana Anna wyszła na korytarz. Oparła się o ramę okna, wychyliła głowę i spojrzała w przestrzeń...

art by Nadia Tsakova - Kobieta w bieli


   Serce zabiło jej mocniej. Na zewnątrz, wzdłuż nasypu, szła samotna sylwetka.

   „Nie... to nie może być on. A jeśli tak?”

  W jej głowie eksplodowało głośne, natrętne wspomnienie, zagłuszając racjonalne myśli. Jeśli pociąg zaraz ruszy, już nigdy się nie przekona. Zanim zdążyła pomyśleć o konsekwencjach, zadziałał czysty impuls. Nacisnęła klamkę ciężkich drzwi wagonu i wyskoczyła prosto na tłuczeń kolejowy.

art by Nadia Tsakova - Kobieta w bieli


    Dopiero gdy poczuła pod stopami ostre kamienie, dotarło do niej, jak absurdalna to sytuacja. Miała na sobie elegancką, białą sukienkę i wysokie szpilki, które teraz drastycznie utrudniały każdy krok. Chwiejąc się na boki i machając trzymaną w ręku kolorową apaszką, zaczęła iść przed siebie. „Oby tylko pociąg nie ruszył...” – kołatało jej w modlitwie.

    Ale pociąg ruszył.

  Głośny, metaliczny świst i huk przyspieszających obok niej wagonów zadziałał jak kubeł zimnej wody. Otrzeźwienie przyszło natychmiast, a wraz z nim paraliżujący strach.

  – Maks... – szepnęła z przerażeniem, patrząc na znikający w oddali czerwony ogon pociągu. – Co ja zrobiłam... Maks!

  Tymczasem Maks, absolutnie nieświadomy faktu, że jego pani właśnie została na torach w szczerym lesie, siedział spokojnie w przedziale i z pełnym zaufaniem spoglądał prosto w oczy Ivo...

Ciąg dalszy nastąpi...

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj


JAK MOŻNA NISKO UPAŚĆ?

    Nie wiem , o czym to ma świadczyć, ale od dłuższego czasu z większą przerwą, a jednak kontynuując ... zaczęłam rozmawiać ze zwierzętami, jak św. Franciszek. Ale przecież, ja ani Franciszkiem nie jestem, ani tym bardziej święta.


   I to z "wysokiego c" zaczęłam. A z takiej pozycji, kiedy już osiągnięto szczyt, tylko spaść można. Wiem coś o tym, bo w chórze uczelnianym w pieśni Karola Szymanowskiego "Słowik"
odważyłam się nagle ( bez uprzedzenia) zaśpiewać partię słowika spadającego z niebios wprost do morza.

"Zdaje mi się nieraz, że Bóg się pomylił,
miast serca zamknął w piersiach mych słowika.
Co milczy we dnie, a gdy noc nastanie
miłosną w gwiezdne niebo bije pieśnią"

(autor tekstu: Zofia Szymanowska) 1898-1946)


  Nie wiem, czy się zbłaźniłam, czy tylko zaskoczyłam koleżanki i kolegów, a przede wszystkim samego profesora. Wcześniej na próbach tę część "załatwialiśmy akompaniamentem" instrumentalnym. 

   Miałam szeroką skalę głosu - ale przecież nie był to jednak koloraturowy sopran - więc pomyślałam sobie... a , co tam... raz kozie śmierć... I dałam z siebie wszystko , aż ptaszyna chlupnęła w wodę. 

   Czy żałuję? 
Nie. Nabrałam dzięki temu większej pewności siebie. Ale przez takie nieprzemyślane ruchy, bez jeszcze nie wyćwiczonych technik oszczędzania strun głosowych, teraz już nawet głosu na niesfornego wnuka nie jestem w stanie podnieść.

 Zresztą do obecnych kłopotów ze strunami głosowymi przyczyniło się roczne prowadzenie lekcji muzycznych i choru w szkole  podstawowej. A wtedy jeszcze preferowałam jako "środek dydaktyczny" swoje własne struny głosowe, a nie  struny skrzypiec. 

    Ale "nie o to, nie o to - nie o to.," jakby to powiedział aktor z Kabaretu Mumio, w skeczu o kawie, kawusi i Pani Serwusowej. ( Charakterystyczny fragment opiera się na słynnym, nieco zblazowanym i przeciągłym zachwycie nad smakiem kawy okraszonym słowami: "kawa, kawusia... no, no, no... przepychota") tutaj

Ad rem

A może to moje wysokie "C"  to był wywiad ze słoniem z Poznańskiego ZOO?




   Zatem z tej wysokości spadłam ... na psy, konkretnie na moją puszystą zadziorną Toffi.

    Myślicie, że niżej już nie można? 

   A ja tak leżąc na tym padole rozmawiałam i rozmawiam nadal z naszą Toffi. tutaj akurat za daleko od innych ludzi nie odbiegam, bo nie jestem z tą przypadłością odosobniona, tyle, że, jako blogerka, prowadzę obustronną wymianę zdań. Mało tego ona wciąga mnie czasem w swoje zatargi  z pawiem, bocianem, a nawet z kogutem zza płota. Ja o moich kontaktach ze szpakami już nie wspomnę.

   Teraz mi jeszcze będziecie wypominać, że jednak niżej upaść można?
Macie na myśli Panią Muszyńską?
No cóż... jednak znaleźlibyście na potwierdzenie tego dowód na blogu tutaj

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj


poniedziałek, 29 czerwca 2026

BOMBOWIEC W LODÓWCE, CZYLI PODNIEBNE WALKI POD KLIMATYZATOREM


    W te iście piekielne dni wszystkim jest ciężko... okazuje się, że nawet i muchom.

  Mój domowy klimatyzator chodzi w dzień na okrągło, próbując ratować mnie przed afrykańskim skwarem. Niestety, w tym samym czasie ja na okrągło muszę walczyć z... moimi kochanymi wnukami. Chłopcy znaleźli sobie bowiem genialny skrót na ogród, prowadzący prosto przez mój salon i werandę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby niefortunny szczegół – permanentnie nie domykają drzwi! Wystarczy lekki przeciąg albo szturchnięcie nosem przez czworonoga i nieszczęście gotowe. W ułamku sekundy mam w salonie nieproszonego gościa. I to nie byle jakiego – muchę gabarytów rasowego bombowca!

    Nie da się jej nie zauważyć ani tym bardziej nie usłyszeć. W tym momencie do akcji wkracza Toffi. Czując się współodpowiedzialna za domowe bezpieczeństwo, zaczyna gonić intruza po całym salonie, wodząc wzrokiem i uszami za dźwiękiem tego szarżującego pojazdu lotniczego. Ja, rzecz jasna, nie chcąc być gorsza, również włączam się do bitwy. Podniebna walka gotowa! Zawsze jednak ta cwana bestia znajdzie jakąś kryjówkę w zakamarkach mebli i cichnie... do momentu, aż poczuje w powietrzu coś mięsnego.

   I tak oto, prawdopodobnie podczas kolejnego otwierania lodówki przez wnusia – w celu uszczknięcia z zapasów małego kabanoska – muszysko wstrętne wślizgnęło się do środka. Oczywiście nikt tego nie zauważył. I tym sposobem, w ten najbardziej upalny dzień roku, mucha miała zapewnione luksusowe chłodzenie aż do samej kolacji.

   Kiedy wieczorem otworzyłam lodówkę, z wnętrza zamiast chłodu dobiegł mnie cichy, dziwny głosik.


 Drżał i jąkał się z zimna, jakby musze zęby wpadły w trans:

   – A to wy... wy... wy... podwieczor... czor... czorków nie jadacie, czy co?! – wycharczała lokatorka, trzęsąc skrzydełkami. – Przecież ja swoje maluchy całkowicie zamroziłam! Jak z in vitro będą!

   – A to ty w błogosławionym stanie jesteś? – zapytałam zaskoczona, mrużąc oczy ze zdumienia.

    – A kiedy ja nie jestem?! – fuknęła oburzona. – Widziałaś, jak rano ukatrupiłaś moją koleżankę? Masz pojęcie, jak dużą rodzinę mogłaby przez ciebie mieć?

   – No dobra, dobra... – westchnęłam. – Ale chyba głodna w tej lodówce nie jesteś?

   – Nie bądź złośliwa! – bzyknęła z wyrzutem. – Wszystko w tych Password-pudełeczkach poukrywane i pozamykane! Tylko ślinkę mogłam przełykać!

   – No dobrze, już dobrze. Wyniosę cię na słoneczko, to się szybko rozgrzejesz – zlitowałam się nad zmarzluchem. – A tak się akurat składa, że przed bramą stoją pojemniki na śmieci. Dziś wywózka. Jak się pośpieszysz, będziesz miała tam królewską wyżerkę! I wybacz, ale ponownie cię do siebie nie zapraszam. Następnym razem zamiast do lodówki możesz wpaść do zamrażarki obok cappuccino i tiramisu, a wtedy już na pewno tak miło byśmy sobie nie pogadały!

MORAŁ:

Gdy wnuczęta domem rządzą,
Skróty sobie robiąc wszędzie,
Zamiast uczyć się porządku,
Mucha gościem w szafie będzie!

Więc pilnujcie dobrze drzwi,
To nie żarty ani psoty.
Bo gdy wnuczek drzwi uchyli,
Gość zamieszka... bez roboty! 

Więc pilnujże, dziecko, drzwi,
By podniebnych walk unikać,
Bo kabanos smaczny jest,
Lecz lodówkę masz zamykać!

 Wiem... wiem... muchy jeszcze nie mówią ale za to słyszą. "Czasami muchy słyszą nawet lepiej niż ludzie, ale nie przetwarzają dźwięków w taki sam sposób jak my." - wyjaśnia dr Erica McAlister, starszy kustosz ds. muchówek w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie 
"Czy muchy mają uszy? 
Czy zastanawiałeś się kiedyś, czy muchy słyszą? 
Uszy much nie wyglądają jak nasze. W rzeczywistości wiele z nich wygląda jak miotełki do kurzu, ponieważ są czułkami wystającymi z ich głów. Ale potrafią odbierać dźwięki, a niektóre nawet słyszą lepiej niż ludzie. Na przykład Ormia to maleńka, urocza mucha pasożytująca na świerszczach, która dokładnie wie, skąd dochodzi dźwięk. 
Ale jak słyszy mucha wielkości paznokcia? 
Gatunek ten ma dodatkowy zestaw uszu, które znajdują się na ramionach i są połączone strukturą działającą jak huśtawka, dzięki czemu niewielkie różnice ciśnień są szybko przetwarzane i interpretowane. Pozwala to muszce precyzyjnie określić położenie żywiciela. 
Naukowcy czerpią inspirację z tej muchy, aby opracować lepsze i dokładniejsze aparaty słuchowe, a także małe głośniki.


Moi Drodzy!

Na blogu "Wierszyki sercem pisane i historie z przymrużeniem oka" tutaj rozpoczynam cykl historyjki z muchą w roli drugoplanowej pt: "MUCHA-MUSZYŃSKA". Serdecznie zapraszam., bo tam będzie od jutra co pewien czas publikowany. Ten niniejszy odcinek i następny już tam się znajduje. Zapraszam serdecznie.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

niedziela, 28 czerwca 2026

NADMORSKI BIZNESPLAN, CZYLI JAGIENKA NA PARAWANIE I MŁODY MENEDŻER



Sezon wakacyjny ruszył właśnie pełną parą! Nad polskie morze suną sznury samochodów – od uroczych, nostalgicznych autek z poprzedniego wieku, po najnowocześniejsze, wypasione limuzyny. A w nich?

    Wczasowicze o najróżniejszych pasjach i nietypowych hobby.
Wśród tego całego barwnego tłumu jadą również oni: bibliofile. Ludzie uzbrojeni w całe przenośne biblioteki książek, które całymi miesiącami czekały na ten jeden, jedyny moment w roku – moment z wolną od codziennych trosk głową. Bo umówmy się, nad niektórymi tytułami naprawdę trzeba się głęboko pochylić...

   No właśnie, i tu pojawia się problem: pochylić.
Każdy, kto próbował czytać na plaży, doskonale wie, o czym mówię. Na rozgrzanym piasku nie uświadczysz ani stoliczka, ani porządnego krzesełka. Jedynym ratunkiem pozostaje zazwyczaj... osobisty mąż. 


Można się o niego wygodnie oprzeć, zupełnie jak na tym urokliwym obrazie „Bookends” (Podpórka do książek) autorstwa Barry'ego Ross Smitha, gdzie partnerzy służą sobie dosłownie za żywe podpórki do książek. Jeden ucieka w lekturę, drugi smacznie drzemie pod kapeluszem. Sielanka? Być może, ale umówmy się – każdy małżonek ma swoją określoną wytrzymałość. A dokładniej: ma swoją wytrzymałość jego kręgosłup! Medyczne poradniki jasno ostrzegają przed skutkami takich plażowych przeciążeń, więc nie traktujmy bliskich jak mebli.

   I wtedy właśnie, patrząc na te nadmorskie męczarnie, pomyślałam: „Wiecie co? Mogłabym zrobić na tym mały, wakacyjny biznesik!”.

    Gdyby tak zaprojektować i wprowadzić na rynek specjalne, luksusowe kosze wiklinowe? 
  Moja autorska linia nazywałaby się dumnie „Jagienka-Comfort” (w wolnym tłumaczeniu: siła i wygoda w jednym, choć gwarantuję, że w moich koszach żadne orzechy tłuczone nie będą!). Mój projekt zawierałby wbudowany, stabilny stoliczek na literaturę oraz odpowiednio, ergonomicznie ustawione podparcie pleców, które chroniłoby zmęczone kręgosłupy naszych mężów.

   Oczywiście, żaden szanujący się polski biznes plażowy nie może istnieć bez najważniejszego elementu narodowej logistyki strategicznej. Do każdego kosza z linii „Jagienka” dołączany byłby dedykowany, dźwiękoszczelny parawan! W końcu odrobina prywatności przy czytaniu opasłych tomiszczy (oraz ochrona przed sypiącym w oczy piaskiem) to podstawa luksusu.

  Żeby jednak przedsięwzięcie odniosło pełen sukces, potrzebuję zaufanej kadry zarządzającej. Postanowiłam więc wciągnąć w biznes mojego wnuka przedszkolaka! Niech chłopak od małego pomaga i uczy się przedsiębiorczości. Widzę już oczami wyobraźni, jak ten mój mały, energiczny menedżer biega od rana po piasku z młotkiem w dłoni, z wielkim zaangażowaniem wbijając paliki naszych parawanów i dumnie krzycząc do turystów: „Komfortowe czytanie tylko u mojej babci!”. Przy okazji, przy tak intensywnej pracy, przedszkolny nadmiar energii zostanie idealnie rozładowany.

   Ciekawe, ile takich zestawów kosz + parawan rozstawiłby wnusio na jedną średnią plażę, żeby zaspokoić apetyt spragnionych komfortu rodaków? A pomyślcie Państwo, ile takich plaż mamy nad naszym pięknym Bałtykiem! Toż to potencjał na prawdziwe, rodzinne imperium! Ileż wczasowiczów zaczytanych męczy się na plażach...





    Pójdźmy o krok dalej: można by stworzyć wersję biznesową, specjalnie przystosowaną pod laptopa dla wiecznie zapracowanych menedżerów. 

     A wersja dla blogerów?

    O nie, dla blogerów kategorycznie wykluczam!
  Porządny, szanujący swoich czytelników bloger przygotowuje przecież swoje posty z dużym wyprzedzeniem i planuje ich automatyczne publikowanie z odpowiednią datą. 

     Niemożliwe? 

    Mylicie się Państwo! 
   Ja już się doskonale zabezpieczyłam na czas letnich wojaży i mam sumiennie zaplanowane wpisy na cały lipiec ( a wciąż jeszcze tworzę następne). Same będą się dla Was publikować codziennie o godz.7. rano, podczas gdy ja, wraz z moim młodym wspólnikiem, będę mogła spokojnie i bez wyrzutów sumienia testować ergonomię nadmorskiego piasku!

     A na koniec dzisiejszych rozważań, zamiast jednostajnego szumu fal, zostawiam Państwa z absolutnie najpiękniejszym, klasycznym i niespiesznie płynącym tłem muzycznym. Niech ten wakacyjny czas upływa nam dokładnie tak leniwie, jak śpiewają Ella i Louis...

    Zapraszam do obejrzenia i posłuchania wyjątkowego wideo, w którym jazzowemu utworowi „Summertime” (w wersji z napisami „by pepe le pew”) towarzyszy cała galeria słońcem malowanych obrazów Barry'ego Ross Smitha.



<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:


💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

sobota, 27 czerwca 2026

SKWAR, PODTOPIENIA I SŁOWNIK RETRO, CZYLI JAK MÓJ WNUK ZOSTAŁ REPORTEREM ŚLEDCZYM

 

   Ale dzisiaj skwar, jak... no i tu co poniektórzy rzuciliby odpowiednim określeniem, niekoniecznie cenzurowanym. Słońce pali tak, że nawet myśli w głowie zaczynają skwierczeć jak te nadmorskie golonki, o których ostatnio pisałam.

   Przedwczoraj – a piszę ten post 25 czerwca – szkolna młodzież i dzieciarnia doszły do całkiem słusznego wniosku, że nie ma głupich. Po co siedzieć w dusznej klasie w przeddzień zakończenia roku szkolnego, skoro można wylec nad jezioro? Nauczyciele pewnie też odetchnęli z ulgą, bo zapanowanie nad taką rozbrykaną gromadą w ten upał graniczy z cudem.

   Moi młodzi bohaterowie domu – dwaj wnukowie – również zameldowali się nad wodą pod czujnym (teoretycznie) okiem taty. Mama dobiła do nich później. Wyobrażam sobie, jak oczy mojego zięcia biegały wokół głowy o pełne 360 stopni, żeby w tym gęstym tłumie ludzkiej ciżby namierzyć dwóch chłopaków w zupełnie różnym wieku. To nie logistyka, to misja niemożliwa!

   Sprawozdawca na żywo, czyli babcia chce wiedzieć wszystko
Gdy ekipa ratunkowa wróciła do bazy, ja – jako ciekawska babcia – postanowiłam przeprowadzić krótki wywiad środowiskowy.

– „No i jak tam chłopcy, jak spędziliście czas nad jeziorem?” – zapytałam z uśmiechem.

O, ja naiwna... Sprawozdania mi się zachciało! Do mikrofonu natychmiast dopchał się młodszy wnuk, z wrodzonym talentem do reportażu śledczego:

– „Babciu! A tam nad wodą to starsi bez przerwy mówili: Kurwa i pierdolę!”

Aż mnie zatkało. Zanim zdążyłam przełknąć tę porcję „podwórkowej łaciny”, młodszy sprawozdawca odpalił kolejną petardę:

– „A Julek to przycisnął mi i przytrzymał głowę pod wodą! Myślałem, że się uduszę!”

W tym samym momencie ze swojego kąta odezwał się starszy wnuk, meldując z błyskiem w oku:

– „Babciu, a dziewczyny to teraz noszą już takie skąpe kostiumy, że one prawie niczego nie zasłaniają!”

 Logistyczne wnioski i powtórka z rozrywki

Siedziałam przez chwilę w ciszy, próbując przetrawić ten natłok strategicznych informacji. Nie wiedziałam, co gorsze! Choć to dźwięczne podwórkowe „rrrrr” mocno warczało mi w uszach, to jednak wiadomość o podtapianiu mojego elokwentnego małego wnusia zdecydowanie przebiła się na pierwszy plan.
Co najciekawsze – ani tata, ani mama o tym dramatycznym przyduszeniu w wodzie nie mieli zielonego pojęcia! Chłopak w ogóle się im wcześniej nie pochwalił. Nic nie widzieli, nic nie słyszeli. Teraz rodzice mocno zastanawiają się, czy nad to konkretne jezioro będą jeszcze w ogóle jeździć. Są wprawdzie trochę dalej inne akweny, może mniej popularne wśród młodzieży, ale myślę, że gdy wakacje ruszą na dobre, ten problem i tak rozwiąże się sam. Tłum będzie wszędzie.

   A wracając do bogatego słownictwa mojego młodszego wnuka... Muszę przyznać, że maluch po prostu uwielbia te swoje sprawozdania. Dlaczego? Bo to dla niego idealna tarcza obronna: „Przecież ja tylko cytuję, babciu!”. Kiedy ktoś dorosły próbuje interweniować i tłumaczy mu, że raport z plaży nie musi być aż tak bardzo szczegółowy, on i tak zdąży to soczyste słowo z uśmiechem rzucić. Słowo padnie, wyleci jak ptaszek z klatki i za żadne skarby już nie wróci – a ten mały spryciarz doskonale o tym wie!

   Szczerze mówiąc, nie jestem aż tak bardzo zaskoczona zachowaniem przedszkolaka. Dokładnie ten sam etap buntu i fascynacji zakazanymi słowami przechodziliśmy parę lat temu ze starszym wnukiem. Czy to z czasem minie? Chciałabym wierzyć, że tak, choć patrząc na dzisiejsze realia, to już powszechny standard językowy – niestety nawet wśród młodych dziewcząt.

  W takim razie, na tę właśnie okoliczność i dla przypomnienia, jak historia lubi kołem się toczyć, zapraszam Was na mój archiwalny post sprzed lat...


<><><><><><><><><><>


Wciórności, czyli o granicach mojej wyporności językowej

 (Wpis stanowi bezpośrednią kontynuację opowieści o plażowych sprawozdaniach moich wnuków)

   Obecne temperatury w Polsce są iście piekielne, więc co poniektórzy zaradni obywatele pewnie i w samym piekle czuliby się już całkiem nieźle zahartowani. Może dlatego tak chętnie pozwalają sobie na mniejsze i większe słowne grzeszki?


   Wracając jednak do tematu „brzydkich słów” i granic słownictwa przyzwoitego – nadszedł moment, bym głośno zadała pytanie: na co właściwie daję przyzwolenie swoim uszom, a od jakich wyrażeń bezpowrotnie mi one więdną?

   Nie moją winą jest, że wychowałam się w rodzinie, w której przekleństw ani tak zwanych „ostrych przecinków” po prostu nie stosowano. Szkoła średnia – profilowana na przykładne, przyszłe nauczycielki – również skutecznie mnie przed nimi uchroniła. Dalej były studia, życie zawodowe, świadomy wybór znajomych, przyjaciół, a w końcu i męża (który, jak już wiecie, woli działania logistyczne od werbalnych potyczek). To wszystko pozwoliło mi przez dekady trwać w świecie niemalże literackiego słownictwa. Żyłam trochę jak odseparowana szklanym kloszem.

   Mam jednak słuch niezwykle wyostrzony. Z muzycznym wykształceniem nie mogłoby być inaczej! Ta moja wrażliwość na dźwięki sprawia, że od lat byłam i jestem bezlitośnie narażona na wyłapywanie z otoczenia wszelkich niestosownych wyrażeń. Przyznam się Państwu, że z tego powodu cierpiałam bardzo i z tego estetycznego cierpienia do tej pory się nie wyzwoliłam. Chyba nie muszę teraz dodatkowo tłumaczyć, dlaczego jako wykształcony muzyk nie zdołałam... pokochać rapu? I to mimo faktu, że w mojej bliskiej rodzinie jedna z osób jest związana z bardzo sympatycznym raperem z absolutnie najwyższej półki! Geny i wyczucie rytmu szanuję, ale tekstowo wciąż wolę partytury.
    Syndrom wybudzeniowy, czyli lęki w narkozie

Mój strach przed wulgaryzmami ma też drugie, nieco bardziej komediowe oblicze. Ładne parę lat temu byłam świadkiem sceny na wspólnej sali szpitalnej na oddziale położniczym. Wybudzano właśnie jedną ze „świeżo upieczonych” mam. Tyle najcięższych przekleństw, ile usłyszeli wtedy pod swoim adresem Bogu ducha winni lekarz i położna od tej półświadomej, młodej kobiety, to ja nie słyszałam przez całe swoje życie!

  Od tamtej pory żyję w głębokim lęku. Mam pełną świadomość, że ta moja podświadomość, która przez lata sumiennie kumuluje te wszystkie straszne określenia (których w praktyce nigdy nie używam), mogłaby nagle... wybuchnąć!

    Wyobrażacie sobie Państwo?
   Narkoza, operacja, szanowna pani muzyk, a w tym czasie już ekonomistka po SGH -  budzi się z uśpienia i zaczyna rzucać mięsem na całą salę operacyjną! Na szczęście ta czarna wizja do tej pory nie doczekała się realizacji, jako że wszelkie moje zabiegi odbywały się dotąd, dzięki Bogu, w znieczuleniu miejscowym. Kręgosłup i kark też wolę ratować spokojną gimnastyką niż anestezjologicznym ryzykiem odsłonięcia mojego wewnętrznego szewca.
   Na okoliczność wyboru dzisiejszego tematu , odgrzebałam w sieci utwory satyryka Andrzeja Waligórskiego .

   Pierwszy wierszyk będzie zawierał "brzydkie słowa", a drugi bardziej niewinny w tym temacie, skłania do refleksji, gdzie stawiać granice, szczególnie wychowując wnuka;) Czy przyjęłoby się Kubie wyrażenie: "motyla noga!!!" czy raczej "wciórności !!!". Chyba w przedszkolu już zdążyli mu koledzy poszerzyć zasób słów;)

Klasyka satyry kontra przedszkolna rzeczywistość

    Na okoliczność dzisiejszych rozważań i plażowych cytatów mojego młodszego wnuka , odgrzebałam w sieci nieśmiertelne utwory satyryka Andrzeja Waligórskiego. Zobaczcie Państwo sami, jak genialnie pasują do naszego dylematu.

   Pierwszy z nich, znany i lubiany wiersz „Jagienka i orzechy”, pokazuje, że czasami nawet najbardziej tradycyjna, polska panna w obliczu niespodziewanych, zagranicznych trudności (w postaci twardego kokosa) potrafi pod nosem wymamrotać siarczyste, staropolskie: „O k...!”. Morał z tego płynie jasny: „Mniej d..., a więcej głową!!!”.

Zapraszam:)

Jagienka i orzechy


Żyła raz jedna panienka
Która zwała się Jagienka;
Wiele z niej było pociechy,
Bo tłukła pupą orzechy.

Opisał ją, że jest taka,
Sam pan Sienkiewicz w Krzyżakach
Wpierw żyła w cnocie jak mniszka,
A potem wyszła za Zbyszka.

I wiodło im się chędogo,
Chociaż, niestety, ubogo,
Bo się pokończyły wojny,
Zaczął się okres spokojny,

A rycerz - rzecz znana wszędzie -
Żyje z tego, co zdobędzie.
Ruszył więc Zbyszko konceptem
I wpadł na taką receptę:

Przywiesił na bramie druczek,
Że tu się orzechy tłucze
I od każdego orzecha
Zgarniał taryfę do miecha.

Laskowy orzech maleńki
To nie problem dla Jagienki;
Mogła za jednym przysiadem
Stłuc całe pół kilo zadem,

A gdy dorwała fistaszka
Zostawała z niego kaszka.
Niewiele też większej troski
Przysparzał jej orzech włoski.

Aż raz przybył jakiś młokos,
Przywożąc z Afryki kokos,
I zwrócił się do Jagusi,
Że mu tę rzecz roztłuc musi.

Spłoniła się żwawa młódka,
Wzięła dech, napięła udka,
Pomodliła się przelotnie
I w ten kokos jak nie grzmotnie!

Niestety twarda skorupa
Nawet przy tym nie zachrupa...
Wrzasła Jaguś wniebogłosy,
Podskoczyła pod niebiosy

I jak drugi raz przywali!
...a ten bydlak jak ze stali!
Natomiast biedna dziewczyna
Zrobiła się całkiem sina,

Oddech jej się jakby urwał,
Wymamrotała: - O k...
Potem się zaniosła wyciem
I się pożegnała z życiem!

Wniosek: Na ogół umiemy
Rozgryzać własne problemy,
Lecz zagraniczne nowości
Przysparzają nam trudności!

Morał: Tylko wzrost oświaty
Może zmniejszyć nasze straty.
I hasło bezwarunkowo:
Mniej d..., a więcej głową!!!


    Drugi utwór – „Dylemat” o małym Zyziu – skłania do głębokiej refleksji nad tym, gdzie właściwie leży granica grzechu językowego. Biedny Zyzio za swoje przekleństwa trafił przed oblicze diabłów w Hadesie. Gdy jednak na przesłuchaniu wyznał z żalem, że jego najgorszymi wulgaryzmami były słowa: „wciórności!”, „motyla noga!” oraz „niech cię krew zaleje!”, czarty wybuchnęły śmiechem, kopnęły go w pupę i odesłały prosto do raju!

DYLEMAT

Mały Zyzio brzydko klął
Więc go raz diabełek wziął
Ten diabełek był przebrzydły
I Zyzia nadział na widły
I posadził go w Hadesie
Na rozpalonym sedesie!

Diabły się zebrały wokół
I chciały robić protokół
A jeden spytał wśród krzyku
Gadaj jakżeś klął chłopczyku?
A Zyzio odrzekł w żałości:
Kląłem psze diabła "wciórności"

Czasem także kląłem tak:
"A żeby cię trafił szlag"
oraz "Niech cię krew zaleje"
A diabeł jak się zaśmieje!
Aż przewrócił się na dechy
Taż to nie są żadne grzechy!
Krzyknął głośno - miejsce zróbcie!
I chłopczyka kopnął w pupcię


Zyzio tylko wrzasnął "jaju"!
I poleciał wprost do raju

Gdzie posadkę dostał niezłą
I prześliczne białe giezło
taki system jest do bani
Bośmy zdezorientowani
Więc pytamy wszystkich chytrze:
Czyż są klątwy jeszcze brzydsze?

I tu pojawia się mój osobisty, babciny dylemat. Czy w dzisiejszych czasach przyjęłoby się u mojego wnuka staromodne „motyla noga!” albo siarczyste „wciórności!”? Obawiam się, że w przedszkolu koledzy zdążyli mu już tak skutecznie poszerzyć zasób słów, że diabeł w Hadesie miałby z nim znacznie więcej papierkowej roboty niż z Zyziem...


   Wiem, że człowiek będzie zdrowszy, jeśli będzie mógł rozładować swoje emocje, a do nich należy też złość. I wybiera do tego różne formy, nie tylko słowa, czy całe wyrażenia te przeze mnie nieakceptowane.

Jednak w ten sposób, jak niżej, żadnych emocji się nie rozładuje.





   Tu już pan jest bardziej "wymowny" w swoich reakcjach, choć już nawet werbalnie wyrażać nie musi.



Ale ta wkurzona kobieta z nożyczkami w ręce... bliźniemu krzywdę dokonać zamierza.


I co z tego, że nie używa "brzydkich słów".... Za to też czekać ją może kara;)


Chyba, że okaże skruchę...


Chyba mnie nie zlinczujecie za moje poglądy. Proszę, potraktujcie ten wpis z przymrużeniem oka.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj