Translate

niedziela, 20 września 2026

NIE ZNIKAM, TYLKO ZWALNIAM TEMPO

 Poprosiłam SI, aby przedstawiła w ilustracji mój komunikat

Nieważne, że nie jestem podobna do siebie.

To najmniej istotne.

Ale poczytajcie sobie, bo długo niczego nowego nie napiszę (na blogach).


Nie znikam... tylko zwalniam tempo,


Teresa









sobota, 19 września 2026

ZAPISY OCALAŁYCH Z POMPEJÓW

Nowe dowody pokazują, w jaki sposób obywatele odbudowali swoje życie po historycznej erupcji.


Ogromna erupcja Wezuwiusza nad Pompejami jest często znana ze względu na liczbę ofiar, jakie pochłonęła, ale nowe badania ujawniają historie ocalałych. UNIVERSAL IMAGES GROUP/GETTY IMAGES VIA THE CONVERSATION


24 SIERPNIA, W roku 79, wybuchł Wezuwiusz , wyrzucając w powietrze ponad 3 mile sześcienne gruzu na wysokość 20 mil (32,1 km). Opadając na Ziemię, popiół i skały pogrzebały starożytne miasta Pompeje i Herkulanum .

Według większości współczesnych wersji historia w tym miejscu się kończy: oba miasta zostały zniszczone, a ich mieszkańcy zostali zamrożeni w czasie.

Fabuła zaczyna się dopiero od ponownego odkrycia miast i wykopalisk, które na dobre rozpoczęły się w latach czterdziestych XVIII wieku.

Jednak najnowsze badania zmieniły tę narrację. Historia wybuchu Wezuwiusza nie jest już historią zagłady; zawiera również historie tych, którzy przeżyli wybuch i odbudowali swoje życie.

Poszukiwanie ocalałych i ich historii zdominowało ostatnią dekadę moich badań archeologicznych w terenie, ponieważ starałem się ustalić, kto mógł ujść z życiem z wybuchu. Niektóre z moich odkryć zostały zaprezentowane w odcinku nowego filmu dokumentalnego PBS „ Pompeje: Nowe wykopaliska” .

Codzienna dawka ukrytych perełek do odwiedzenia , niezwykłych miejsc do jedzenia i cudownych historii z całego świata.


Część ocalałych osiedliła się w Ostii, mieście portowym na północ od Pompejów. DEA PICTURE LIBRARY/GETTY IMAGES VIA THE CONVERSATION

Pompeje i Herkulanum to dwa bogate miasta na włoskim wybrzeżu, na południe od Neapolu . Pompeje były społecznością liczącą około 30 000 mieszkańców , w której kwitł przemysł oraz rozwinięte były sieci polityczne i finansowe. Herkulanum, liczące około 5000 mieszkańców , posiadało aktywną flotę rybacką i liczne warsztaty obróbki marmuru. Obie gospodarki wspierały wille zamożnych Rzymian na okolicznych terenach wiejskich.

W kulturze popularnej erupcja wulkanu jest zazwyczaj przedstawiana jako apokaliptyczne wydarzenie, w którym nikt nie przeżył: w odcinkach seriali „Doktor Who” i „Loki” wszyscy mieszkańcy Pompejów i Herkulanum giną. Jednak dowody na to, że ludzie mogli uciec, zawsze istniały.

Sama erupcja trwała ponad 18 godzin . Szczątki ludzkie znalezione w każdym mieście stanowią zaledwie ułamek ich populacji, a wiele przedmiotów, które można by uznać za zachowane w popiele, zaginęło: wozy i konie zniknęły ze stajni, statki zniknęły z doków, a sejfy zostały opróżnione z pieniędzy i biżuterii.

Dowody na to, że ludzie mogli uciec, zawsze istniały.

Wszystko to wskazuje na to, że wielu — jeśli nie większość — mieszkańców miast mogłoby uciec, gdyby uciekli wystarczająco wcześnie.

Niektórzy archeolodzy zawsze zakładali, że niektórzy ludzie uciekli. Jednak ich poszukiwania nigdy nie były priorytetem.

Opracowałem więc metodologię, aby ustalić, czy uda się odnaleźć ocalałych. Wybrałem rzymskie imiona charakterystyczne dla Pompejów lub Herkulanum – takie jak Numerius Popidius i Aulus Umbricius – i poszukałem osób o tych imionach, które zamieszkiwały okoliczne społeczności w okresie po wybuchu. Szukałem również dodatkowych dowodów, takich jak ulepszona infrastruktura w sąsiednich społecznościach, umożliwiająca zakwaterowanie migrantów.

Po ośmiu latach przeszukiwania baz danych zawierających dziesiątki tysięcy rzymskich inskrypcji, od murów po nagrobki, znalazłem dowody na istnienie ponad 200 ocalałych w 12 miastach. Gminy te znajdują się głównie w okolicach Pompejów. Zazwyczaj jednak znajdowały się na północ od Wezuwiusza, poza strefą największych
 zniszczeń.

Dom Fauna był wyjątkowo luksusowym domem w Pompejach, 
który dobrze zachował się w popiołach 
po wybuchu wulkanu. NIKONZ7II/WIKIMEDIA/CREATIVE COMMONS

Wygląda na to, że większość ocalałych pozostała jak najbliżej Pompejów. Woleli osiedlać się z innymi ocalałymi i polegali na sieciach społecznych i ekonomicznych z ich rodzinnych miast, gdy się osiedlali.

Niektóre z rodzin, które uciekły, najwyraźniej odniosły sukces w swoich nowych społecznościach.

Rodzina Kaltyliuszów osiedliła się ponownie w Ostii – wówczas dużym mieście portowym na północ od Pompejów, 29 kilometrów od Rzymu. Tam założyli świątynię egipskiego bóstwa Serapisa. Serapis , który nosił na głowie kosz zboża, symbolizujący urodzajność ziemi, cieszył się popularnością w miastach portowych, takich jak Ostia, zdominowanych przez handel zbożem. Miasta te zbudowały również okazały, kosztowny kompleks grobowców ozdobiony inskrypcjami i dużymi portretami członków rodziny.

Członkowie rodziny Caltiliusów weszli w związki małżeńskie z członkami innej rodziny uciekinierów, Munatiusów. Razem stworzyli bogatą, odnoszącą sukcesy, wielopokoleniową rodzinę.

Puteoli, drugie co do wielkości miasto portowe w rzymskiej Italii – znane dziś jako Pozzuoli – również gościło ocalałych z Pompejów. Rodzina Aulusa Umbriciusa, kupca garum , popularnego fermentowanego sosu rybnego, osiedliła się tam ponownie. Po wznowieniu rodzinnego handlu garum, Aulus i jego żona nadali swojemu pierworodnemu dziecku, urodzonemu w ich przybranym mieście, imię Puteolanus, czyli „Puteolańczyk”.
Niektóre z rodzin, którym udało się uciec, odnalazły się w nowych społecznościach.

Nie wszyscy, którzy przeżyli erupcję, byli bogaci lub odnieśli sukces w swoich nowych społecznościach. Niektórzy byli biedni już na początku. Inni najwyraźniej stracili rodzinne fortuny, być może w samej erupcji.

Fabia Secundina z Pompejów – nazwana najwyraźniej na cześć swojego dziadka, bogatego handlarza winem – również trafiła do Puteoli. Tam poślubiła gladiatora, Wodnika, który zmarł w wieku 25 lat, pozostawiając ją w poważnych tarapatach finansowych.

Trzy inne bardzo biedne rodziny z Pompejów — rodziny Avianii, Atilii i Masuri — przetrwały i osiedliły się w małej, biedniejszej społeczności zwanej Nuceria , która obecnie nazywa się Nocera i znajduje się około 10 mil (16,1 km) na wschód od Pompejów.

Według zachowanego do dziś nagrobka, rodzina Masuri przyjęła chłopca o imieniu Avianius Felicio jako syna zastępczego. Co ciekawe, w ciągu 160 lat istnienia rzymskich Pompejów nie znaleziono żadnych śladów po dzieciach zastępczych, a rodziny wielopokoleniowe zazwyczaj przyjmowały dzieci osierocone. Z tego powodu jest prawdopodobne, że Felicio nie miał żadnych żyjących członków
rodziny.



Historie o wybuchu Wezuwiusza, który miał miejsce prawie 2000 lat temu, 
zazwyczaj koncentrują się na ofiarach, 
w tym na tych osobach, ale nowe badania wykazały, 
że w 12 miastach z wybuchu ocalało ponad 200 osób. 
ISAAC HARJO Z PROWALK TOURS/WIKIMEDIA/CREATIVE COMMONS

Ten drobny przykład ilustruje szerszy schemat hojności migrantów – nawet tych ubogich – wobec innych ocalałych i ich nowych społeczności. Nie tylko troszczyli się o siebie nawzajem, ale także wspierali finansowo instytucje religijne i obywatelskie w swoich nowych domach.

Na przykład rodzina Vibidia mieszkała w Herkulanum. Zanim miasto zostało zniszczone przez wybuch Wezuwiusza, hojnie wspierali finansowo różne instytucje, w tym nową świątynię Wenus, rzymskiej bogini miłości, piękna i płodności.

Jedna z kobiet z rodziny, która przeżyła wybuch wulkanu, najprawdopodobniej kontynuowała rodzinną tradycję: po osiedleniu się w nowej społeczności, Beneventum, podarowała Wenus bardzo mały, słabo wykonany ołtarz na ziemi publicznej przekazanej przez lokalną radę miejską.

Podczas gdy ocaleni osiedlali się i budowali życie w swoich nowych społecznościach, rząd również odegrał swoją rolę. Cesarze w Rzymie inwestowali w ten region intensywnie , odbudowując domy zniszczone przez erupcję i budując nową infrastrukturę dla przesiedlonej ludności, w tym drogi, systemy wodne, amfiteatry i świątynie.

Ten model odbudowy po katastrofie może być lekcją na dziś. Koszty finansowania odbudowy nigdy nie były przedmiotem debaty. Ocaleni nie byli izolowani w obozach ani zmuszani do bezterminowego życia w namiotowych miasteczkach . Nie ma dowodów na to, że spotkali się z dyskryminacją w swoich nowych społecznościach.

Zamiast tego, wszystko wskazuje na to, że społeczności przyjęły ocalałych z otwartymi ramionami. Wielu z nich założyło własne firmy i objęło stanowiska w samorządach. Rząd zareagował, zapewniając nowym mieszkańcom i ich społecznościom zasoby i infrastrukturę niezbędną do odbudowy życia.


Źródła:
Atlas Obscura  (Steven Tuck)

piątek, 18 września 2026

STAN BŁOGIEGO ODPRĘŻENIA PO WIELKIEJ BITWIE


Fausto Zonaro - "Dwaj Pierroci"


Czy znacie to cudowne, głębokie uczucie, gdy po całym tygodniu ciężkiej, tytanicznej pracy, zmaganiach z kaprysami technologii i wielkich emocjach, możecie wreszcie odetchnąć pełną piersią, odsunąć laptopa na bok i po prostu... bezkarnie poleniuchować? 

Spójrzcie na ten przepiękny obraz włoskiego mistrza Fausto Zonaro przedstawiający młodych Pierrotów po balu maskowym. Oni wiedzą o tym stanie absolutnie wszystko!

Ci dwaj młodzieńcy dali z siebie na parkiecie sto procent. Impreza była huczna, maski opadły, a teraz, w blasku porannego słońca, przyszedł czas na zasłużone odpoczywanie. Jeden z nich, z miną pełną błogiego lenistwa, rozparł się na krześle, trzyma w ustach długą fajkę i z rozkosznym uśmiechem patrzy w sufit. Jego kumpel z boku spogląda na niego z przymrużeniem oka, jakby chciał zapytać: „I co, warto było tak szaleć?”. Na stole stoją puste filiżanki po kawie, dopalają się resztki tytoniu, a obok leży mała, brązowa sakiewka – pusta, bo całe złoto zostało już pewnie wydane na dobrą zabawę.

Kiedy patrzę na tych dwóch zmęczonych, ale nieziemsko szczęśliwych Pierrotów, widzę w nich... samą siebie na zakończenie tego zwariowanego tygodnia! 

Moje autorskie maratony były w ostatnich dniach godne najlepszego balu maskowego. 

Najpierw wielka kosiarkowa rewolucja i poranny alarm męża o anulowanych śrubkach, potem użeranie się z międzynarodowymi algorytmami Amazona, poskramianie „fikającego” laptopa, aż po wielkie, poruszające odkrycia w mojej nowej powieści, która rośnie jak na drożdżach. 

Chochliki internetowe dwoiły się i troiły, żeby popsuć mi humor, ale ostatecznie – tak jak ci dwaj na obrazie – to ja świętuję pełne zwycięstwo!

Moje dwie książki dumnie wiszą na globalnym rynku i właśnie "płyną za ocean" do czytelników na Florydzie, nowa saga bezpiecznie pączkuje w Wordzie, a klatka z moim pierzastym papuzim królestwem (królem Amazonem i małym, rozkrzyczanym Empikiem - lub Elwirką, bo nie jestem jeszcze pewna płci ptaszątka) stoi w bezpiecznej odległości od kuchni, dając mojemu biednemu katarowi siennemu upragniony rozejm.

Więc dzisiaj, wzorem tego zrelaksowanego Pierrota z fajką, odsuwam na bok wszelkie zmartwienia, regulaminy i panele techniczne. Rozpoczynam wielki, uroczysty, piątkowy FAJRANT! Usiądźcie wygodnie razem ze mną, zaparzcie sobie pysznej kawy i po prostu nacieszcie się ciszą. Zasłużyliśmy na to!

czwartek, 17 września 2026

PARLAMENT W KLATCE Z PRZYMRUŻENIEM OKA

 

art by Henry Stacy Marks - "Komisja Śledcza"


Młodszy wnuczek stwierdził, że babcia dzisiaj przypomina express do kawy. 

Skąd takie przekonanie?

Otóż po schyleniu głowy widać obraz cieknących strużek z głowy ( wybaczcie, nie będę operować szczegółami). To chyba nie katar sienny.  Mam papużki od kilku dni. Ich klatka  znajduje się na wyciągnięcie ręki. Minimalny puszek  fruwa mi przed nosem, bo właśnie tu mam stanowisko "blogowania", które powiększyło się w tym roku o "literackie".

W czasie tego rozważania o pochodzeniu tego płynu w głowie, wnusio zaczął kichać, zresztą robi to od kilku dni, zużywając przy tym tony chusteczek do nosa. Zaświtało mi, że to może on zaraził mnie jakimś wirusem.

  – Babciu, ale z expressu, po przeczyszczeniu przewodów, kiedy już ta woda wyleci, to dalej powinna pojawić się kawa, prawda?

- Wnusiu, ty mój szkrabie, z expresu  - tak, dziadkowi, bo , jak wiesz, on pije czarną, a w moim przypadku - mleko, a następnie kawa. A ty nie licz na więcej...  Kakao ani czekolady dzisiaj nie będzie. Babcia niedysponowana. Uważaj, aby tobie, przy okazji, po wypłynięciu tej białej gorącej wody z z Twojego expressowego nosa, czasem móżdżek  nie wypłynął, bo czasem widzę skutki jakichś u ciebie przecieków, chociaż dzisiaj nieźle główkujesz.

- Ale ja, babciu,  sobie z katarem daje radę. Na razie kicham i biorę inhalacje. Dzisiaj po południu idziemy z dziadkiem na tężnie. Możemy cię, ostatecznie, zabrać ze sobą.

-  Dziękuję, za dobre serce, ale nie skorzystam ze względu na przeciwskazania. Zapomniałeś, że masz babcię na baterię? Poza tym -  duszę się w parze. Nie znoszę wilgoci.

 Nie … on nie mógł mnie zarazić… taki kochany szkrab…

 Należałoby zwołać   rodzinną komisję śledczą, ale chyba daruję to sobie i rodzinie.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby oficjalne, państwowe przesłuchanie, gdyby z sali obrad wyrzucić wszystkich polityków, a w fotelach poselskich posadzić... papugi? Jeśli myślicie, że komisje śledcze, pełne emocji, spięć i ważnych min, to domena wyłącznie świata ludzi, to wybitny brytyjski malarz Henry Stacy Marks wyprowadzi Was z błędu w ułamku sekundy! Spójrzcie na jego słynne dzieło z 1891 roku zatytułowane „Komisja śledcza” (A Select Committee).

Marks był absolutnym pasjonatem ptaków i częściej można go było spotkać z notesem w londyńskim zoo niż na salonach. W tym genialnym, satyrycznym obrazie postanowił sparodiować sztywne, pełne zadęcia posiedzenia brytyjskiego parlamentu. I trzeba przyznać – obsada wyszła mu po mistrzowsku!

Po lewej stronie, na najwyższym stanowisku, zasiada Przewodniczący Komisji – potężna, ciemnoniebieska Ara hiacyntowa. Spójrzcie na ten surowy wzrok i groźnie uniesioną łapę. To on dyktuje warunki, zadaje niewygodne pytania i z lodowatą miną czeka na wyjaśnienia. 

Naprzeciw niego, na długiej żerdzi, usadowiła się ława przysięgłych, czyli dostojne, białe kakadu. Wyglądają jak klasyczni, zasiedziali urzędnicy – mają przymknięte oczy, mądre, ale potwornie znudzone miny, jakby tych samych tłumaczeń słuchali już po raz setny i marzyli wyłącznie o zakończeniu debaty.

A na dole? 

Tam rozgrywa się prawdziwy, ludzki (a raczej ptasi) dramat! Mała, różowa kakadu po lewej stronie tak bardzo boi się oskarżeń, że aż schowała głowę w ramiona, udając, że jej tam w ogóle nie ma. 

Obok niej czarna kakadu żałobna marszczy brwi w głębokim, ponurym skupieniu, gorączkowo obmyślając linię obrony.

 Najlepsza jest jednak niebiesko-żółta ara po prawej – słucha zarzutów z szeroko otwartym dziobem, kompletnie zszokowana nagłym obrotem spraw!

środa, 16 września 2026

PERSONEL, KTORY WCIĄŻ SZUKA SWEGO PANA


Dopadła mnie jakaś wirusówka. I to nie tylko mnie. Męża, córkę i wnuczka tez. Nos przecieka, ledwo widzę na oczy. I jak tu pisać posty. Wzięłam się na sposób.

Będzie tzw. gotowiec. Zacytuję artykuł Auriane Reze-Duclos z Atlas Obscura

<><><><><><><><><>

Mieszkańcy Edynburga twierdzą, że rzeźbiona drewniana laska wciąż błąka się samotnie po zaułku West Bow, mimo że minęło już wiele dziesięcioleci od czasu, gdy jej właściciel został stracony za czary.

Przed moją pierwszą podróżą do Edynburga zrobiłem to, co robi większość ludzi: wpisałem w Google hasło „ najsłynniejsze duchy Edynburga ”. Powiedziałem znajomym, pół żartem, pół serio, że gdybym kiedykolwiek zobaczył płonący powóz pędzący z pełną prędkością po brukowanej ulicy, prawdopodobnie zemdlałbym na miejscu. Nie miałem wtedy pojęcia, że ​​ów powóz należał do bardzo konkretnego akta sprawy z XVII wieku, a jego pasażerem był jeden z najbardziej szanowanych ludzi w mieście.
Nazywał się Thomas Weir.


 .
Dom Thomasa Weira, West Bow (zdjęcie: James Skene - skan z S. Sitwell i F. Bamford, Edynburg 1937, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25097147)

W wieku siedemdziesięciu lat major Weir był już tak daleki od podejrzeń, jak to tylko możliwe dla mieszkańca Edynburga. Były żołnierz, który służył w armiach Przymierza podczas Wojen Trzech Królestw, objął dowództwo nad strażą miejską i zamieszkał ze swoją siostrą Jean w domu niedaleko szczytu West Bow, stromej, krętej ulicy łączącej Royal Mile z Grassmarket (dziś nazywa się ona Victoria Street). Mieszkańcy ulicy, znani z surowej wiary prezbiteriańskiej, zyskali zbiorowy przydomek: Święci z Bowhead . Wśród nich Weir uchodził za najbardziej pobożnego. Prowadził spotkania modlitewne.

Rzadko widywano go bez ciemnego, drewnianego kija, na którym rzeźbiono głowy satyrów, który, jak twierdził, nie był niczym więcej niż zwykłą laską.

Następnie, w 1670 roku, będąc chorym i przykutym do łoża boleści, Weir zaczął się spowiadać. Z własnej inicjatywy i przed oszołomioną publicznością opisał całe życie spędzone na uprawianiu czarów, kazirodczy związek z siostrą i pakt z diabłem. Władze miasta nie wiedziały, co z nim zrobić. Człowiek jego powagi po prostu nie mówił takich rzeczy. Wysłano lekarzy, aby go zbadali, zakładając, że choroba wytrąciła go z równowagi psychicznej. Stwierdzili, że jest całkowicie poczytalny.

Dyliżans Thomasa Weira mknący w dół West Bow (zdjęcie: Alexander A. Ritchie - J Ballantine, The Gaberlunzie's Wallet, 1874 (pierwsze wydanie w 1843), domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25954300)

Następnie Jean potwierdziła wszystko i dodała szczegół, który miał przetrwać ich oboje: opisała, jak była przewożona wraz z bratem w wozie strażackim, ciągniętym przez sześć koni, podczas nocnych wypraw do Dalkeith i Musselburgh, na spotkanie z samym diabłem. Laska, jak powiedziała, była jego darem. Była w stanie samodzielnie załatwiać sprawy.

Para została osądzona przed Wysokim Trybunałem Sprawiedliwości 9 kwietnia 1670 roku i uznana za winną w ciągu kilku dni. Weir odmówił proszenia o przebaczenie. Jego ostatnie słowa zapisane w protokole brzmiały: „Żyłem jak bestia i muszę umrzeć jak bestia”. Został uduszony i spalony w Gallowlee, na drodze do Leith, a jego laska wrzucona do ognia obok niego. Świadkowie twierdzili, że spalenie trwało niezwykle długo. Jean został powieszony następnego dnia na Grassmarket.

Sam proces nie jest folklorem. Jest udokumentowany w aktach High Court of Justiciary i skatalogowany w Survey of Scottish Witchcraft, bazie danych prowadzonej przez Uniwersytet Edynburski, która śledzi tysiące szkockich przypadków czarów pomiędzy 1563 a 1736 rokiem. To, co uczyniło tę sprawę legendą, nastąpiło około półtora wieku później, gdy lokalny historyk Robert Chambers zebrał ją wraz z dziesiątkami innych edynburskich opowieści o duchach w swojej książce Traditions of Edinburgh z 1824 roku . To Chambers zachował szczegóły, które krążą do dziś: dom pozostawiony pusty przez ponad wiek po śmierci Weira, dźwięk turkotu powozu jadącego nocą przez West Bow i służba, błąkająca się samotnie po zamknięciu, wciąż szukająca mężczyzny, który kiedyś go wiózł.

Dom Weira przy West Bow został ostatecznie zburzony, ale ulica przetrwała, teraz przy której stoją niezależne sklepy i kawiarnie, a nie miejsca spotkań modlitewnych z XVII wieku. Przejdź się nią nocą, najlepiej gdy tłumy się przerzedzą, a zrozumiesz, dlaczego ta historia tak utkwiła w pamięci. Jest stroma, wąska i cicha w sposób, który wydaje się celowy. Jeśli usłyszysz coś toczącego się po bruku za tobą, prawdopodobnie to nic takiego.

Prawdopodobnie.

wtorek, 15 września 2026

GDY WYOBRAŹNIA PODSUWA NAJGORSZE


Dzisiejszy poranek zaczął się od sceny godnej dobrego filmu sensacyjnego. Słoneczko leniwie zaglądało przez świeżo umyte okna, a ja smacznie odsypiałam wielodniowe, nocne maratony z formatowaniem mojej sagi. Nagle nad moim łóżkiem wyrósł mąż. Mina śmiertelnie poważna, w ręku telefon, a w głosie nuta czystego dramatu:
– Teresko, obudź się! Przyszła wiadomość, że anulowali Twoje dwa zamówienia!
Na równe nogi zerwałam się w ułamku sekundy. Serce zabiło mi w gardle, a przed oczami przemknęły najgorsze techniczne koszmary. Anulowali?! Ale kto? Globalny Amazon? Czy nasz rodzimy Empik? Czy te wszystkie idealne marginesy lustrzane, automatyczne spisy treści i numery ISBN, nad którymi ślęczałam po nocach, pękły właśnie w amerykańskich serwerach niczym bańka mydlana?

Z wypiekami na twarzy i drżącymi rękami chwytam za telefon, gotowa do natychmiastowej walki z międzynarodową machiną biurokratyczną. Przecieram oczy, patrzę na ekran i... nagle całe napięcie spływa ze mnie w głośnym śmiechu. Okazało się, że ten wielki poranny „alarm wydawniczy” dotyczył dwóch śrubek i jakiegoś czółenka do części kosiarki ogrodowej, którą poprzedniego dnia  zamawiałam mężowi ze swojego konta! Ziemskie awarie techniczne wygrały na moment z literackimi.

W jednej sekundzie ludzka wyobraźnia potrafi odpalić całą serię czarnych scenariuszy. W ułamku sekundy przed oczami stają zablokowane bazy danych, złośliwe błędy w numerach ISBN i kapryśne serwery, które obróciły wniosek o wydrukowanie mojej drugiej powieści w niwecz. Człowiek stoi bezradny wobec technologii, a małe chochliki złośliwie szepczą do ucha: „A nie mówiłam? Wszystko przepadło!”.

Skoro jednak adrenalina i tak już krążyła w moich żyłach, postanowiłam pójść za ciosem tej kosiarkowej inspiracji. Zalogowałam się na Amazona i z determinacją godną lwa ruszyłam do rozmowy z konsultantem. I tu spotkała mnie kolejna niespodzianka. Bo muszę Wam powiedzieć, że od półtora tygodnia nie mogę odblokować statusu swojej ksiązki do wersji roboczej, aby potwierdzić tam numer ISBN. To może tylko autor).

– Ależ proszę pani, u nas w systemie status „Draft” dla drugiego tomu wisi już od dawna! – oświadczył uprzejmie człowiek z centrali.

Okazało się, że przez ostatnie dni komputer uparcie pokazywał mi stary, zamrożony obraz mojej autorskiej półki, bo po prostu zapomniałam się wylogować! Za radą konsultanta zamknęłam system, zalogowałam się na nowo i... stał się cud. Upragniony Draft błysnął na zielono. Wszystko w ułamku sekundy poprawiłam, przejrzałam i zatwierdziłam. Tom II o Marii oficjalnie  mial za chwilę popłynąć na światowe rynki.

Całej tej porannej rewolucji z bezpiecznego dystansu, bo z poziomu okna, przyglądało się moje pierzaste królestwo. Od kilku dni mój dumny, żółty papużek Amazon ma nowego towarzysza – małego, zielonego lokatora, który ze względu na swoje niesamowite tempo adaptacji i głośne ćwierkanie zyskał miano „Empika” (choć jeśli okaże się damą, szybko przemianujemy go na Elwirkę).

Ptaszki na oknie urządzają obecnie debaty tak głośne, że przy laptopie muszę siedzieć w słuchawkach. Co ciekawe, na wspólnej huśtawce panuje absolutna miłość i zgoda, dopóki... na horyzoncie nie pojawi się pojemnik z jedzeniem. Wtedy w moim żółtym Amazonie budzi się prawdziwy, samolubny król terytorium. Bezceremonialnie przepycha się brzuchem przy „stole”, bezczelnie odsuwając małego Empika od ziarna, jakby chciał powiedzieć: „Pamiętaj, kto tu rządzi i kto ma starszeństwo w tym niebie!”. Na szczęście jako doświadczona autorka i menedżerka tego stadka już zaplanowałam dla nich dwa osobne pojemniczki na przeciwległych ścianach klatki. Skoro okiełznałam amerykańskie algorytmy, z ptasim samolubem poradzę sobie w pięć minut.
I tak oto, między kosiarką, upartym komputerem a niekulturalną papużką, rozpoczęłam kolejny dzień. Panele zamknięte, książki bezpieczne, a ja wreszcie piję pyszną, spokojną kawę. Autorski dzień uważam za oficjalnie rozpoczęty!

 Poranne strachy z przymrużeniem oka w XIX wieku u pewnego mizantropa wyglądały chyba gorzej, niż dzisiaj u mnie.


Spójrzcie na tę genialną, dziewiętnastowieczną grafikę Honoré Daumiera zatytułowaną „Mizantropia” z około 1840 roku. Choć ten elegancki, nieco wyłysiały pan w czarnym fraku siedzi rozparty w fotelu z miną wielkiego myśliciela, to wokół niego dzieje się prawdziwy, komiczny festiwal czarnowidztwa. Wokół kominka i szafy z dokumentami krążą małe chochliki, podsuwając mu najbardziej drastyczne, rwane myśli – od sznura, przez truciznę, aż po pistolet. Ma chlop dylemat: Jaki rodzaj samobójstwa wybrać.

Daumier na swojej rycinie zamieścił zabawny monolog o szukaniu idealnego rozwiązania. Ja swoje znalazłam w kilka minut – był nim spokój, filiżanka dobrej kawy i całkowite odcięcie się od ciągłego sprawdzania ekranu. Nie dajmy się więc zwariować porannym strachom. Nasza wyobraźnia bywa świetnym artystą, ale czasem lubi nas po prostu bezczelnie nastraszyć!

Trochę później, gdzieś około 9 -ej  zajrzałam na pocztę, a tam:



Nie można było tak od rana tego przysłać?

Wystarczy w wyszukiwarkę sklepu internetowego wpisać moje imię i nazwisko  (Teresa Czajkowska) i od razu asortyment mojego wydawnictwa stoi na półce Amazona








poniedziałek, 14 września 2026

NIEZADOWOLONY KLIENT





Na starej litografii Honoré Daumiera widać scenę, która nie zestarzała się ani trochę.

Po prawej stronie stoi pan w todze. Spokojny, dostojny, z ręką schowaną w fałdach szaty. Twarz ma taką, jakby właśnie zjadł bardzo drogi obiad i teraz łaskawie pozwala światu istnieć. Za nim na ścianie wiszą informacyjne ogłoszenia: „Jugement”, „Étude”, „Vente”  (Orzecznictwo, Wyroki, Licytacje)… same ważne słowa.

Po lewej stronie — człowiek, którego życie właśnie się posypało.
Czapka na bakier, oczy wybałuszone, palec wyciągnięty w stronę tych wszystkich urzędowych kartek. Wygląda, jakby chciał powiedzieć:— Panie mecenasie… to miało być „wygrane”!

A pan mecenas milczy.
Bo po co mówić, skoro i tak wszystko jest jasne?
Wyrok zapadł. Honorarium pobrano. Sprawiedliwość (ta urzędowa) została wymierzona.

Daumier narysował to w XIX wieku, a ja patrzę i mam wrażenie, że ten pan w todze mógłby spokojnie pracować i dziś. Zmieniliby mu tylko krój kołnierza i dodali laptop. Reszta — ta sama  obojętność na twarzy, to samo „proszę się nie denerwować, wszystko przebiegło zgodnie z procedurą”.
Najzabawniejsze (i trochę smutne) jest to, że ten biedny człowiek z lewej strony wciąż wierzy, że jak wystarczająco mocno pokaże palcem na wyrok, to coś się jeszcze zmieni.
A pan w todze wie swoje.
Już dawno przestał się przejmować tym, czy klient jest zadowolony.
Wystarczy, że jest… obsłużony.

I dlatego właśnie ta karykatura wciąż działa.
Bo niektóre zawody mają to do siebie, że moda na togi się zmienia, ale mina „ja tu tylko wykonuję swój zawód” — zostaje ta sama.

 Niektóre zawody mają tę szczególną umiejętność: im bardziej ktoś jest zdezorientowany i zdesperowany, tym spokojniejsza robi się mina po drugiej stronie biurka. Daumier tylko narysował to, co wielu z nas od czasu do czasu nadal ogląda na żywo.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 


niedziela, 13 września 2026

SERCE ELWIRY. TERESA CZAJKOWSKA c.d. ROZDZIAŁY 56-57

 


Rozdział 56:  Szmaragdowy akcent

Sanatoryjny grafik na ten dzień został oficjalnie zamknięty. Elwira stała przed lustrem w łazience, a wokół niej unosiła się chmura ulubionych perfum. Na łóżku leżał już przygotowany zestaw: nienagannie wyprasowany, taliowany żakiet w kolorze głębokiego granatu, dopasowane spodnie i elegancki, czarny golf z delikatnej dzianiny. Trzy tygodnie w uzdrowisku zobowiązywały - Elwira doskonale wiedziała, że niedziele i wieczory w sanatorium rządzą się swoimi, eleganckimi prawami.

Helena siedziała w fotelu, z uśmiechem obserwując te przygotowania.

- Wyglądasz zjawiskowo, Elwirko. Ten żakiet idealnie podkreśla twoją talię - pochwaliła ciepło.

- Dziękuję, Helenko. Ale wciąż mam wrażenie, że czegoś tu brakuje... - Elwira zmrużyła oczy, patrząc na swoje odbicie. Czarny golf był elegancki, ale odrobinę zbyt surowy jak na romantyczną kolację. - Ten dekolt jest taki... pusty.

Helena podniosła się z fotela, podeszła do swojej szafki nocnej i wyjęła z niej małe, welurowe puzderko. Otworzyła je z niemal nabożną czcią. W środku, na czarnej poduszeczce, lśnił przepiękny, staroświecki naszyjnik. Wielki,  zielony szmaragd oprawiony w rzeźbione srebro zdawał się tętnić własnym, tajemniczym życiem.

- Weź to - Helena podała jej pudełeczko. - To pamiątka po mojej babci. Szmaragd przynosi szczęście w miłości. Będzie idealnie pasował do twoich oczu i do tego czarnego golfu.

Elwira zaniemówiła. Ostrożnie wyjęła biżuterię. Srebrny łańcuszek był przyjemnie chłodny, ale gdy zapięła go na szyi, szmaragd natychmiast rozświetlił całą jej twarz. Zielony kamień na tle czarnej dzianiny wyglądał królewsko.

 - Helenko... ja nie mogę. To zbyt cenne - szepnęła, dotykając wisiora.

- Możesz i musisz. Dzisiaj jesteś moją... to znaczy, jesteś najpiękniejszą kobietą w Lipowie - poprawiła się szybko Helena, mrugając do niej wesoło. - A teraz uciekaj. Doktor Nikodem na pewno już odlicza minuty do końca dyżuru. Nie każ mu czekać na to wyjątkowe serce.

Elwira spojrzała jeszcze raz na stojący na stole bukiet holenderskich chabrów. Błękit płatków i zieleń szmaragdu na jej szyi tworzyły duet idealny. Była gotowa.

Rozdział 57: Szmaragdowa szczerość

Restauracja mieściła się w podziemiach starej willi. Ceglane ściany, cicha muzyka jazzowa w tle i palące się w świecznikach świece tworzyły intymny, bezpieczny azyl. Nikodem czekał przy stoliku w rogu sali. Gdy zobaczył Elwirę wchodzącą w dopasowanym żakiecie, czarnym golfie i lśniącym na szyi szmaragdzie, natychmiast wstał. Przez kilka sekund po prostu milczał, zafascynowany jej widokiem.

- Wygląda pani... zjawiskowo, Elwiro - odezwał się wreszcie, odsuwając dla niej krzesło. - Ten naszyjnik jest niezwykły. Ma w sobie jakąś tajemnicę.

- Dziękuję - uśmiechnęła się ciepło, siadając naprzeciwko. - To pamiątka rodzinna. Dostałam go na ten wieczór od... od Heleny.

Kolacja mijała w cudownej atmosferze. Rozmawiali o wszystkim - o ich pasjach, marzeniach i o tym, jak sanatorium potrafi odmienić człowieka. Nikodem okazał się niezwykle uważnym słuchaczem. Nie grał roli niedostępnego ordynatora. Był po prostu facetem, który z każdym słowem coraz bardziej zakochiwał się w kobiecie siedzącej naprzeciwko.

W pewnym momencie Nikodem położył swoją dłoń blisko dłoni Elwiry. Spojrzał na nią z głębokim podziwem.

- Wiesz, Elwiro... kiedy patrzę na ciebie, na to, z jaką miłością i oddaniem opiekujesz się swoją mamą, czuję ogromny szacunek. W dzisiejszym świecie ludzie uciekają od odpowiedzialności za rodziców. A ty oddałaś jej całe swoje serce. Helena musi być najszczęśliwszą matką na ziemi

Elwira zamarła. Spojrzała na szmaragdowy naszyjnik, który pulsował zielenią na jej piersi. Słowa Nikodema, choć pełne zachwytu, uderzyły w nią jak obuchem. Poczuła, że jeśli teraz nie powie prawdy, to to małe kłamstwo urośnie do rozmiarów muru, którego nigdy nie zdołają zburzyć. Spojrzała mu prosto w oczy. Jej serce biło szaleńczo, ale w głosie pojawiła się absolutna pewność.

- Nikodem... muszę ci coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.

Lekarz uniósł brwi, wyczuwając nagłą zmianę tonu.- Słucham cię, Elwiro. Coś się stało?




- Helena... Helena nie jest moją matką - wyznała cicho, a kamień, który od dni ciążył jej na piersi, nagle zaczął opadać. - Nie jesteśmy w żaden sposób spokrewnione. Moja rodzona mama została w domu, dzwoniła z zazdrości, bo wie, jak bliska jest mi Helena. Helena to kobieta, która uratowała mnie, kiedy byłam na samym dnie. Dała mi schronienie, miłość i zrozumienie, którego nigdy nie dostałam we własnym domu. Przyjechałam tu z nią, żeby spłacić dług wdzięczności. W urzędzie NFZ i w twoim gabinecie skłamałam, bo... bo bałam się, że nas rozdzielą. Że nie pozwolą mi się nią opiekować.

<><><><><><>

SERCE ELWIRY - link- e-book

DRUGA STRONA DRZWI - link - e-book


SERCE ELWIRY (książka papierowa) -link- w Amazon.com


~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 


sobota, 12 września 2026

DZIĘKUJĘ, POLEŻĘ SOBIE. REAKTYWACJA

„Eksperyment zakończony sukcesem częściowym — ołówek odzyskany, gumka nie.” ( obraz AI)


Niektóre sytuacje w życiu lubią się powtarzać. Czasem po roku, czasem po dwóch, a czasem potrzebują dziesięciu lat, żeby człowiek zdążył o nich zapomnieć.
Ja nie zapomniałam.

W 2016 roku napisałam felietonik pod tytułem „Dziękuję, poleżę sobie”. Powstał po moim spotkaniu ze schodami, z którego to spotkania schody wyszły zdecydowanie zwycięsko.

Kiedy pewien szarmancki pan chciał mnie natychmiast podnosić, odpowiedziałam:

-  Dziękuję, poleżę sobie.

Nie był to przejaw ekstrawagancji. Ja po prostu po upadku mam własną procedurę.

Najpierw leżę. Potem sprawdzam, czy żyję. Następnie ustalam, czy wszystkie części Teresy nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie producent je zamontował. Dopiero później można przystąpić do pionizacji.

Minęło dziesięć lat.

I oto życie postanowiło sprawdzić, czy procedura nadal obowiązuje.

Dzień zaczął się niewinnie, choć pewne sygnały ostrzegawcze pojawiły się wcześniej.

Mój wnuk, szóstoklasista, zadzwonił do mamy niemal płaczliwym głosem:

- Mama, przyjdź, bo dłubałem sobie w uchu ołówkiem zakończonym gumką…

Już samo to zdanie powinno spowodować ogłoszenie alarmu rodzinnego. Ołówek z ucha wyszedł. Gumka postanowiła zostać.

Córka, która pracuje w liceum w budynku obok szkoły swojego syna, ruszyła na ratunek. Zadzwoniła też do mojego męża:
 - Tatusiu, przyjedź. Możliwe, że trzeba będzie jechać z Kubą do laryngologa .

Dziadek wystartował. Do pokonania miał około pięciuset metrów. Nie zdążył. Zanim dotarł, operacja „Gumka” została zakończona sukcesem. Córka poradziła sobie sama.

Po powrocie z pracy córka poszła spać. Trudno się dziwić. Człowiek może pracować jako pedagog wspomagający uczniów z różnymi problemami, ale niekoniecznie jest przygotowany na ucznia, który postanawia przechowywać przybory szkolne we własnym uchu.

Kiedy nadeszła pora obiadu, postanowiłam córce ulżyć. Miałam krem brokułowy. Córka smażyła naleśniki z jabłkami. Pomyślałam więc, że zaniosę im zupę.

I tu zaczyna się druga część rodzinnego programu edukacyjnego pod tytułem:

„Czego dzisiaj nie należy robić”.

Zaniosłam na  piętro gorącą zupę w garnku. Garnek odstawiłam bezpiecznie na gorącą płytę elektryczną. I całe szczęście. Bo kiedy się odwróciłam, nogi najwyraźniej podjęły decyzję bez konsultacji z właścicielką.

Nie runęłam.

„Runęłam” brzmi zbyt dramatycznie. Ja wykonałam coś w rodzaju kontrolowanego, choć zupełnie nieplanowanego ślizgu po podłodze, zakończonego pozycją horyzontalną. Bolesną. Na szczęście bez garnka.

Leżałam więc sobie na boku i przeprowadzałam znaną od dziesięciu lat procedurę diagnostyczną.

Żyję?
Żyję.

Ręce są?
Są.

Nogi?
Też, choć jedna zgłasza reklamację.
Natychmiast zareagowała wystraszona córka:
-  Mamusiu, podniosę cię!

I nagle, mimo bolącej nogi, zachciało mi się śmiać. Przecież ja tę scenę już znam!
- Nie. Dziękuję. Poleżę sobie.

Tym razem córka, o dziwo, uszanowała procedurę.

Po chwili, posługując się sprawniejszą stroną własnej osoby, doczołgałam się do fotela. Tam skończyła się autonomia poszkodowanej. Córka  mnie do niego wciągnęła.

Teraz jestem już na parterze, noga boli, rodzina nakarmiona, gumka została wydobyta z ucha, krem brokułowy nikogo nie poparzył. 

Nie wiem, czy gumka w uchu była winna  czy zbyt śliska podłoga. 

Później powiedziałam o wszystkim drugiej córce mieszkającej oddzielnie. Dzwoniła pytając, jak mija dzień. Po upewnieniu się, że jestem w całości, i to pod humorem, zapytała:

- Mamusiu, a podniosłaś przy okazji coś z podłogi?

- Nie. Nie było czego. Świeżo umyta, porządeczek.

- No dobrze... okoliczności łagodzące. 😂😂😂  Bo podobno starszy człowiek, kiedy już upadnie, najpierw sprawdza, czy wszystko ma całe, a potem rozgląda się dookoła: „Skoro już tu jestem, to może przy okazji coś podniosę”.

No proszę... Człowiek całe życie uczy się gospodarności...

Moje córki od dziewiętnastego roku życia sprowadziły się do Poznania na studia  i najwyraźniej zdążyły już przesiąknąć wielkopolską gospodarnością.

Bilans dnia można więc uznać za dodatni. Tylko papugi ćwierkają jak oszalałe. 
I kiedy tak siedzę ze słuchawkami na uszach (ach ten świergot - nie do wytrzymania), myślę sobie, że przez dziesięć lat człowiek może naprawdę bardzo się zmienić. Może napisać setki tekstów. Może przeżyć mnóstwo nowych rzeczy. Może nawet napisać książki. Ale są wartości niezmienne. Na przykład ta, że kiedy już człowiek porządnie znajdzie się na podłodze, nie należy go natychmiast podnosić. Najpierw trzeba mu pozwolić spokojnie sprawdzić, czy nadal jest sobą.

A potem?
Dziękuję. Jeszcze chwilę poleżę sobie. 🤣❤️



~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

piątek, 11 września 2026

ŚLADY NA PARTERZE, SEKUNDY OD HISTORII


„...Pamiętajmy dzisiaj o tych, którzy nie zdążyli wyjść poza tamte mury. W Polsce mamy niezwykły monument – odsłonięty w Kielcach pomnik ”HOMO HOMINI” przedstawiający dwie pęknięte, zniszczone kolumny nienawiści. Kiedy patrzę na to dzieło, widzę w nim to samo pęknięcie, które tamtego września poczułam we własnym sercu, martwiąc się o córkę i opłakując tych, którzy nie mieli jej szczęścia.”


Pomnik Homo Homini w Kielcach poświęcony ofiarom 
ataku terrorystycznego na wieże World Trade Center

 

Dwie wieże, jedno wspomnienie i sekundy, które decydują o życiu

Dzisiaj przypada kolejna rocznica 11 września – dnia, który na zawsze zmienił współczesny świat i wrył się w pamięć każdego z nas czarną, bolesną kreską. Często słyszymy głosy: „A co nas to obchodzi? To było tak daleko, za oceanem, to nie nasza sprawa”.

Ale świat jest mały, a ludzkie losy przeplatają się w najmniej oczekiwanych momentach. Dla mnie ten dzień zawsze niesie ze sobą bardzo osobiste, przeszywające dreszczem refleksje.

W wakacje 1999 roku jedna z moich córek, będąc jeszcze studentką anglistyki, wojażowała z dwoma koleżankami ze studiów po Stanach Zjednoczonych. Jednego z tych słonecznych dni zwiedzały Nowy Jork. Los sprawił, że ich kroki skierowały się prosto pod potężne bliźniacze wieże World Trade Center. Wspólnie spacerowały po wielkim parterze tego kompleksu, chłonąc atmosferę Ameryki i ciesząc się studencką wolnością. Znalazły się tam we właściwym czasie – ich wakacje się skończyły, wróciły bezpiecznie do Polski, do domu.

Dwa lata później, w ten pamiętny wtorkowy wrzesień, świat nagle zamarł. Doskonale pamiętam tamtą chwilę. Byłam wtedy w Płocku. Jechaliśmy z mężem samochodem ulicą Kilińskiego, kiedy z głośników radia popłynął ten pierwszy, zatrważający komunikat. Trudno mi było w to uwierzyć, to brzmiało jak nierealny scenariusz filmowy.

Właśnie miałam uzupełnić wyposażenie na nasz zaplanowany, kilkudniowy złaz nad morzem. Ogarnięta niepokojem i myślą o córce, która przecież niedawno tam stała, zaczęłam gorączkowo dzwonić do organizatora oraz współuczestników wyjazdu, będąc przekonana, że w obliczu tak potwornej tragedii wszystko zostanie odwołane. Niestety – a może na szczęście – życie musiało toczyć się dalej. Pojechaliśmy, ale pobyt nad morzem w tamte dni stał się dla mnie jednym z najsmutniejszych urlopów w życiu. Szum fal nie przynosił ukojenia, a w głowie bez przerwy kołatały się obrazy z Nowego Jorku.

Kiedy patrzyłam na walące się wieże, przed oczami miałam ten parter, po którym niedawno chodziło moje własne dziecko. Dla polskich studentów wrzesień to wciąż czas wolny poza murami uczelni. Moja córka i jej przyjaciółki miały ogromne szczęście, że ich czas w Nowym Jorku przypadł na inny rok.

Inni młodzi ludzie, turyści, pracownicy i marzyciele tego szczęścia nie mieli. O tej czarnej, porannej godzinie znaleźli się wewnątrz wież, stając się częścią tragedii, która nigdy nie powinna się wydarzyć.

11 września to przypomnienie, jak niesamowicie kruche jest nasze życie. Czasem o wszystkim decyduje przypadek, sekunda, właściwy rok lub właściwa godzina. Pamiętajmy jutro o tych, którzy nie zdążyli wyjść poza tamte mury.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki