Translate

środa, 10 czerwca 2026

DLACZEGO MARC TWAIN TAK BARDZO NIENAWIDZIŁ POCZTY?



Mark Twain na zdjęciu z 1907 roku. (Zdjęcie: Biblioteka Kongresu/LC-DIG-ds-05448 )

Jeśli chodzi o wyrażanie swoich poglądów, Mark Twain rzadko owijał w bawełnę. Twain często krytykował innych, nazywając prezydenta Theodore’a Roosevelta „łobuzem ” lub piętnując twórczość Jane Austen („Za każdym razem, gdy czytam „Dumę i uprzedzenie”, mam ochotę ją wykopać i przywalić jej w czaszkę jej własną piszczelą” – napisał Twain w liście z 1908 roku). Jednak najostrzejsza rywalizacja Twaina nie toczyła się z innym pisarzem czy prezydentem, ale z całą gałęzią władzy: pocztą Stanów Zjednoczonych.


Sprzeciw Twaina wobec poczty trwał przez kilka dekad, a ceniony autor wielokrotnie publicznie wyrażał swoje niezadowolenie. Publikował artykuły prasowe z ostrą krytyką nowych przepisów, publicznie popadał w konflikty z pracownikami poczty, a nawet zorganizował spotkanie z brytyjskim naczelnikiem poczty, aby doprowadzić do obniżenia cen przesyłek zagranicznych.

Twórca Toma Sawyera i Hucka Finna włożył niemal tyle samo wysiłku w walkę z pocztą, co w swoje legendarne dzieła. Co więc było takiego w poczcie, że ten pisarz wszedł w konflikt z usługą dostarczającą listy?

Tłum czeka na poczcie, ok. 1890 r. (Zdjęcie: Biblioteka Kongresu/LC-USZ62-89496 )

Gdyby ktoś go o to poprosił, większość ludzi mogłaby wysunąć uzasadnione skargi na pocztę, ale niewielu żywiło do niej tak silną niechęć jak Twain. Podczas krótkiego urzędowania w biurze senatora stanu Nevada, Williama Stewarta, w 1867 roku, próbował nawet uniemożliwić budowę nowych. Kiedy senator otrzymał prośbę o budowę poczty w obozie górniczym w Nevadzie, Twain pozwolił sobie odpowiedzieć, stwierdzając, że poczta nie jest potrzebna i proponując w zamian nowe więzienie.

Twain często dzielił się swoją frustracją związaną z pocztą w artykułach wstępnych do lokalnych gazet, ze szczególnym oburzeniem skierowanym do generalnego naczelnika poczty Davida M. Keya, senatora, który pełnił tę funkcję w latach 1877–1880. Nowe, surowsze przepisy Keya dotyczące wysyłania listów i paczek doprowadzały Twaina do szału. W liście z 1879 roku do „Hartford Courant” Twain wyraził niezadowolenie z ostatniej zmiany przepisów pocztowych wprowadzonej przez Keya, która wymagała, aby adresy na kopertach były bardziej szczegółowe (wcześniej adresy nie musiały zawierać nazw ulic ani stanów, często wystarczało imię i nazwisko oraz miasto).

Twain narzekał, że te nowe przepisy to strata atramentu, czasu i pieniędzy dla wszystkich obywateli. „Czyż to nie dziwne, że od czasu do czasu doznajemy paraliżu” – zauważa Twain – „i znów cofamy się do mrocznych wieków, po tym, jak poświęciliśmy mnóstwo czasu, pieniędzy i pracy, by osiągnąć szczyty współczesnego postępu?”

David Key, Naczelnik Poczty, ok. lat 60. XIX wieku. (Zdjęcie: Biblioteka Kongresu/LC-DIG-cwpbh-04495 )

Artykuł wstępny Twaina wywołał reakcję Thomasa Kirby'ego, prywatnego sekretarza Generalnego Poczmistrza, który próbował wyjaśnić, że nowe przepisy zostały wprowadzone z uzasadnionych powodów. Twain opublikował list Kirby'ego w „ Hartford Courant” wraz z odpowiedzią , w której zarzucił Kirby'emu „wtrącanie się” w sprawy, które go nie dotyczyły.

„Wydaje ci się, że zostałeś wezwany do odpowiedzialności” – zaczyna Twain. „To poważny błąd. To Departament Poczty Stanów Zjednoczonych Ameryki został wezwany do odpowiedzialności”. Twain przez kilka akapitów ostro krytykuje Kirby’ego, nazywając Pocztę „psem”, a Kirby’ego „ogonem” i stwierdzając, że Kirby „próbował merdać psem”, podczas gdy powinien czekać, aż „pies merdać tobą”.

Jednak Twain nie dał się zwieść wszystkim pracownikom poczty ani regulaminowi. Kiedy list z informacją o wyborze Twaina do Klubu Prasowego w Nowym Jorku został wysłany bez odpowiedniego znaczka, naczelnik poczty o imieniu James osobiście opłacił opłatę i przesłał list, zawierający zaproszenie na przyjęcie, Twainowi. Niestety, Twain nie mógł przybyć na przyjęcie, ale wysłał odpowiedź wyjaśniającą incydent i składającą komplement Jamesowi.
 
Skrzynka pocztowa z 1911 roku. (Zdjęcie: Biblioteka Kongresu/LC-DIG-hec-00561 )

Twain napisał do New York Press Club: „Gdyby twój niezapłacony list przeszedł przez przeciętny urząd pocztowy w kraju, otrzymałbym zaproszenie za jakieś trzy miesiące w Departamencie Niezaadresowanych Listów , po długiej korespondencji [i] rujnujących wydatkach na opłatę pocztową. [Chciałbym], żeby w kraju było więcej poczmistrzów Jamesów”.

Oczywiście Twainowi nie podobało się również korzystanie z Urzędu Listów Martwych, dokąd każdego dnia trafiało około 30 tys. listów i paczek , których nie można było doręczyć z powodu błędów pisma, opłat pocztowych lub innych przyczyn. W liście do gazety Saturday Evening Post z 1876 r . narzekał, że list, który do niego wysłano, był o jeden pens za krótki, przez co musiał zostać wysłany do Urzędu Listów Martwych.

Poczta wysłała prośbę o zwrot brakującego centa, a kiedy Twain przesłał zapłatę (w kopercie pocztowej, do której dorzucił kolejne trzy centy) i otrzymał list, ze smutkiem odkrył, że to tylko rachunek za lekarza. Sarkastyczny autor wysłał swój list do „ Post” oklejony znaczkami „na kwotę trzydziestu dziewięciu centów, podczas gdy trzy centy bez wątpienia spełniłyby wszystkie oczekiwania”, stwierdza notatka redaktora

.
Mark Twain piszący w swoim gabinecie, ok. 1870 r. (Zdjęcie: Internet Archive/Domena publiczna )

Nie ograniczał się do krytyki; Twain sam aktywnie starał się ulepszyć usługi pocztowe. Autor kiedyś przedstawił swój wynalazek „czeku pocztowego” – rodzaj przedpłaconego, wysyłanego pocztą przekazu pieniężnego, który można było zrealizować w urzędzie pocztowym i wykorzystać do zakupu towarów. Twain przygotował obszerną prezentację, która zawierała scenariusz dialogu „poszukiwacza mądrości” wyjaśniającego działanie czeku „mężowi stanu”. Projekt ustawy dotyczący czeku pocztowego trafił do Kongresu, ale nigdy nie został przyjęty.

Twain rozważał nawet objęcie stanowiska naczelnika poczty w San Francisco, jak ujawnił w liście z 1868 roku do Elisha Blissa, ówczesnego prezesa American Publishing Company . Autor uzyskał poparcie wielu wysoko postawionych urzędników w mieście, w którym wówczas mieszkał, ale zrezygnował, gdy zdał sobie sprawę, że praca jest zbyt wyczerpująca, by móc jednocześnie pracować i pisać.

Trzeba się zastanowić, czy przyjęcie stanowiska złagodziłoby niezadowolenie Twaina z poczty, czy je spotęgowało. Być może zmiana punktu widzenia całkowicie zmieniłaby zdanie Twaina na temat departamentu.
 
Odsłonięcie znaczka upamiętniającego Marka Twaina w 2011 r. (Zdjęcie: Dannel Malloy/CC BY 2.0 )

W 1907 roku Twain narzekał na wysokie koszty wysyłki listów do Anglii, twierdząc, że ustalona cena jednego dolara za funt listu to „czyste rozboje”. Twain zorganizował nawet spotkanie z brytyjskim naczelnikiem poczty w tej sprawie, którą określił mianem „drobnej kradzieży”, gdzie zaproponował, aby wysyłka listów między Anglią a Ameryką kosztowała tylko jednego centa w jedną stronę, twierdząc, że niższa cena zwiększyłaby liczbę wysyłanych listów i przełożyła się na wyższe dochody poczty. Nie trzeba dodawać, że jego propozycja nie została przyjęta.

Twain również miał silne poglądy na temat wymogu umieszczania znaczków na listach. „Kiedy Anglia w 1848 roku wynalazła znaczki” – zauważył Twain przed spotkaniem z brytyjskim Generalnym Poczmistrzem – „moje uczucia były zdecydowanie antyangielskie”. Twain uważał znaczki za niedogodność i stwierdził, że jego listy „i tak docierały” bez nich.

Jak na ironię, w 2011 roku Poczta Stanów Zjednoczonych (USPS) wydała znaczek pamiątkowy z wizerunkiem Twaina , mający uhonorować jego dziedzictwo jako bohatera literatury amerykańskiej. Twain z pewnością byłby wściekły na pomysł „wiecznego” znaczka, który obowiązywałby tylko w kraju. Gdyby chciał złożyć skargę do Anglii, musiałby dodać jeszcze dwa.

Źródło:
Tucker Leighty-Phillips

<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj






wtorek, 9 czerwca 2026

DO JASNEJ CHOLERY, PANIE KONSTANTY!




Dzień dobry! 

 Dzisiaj do porannej kawy podaję... ripostę. 
I to nie byle komu, bo samemu Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu! 
Może przypomnę tę miniaturkę:

Wróbelek
Konstanty Ildefons Gałczyński 

 Wróbelek jest mała ptaszyna, 
wróbelek istotka niewielka, 
on brzydką stonogę pochłania, 
lecz nikt nie popiera wróbelka. 

Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta, 
że wróbelek jest druh nasz szczery?! 
 Kochajcie wróbelka dziewczęta, 
Kochajcie do jasnej cholery!  


Kto powiedział, że z klasykami poezji nie można dyskutować? Kiedy mistrz pióra zbyt mocno ubolewa nad losem małego ptaszka, autonomiczna blogerka po prostu musi zabrać głos.

Wkraczanie w kolejną dekadę życia (wkraczam powoli, jeszcze do progu daleko), to przecież idealny moment na mały manifest. Zamiast szlochu i łkania, wybieram czystą radość z pisania oraz dzielenia się z Wami tą energią. Nie zamierzam prosić o miłość jak Gałczyński dla swojego wróbelka – wolę stać twardo na własnych nogach jako niezależna, wolna twórczyni. 

Bardzo jednak cenię u poety szczerość, dlatego nie mogłam przejść obok jego słów obojętnie. Zresztą... ja już swojego „wróbelka” mam – to moja wierna Toffi, która właśnie teraz kręci się pod nogami i asystuje mi przy porannej kawie! 


Usiądźcie więc wygodnie z filiżanką w dłoni, weźcie głęboki łyk i zobaczcie, jak potoczyła się ta nasza mała dyskusja. 

Panie Konstanty, oto moja odpowiedź! 👇

Blogerką jest stara dziewczyna,
Ciesząca się postów pisaniem.
Kolejną dekadę zaczyna
Z radością, nie szlochem i łkaniem.

Nie będzie też prosić „Gałczyńskim”,
By kochać ją jak „wróbelka”,
Samotnym jest żaglem na morzu,
A nie poety dublerka.

Lecz lubi, gdy twórca jest szczery
I każe tego „wróbelka”
Pokochać „do jasnej cholery”,
Bo przecież ta miłość niewielka!

Więc wołam z poetyckich wyżyn,
Gdy Teresa przy kawie coś tworzy:
Niech postów jej nikt nie umniejsza,
I Toffi niech „delete” nie wdroży!

Otwórzcie szeroko oczęta
Po co tu jakieś chimery
Czytajcie blogerkę, dziewczęta,
Czytajcie do jasnej cholery!

<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj

poniedziałek, 8 czerwca 2026

MAŁY KOTEK I WIELKIE SERCE PANI AMELII

Ivan Pili

   Pani Amelia mieszkała na parterze starego bloku z wielkiej płyty. Miała szczęście – tuż pod blokiem był osiedlowy sklep, więc mogła jeszcze samodzielnie robić skromne zakupy: mleko, chleb, mąkę, ser. „Wszystko jest w zasięgu mojej starej, trzęsącej się ręki” – mawiała.

   Budynek był stary, piwnice niedomknięte, pełne rupieci. Mieszkańcami byli głównie starsi ludzie. Młodzi dawno wyjechali. Pani Amelia nie mogła liczyć na wsparcie rodziny – z różnych względów pozostawała w swoim mieszkaniu zupełnie sama.

   Kiedy sanepid zagroził zamknięciem sklepu z powodu bezdomnych kotów w piwnicach, mieszkańcy zaczęli uszczelniać okna i drzwi.

   Wtedy właśnie pani Amelia zauważyła małego, przerażonego kociaka. Wzięła go po kryjomu do siebie.

    Początkowo maluch miauczał rozpaczliwie za mamą. Amelia wkładała mu do koszyczka budzik – równomierne cykanie uspokajało go, jakby słyszał serce swojej matki. W dzień pogłaśniała radio, żeby sąsiedzi niczego nie usłyszeli. Kupiła butelkę i smoczek. Kiedy zdziwiona ekspedientka zapytała, czy powiększa się grono wnuczków, pani Amelia odpowiedziała z godnością:
– Z moim słuchem jest coraz gorzej. Kocham swoje wnuczki, ale te starsze radzą mi słuchawki. Podobno jest ulga dla seniorów.

   Od tamtej pory kupowała trochę więcej mleka.

   Kotek rósł. Dawał pani Amelii tyle ciepła i miłości, ile od lat nie doświadczyła. Iskry radości sypały się z jej oczu.

  Niestety, prawda wyszła na jaw. Plotka rozniosła się błyskawicznie. Prezes wspólnoty zażądał zaświadczenia od weterynarza. Pani Amelia nie miała takiego dokumentu. Kotka jej odebrano.

   Dwa dni później pani Amelia trafiła na oddział kardiologii.

   Ten mały kotek był dla niej kimś więcej niż zwierzęciem.
Był obecnością.
Był dotykiem.
Był dowodem, że jeszcze jest komuś potrzebna.

   Czasem jedno małe, ciepłe stworzenie potrafi uleczyć serce bardziej niż wszystkie leki razem wzięte.

   A czasem system nie pozwala nawet na to.


<><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
A teraz niespodzianka - mój dotąd anonimowy blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki - wypuszczam z małego akwenu na wody oceanu. Oto on - "WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję" link tutaj

niedziela, 7 czerwca 2026

KLUB MORALNEJ ODNOWY, CZYLI JAK ZACZĄĆ OD IDEAŁÓW, A SKOŃCZYĆ NA TAPICERCE



Obraz wygenerowany przez AI na zlecenie T.Cz.

    Andrzej Waligórski napisał kiedyś genialny wiersz o pewnym Mikołaju Dreptaku, który postanowił założyć Klub Moralnej Odnowy.
I wiecie co? 
Zaczęło się pięknie. Jak zawsze.

   Ludzie przyszli pełni zapału, oczy im płonęły, dusze pragnęły oczyszczenia. Wybrali prezesa (oczywiście Dreptaka), zarząd, skarbnika, komisję rewizyjną, komisję matkę i komisarza-tatkę. Ustalili składki, plan zebrań i preliminarz. Wszystko jak należy.
 Tydzień później zebrali się ponownie, gotowi na wielką moralną rewolucję.

I wtedy… zaczęło się.

   Ktoś powiedział, że jest nudno. Ktoś inny obraził się, że „nie wont”. Potem poleciały obelgi, a w końcu – meble. Dosłownie. Wyrywali sobie włosy z bród, wąsów i grzywek, tarzali się po podłodze i walili się czym popadło.

  Kiedy już się wykrzyczeli, powyrywali sobie wszystko, co dało się wyrwać, i trochę się uspokoili, spojrzeli na pobojowisko i powiedzieli chórem:

 - Wiecie co? Moralna odnowa nas przerosła.

 - Załóżmy lepiej PUNKT ODNOWY MEBLI.

I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę!

 Od tamtej pory żyli w dobrobycie i wielkiej sytości. Bo jak się okazało – łatwiej jest odnowić stary fotel niż starego człowieka.

  Moral Waligórskiego jest bezlitosna i genialna jednocześnie:

  Zacznij od moralnej odnowy – a skończysz na tapicerce.
I jeszcze będziesz miał z tego dochód.

  Bo w Polsce zawsze lepiej wychodzi odnawianie mebli niż ludzi.



KLUB ODNOWY

Jeden Mikołaj Dreptak, osobnik postępowy
Postanowił założyć Klub Moralnej Odnowy
I założył! I wkrótce tego Dreptaka jadalnię
Zapełniły osoby, pragnące się odnowić moralnie,

Zaś Dreptak wszedł i chrząknął i rzekł: Panie, panowie,
Zaraz się poświęcimy wszyscy moralnej odnowie,
Tylko wpierw zarząd wybierzmy rozsądnie acz uroczyście,
Kto będzie prezesem? A wszyscy w krzyk: - Pan oczywiście

Dreptak się skłonił wzruszony. Następnie metodą seryjną
Wybrano zarząd, skarbnika, komisję rewizyjną,
Oraz komisję matkę i komisarza - tatkę
I ustalono jaką miesięcznie płacić składkę,

I zrobiono plan dalszych zebrań, jak również preliminarz
I wszyscy pobiegli do domów, bo Eden się właśnie zaczynał,
A za tydzień znów się zebrali i myśleli o czym radzić?
O alienacji? Frustracji? O ciąży panny Jadzi?

Aż Kociutko powiedział że nuda, i że wynosi się stąd,
To prezes się zdenerwował: - No to panie Kociutko, wont!
- Tylko nie wont! - rzekł Kociutko - tylko nie wont ty burasie!
I gwizdnął prezesa srewantką, która rozleciała się.....

Tu straszny się zrobił zamęt, bo wszyscy dawaj się naparzać,
Naciągać drugim uszy i po podłodze się tarzać,
Oraz wyrywać oburącz włosy z bród, wąsów i grzywek,
Ponieważ faktycznie byli pozbawieni jakichkolwiek rozrywek,

A gdy skończyli bójkę i chcieli czym prędzej nawiać,
To Dreptak wziął dubeltówkę i rzekł: - Jazda meble odnawiać!
I oto po trzech godzinach powstawiano wyłamane szczeble,
Pozaszywano obicia, wypucowano te meble,

Że były zupełnie jak nowe, i wszyscy zmęczeni usiedli
I rzekli: - Po co nam moralna odnowa? Załóżmy punkt odnowy mebli!!!
I założyli, i odtąd żyli w dobrobycie i wielkiej sytości,
A dlaczego im się tak udało? Bo zaczęli od spraw moralności!!!

sobota, 6 czerwca 2026

KONGRES LUDZI NIEISTNIEJĄCYCH

( Po przeczytaniu tego posta przejdź na drugi blog -  tutaj  znajdziesz post "Przesadna mimika twarzy"  - lub od niego zacznij)


W Narodowej Galerii Irlandii odbył się pewnej nocy Pierwszy Międzynarodowy Kongres Ludzi Nieistniejących.

Krąg Rembrandta van Rijna,
Człowiek w złotym hełmie (ok. 1650).

Przewodniczył mu oczywiście Jegomość w Złotym Hełmie.

Nie dlatego, że był najmądrzejszy.

Po prostu miał największy hełm.

- Otwieram obrady! - oznajmił głosem człowieka, który od czterystu lat jest przekonany, że został namalowany do ważniejszych celów niż pozostali.

- Protestuję! - odezwał się Śmiejący się Mężczyzna Rembrandta. - Hełm nie może być argumentem.

Rembrandt - śmiejący się mężczyzna

- W sztuce może - odparł przewodniczący.

- A broda?

- Broda tym bardziej.

Na te słowa z miejsca powstał Brodaty Starzec Rubensa.

Peter Paul Rubens, Głowa brodatego mężczyzny
 (ok. 1612

Powstał z takim namaszczeniem, jakby był własnym pomnikiem.

- Wysoka Komisjo! - rzekł. - Od lat obserwuję publiczność. Ludzie patrzą na mnie i mówią: „Ależ mądra twarz”.

Tymczasem nikt nie ma pojęcia, o czym myślę.

- A o czym myślisz? - zapytała Dziewczyna w Czerwonym Kapeluszu.

Johannes Vermeer,
Dziewczyna w czerwonym kapeluszu (ok. 1665–1667)


- Najczęściej o kolacji.

Na sali rozległ się szmer zdziwienia.

- To niemożliwe! - zawołała młoda dama. - Wyglądasz na filozofa.

- Właśnie o tym mówię - westchnął starzec. - Ludzie zawsze przypisują twarzom więcej rozumu, niż posiadają.

- To prawda - przyznała Dziewczyna. - Mnie od wieków uważają za tajemniczą.

 - A nie jesteś?

 -  Skądże. Po prostu przez czterysta lat nie zdążyłam dokończyć zdania.

Śmiejący się Mężczyzna zaniósł się takim śmiechem, że omal nie wypadł z ram.

- Mam podobny problem - powiedział. - Zwiedzający są przekonani, że opowiedziano mi doskonały dowcip.

- A nie opowiedziano?

- Nie. Malarz kazał mi siedzieć nieruchomo. Po trzech godzinach dostałem głupawki i tak już zostało.

Przewodniczący stuknął w stół.

- Proszę o powagę! Przechodzimy do najważniejszego punktu obrad. Kim właściwie jesteśmy?

Zapadła cisza.

- Portretami? - zaproponował ktoś nieśmiało.

Wszyscy oburzyli się jednocześnie.

-  Portret ma nazwisko! - krzyknęła Dziewczyna.

- Portret ma rodzinę! - dodał Starzec.

- Portret ma spadkobierców! - zauważył ktoś z końca sali.

- A my?

Tu zaległa długa chwila milczenia.

- My mamy miny - powiedział wreszcie Śmiejący się Mężczyzna.

I nagle wszyscy poczuli dumę.

Bo rzeczywiście: jeden specjalizował się w zamyśleniu.

Drugi w zdziwieniu.

Trzeci w melancholii.

Czwarty w patrzeniu tak, jakby właśnie odkrył, że sąsiad pożyczył jego konia i nie oddał.

Joos van Craesbeeck, Palacz (1630-1640) (fragment).

Każdy był mistrzem jednego uczucia.

- Czyli jesteśmy ekspertami - stwierdził przewodniczący.

-  Od czego?

-  Od człowieka.

To zabrzmiało tak poważnie, że przez chwilę nikt się nie odezwał.

W końcu głos zabrała starsza kobieta z końca sali.

Michael Sweerts, Głowa kobiety (ok.1654)


-  Skoro jesteśmy ekspertami od człowieka, to wyjaśnijcie mi jedno.

- Słuchamy.

- Dlaczego zwiedzający, patrząc na nasze twarze, zawsze szukają własnych?

Nikt nie potrafił odpowiedzieć.

Michael Sweerts, Głowa kobiety (ok. 1654)


Dziewczyna w białym czepku, pyta jegomościa w złotym hełmie, przewodniczącego kongresu:

- Czy to znaczy, że bez uchwały ? Kończyć protokół?

- Tak, kończymy kongres, niestety, bez uchwały.

A rano przyszli pierwsi goście.

Jeden rozpoznał w Brodaczu swojego wujka.

Drugi zobaczył w Dziewczynie dawną narzeczoną.

Trzeci stwierdził, że Śmiejący się Mężczyzna wygląda dokładnie jak jego szef po podwyżce.

I wtedy obrazy zrozumiały, dlaczego są tak popularne.

Choć same nie przedstawiają nikogo konkretnego, każdy odwiedzający znajduje w nich kogoś znajomego.

Najczęściej siebie.

A to, jak wiadomo, jest najstarszą sztuczką w historii malarstwa.

( Po zakończeniu tego posta przejdź na drugi blog - Oko na Obraz  tutaj - informacje na temat użytych tu obrazów)

Mężczyzna w złotym hełmie „Przewodniczący wszystkich spraw ważnych i nieważnych.”

Śmiejący się mężczyzna (Rembrandt)„Od czterystu lat śmieje się z tego samego dowcipu.”

Dziewczyna w czerwonym kapeluszu „Wciąż odwraca się, bo wydaje jej się, że ktoś ją woła.”

Brodaty starzec (Rubens) „Wygląda na filozofa, myśli o kolacji.”

Palący fajkę - "Ten, któremu właśnie ukradli szkapę"

Rozważna kobieta - " Szukająca propozycji uchwały kongresu"

Dziewczyna w białym czepku - " Zaskoczona czyjąś mądrością" 


<><><><><><><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj


piątek, 5 czerwca 2026

PORTRET ALERGIKA Z DUCHEM W TLE, CZYLI CZERWCOWY KATAR SIENNY


Stephen Appleby -Barr - "Katar sienny, 2025


   Sezon na spacery oficjalnie uważam za otwarty! Moje nogi po ciężkich przejściach w końcu odzyskały dawną lekkość, a ja, uzbrojona w uciskowe skarpetki i pełna zapału, ruszyłam na łono natury. Jednak natura, jak to natura, nie lubi próżni. Skoro pozbyłam się jednego problemu zdrowotnego, los natychmiast postanowił podsunąć mi inspirację do kolejnego wpisu. Wszystko za sprawą intrygującego obrazu, który wpadł mi niedawno w ręce. Oficjalnie mógłby się nazywać „Alergik w czerwcu”, a potocznie: „Katar sienny”.

   Spójrzcie tylko na tego młodzieńca na płótnie. Na głowie ma uroczy, słomkowy kapelusz – idealny na słońce, ale umówmy się, w środku lata to jawna prowokacja wobec wsobecnego siana. W dłoni trzyma pąk róży, a obok niego pyszni się cały flakon świeżych, bezlitosnych kwiatów, które z każdym podmuchem wiatru wysyłają w powietrze miliony mikroskopijnych bomb pyłkowych.

     Efekt? 
  Podpuchnięte, podkrążone oczy i ten charakterystyczny, melancholijny wzrok kogoś, kto za chwilę kichnie czternaście razy z rzędu, tracąc przy tym kontakt z bazą. Co więcej, bohater jedną ręką pali papierosa, jakby dramatycznie uznał: „Skoro moje drogi oddechowe i tak już nie działają, to co mi szkodzi podwędzić je od środka”.

   Jednak najgłębszą prawdę o katarze siennym autor ukazał za plecami modela. Widzicie tę mglistą, upiorną postać zjawy? To nie jest żaden duch przodka ani artystyczna wizja podświadomości. To jest bezlitosny Demon Alergii. Ten złośliwy stwór czai się za każdym z nas, gdy tylko zbliżymy się do kwitnącej łąki. Trzyma w ręku szklankę z neonowo zielonym płynem. Co tam jest? Stawiam w ciemno: potrójna dawka musującego wapna, którą demon z sadystycznym uśmiechem każe nam pić trzy razy dziennie, obiecując, że „może tym razem pomoże”. Wokół na stole leżą też monety i gruba księga. Nic dziwnego – przetrwanie czerwca bez wykupienia połowy asortymentu lokalnej apteki graniczy z cudem.

   Gdy tak patrzę na ten obraz, przypomina mi się mój własny, domowy front. Ja zabezpieczam się odpowiednimi lekami, Mój szlachetny małżonek, który po starciu z drzwiami auta wciąż dumnie nosi na czole ślad walki, na widok tego dzieła tylko ciężko westchnął. Sam co roku toczy bój z pyłkami traw, a jego atomowe kichnięcia potrafią poderwać domowników na równe nogi. Wnuczek przedszkolak zapewne podsumowałby sytuację krótko: „Dziadzia znowu dostał kwiatkiem w nos”. I w sumie niewiele by się pomylił.

   Na całe szczęście w tym całym sielskim dramacie jest jeden, olbrzymi plus – żadne z nas nie jest uczulone na sierść psa! Zresztą, ten problem i tak naszej Toffi nie dotyczy. Ona jest absolutnie ponad to! Toffi nikogo nie uczula, bo zamiast tradycyjnej sierści posiada włosy. I to jakie! Piękne, lśniące i puszyste... przynajmniej dopóki nie nadejdzie ten sądny dzień, kiedy ogolą ją u groomera. Ale nawet wtedy nasza psia dama zachowuje swoją godność i stawia twarde granice. Za nic w świecie nie pozwala sobie ogolić ogonka! I bardzo słusznie – to jej największa duma, na którym włosy wiją się po prostu przepięknie i finezyjnie. Idąc, podwija ogonek do góry a złosow robi się pióropusz. Niczym u prawdziwej arystokratki.




   Dzięki temu, gdy mąż kicha od traw, a ja maszeruję w skarpetkach kompresyjnych, Toffi dumnie kroczy obok nas, machając swoim nienaruszonym, puszystym ogonem. 

   Życzę Wam i sobie, abyśmy ten piękny czerwiec przetrwali bez podkrążonych oczu, z czystymi nosami i wyłącznie ze słonecznymi wspomnieniami!

<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj

czwartek, 4 czerwca 2026

AWANTURA O PATELNIE, CZYLI JAK STRACIŁAM REPUTACJĘ W KILKA DNI

 



     Mówią, że aby dobrze poznać człowieka, trzeba z nimi zjeść beczkę soli. Ja się tego teraz nie podejmę – sól w nadmiarze mi szkodzi, co zresztą niedawno potwierdził lekarz. Zresztą, po co mi sól? 

   Całkiem niedawno LINK , na forum publicznym mojego bloga, uroczyście ogłosiłam, że mam męża szlachetnego. Kto by pomyślał, że zaledwie trzy dni później przyjdzie mi diametralnie zmienić front o 180 stopni? 

      A wszystko przez... motoryzację i dziecięcą wyobraźnię.

  Mój szlachetny małżonek, z braku chwilowych zajęć, postanowił dokonać rutynowego przeglądu naszego auta. Ponieważ od dłuższego czasu walczy z kręgosłupem, a teraz jeszcze z barkiem, w swoich ruchach jest nader oszczędny. Wyznaje bardzo ekonomiczną zasadę:

 „Skoro już stoję zgięty w pół, a muszę przesunąć się o dwa metry, to czy warto się prostować, by za chwilę znów się schylać? Szybciej się schylam niż później boleśnie "odkształcam". 
Nie, nie warto”.

     Z tego błędnego, fizykalnego założenia wyprowadziła go złośliwość rzeczy martwych. Konkretnie: drzwi od samochodu.
Mąż jest mężczyzną słusznego wzrostu, więc w pozycji pionowej nigdy w głowę drzwiami nie celuje. Zapomniał jednak, biedaczek, że proporcje między zgiętą postawą „domorosłego mechanika” a profilem auta zmieniają się diametralnie. No i stało się. Za te wszystkie lata, gdy sam czasem „trzasnął drzwiami”, wszechświat postanowił wyrównać rachunki. Drzwi z impetem puknęły go w czoło. I to tak skutecznie, że polała się krew, a na czole wyrosła okazała, podłużna śliwka ozdobiona czarną krechą rozcięcia. Od szycia uratowało go tylko to, że nikomu się nie pochwalił.
Przez resztę dnia mój osobisty „urazowiec” i pechowiec strategicznie ustawiał się do mnie bokiem. Niestety dla niego, kamuflażu nie doceniła nasza córka. Wszystko się wydało! Obecnie mąż wygląda tak, jakby przed chwilą wrócił z mało dystyngowanego i mocno nierozstrzygniętego sporu pod budką z piwem.
I tu na scenę wkracza mój wnuczek, przedszkolak. Zapytany przez mamę, co właściwie stało się dziadkowi, odpowiedział z pełną powagą:

– Dziadek dostał patelnią w głowę.

  No, nie! 
Do tego, że z przedszkola przynosi się różne ciekawe słówka, już przywykłam. Ale ta metafora uderza bezpośrednio w moją godność! Że niby co? To ja – ta czuła żona, autorka wierszy o sacrum – miałabym mojego szlachetnego małżonka zdzielić kuchennym narzędziem o ciężkim dnie?! Do dziś nie doszliśmy, skąd w jego małej głowicy narodziła się ta wizja, ale jak wiadomo – winni się tłumaczą.

   Jedynym sprawiedliwym obrońcą mojej niewinności mogłaby być Toffi. Jako naoczny świadek domowych wydarzeń, na pewno chętnie zaszczekałaby w mojej obronie, potwierdzając, że w krytycznym momencie smacznie spała na kanapie, a żadna patelnia nie ucierpiała. Niestety, psów nikt w sądzie nie słucha.

  Prawdziwy hit nastąpił jednak wczoraj. Mąż jest w trakcie rehabilitacji owego nieszczęsnego barku. Przed „atakiem samochodu” był już na dwóch zabiegach. Na trzecią sesję wkroczył z dumnie podniesionym, acz pociętym czołem.
Pielęgniarka z przychodni zamarła na jego widok i pyta z przerażeniem:

  – A cóż to się panu stało?!

 Na co mój ślubny, z najsłodszym uśmiechem na twarzy, wypala:

 – Żona mnie zdzieliła patelnią.

  Pani pielęgniarka stanęła jak wryta. Do teraz zapewne nie wie, czy ma dzwonić po opiekę społeczną i niebieską linię, litować się nad uciemiężonym pacjentem, czy po prostu zacząć się śmiać.

  A ja? Ja teraz chodzę po domu z podniesioną głową, ale na wszelki wypadek schowałam wszystkie patelnie głęboko do szafy. Niech no tylko te moje kostki odzyskają dawną lekkość, to sama sprawdzę, jak to jest z tą wagą kuchennych argumentów! 😉

Są takie kobiety, które stosują filozofię małżeńska Hemara, czyli ukryty w niej sekret szczęścia.



"Filozofia małżeńska"
Marian Hemar

Żadnego cudu nie ma,
Żadnego trudu nie ma.
Dam tylko znak oczyma, a on już wszystko wie.
Żadnych zaklinań nie ma
i wypominań nie ma.
Nic przecież go nie trzyma, chce, to dobrze,
a nie chce,
to nie, ale chce.

Żadnych humorów nie ma i żadnych sporów nie ma
i na nic się nie zżyma, tylko z ręki je.
I sam mi wszystko poda,
i zawsze w domu zgoda,
bo na to jest metoda:
moja mama przed ślubem
nauczyła jej mnie
Że -

pierwszego dnia po ślubie - od razu go w łeb,
że pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.
całuje mnie za to,
że dostał w łeb ten pierwszy raz,
we właściwy czas.

Do ślubu on mądrzejszy,
do ślubu on ważniejszy,
do ślubu wszystko umie,
wszystko lepiej wie.
Do ślubu taki duży,
niech tylko brwi zachmurzy,
już się nie oprę dłużej
- chce to dobrze, a nie chce,
to nie - jak sam chce

Do ślubu ja malutka,
do ślubu ja cichutka
do ślubu łagodniutka, za nim choćby w grób.
Do ślubu wszystko znoszę,
co znoszę - to rozkosze.
Do ślubu grzecznie proszę,
oczki spuszczam, podnoszę.
A potem ten ślub

I pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.
I pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.
Nie drugiego dnia po ślubie - to za późno,
Ty go trzep.

Pierwszego dnia po ślubie,
póki świeży ten chleb.
I kocha mnie, szanuje mnie,
całuje mnie za to, że
dostał w łeb ten pierwszy raz
we właściwy czas."


<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj