Translate

poniedziałek, 20 lipca 2026

SKRZYNKA, PIASEK W OCZACH I SZKOLNA KLAMKA - MOJA HISTORIA Z PRZESZŁOŚCI




   Kiedy pisałam dla Was pierwszą część historii o dziewczynie z obrazu Pauli Rego, która skulona na kanapie walczyła z nocnymi dylematami, nie powiedziałam Wam jednego. Ja nie musiałam tej historii zbytnio zmyślać. Ja te emocje znam z własnego życia. Widok tej skulonej postaci obudził we mnie wspomnienia z czasów, gdy jako młoda dziewczyna, po ukończeniu Studium Muzycznego, odbywałam roczną praktykę jako nauczycielka w wiejskiej szkole.

   Mieszkałam wtedy z rodzicami w mieście, ponad 20 kilometrów dalej. W szkole dostałam skromny pokój na piętrze. Przedpokój i łazienkę dzieliłam z inną nauczycielką i jej dwójką małych dzieci. Na parterze natomiast mieszkał sam pan kierownik z żoną. Dojeżdżałam do domu, kiedy mogłam, ale wracać musiałam zawsze ostatnim autobusem o 20:00, żeby rano zdążyć na lekcje.

   Pewnego jesiennego, chłodnego wieczoru mój autobus się spóźnił. Koleżanka zza ściany, przekonana, że zostałam na noc u rodziców, zamknęła na głucho solidne drzwi do wspólnego przedpokoju. Kiedy zmęczona dotarłam na piętro, zastałam absolutny mur.

  Na korytarzu nie było żadnej wygodnej kanapy. Była tylko surowa, drewniana skrzynka i rzucone obok przez koleżankę stare, nietrzepane chodniki. Nie chcąc robić rabanu i stawiać na nogi kierownika na dole ani budzić dzieci, podjęłam decyzję: przetrwam. Ułożyłam się na tej twardej skrzynce, naciągnęłam na siebie szorstkie chodniki, a z każdym moim oddechem z materiału sypał się piasek, prosto w oczy.

   O zaśnieńciu nie było mowy. Chłód dawał się we znaki, a po jakimś czasie – zupełnie jak u dziewczyny z obrazu – mój pęcherz zaczął bezlitośnie nadawać sygnał alarmowy.

  Nie brałam pod uwagę pukania do koleżanki. Postanowiłam wymknąć się cichaczem na zewnątrz, do toalety na podwórku. Musiałam jednak rozegrać to dyplomatycznie, by w razie czego stworzyć pozory, że normalnie schodzę z góry. Podeszłam do drzwi, wyciągnęłam rękę i delikatnie, z duszą na ramieniu, nacisnęłam głośną, metalową klamkę.

   I to był mój ratunek! Ten jeden metaliczny dźwięk w ciszy nocy sprawił, że koleżanka natychmiast się obudziła. Gdy otworzyła drzwi i zobaczyła mnie na tej skrzynce, w kurzu i zaspaniu, natychmiast zalała się potokiem przeprosin: „Dla Boga, Teresa! Dlaczego mnie nie budziłaś?!”.

   Dziewczyna z obrazu Pauli Rego wciąż czeka na swoją decyzję przy klamce. Ja moją podjęłam lata temu na szkolnym korytarzu. I wiecie co? Czasem warto zaryzykować i chwycić za tę skrzypiącą klamkę buntu, bo za drzwiami zamiast kary, może czekać po prostu ciepłe łóżko i pomocna dłoń.



Aneks po latach, czyli jak skrzynka buduje przyjaźń:

  Gdy rano cała sprawa wyszła na jaw, zadziwiona była nie tylko moja współlokatorka. Żona kierownika szkoły, która mieszkała na dole, łapała się za głowę, słysząc o moich nocnych manewrach z klamką. „Teresa! Przecież mogłaś bez wahania zapukać do nas! Przecież byśmy Cię nie zostawili na tym korytarzu!” – powtarzała z niedowierzaniem.

   Moja przesadna skromność i strach przed zrobieniem rabanu o mało nie skończyły się przeziębieniem, ale to właśnie ta noc i moja korytarzowa dyplomacja sprawiły, że z żoną kierownika złapałyśmy niesamowity kontakt. Przełamałyśmy pierwsze lody w najbardziej nietypowy sposób z możliwych i tak narodziła się piękna, serdeczna przyjaźń, która trwała przez kolejne lata. Życie bywa przewrotne – czasem wystarczy jedna głośna klamka, by otworzyć drzwi do relacji na całe życie!

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

niedziela, 19 lipca 2026

BARBARA. cz.3 - PRAWDA, KTÓRA WYZWALA


   To była randka, która na zawsze miała zmienić trajektorię ich losów. Siedzieli naprzeciwko siebie, a między nimi wisiało ciężkie, duszne milczenie, które Maciej w końcu postanowił przerwać. Spojrzał Barbarze głęboko w oczy i zadał pytanie, które brzmiało dziwnie, wręcz nierealnie:
– Basiu... co byś zrobiła, gdybyś dowiedziała się, że cię zdradziłem?

  Barbara na chwilę zamarła. W pierwszym odruchu pomyślała, że Maciej wciąż błądzi myślami wokół dawnego zranienia, którego doznał od Ewy. Sądziła, że to tylko teoretyczne, bolesne rozważania człowieka, który sam przeszedł przez piekło nielojalności.

 Jednak on drążył dalej, jego wzrok był natarczywy, wyczekujący. Barbara, wyprostowana, z wrodzoną sobie godnością, odpowiedziała spokojnie, choć jej serce biło jak szalone:
– Nie byłam nigdy w takiej sytuacji i nie potrafię wejść w skórę osoby zdradzonej. Ale wiem jedno: gdyby to naprawdę mnie spotkało, wówczas mogłoby nastąpić tylko jedno. Rozstanie.
Na te słowa Maciej chyba czekał, bo z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie, a z ust padło porażające wyznanie:
– Zdradziłem cię. Z Ewą.

 Świat wokół Barbary na moment zawirował, ale ona nie osunęła się na ziemię. Słuchała w oszołomieniu, jak Maciej zaczyna się gorączkowo tłumaczyć. Jego słowa brzmiały niedojrzale, niemal groteskowo. Mówił, że to nie była miłość, ale plan. Chciał się na Ewie zemścić, rozkochać ją w sobie na nowo, a potem rzucić z hukiem, by cierpiała tak samo, jak on cierpiał przez nią dwa lata temu. Był przekonany, że Barbara – ta mądra, dobra Barbara – zrozumie jego męską dumę, wybaczy mu tę „strategię”, a Ewa zostanie ukarana.

 Barbara patrzyła na człowieka, którego kochała, i widziała kogoś obcego. Zrozumiała, że nie chce być pionkiem w jego toksycznej grze z przeszłością. Pokazała niesamowitą klasę i siłę, o jakiej wiele kobiet mogłoby tylko pomarzyć.

  – Wybaczam ci – powiedziała cicho, ale jej głos nie zadrżał. – Wybaczam, bo nie chcę nosić w sobie jadu. Ale odchodzę. To koniec.

  Jej decyzja stała się jeszcze bardziej ostateczna, gdy wkrótce potem miasteczko obiegła kolejna wieść: Ewa była w ciąży. Aby uratować resztki własnego ego, była narzeczona Macieja rozsiewała plotki, że gotowa jest przyjść na ślub Barbary z widocznym brzuszkiem. Barbara nie zamierzała brać udziału w tym spektaklu. Spakowała swoje marzenia, zwinęła nienaruszone bele materiału na ślubną suknię i odcięła się od tamtego świata. Dla własnego dobra, by uleczyć poturbowane serce, zerwała też kontakt z Niną. Nie chciała żadnych łączników z Maciejem. Odmówiła nawet zostania matką chrzestną dziecka Ewy, choć Nina tak bardzo o to prosiła. To był całkowity detoks od przeszłości.

  Minęły miesiące. Cierpienie powoli dogasało, ustępując miejsca dumie i spokojowi. I wtedy nadszedł ten grudniowy czas. W skrzynce pocztowej Barbary pojawiło się zaproszenie na wesele kuzynki – dla niej, z osobą towarzyszącą. Pierwszą myślą był lęk i chęć ucieczki. Jednak jej siostra wzięła sprawy w swoje ręce i „załatwiła” towarzystwo Roberta – kolegi, który od dawna patrzył na Barbarę z cichym zachwytem. Barbara uznała, że to idealny moment, by wyjść do świata. By pokazać wszystkim, a przede wszystkim sobie, że puściła w niepamięć tamten ból.



  Włożyła spektakularną, kobaltową suknię, złote pantofelki, a na głowę wsunęła wielki niebieski kapelusz. Wyglądała jak z obrazu. Ale tuż przed wyjściem z domu usiadła na chwilę obok Roberta. Nagle uderzyła w nią fala wspomnień, trauma tamtych miesięcy wróciła ze zdwojoną siłą. Robert, niezwykle taktowny i dojrzały, nie dawał niczego po sobie poznać. Nie pytał o Macieja, nie drążył ran. Obiecał jej po prostu dobrą, bezpieczną zabawę.

  Kościelną przysięgę młodej pary Barbara ledwo wytrzymała – każde słowo o wierności kłuło ją w serce. Podczas składania życzeń tylko mocno, bez słów, uścisnęła pannę młodą. Pęknięcie nastąpiło dopiero na przyjęciu, gdy orkiestra zaczęła grać namiętne, rzewne tango. Wtedy wszystkie tamowane przez miesiące łzy znalazły ujście. Barbara wtuliła się w elegancki garnitur Roberta, łkając cicho, a on po prostu trzymał ją w ramionach. Nie puszczał, nie oceniał. Tańczył z nią tak długo, aż jej szloch ucichł. Wtedy dyskretnie wytarł chusteczką jej oczy, podał ramię i bez słowa wygłosił angielskie pożegnanie z gośćmi.

  Wyszli w grudniową, mroźną noc. Z sali weselnej wyszła poraniona Barbara i Robert – mężczyzna, który od tej nocy zaczął pisać w jej życiu zupełnie nową, czystą kartę.
Kilka dni później, za plecami Barbary, jej przyjaciółka wraz ze swoim partnerem - przyjacielem z lat szkolnych Roberta  zaaranżowali ich kolejne spotkanie – tym razem w tajemnicy przed nią, by dać im przestrzeń bez presji. Od tamtego dnia, oparci na najpiękniejszym fundamencie – Barbara i Robert - na pełnej, czystej prawdzie – idą przez życie razem. I ta piękna historia, pełna szacunku i prawdziwej miłości, toczy się niezmiennie aż do dziś.

Barbara, której zwierzenia opisałam w tej historii powiedziała coś, co muszę dopisać:

"Dziś, po wielu latach, wiem jedno. Tamten ból nie był końcem mojej historii. Był tylko ostatnią stroną rozdziału, po którym życie zaczęło pisać następny."

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

sobota, 18 lipca 2026

BARBARA .cz.2 -MELODIA ZDRADY I BŁĘKITNE OBIETNICE


  Zanim w życiu Macieja pojawiła się Barbara, w jego rodzinnym mieście istniała tylko jedna prawda: Maciej i Ewa. Byli parą od czasów szkoły średniej, piękną, młodą i zdawało się – nierozłączną. Wszyscy znali ich splecione dłonie i wielkie plany na przyszłość, którymi dzielili się przy stoliku w swojej ulubionej kawiarni. W te wieczory, gdy na małej scenie grał lokalny zespół, Maciej i Ewa tańczyli zatraceni w sobie, aż ucichł ostatni takt muzyki, a kelnerzy gasili światła.

  Wszystko zmieniło się jednego lata. Maciej nie dostał się na wymarzone studia, a los, zamiast indeksu, wręczył mu bilet do wojska. Dla zakochanych to był szok. Płakali na dworcu, ale przysięgali sobie wierność. „Dwa lata miną szybko, miłość wszystko przetrwa” – szeptali między jednym a drugim gwizdkiem pociągu.

 Rzeczywistość okazała się jednak mniej romantyczna. Koszarowa codzienność Macieja była pełna tęsknoty, ale prawdziwy dramat rozgrywał się w jego rodzinnym miasteczku. Ewa, początkowo samotna, szybko wróciła do ich ulubionej kawiarni. Najpierw przychodziła tam z koleżanką, by słuchać znajomej orkiestry. Z czasem jednak muzyka zaczęła brzmieć dla niej inaczej. Jeden z muzyków – kontrabasista – stał się dla Ewy kimś więcej niż tylko artystą ze sceny.

  Miasto, jak to niewielkie  miasto szybko zaczęło huczeć od plotek. Ludzie szeptali za plecami rodziców Macieja, sąsiedzi odwracali wzrok. Zgorszenie sięgnęło zenitu, gdy Ewa, nie czekając na koniec służby narzeczonego, spakowała walizki i uciekła z kontrabasistą do miasta wojewódzkiego. Zostawiła po sobie tylko niesmak i złamane serce chłopaka w mundurze. Maciej, wracając na rzadkie przepustki, chodził jak struty. Zdrada nie mieściła się w jego najgorszych snach. Cierpiał głęboko, błądził w swoich myślach, podnosił się i znów upadał, aż w końcu nadszedł dzień wyjścia do cywila. Tydzień później stał na przystanku autobusowym obok Niny, patrząc na wysiadającą z wozu Barbarę.

  Gdy Nina opowiedziała Barbarze całą tę historię, chciała być czysta i uczciwa. Barbara słuchała z przejęciem. W jej młodym, ale już ukształtowanym moralnie sercu zrodziła się jedna, twarda myśl: „Takiej zdrady się nie wybacza. Ja bym nie wybaczyła”. Zastanawiała się, czy rany Macieja po tak wielkim ciosie zdołały się choć trochę zabliźnić. Czas był przecież zbyt krótki, by zapomnieć o kobiecie, z którą planowało się życie.

  Mimo tych obaw, życie pisało własny scenariusz. Między Barbarą a Maciejem wybuchło uczucie. Stali się parą. Barbara wnosiła w jego mroczny świat światło, spokój i nową nadzieję. Jednak z czasem, spacerując z nim ulicami jego miasteczka, zaczęła dostrzegać coś niepokojącego. Gdy trzymali się za ręce, a dawni znajomi Macieja odprowadzali ich wzrokiem, Barbara miała wrażenie, że on unosi głowę odrobinę za wysoko. W jego gestach czaiła się dumna, wręcz wyzywająca nuta. Czy on naprawdę kochał ją tak czysto, jak ona jego? Czy może, podświadomie, chciał udowodnić całemu miasteczku i dawnej narzeczonej: „Spójrzcie, nic mnie nie złamało. Jest ze mną dobrze. Stać mnie na taką piękną, wartościową dziewczynę”?



  Rozmowy o wspólnym życiu stawały się coraz częstsze. Choć Maciej dziwnie ociągał się z oficjalną deklaracją przed rodzicami Barbary, machina przygotowań ruszyła. Barbara, zakochana i ufna, kupiła już piękny materiał na suknię ślubną, a krawcowa zaczęła nanosić pierwsze poprawki na wykrój. Pewnego popołudnia, wraz z mamą i siostrą Macieja, Barbara wybierała elegancki materiał na kostium do ślubu cywilnego. Atmosfera była podniosła, ale to właśnie wtedy, między dotknięciami gładkich bel materiału, matka Macieja westchnęła ciężko i wygadała się, że chłopak od dłuższego czasu nie sypia po nocach. Że dręczą go jakieś ogromne, głębokie problemy.

  Barbara poczuła, jak lodowata dłoń zaciska się na jej sercu. Intuicja podpowiadała jej, że błękitne niebo, które nad nimi rzekomo nastało, zaraz przetnie potężna błyskawica. Nie myliła się. Od Niny, po długich naciskach, wyciągnęła wstrząsającą wiadomość: Ewa wróciła do miasteczka. Sama. Bez kontrabasisty. I za wszelką cenę próbowała odzyskać kontakt z Maciejem...

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

piątek, 17 lipca 2026

BARBARA - cz.1. POCZĄTEK W CHMURACH I ZAPACH KAWY


   Wszystko zaczęło się od zapachu starego hotelowego pokoju i gwaru studenckich korytarzy. Barbara i Nina poznały się na egzaminach wstępnych – w miejscu, gdzie setki młodych ludzi próbowało schwytać za ogon swoje marzenia o przyszłości. Choć zdawały na różne kierunki, ich ścieżki przecięły się na tym samym, tętniącym życiem wydziale. Pochodziły z pobliskich, sąsiadujących ze sobą miast i szybko uznały, że wspólne wynajęcie skromnego pokoju na te kilka stresujących dni będzie nie tylko tańsze, ale i znośniejsze dla młodych, zagubionych serc.

  Te kilka nocy spędzonych na szeptach, gdy za oknem dogasały latarnie, skróciło dystans lat. W małym pokoju, przy blasku pojedynczej lampki, dziewczęta opowiedziały sobie więcej, niż mówi się starym, wieloletnim znajomym. Barbara czuła, że zyskuje bratnią duszę. Była wtedy wolna – chłopak, do którego wcześniej wzdychała czystą, platoniczną miłością, okazał się niewart nawet jednego jej spojrzenia. Miała czystą kartę i serce gotowe na to, co przyniesie los.

  Gdy egzaminy dobiegły końca, Nina z entuzjazmem zaprosiła Barbarę do swojego rodzinnego miasta. Dzień był słoneczny, a powietrze pachniało latem. Barbara wysiadła z autobusu, spodziewając się, że na przystanku zobaczy Ninę w towarzystwie jej chłopaka, Mariusza. Jednak u boku przyjaciółki stał ktoś inny. Wysoki, postawny, o magnetycznym spojrzeniu, które natychmiast przykuwało uwagę.

   - Barbaro, poznaj Macieja -  powiedziała z uśmiechem Nina. -  Spotkałam go po drodze. To mój sąsiad z ulicy, kolega z dzieciństwa. Dopiero co, dosłownie tydzień temu, zrzucił wojskowy mundur i wrócił do domu.

  Maciej był dokładnie tym typem mężczyzny, który od zawsze budził zainteresowanie Barbary. Miał w sobie męską surowość żołnierza zmieszaną z jakimś nieuchwytnym, głębokim smutkiem, który czaił się na dnie jego oczu. Podczas tego pierwszego, krótkiego spotkania w kawiarni oboje byli powściągliwi. Rozmowa rwała się jak nitka, niewiele o sobie zdradzili, ale iskra została skrzesana.

  Gdy Barbara wróciła do swojego domu, telefon zadzwonił niemal natychmiast. To była Nina.
– Basia, Maciej oszalał na Twoim punkcie – trajkotała do słuchawki przyjaciółka. – Wypytywał o wszystko. Chciał przede wszystkim wiedzieć, czy Twoje serce jest wolne. Od razu mu powiedziałam: „Drogi mój, jesteś dorosły, nie będę wam swatką ani pośredniczką, dzwoń do niej sam”.

  Barbara, owijając wokół palca kabel od telefonu, uśmiechnęła się do własnego odbicia w szybie. Poczuła przyjemne ciepło.
– Nino... – zaczęła cicho, lekko przygryzając wargę. – Ale wolałabym wiedzieć o nim coś więcej, zanim zatelefonuje. Kim on tak naprawdę jest?

  Nina na chwilę zamilkła po drugiej stronie linii. Ta cisza była gęsta, zapowiadająca, że historia Macieja niesie ze sobą cienie, o których Barbara nie miała jeszcze pojęcia. Nina chciała być wobec nowej przyjaciółki absolutnie uczciwa. Bo Maciej, choć wolny, wracał z wojska jako człowiek z duszą poranioną przez kobietę, która była całym jego dotychczasowym światem...

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

czwartek, 16 lipca 2026

SEZON II, ODCINEK 5: ŚWIT NAD SEKWANĄ I OBIETNICA POWROTU


  Szalone rytmy paryskiego walca powoli cichły, ustępując miejsca spokojnym, leniwym dźwiękom. Kolorowe lampiony na statku „Le Coquelicot” zgasły, gdy nad Paryżem zaczęło wstawać nowe, lipcowe słońce. Niebo nad Sekwaną przybrało przepiękny, pastelowy kolor różu i błękitu, a ranna mgła delikatnie unosiła się nad lustrem wody.

   
   Anna i Ivo, lekko zmęczeni ale niesamowicie szczęśliwi, siedzieli przy drewnianej barierice pokładu, trzymając w dłoniach parujące filiżanki mocnej, paryskiej kawy, którą osobiście zaparzył dla nich Pierre. Obok nich zasiedli zmęczeni, ale promienni muzycy. Gerard z czułością odkładał swój akordeon do futerału, Marc masował spracowane od gry na kontrabasie palce, a pies Ivesa spał smacznie, opierając głowę na bucie swojego niewidomego pana.


   -  To była najpiękniejsza noc w naszym życiu – powiedziała cicho Anna, patrząc, jak pierwsze promienie słońca oświetlają czubki wież Notre-Dame. – Przyszliśmy tu jako zwykli turyści, a dzięki wam poczuliśmy się, jakbyśmy odnaleźli dawno niewidzianą rodzinę.

   Pierre poprawił swój nieodłączny kapelusz z makiem i uśmiechnął się ciepło.

   - Bo muzyka i wrażliwość nie potrzebują paszportów ani tłumacza, madame Anno – odparł miękko Pierre. – Wy przynieśliście nam swoją młodą radość, opowieści o bezpłotowym raju waszych ojców, o Maksie i Toffi. Przypomnieliście nam, starym urwisom, dlaczego kilkadziesiąt lat temu pokochaliśmy tę scenę.
Pierre spojrzał tajemniczo na Ivo.

- Chciałbym jeszcze kiedyś wam pokazać pewne miejsce... Mało który turysta o nim wie.

  Ivo wstał i po kolei uścisnął dłonie wszystkim czterem przyjaciołom.

   - Panowie, obiecajcie nam jedno - powiedział ze szczerym błyskiem w oku Ivo. - Że kiedy wrócimy tu za rok, wasz statek wciąż będzie cumował w tym samym miejscu, a z pokładu znowu usłyszymy aksamitny kontrabas Marca, harmonię Gerarda, saksofon Ivesa i głos Pierre'a.

  Ives podniósł głowę, poprawił ciemne okulary i uśmiechnął się szeroko.

  -  O to prosimy się nie martwić, monsieur Ivo. Dopóki w naszych żyłach bije krew, a serca widzą doskonale, kapelusze z czerwonym makiem będą na nas czekać. 
Jak to mówią u was w Polsce? 
Do zobaczenia!



   Gdy Anna i Ivo schodzili po drewnianym trapie na kamienne nabrzeże, cała czwórka muzyków machała im na pożegnanie.




 Paryż budził się do życia, ulica powoli napełniała się pierwszymi przechodniami, a w sercach polskich turystów brzmiała najpiękniejsza, nieśmiertelna melodia przyjaźni, która właśnie zapisała swój najnowszy, wspaniały rozdział.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj



środa, 15 lipca 2026

SEZON II, ODCINEK 4: NOCNA POTAŃCÓWKA POD LAMPIONAMI


   Zjazd szklaną windą na dół minął im w radosnej atmosferze, a gdy tylko całe towarzystwo z powrotem postawiło stopy na pokładzie statku „Le Coquelicot”, nostalgiczny nastrój z Wieży Eiffla natychmiast ustąpił miejsca czystej, paryskiej energii. Noc nad Sekwaną była wyjątkowo ciepła, a kolorowe lampiony odbijały się w falującej wodzie niczym małe, tęczowe iskierki.

   -  No, chłopaki, koniec tego rozczulania się w chmurach! – zawołał dziarsko Gerard, zdejmując marynarkę i z wielką ulgą zakładając na ramiona skórzane pasy swojej guzikowej harmonii. – Czas pokazać naszym polskim przyjaciołom, jak bawią się starzy urwisi z Montmartre’u! Marc, łap za pudło!

    Stary kontrabasista Marc tylko mruknął z zadowoleniem pod nosem, uderzył dłonią w grube struny i z instrumentu wydobył się potężny, pulsujący rytm, od którego deski pokładu aż zaczęły drżeć. Zaraz za nim Gerard ruszył z ognistym, tradycyjnym paryskim walcem musette. Muzyka była tak skoczna, tak zaraźliwa i pełna życia, że nie dało się ustać w miejscu.


   Ivo nie czekał ani sekundy. Spojrzał na Annę z tym swoim błyskiem w oku, złapał ją mocno w pasie i porwał na sam środek drewnianego pokładu.

  -  Tańczymy, kochanie! - zaśmiał się, kręcąc nią tak dynamicznie, że jej jasne włosy zatańczyły w powietrzu.





   Anna na początku aż pisnęła z zaskoczenia, ale już po chwili głośno się roześmiała, całkowicie poddając się rytmowi. Wirowali między stolikami, pod tymi wszystkimi kolorowymi lampkami, a jej biała sukienka falowała w takt szalonego akordeonu Gerarda. Ivo prowadził ją pewnie, z ogromną lekkością, a z ich twarzy nie schodziły promienne uśmiechy. Wszystkie troski, tęsknota za Maksem i zmęczenie podróżą nagle odpłynęły gdzieś daleko z prądem Sekwany.

   Pierre stanął przy mikrofonie z gitarą, podrzucając rytmicznie swój kapelusz z makiem, i zaczął śpiewać pełnym głosem, zarażając humorem wszystkich wokół. Nawet niewidomy Ives siedział na swoim krześle, tupiąc rytmicznie nogą w rytm muzyki, a jego wierny pies machał wesoło ogonem, jakby on też chciał dołączyć do tej nocnej zabawy.

 Ludzie spacerujący po kamiennym nabrzeżu Sekwany zatrzymywali się, klaskali w dłonie i machali do nich z uśmiechem. Na tym małym, drewnianym statku właśnie działała się najprawdziwsza magia – muzyka starych przyjaciół połączyła się z młodą, polską miłością w jeden wielki, radosny taniec, który mógłby trwać aż do białego rana.

(c.d. nastąpi)

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj



wtorek, 14 lipca 2026

SEZON II. ODCINEK 3: PODNIEBNA SERENADA NA JEDNO SERCE


Wieża Eiffla powoli zaczynała cichnąć. Gwar rozmów cichł, kelnerzy dyskretnie sprzątali sąsiednie stoliki, a za panoramiczną szybą miasto wyglądało jak rozsypany worek drogocennych diamentów. Anna siedziała wtulona w ramię Ivo, czując, jak bąbelki szampana i niesamowite opowieści starych muzyków wprowadzają ją w stan absolutnego, błogiego rozrzewnienia.

Ives, który przez cały czas z uśmiechem przysłuchiwał się westchnieniom Anny, nagle sięgnął ręką po swój wysłużony, skórzany futerał przewieszony przez oparcie fotela.

  - Wiecie co, moi drodzy? - zaczął cicho Ives, sprawnymi, wyczulonymi palcami odpinając klamry. - Nasz kontrabas i akordeon odpoczywają na dole, na fali Sekwany. Ale mój mały przyjaciel zawsze podróżuje ze mną. Ochrona przymknęła oko, bo mój pies robi za nas dwóch świetne wrażenie. Skoro noc jest taka piękna, a pani, madame Anno, ma tak niezwykle czułą duszę... zagram coś. Cichutko, tylko dla waszego stołu.
Anna aż wstrzymała oddech z wrażenia. Ives z niezwykłą delikatnością złożył saksofon, przyłożył ustnik do warg i zamknął oczy pod ciemnymi okularami.

   Z metalowego korpusu instrumentu popłynął pierwszy dźwięk. Był tak cichy, aksamitny i ciepły, że niemal stopił się z nocną panoramą Paryża. Ives zaczął grać motyw z utworu „Petite Fleur”, ale w zupełnie nowej, wolniejszej, niezwykle intymnej aranżacji.


   Ton saksofonu wibrował w powietrzu, opowiadał o miłości, o tęsknocie za domem, o braku płotów między ludzkimi sercami i o tym, że najpiękniej widzi się właśnie duszą.

   Annie momentalnie zakręciły się łzy w oczach. Poczuła, jak po policzku spływa jej łza czystego, głębokiego wzruszenia. Ivo, widząc to, bez słowa przyciągnął ją jeszcze mocniej do siebie, gładząc jej dłoń i pozwalając, by ta chwila całkowicie ich porwała. Nawet stary Marc i Pierre siedzieli w absolutnym milczeniu, zapatrzeni w migoczące światła w dole, zdejmując w zamyśleniu swoje kapelusze z makiem.

   Gdy ostatnia, miękka nuta rozpłynęła się w chmurach nad Sekwaną, Anna ukradkiem otarła oczy serwetką.


  - Panie Ives...- szepnęła drżącym głosem. -  To było... najpiękniejsze, co w życiu słyszałam. Rozpłakałam się jak dziecko.

  Ives uśmiechnął się swoim najcieplejszym uśmiechem, chowając instrument z powrotem do futerału.

   -  Łzy wzruszenia u tak pięknej kobiety to dla starego, ślepego jazzmana największe brawa, madame - odparł cicho.

   - Muzyka ma poruszać serce. A wasze bije dzisiaj dokładnie w rytm Paryża.

  Pierre podniósł swój kieliszek, w którym mieniły się ostatnie bąbelki szampana.

  - No to co, kochani? - zapytał z błyskiem w oku Pierre. - Skoro Ives roztopił już nasze serca w chmurach, czas wracać na ziemię. A właściwie na wodę! Zapraszam was z powrotem na pokład „Le Coquelicot”. Tam czeka reszta instrumentów i prawdziwa, nocna zabawa! „No widzicie? Dobrze zrobiłem, że wziąłem akordeon. Nigdy nic nie wiadomo!”

I wszyscy wybuchają śmiechem.

(c.d. nastąpi)


<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

poniedziałek, 13 lipca 2026

SEZON II, ODCINEK 2. : SPOTKANIE W CHMURACH I SZAMPAN NAD SEKWANĄ



 Przeszklona winda sunęła w górę gładko, a rozświetlony milionami świateł Paryż powoli kurczył się pod stopami Anny i Ivo. Anna z zachwytu niemal przykleiła nos do szyby, podziwiając wstęgę Sekwany, która z tej perspektywy wyglądała jak błyszczący, czarny wąż usiany złotem.

 -  Ivo, spójrz na to... -  szepnęła oczarowana, mocniej splatając swoje palce z jego dłonią. -  Tam w dole płynie nasz stateczek „Le Coquelicot”. To niesamowite, że jeszcze godzinę temu słuchaliśmy tam muzyki, a teraz jesteśmy prawie w chmurach.

   -  To jest właśnie magia tego miasta, kochanie  - uśmiechnął się Ivo, całując ją delikatnie w skroń. - A najlepsze dopiero przed nami.

   Gdy drzwi windy otworzyły się na samym szczycie, uderzył ich elegancki gwar ekskluzywnej kawiarni. Kelner w nieskazitelnym garniturze natychmiast poprowadził ich do strategicznie ulokowanego stolika tuż przy wielkiej, panoramicznej szybie.

  Anna aż wstrzymała oddech. Ale to nie widok zapierającej dech w piersiach panoramy Paryża przykuł jej uwagę w pierwszej kolejności. Przy sąsiednim,  stoliku, na skórzanych fotelach, siedziała czwórka niezwykle eleganckich panów. Wyglądali jak prawdziwi paryscy dżentelmeni z minionej epoki, a ich czarne kapelusze z czerwonymi makami pyszniły się dumnie w blasku kawiarnianych świec. Przy nogach niewidomego Ivesa cichutko leżał jego wierny pies-przewodnik, grzecznie podziwiając świat przez szklaną barierę.

   - Ojej, Ivo, spójrz! To oni! Nasza kapela z makiem! - zawołała cicho, ale z ogromną radością Anna.

  Pierre, który właśnie unosił do ust kieliszek szampana, dostrzegł ich i natychmiast wstał, zdejmując szarmancko kapelusz.

   -  Ach, madame! Monsieur! Cóż za niespodziewane i cudowne spotkanie! - zawołał z promiennym uśmiechem. -       Widzę, że po rejsie na wodzie postanowiliście zdobyć szczyty. Proszę, koniecznie dołączcie do nas! Świętujemy właśnie nasz pierwszy, oficjalny wieczór na pokładzie po latach rozłąki. Taki wieczór wymaga najlepszego bąbelkowego trunku i najlepszego towarzystwa.

  Ivo i Anna z wielką radością przesiedli się do połączonego stołu. Kelner natychmiast dolał szampana do nowych kieliszków.

  -  Panowie, wasza muzyka na dole skradła nasze serca -  powiedział Ivo, wznosząc kieliszek. - Ale widok was tutaj, na samym dachu Paryża, w tych kultowych kapeluszach, to jest po prostu piękny filmowy kadr.

  Stary kontrabasista Marc poprawił okulary i spojrzał przez szybę na maleńkie autka pełznące w dole.

  - Wiecie państwo... - zaczął cicho Marc, a w jego głosie brzmiała głęboka nostalgia. -  My przez kilkadziesiąt lat graliśmy na samym dole. W ciemnych, zadymionych piwnicach Montmartre’u, na rogach brukowanych ulic, w cieniu kamienic. Paryż oglądaliśmy z perspektywy przechodnia, czasem z perspektywy rynsztoka. A dzisiaj... dzięki Pierre’owi i jego pływającej kawiarni, jesteśmy tutaj. Pierwszy raz patrzę na to miasto z góry i wiecie co? Ono z każdej wysokości brzmi tak samo pięknie. Brzmi miłością.

   Gerard pogłaskał dłonią stojący obok fotela akordeon, który zabrał ze sobą „na wszelki wypadek”.

  - Nasz zmarły solista Pierre, ten z płyt gramofonowych, zawsze mówił, że dobra muzyka musi latać wysoko – dodał z uśmiechem Gerard. – No to go posłuchaliśmy. Jesteśmy bliżej nieba.

  Ives, niewidomy saksofonista, uśmiechnął się szeroko pod swoimi ciemnymi okularami i czule poklepał swojego czworonoga.

   - Ja co prawda nie widzę tych milionów świateł, o których tak pięknie opowiadacie -  powiedział Ives miękko. -  Ale słyszę szum tego miasta. Słyszę brzęk naszych kieliszków, wasze młode, zakochane serca i wiem, że Paryż z góry pachnie wolnością. Mój pies też to czuje, prawda, stary druhu?

  Pies cicho mruknął w odpowiedzi, jakby potwierdzał słowa swojego pana. Anna poczuła, jak wzruszenie ściska jej gardło. Spojrzała na Ivo, który mocno trzymał jej dłoń pod stołem. Bąbelki szampana musowały w kieliszkach, za oknem co godzinę zaczynała migotać tysiącem świateł Wieża Eiffla, a polscy turyści i starzy paryscy muzycy siedzieli razem w chmurach, połączeni niewidzialną nicią, która nie znała granic ani wieku.

(c.d. nastąpi)

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

niedziela, 12 lipca 2026

SEZON II, ODCINEK 1: PARYSKI AZYL POD CZERWONYM MAKIEM

Moi Drodzy!
Dzisiaj rozpoczynam 5- odcinkowy sezon wspólny dla dwóch opowiadań jednocześnie. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Dla Czytelników, którzy nie śledzili I opowiadania o paryskich starych przyjaciołach - wplatam wątek, aby nie czuli się niedoinformowani. 
Zapraszam serdecznie :)


   Lipcowy dzień w Paryżu pachniał nagrzanym słońcem kamieniem i rzeczną bryzą. Anna i Ivo, trzymając się za ręce, spacerowali wzdłuż nabrzeża Sekwany. Nad wodą unosił się ten specyficzny, romantyczny gwar, który można poczuć tylko tutaj. W końcu Ivo zatrzymał się przy klimatycznym, pięknie odnowionym drewnianym statku rzecznym, nad którego pokładem łopotała dyskretna flaga z motywem czerwonego maku.

  - Spójrz, Anno - uśmiechnął się Ivo. - Pływająca kawiarnia. Idealne miejsce na wieczorną lampkę wina. Wchodzimy?

  Gdy tylko zajęli stolik na dziobie statku, a kelner postawił przed nimi kieliszki, z głębi pokładu potoczyła się miękka, aksamitna nuta kontrabasu, do której po chwili dołączył ciepły, tęskny ton harmonii. Atmosfera była magiczna.

  
  Nagle od strony małej sceny podszedł do nich spory, niezwykle mądry pies w specjalnej uprzęży. Zwierzak zatrzymał się przy Annie, popatrzył na nią swoimi głębokimi, łagodnymi oczami i delikatnie oparł pysk o jej kolano. Anna drżącą dłonią zaczęła gładzić jego miękką sierść, a w jej oczach zakręciła się łza czystej tęsknoty.

   - Ojej, jaki ty jesteś kochany... - szepnęła, po czym spojrzała na swojego partnera. - Ivo, spójrz na niego. Od razu pomyślałam o naszym Maksie. Tak strasznie tęsknię za nim w tej podróży! Ciągle zastanawiam się, jak on tam sobie radzi u mojego taty...

  Ivo natychmiast ujął jej dłoń i ścisnął ją czule, próbując rozgonić te nagłe, melancholijne chmury. 

  - Kochanie, uspokój się, przecież wiesz, że Maks jest w najlepszych rękach pod słońcem - powiedział z ciepłym uśmiechem. - Mój tata odwiedzając twojego zawsze przychodzi przecież z naszą Toffi. Psy się uwielbiają, a poza tym między naszymi działkami nie ma przecież żadnych płotów! Mają tam teraz swój własny, bezgraniczny raj, biegają razem od rana do nocy i na pewno nawet nie zauważyli, że wyjechaliśmy. Twój tata ma świetne towarzystwo.

    Anna uśmiechnęła się przez łzy, a stojący tuż obok brodaty saksofonista w ciemnych okularach i czarnym kapeluszu z makiem, słysząc te słowa, odezwał się z ciepłym, francuskim akcentem:

- Pan ma absolutną rację, madame. Psy nie znają granic ani płotów, znają tylko miłość. Mój wirtuoz dostał dziś angaż na statku, ale jak widać, woli szukać bratnich dusz wśród gości...

   W tym samym momencie kostka Pierre'a opadła na struny gitary i po pokładzie poniosła się radosna melodia „Les Champs-Elysées”. 


  Drugi sezon właśnie się rozpoczął, a polskie serca złączyły się z paryską nocą.

  Brodaty saksofonista, Ives, skłonił się lekko, a jego czarny kapelusz z dużym, czerwonym makiem na rondzie zsunął się odrobinę na czoło. Anna, urzeczona tym gestem, nie mogła oderwać wzroku od tego wyrazistego kwiatu. Rozejrzała się po niewielkiej scenie – starszy, postawny kontrabasista Marc oraz siedzący na krześle akordeonista Gerard mieli na głowach dokładnie takie same nakrycia. Nawet Pierre, który właśnie stroił gitarę przed mikrofonem, nosił identyczny mak przypięty do klapy marynarki.

  - Przepraszam, pan wybaczy moją śmiałość... - zaczęła zaciekawiona Anna, gdy Ives poprawiał okulary. - Ale te czerwone maki na waszych kapeluszach są niezwykłe. Czy to jakiś paryski zwyczaj, czy może znak rozpoznawczy waszego zespołu?

   Ives uśmiechnął się szeroko, a zmarszczki wokół jego oczu ułożyły się w niezwykle ciepły wzór.

  - Ach, madame, pyta pani o nasz najważniejszy skarb - odparł cicho, gładząc wciąż stojącego przy stoliku psa. - Ten mak to nie jest zwykła ozdoba dla turystów. To symbol naszej przysięgi i przyjaźni, która trwa już kilkadziesiąt lat.

  W tym momencie Pierre, słysząc rozmowę, odłożył na chwilę gitarę i podszedł bliżej, opierając się o drewnianą barierka statku.

  - Mój niewidomy przyjaciel ma rację - włączył się Pierre z ciepłym uśmiechem. - Kiedyś, w latach naszej młodości, byliśmy zgranym zespołem na Montmartre. Graliśmy w zadymionych barach, dzieliliśmy się każdym zarobionym frankiem i każdą troską. Ten mak na kapeluszu nosił też nasz zmarły przyjaciel, wielki solista Pierre, którego głos do dziś zachwyca ludzi z płyt gramofonowych. Kiedy los nas rozgonił - jednego do domu opieki, drugiego z rozbitym kontrabasem na uliczny bruk..  myśleliśmy, że to już koniec. Ale te maki przypomniały nam, że jesteśmy jak jedna rodzina.

   - I dlatego tu jesteśmy - dodał ze sceny Gerard, rozciągając z cichym westchnieniem miechy swojej harmonii. - Pierre kupił ten piękny statek na Sekwanie, wyciągnął nas z życiowych zakamarków i zawołał: „Wkładajcie kapelusze, stare urwisy, wracamy na scenę!”. I tak oto gramy pod gwiazdami Paryża. Dla takich pięknych chwil i takich gości jak państwo.

  - Niesamowita historia. Piękna, męska przyjaźń - powiedział Ivo ze szczerym podziwem. - W takim razie za wasz powrót na pokład i za to, że muzyka nigdy nie umiera!

  Słysząc ten toast, Marc szarpnął struny kontrabasu, z którego wydobył się głęboki, aksamitny dźwięk, a Pierre chwycił za mikrofon. Statek powoli mijał oświetlone wieże Notre-Dame, a nowi i starzy czytelnicy bloga Anny mogli poczuć, że w tej paryskiej nocy bije jedno, wielkie, wrażliwe serce.

(c.d. nastąpi)

DLA PRZYPOMNIENIA I SEZONU ODCINKÓW "PARYSKICH''

Ostatnia nuta Gerarda  tutaj
Wierny kontrabasista tutaj
Glos jego pana tutaj
Ives - saksofonista, który grał sercem tutaj
Ives - niespodziewany powrót Pierr`a tutaj

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj