Translate

niedziela, 9 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA c.d. ROZDZIAŁY 12-15




Rozdział 12: Lustro i ślady po bitwie

    Wreszcie nadeszły upragnione wakacje po czwartym roku w szkole średniej. Elwira znów była w domu. Wokół panowała kojąca cisza – mama poszła właśnie na większe zakupy, a tata w spokoju czyścił auto w garażu. Dziewczyna stała przed łazienkowym lustrem, patrząc na swoją klatkę piersiową odsłoniętą w głębszym dekolcie letniej sukienki. Przez sam środek, od dekoltu w dół, biegła podłużna, bladoróżowa pręga. To była blizna po tamtej listopadowej operacji uszczelnienia zastawek; wyraźny ślad po ostrym cięciu chirurgicznego skalpela.
    Elwira dotknęła jej delikatnie czubkami palców. Skóra w tym miejscu była twarda, zgrubiała i zupełnie inna niż reszta jej ciała. Jutro wybierała się z całą klasą na basen – po raz pierwszy w tym roku. Jej koleżanki kupiły już sobie nowe, skąpe i niezwykle kolorowe stroje dwuczęściowe. Elwira też miała nowy strój, ale jednoczęściowy, mocno zabudowany pod samą szyję.
    – Wyglądam w nim jak własna babcia – szepnęła z goryczą do swojego odbicia.
   W jej oczach pojawiły się nagłe, piekące łzy bezsilnego gniewu. „Dlaczego akurat ja? - pomyślała z wściekłością. – Dlaczego inne dziewczyny mają idealnie gładką skórę, a ja wyglądam, jakbym była po jakiejś wielkiej awarii?”. Nienawidziła tej blizny. Najbardziej jednak nienawidziła tego, że to właśnie własne, niesprawne serce po raz kolejny odebrało jej upragnioną zwyczajność.
   W tym samym momencie w progu uchylonych drzwi do łazienki stanęła Ola. Skończyła już dawno studia i pracowała, ale nigdy nie przestała być ważną częścią życia Elwiry – z dawnej wolontariuszki stała się po latach najbliższą, starszą siostrą.
     Przyszła tylko oddać mamie pożyczoną formę do ciasta, ale widząc zapłakaną nastolatkę, weszła cicho do środka i delikatnie zamknęła za sobą drzwi. Spojrzała na różową pręgę na piersi dziewczyny z głębokim, pełnym szacunku podziwem.
   – Jest potworna, prawda? – rzuciła ostro Elwira, wycierając nos wierzchem rękawa. – Wszyscy na basenie będą się gapić. Będą pytać. Albo po cichu się śmiać.
    Ola podeszła bliżej i oparła się swobodnie o umywalkę.
    – Elwirko. Wiesz, co ja widzę, kiedy na to patrzę?
    – Defekt. Chirurgiczny błąd.
    – Nie. Widzę ślad po wygranej, trudnej bitwie. Zwykli ludzie mają idealnie gładkie ciała, bo ich życie nie wystawiło jeszcze na żadną poważną próbę – powiedziała cicho Ola, patrząc dziewczynie prosto w oczy. – A ty od małego walczyłaś o każdy pojedynczy oddech. Ja nie widzę tu brzydkiej blizny. Widzę miejsce, w którym najlepsi lekarze wygrali dla ciebie życie. A ty im w tym dzielnie pomogłaś.
   Ola uśmiechnęła się ciepło i wyciągnęła z torebki małe, ozdobne pudełeczko.
    – Kupiłam ci coś. Miałam dać dopiero na urodziny, ale czuję, że najbardziej przyda się dzisiaj.
   Elwira otworzyła kartonik. W środku leżał delikatny, srebrny łańcuszek z małym, głębokim, zielonym kamyczkiem, a obok niego spoczywał drugi, nieco dłuższy splot.



    – To szmaragd – wyjaśniła miękko Ola. – Kolor nadziei. I kolor bloku operacyjnego, pamiętasz? Noś go na tym dłuższym sznurku tak, żeby opadał dokładnie na linię blizny. Przy mniejszych dekoltach możesz zmieniać łańcuszek na krótszy. Niech ludzie gapią się z zachwytem na ten piękny kamień, a nie na to, co tak bardzo chcesz przed nimi ukryć.
   Elwira założyła dłuższy łańcuszek. Zielone oczko zabłysło jasnym blaskiem w łazienkowym świetle, idealnie i zmysłowo przecinając różową linię na skórze. Dziewczyna spojrzała w lustro i po raz pierwszy od wielu miesięcy rysy jej twarzy łagodnie wezbrały spokojem.
   W tym samym czasie na dole, w zaciszu kuchni, Piotr kończył pić poranną kawę. W dłoni trzymał małą, białą kopertę opatrzoną oficjalnym logo kliniki kardiologicznej. Przed chwilą widział przez uchylone drzwi łazienki swoją uśmiechniętą córkę, a teraz przyszły właśnie oficjalne wyniki ostatnich badań okresowych Elwiry. Piotr patrzył na skomplikowane wykresy – choć nie był lekarzem, od tylu lat potrafił już bezbłędnie czytać te medyczne dokumenty. Liczby były nieubłagane i nie kłamały: wydolność połatanego serca córki znowu dramatycznie spadała. Most, o którym kardiochirurg mówił tajemniczo kilka lat temu, właśnie nieuchronnie zaczynał się kończyć.
   Piotr wsunął kopertę na samo dno kuchennej szuflady. Zamknął ją bardzo powoli, starając się nie robić hałasu.
   Jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj jego nastoletnia córka po raz pierwszy od wielu trudnych lat uśmiechnęła się do własnego odbicia w lustrze. Tego jednego uśmiechu nie miał dziś prawa jej odbierać.


Rozdział 13: Tam, gdzie wszyscy są tacy sami


   Hala basenu miejskiego od samego rana tętniła radosnym życiem. Wokół niosły się głośne krzyki dzieci, beztroski śmiech młodzieży, rytmiczny pisk gumowych klapek na mokrych kafelkach i ten charakterystyczny, ostry, gryzący w nos zapach chloru. Koleżanki Elwiry już dawno zrzuciły w szatni ciepłe dresy i teraz biegały wokół wielkiej niecki basenu w pstrokatych, skąpych strojach dwuczęściowych. Były głośne, całkowicie beztroskie i idealnie gładkie.
   Elwira stała przez dłuższą chwilę w chłodnym cieniu, tuż przy drzwiach wyjściowych z szatni. Jej jednoczęściowy, ciemnozielony strój przylegał mocno do szczupłego ciała, będąc zabudowanym niemal pod samą brodę. Na piersi, tuż nad krawędzią ciemnego materiału, błyszczał w neonowym świetle mały szmaragd od Oli. Dziewczyna nerwowym ruchem poprawiła silikonowy czepek, czując, jak żołądek ze stresu kurczy jej się w ciasny, bolesny supeł.
   – O, Elwira! – zawołała nagle Kaśka, najgłośniejsza i najbardziej pewna siebie dziewczyna w całej klasie. – A co ty taka szczelnie zapakowana? Wyglądasz, jakbyś się wybierała na biegun północny, a nie do ciepłej wody!
    W jednej sekundzie kilka stojących obok osób obróciło głowy w ich stronę. Elwira poczuła, jak policzki zalewa jej nagła, parząca fala gorąca, a jej połatane serce natychmiast przyspieszyło swój bieg. Puk-puk-puk. Zdecydowanie za szybko. W tym krytycznym momencie w jej głowie z niesamowitą jasnością i mocą wybrzmiały jednak wczorajsze słowa Oli: To twój medal za odwagę.
    Elwira uniosła wysoko brodę i delikatnie dotknęła palcem zielonego kamyka spoczywającego na szyi.
    – Mój kardiolog powiedział, że muszę wyjątkowo dbać o klatkę piersiową i chronić ją przed nagłymi zmianami temperatur – odpowiedziała głośno i wyraźnie, patrząc prosto w zaskoczoną twarz Kaśki. – To specjalny, medyczny krój sportowy. Podobno teraz najmodniejszy na nowoczesnych pływalniach w Paryżu.
    W jej głosie nie było ani grama żalu, wstydu czy skargi. Była w nim za to twarda, dumna i niezachwiana pewność siebie. Kaśka zamrugała gwałtownie, kompletnie zbita z pantałyku, i przez dłuższą chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Elwira nie zamierzała jednak czekać na jej reakcję. Odwróciła się płynnie i jako pierwsza z całej grupy skoczyła zdecydowanie do wody.
    Chłodna, przejrzysta toń natychmiast otuliła jej rozgrzane ciało, a głośny szum wody pod powierzchnią błyskawicznie zagłuszył wszystkie dźwięki z zewnątrz. Tutaj, na samym dnie basenu, nikt nie widział jej serca i nikt nie szukał wzrokiem blizny. Tutaj, w bezpiecznych głębinach, wszyscy byli dokładnie tacy sami.



14: Duszna noc w domu Nowaków

Elwira spała już spokojnie w swoim pokoju, a wierny Baryłka leżał jak zawsze tuż obok niej. W kuchni na dole paliła się tylko jedna, mała lampka zawieszona nad zlewem, rzucając długie cienie na ściany. Piotr siedział samotnie przy stole. Przed nim leżała biała, oficjalna koperta z kliniki kardiologicznej, którą przed momentem wyciągnął z ukrycia pod wzorzystym obrusem. Maria weszła do kuchni cicho, boso, starając się nie budzić córki. Widząc rozłożone na stole medyczne papiery, natychmiast śmiertelnie zbladła.



     – Co to jest, Piotrek? – spytała przejętym szeptem.
   Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Przesunął jedynie ciężkim palcem po skomplikowanym wykresie echokardiografii.
     – Wyniki Elwiry. Przyszły rano – powiedział w końcu cicho, a jego głos był nienaturalnie chropowaty.
    Maria usiadła naprzeciwko męża. Jej dłonie automatycznie zaczęły szukać kieszeni bawełnianego szlafroka, by wyciągnąć z nich chusteczkę.
     – I co? Co tam jest napisane?
   – Frakcja wyrzutowa znowu drastycznie spada, Marysiu. Zastawka znowu mocno przepuszcza krew.
   W małej kuchni zapadła nagle ta sama, potworna, ciężka cisza, którą oboje tak doskonale pamiętali z ponurego korytarza szpitalnego sprzed lat.
    – Tamta operacja miała dać jej tylko czas. I dała – przerwał jej stanowczo, ale bezsilnie Piotr. Wstał od stołu, podszedł do okna i utknął wzrok w ciemnym, pogrążonym we śnie ogrodzie. Jego potężne barki delikatnie drżały. – Rozmawiałem dziś z profesorem przez telefon. Powiedział mi to prosto w twarz. Most się skończył, Maryś. Leki już w niczym nie pomogą.
   Maria zamarła w bezruchu. Trzymana w jej dłoniach papierowa chusteczka w ułamku sekundy zmieniła się w ciasną, pogniecioną kulkę.
       – To co my teraz zrobimy?
     Piotr odwrócił się powoli w stronę żony. W słabym, żółtym świetle kuchennej lampki jego zmęczona twarz wyglądała w tej chwili na starszą o co najmniej dziesięć lat.
      – Musimy jak najszybciej wpisać ją na krajową listę.
    – Na listę? – Maria aż cofnęła się gwałtownie na krześle, jakby uderzona fizycznie. – Na listę biorców? Piotrek, przecież to oznacza…
   – To oznacza przeszczep, Maryś. Jedyna i ostateczna droga.
  Za przymkniętymi drzwiami kuchni, w ciemnym i chłodnym korytarzu, stał nieruchomo wysoki cień.



   To była Elwira. Chciała tylko pójść na moment do łazienki, napić się wody po intensywnym dniu na basenie. Stała boso na zimnych kafelkach, a słowa ojca uderzały w nią raz po raz jak lodowaty, bolesny bicz. Przeszczep. Jedyna droga.
 Dziewczyna zacisnęła kurczowo dłonie na własnych ramionach. Czuła, jak jej młode ciało zaczyna się histerycznie trząść – ale nie z paraliżującego strachu, a z potwornego, czystego, młodzieńczego buntu. „Mamo, tato… dlaczego znowu ja? – krzyczała wściekle w jej własnej głowie. – Dlaczego moje serce nie może być po prostu normalne?!”.
   Odwróciła się gwałtownie na pięcie. Wróciła do swojego pokoju i zatrzasnęła za sobą ciężkie drzwi tak głośno, że głuche echo niosło się niepokojąco po całym domu jeszcze przez bardzo długą chwilę.


Rozdział 15: Trzaskające drzwi i pomarańczowy azyl


Ranek w domu Nowaków pachniał spaloną grzanką i paraliżującą nerwowością. Piotr siedział sztywno przy stole, udając z całych sił, że czyta poranną gazetę, a Maria krzątała się chaotycznie przy kuchennym blacie. Jej ruchy były rwane, nienaturalne; za głośno odkładała ceramiczne kubki, jakby chciała zagłuszyć własne myśli. Elwira weszła do kuchni niespodziewanie. Nie miała już na sobie piżamy – była ubrana w wyjściową bluzę i jeansy, a w zaciśniętej dłoni trzymała mocno plecak.
    – Elwirko, zjedz chociaż… – zaczęła natychmiast mama, ale dziewczyna bezwzględnie przerwała jej w pół zdania.
   – Słyszałam was w nocy – powiedziała Elwira. Jej głos był niski, zimny i przerażająco wyprany z emocji.
   W kuchni momentalnie zamarł cały ruch. Piotr powoli opuścił gazetę na blat stołu.
   – Myszko, to nie do końca tak… – zaczął ojciec, ale Elwira nie dała mu dojść do słowa.
    – Jak nie tak?! Chcecie mi wyciąć serce! Chcecie wsadzić mi w klatkę piersiową coś obcego! – jej głos nagle pękł i przeszedł w rozpaczliwy krzyk. – Mamo! Tato! Dlaczego znowu ja?! Dlaczego Kaśka może biegać, nosić głębokie dekolty i być całkowicie zdrowa, a ja mam wiecznie leżeć pod chirurgicznym nożem?! Przecież jestem już prawie w połowie studiów! Tyle miałam planów, tyle marzeń! Co ja wam takiego zrobiłam?! Co zrobiłam Bogu?!
   Maria zrobiła szybki krok w stronę córki, rozpaczliwie wyciągając do niej ręce.
       – Kochanie, to jedyna droga, żebyś żyła…
      – To nie jest żadne życie! – krzyknęła Elwira, a z jej oczu wreszcie trysnęły gwałtowne łzy potwornego buntu. – Mam już serdecznie dość tego, że wszyscy wokół wiedzą o wszystkim wcześniej ode mnie!
      Odrzuciła z wściekłością krzesło i obróciła się gwałtownie na pięcie. Piotr natychmiast zerwał się na nogi, krzycząc za nią: „Elwira, stój!”. Było już jednak za późno. Głośny, potężny trzask frontowych drzwi niemal rozsadził ściany domu.
     Dziewczyna biegła przed siebie na oślep. Nie patrzyła na sygnalizację świetlną, nie zwracała uwagi na mijanych ludzi. Szła przed siebie tak szybko, jak tylko potrafiła, całkowicie ignorując narastające, palące pieczenie w klatce piersiowej. Ignorowała fakt, że jej własne serce próbowało za wszelką cenę dotrzymać kroku jej gigantycznej wściekłości.
   Mieszkanie Oli było małe, ale zawsze pachniało tam cynamonem i świeżo zaparzoną herbatą. Dziewczyna parzyła właśnie poranną kawę, gdy nagle rozległo się gwałtowne, niemal bolesne łomotanie do drzwi. Gdy tylko je otworzyła, zobaczyła stojącą na wycieraczce Elwirę. Była blada jak ściana, usta miała niepokojąco sine, a po policzkach płynęły czarne smugi od rozmazanego tuszu do rzęs. Ręce trzęsły jej się tak mocno, że nie była w stanie utrzymać ramiączek plecaka. Nie wypowiedziała ani jednego słowa – po prostu wpadła z impetem do środka i rzuciła się Oli mocno na szyję.
    Ola natychmiast zatrzasnęła drzwi nogą i objęła dziewczynę ramionami. Czuła, jak młode ciało Elwiry spazmatycznie drży od płaczu, i słyszała, jak pod jej żebrami zmęczone serce tłucze się nieubłaganie niczym uwięziony w klatce ptak. Puk-puk-puk-puk. Za szybko. O wiele za szybko.
   – Ciiii… Jestem przy tobie. Oddychaj, Elwirko. Powoli, razem ze mną. Wdech… wydech… – szeptała czule Ola, gładząc ją po gęstych, czarnych włosach.
   Poprowadziła ją ostrożnie w stronę kanapy i posadziła na miękkich poduszkach. Po chwili przyniosła ten sam, duży żółty sweter, który Elwira tak dobrze pamiętała ze szpitalnego korytarza sprzed lat, i troskliwie owinęła nim drżące ramiona dziewczyny.
   – Oni chcą przeszczepu, Olu… – wykrztusiła wreszcie Elwira przez łzy. – Słyszałam ich rozmowę w nocy. Ja się na to nie zgodzę. Wolę… wolę po prostu umrzeć, niż pozwolić na to wszystko od nowa. Ja już naprawdę nie mam na to siły.
  Ola nie próbowała jej uciszać. Nie uciekała się do wyświechtanych, pustych frazesów, że „wszystko będzie dobrze”. Wiedziała doskonale, że tak ogromny bunt potrzebuje najpierw bezpiecznego ujścia. Wyciągnęła z szafki stary, duży kubek i nalała do niego ciepłego mleka z miodem.



   – Masz pełne prawo być wściekła, Elwira – powiedziała cicho Ola, siadając obok niej bezpośrednio na podłodze. – Masz prawo krzyczeć na cały regulator. To, co cię spotyka, jest jednak niesprawiedliwe.
    Elwira spojrzała na nią zza zapłakanych rzęs, zaskoczona tym, że dorosła osoba tak po prostu przyznaje jej rację.
    – Twoja mama i twój tata umierają tam teraz ze strachu – kontynuowała łagodnie Ola.
    – Oni nie wiedzą, co robić, bo kochają cię nad własne życie. Krzycz na mnie, jeśli chcesz. Płacz tyle, ile potrzebujesz. Ale obiecaj mi dzisiaj jedno.
    – Co takiego? – szepnęła słabo Elwira.
   – Że nie poddasz się bez walki. Bo to twoje połatane, dzielne serce przetrwało już w życiu zbyt wiele trudnych bitew, żebyś teraz, na prostym odcinku drogi, po prostu rzuciła ręcznik.
 Elwira popatrzyła w głąb podanego kubka. Szmaragd spoczywający na jej szyi błysnął jasnym blaskiem w słońcu wpadającym przez okno kuchni Oli. Palce zaciskające się wokół ciepłej ceramiki powoli, milimetr po milimetrze, przestały drżeć.

MIĘDZY JAWĄ A SNEM, CZYLI O POTĘDZE ZŁUDZEŃ




ZJAWY NEFRETETE NA POLSKICH ŁĄKACH, CZYLI O TYM, JAK CHĘTNIE DAJEMY SIĘ NABRAĆ

  Dzisiaj na warsztat bierzemy temat stary jak świat – złudzenia. I to nie te wielkie, życiowe, w których czasem tkwimy latami na własne życzenie, ale te małe, codzienne psikusy, jakie płata nam nasz własny mózg. Bo umówmy się: człowiek to takie ciekawe stworzenie, które zobaczy trzy białe punkty na horyzoncie i od razu dopisze do nich całą, barwną ewangelię.

    Zaczęło się całkiem niewinnie, tuż po powrocie z imprezy jubileuszowej, na której byliśmy z mężem gośćmi.

 Droga ekspresowa i ptasia chmara

    Wracaliśmy trasą, którą znam na tyle dobrze, że mogłabym ją opisać z zamkniętymi oczami. Zmęczenie po hucznym świętowaniu dawało o sobie znać, więc patrzyłam przez okno samochodu zupełnie bezwiednie, zapadając w lekki marazm. Żeby nie było niedomówień – byłam absolutnie trzeźwa! Po prostu monotonny krajobraz zaczął mnie powoli kołysać do snu.

    Nagle mąż wyrwał mnie z tego letargu energicznym okrzykiem:

     – Popatrz, popatrz tam pod lasem! Stado żurawi!

    Wytężyłam wzrok. Rzeczywiście, po zielonym polu rozsiane były szare, a właściwie białe punkty. Natura w czystej postaci! Jednak im dłużej się wpatrywałam, tym bardziej logistyczna część mojego umysłu zaczynała protestować.

     – Myślę, że to raczej bociany… – mruknęłam sceptycznie. – Przecież żurawie są ciemniejsze. No i dlaczego te ptaki stoją tak idealnie nieruchomo? Żeby aż taka chmara w jednym miejscu? Niespotykane!

    – A może i bociany… – zawahał się mąż, ale po chwili oboje doznaliśmy nagłego oświecenia na widok kolejnych obiektów bliżej drogi. – Wiesz co? To chyba… kopki siana ponakrywane białymi chustami!

    Tajemnica rzekomego ptactwa wyjaśniła się błyskawicznie. Właściciele okolicznych łąk zostali po prostu zaskoczeni nagłą burzą i próbowali ratować zbiory przed ulewą. A ulało nam wtedy w nocy niesamowicie! Od 11 lat, odkąd tu mieszkamy, nasz domowy deszczomierz nie zarejestrował takiego opadu. Nic dziwnego, że rolnicy rzucili na pole wszystko, co mieli pod ręką. Ale żeby z folii i siana zrobić w naszych oczach stado egzotycznych ptaków? Ależ złudzenie…

Jak z dyrektora zrobić ornitologa

    Prawdziwa wisienka na torcie pojawiła się jednak dopiero po powrocie do domu. Zadzwoniła córka, by upewnić się, czy szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Rozbawiona całą sytuacją, opowiedziałam jej o naszym „stadzie żurawi” i rolniczej logistyce.

   W słuchawce zapadła sekunda ciszy, po czym córka wybuchnęła śmiechem:

   – Mamusiu, to teraz usiądź wygodnie, bo coś mi się przypomniało. Pamiętasz moje czasy maturalne? Mój ówczesny dyrektor przedstawił mnie komuś słowami: „Oto nasza Nefretete”.

– Pamiętam, bardzo eleganckie porównanie do egipskiej królowej – odpowiedziałam.

    – No właśnie! Ale moja koleżanka Magda, która z historią była raczej na bakier, zapytała mnie potem na osobności, co ten dyrektor właściwie miał na myśli. Byłam młoda, złośliwa i rzuciłam jej z pełną powagą, że Nefretete to po prostu rzadki gatunek żurawi z wyjątkowo długimi szyjami.

    Aż zapowietrzyłam się ze śmiechu, domyślając się puenty. Córka dokończyła z rozbawieniem:

    – Więc słuchaj, mamo… To, co widzieliście dzisiaj na polu, to nie były zwykłe kopki siana. To były zjawy Nefretete! Najlepsze jest to, że Magda do dzisiaj, kiedy jedzie przez wiejskie obszary, z wielkim przejęciem wypatruje błąkających się po polskich łąkach dostojnych ptaków Nefretete!

    I tak to właśnie z nami jest. Magda od lat szuka egipskich żurawi w  rowach, mój mąż widzi ptasią mafię w kawałkach białej folii, a my wszyscy bardzo często budujemy wielkie teorie na fundamencie zwykłego omamu.

   Często w życiu bywa dokładnie tak samo jak na tej ekspresówce. Widzimy to, co chcemy zobaczyć. Ubieramy zwykłe, szare kopki siana w pióra zachwytu, a potem rzeczywistość – niczym ta nocna burza – zmywa z nich iluzję i zostawia nas z nagą prawdą. Może to i dobrze? Świat bez tych małych, zabawnych złudzeń byłby potwornie nudny i przewidywalny. Ważne tylko, żeby w porę zorientować się, kiedy patrzymy na prawdziwego ptaka, a kiedy na folię przed deszczem.

    A Magdzie życzę z całego serca: niech te Nefretete w końcu jej się na jakiejś łące objawią!


<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

sobota, 8 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY- TERESA CZAJKOWSKA. c.d. ROZDZIAŁY 10 -11

 


Rozdział 10: Kolory Podhala

Elwira miała piętnaście lat i właśnie kończyła szkołę podstawową. Była blada, chorobliwie szczupła, a pod bawełnianą bluzką skrywała cienką, bliznę, którą na co dzień próbowała ukrywać nawet przed samą sobą. Lekarz prowadzący ostrzegał co prawda, że Zakopane może być ryzykowne ze względu na nagłą zmianę wysokości i rozrzedzone górskie powietrze, ale rodzice uznali, że odrobina tatrzańskiego słońca i ucieczka od codziennego lęku dobrze jej zrobią.
   Pierwsze godziny po przyjeździe okazały się jednak niezwykle trudne. Kiedy wysiedli z pociągu, a chłodny, górski wiatr uderzył ich z impetem w twarze, Elwira poczuła, jak stacja kolejowa zaczyna lekko wirować. Jej serce zabiło nierówno, potknęło się o własny rytm, a oddech stał się niepokojąco płytki. Maria natychmiast, ze strachem w oczach, posadziła ją na drewnianej ławce przy dworcu, kurczowo chwytając jej zimną dłoń.
    – Oddychaj spokojnie, córeczko… – szeptała, sama ledwo łapiąc powietrze. – Jesteśmy tu razem, nic się nie dzieje.
   Piotr, milczący jak zawsze, ale z bezgraniczną troską wypisaną na zaciśniętej twarzy, błyskawicznie przyniósł butelkę chłodnej wody i stanął obok, osłaniając je plecami od dworcowego tłumu. Czekał w napięciu, aż córka dojdzie do siebie. Dopiero po kilku godzinach, gdy organizm dziewczynki wreszcie zaaklimatyzował się do nowych warunków, Elwira poczuła, że ucisk w piersi mija. Mogła w końcu normalnie odetchnąć.
   A potem… potem przyszło już czyste zachwycenie. Zakopane latem wyglądało jak żywy, pulsujący milionem barw obraz. Potężne drewniane wille w stylu zakopiańskim, intensywny zapach sosen parujących w słońcu, gwar barwnych Krupówek i – przede wszystkim – sztuka, która zdawała się dosłownie wisieć w powietrzu. Na deptakach i w małych, klimatycznych galeriach co krok można było spotkać lokalnych artystów tworzących na żywo. Elwira, z burzą czarnych włosów spiętych w ciężki warkocz, zamarła przy sztaludze nieznanego malarza, który uwieczniał Giewont skąpany w krwawym, płomiennym zachodzie słońca. Stała tam z otwartymi z wrażenia ustami.



   Maria i Piotr, patrząc na nią, trwali tak w milczeniu przez kilka długich minut. W tym czasie Maria pomyślała z nagłym wzruszeniem: „Pierwszy raz od wielu lat zapomniałam, że ona jest chora”.
   – Mamo, ja też chciałabym kiedyś tak malować – odezwała się nagle Elwira, nie odrywając wzroku od płótna. – Tak, żeby ludzie się zatrzymywali.


Rozdział 11: W zaciszu pensjonatu

Elwira była już na trzecim roku nauki w słynnym zakopiańskim liceum plastycznym. Zimowe Lipowo nie mogło równać się z mroźną, białą magią Podhala, która tak mocno ukształtowała jej artystyczną duszę. Właśnie nadszedł ten wielki dzień – dziewczyna zaprosiła rodziców na prestiżową wystawę poplenerową. To była pierwsza tak ważna ekspozycja, na której jej własne prace miały zawisnąć w świetle galeryjnych reflektorów, tuż obok obrazów starszych, utytułowanych kolegów z wyższych klas.
   Maria i Piotr przyjechali do Zakopanego z mocno mieszanymi uczuciami, w których duma mieszała się z wiecznym, rodzicielskim niepokojem. Piotr, jak zawsze pragmatyczny i skupiony na logistyce, zaproponował, żeby ten krótki pobyt u córki połączyć z tygodniowym urlopem w kameralnym, górskim pensjonacie.
   – Będziemy blisko niej, a przy okazji oboje złapiemy trochę oddechu – argumentował cicho, a Maria zgodziła się bez wahania. Dla Elwiry była w stanie pojechać przecież na sam koniec świata. Zawsze dla niej.



   Gdy weszli do oświetlonej galerii, od razu, niemal intuicyjnie, zauważyli jej płótna. Nie musieli nawet szukać małych karteczek z podpisem autorki. Obrazy siedemnastoletniej Elwiry po prostu hipnotyzowały i magnetycznie przyciągały wzrok. Miały w sobie jakąś metafizyczną światłość, niezwykłą czułość i taką głębię koloru, której nie da się wyuczyć na żadnych, nawet najlepszych lekcjach rysunku. Ludzie zatrzymywali się przy nich w milczeniu, z nabożeństwem chłonąc każdy ślad pędzla.
    Maria stała przed jednym z pejzaży, a w jej oczach szybko wezbrały gorące łzy. Dopiero teraz, patrząc na to skończone, dojrzałe dzieło, uświadomiła sobie z całą, bolesną ostrością, jak bardzo przez te wszystkie lata skupiali się wyłącznie na wadliwym sercu córki… i jak dramatycznie mało miejsca zostawili na jej własne, osobiste marzenia.
   – Myśleliśmy, że naszym jedynym zadaniem jest sprawić, żeby ona po prostu przeżyła… – szepnęła Maria, kurczowo chwytając Piotra za rękaw flanelowej koszuli, gdy wracali wieczorem do pensjonatu. – A ona w tym całym cieniu choroby sama, zupełnie bez nas, musiała wywalczyć sobie drogę do tego, co naprawdę kocha.
   W sobotni poranek Elwira całkowicie zbiła ich z pantałyku.
   – Chodźcie ze mną na stok – oznajmiła z jastrzębim, zawadiackim błyskiem w oku, dokładnie takim samym, jaki miewał jej ojciec w garażu. – Wypożyczyłam już dla siebie narty.
   Maria w jednej sekundzie zbladła, a Piotr mocno zmarszczył swoje krzaczaste brwi.
   – Elwirko… twoje serce – zaczęła drżącym głosem matka, a przed jej oczami natychmiast stanęły wszystkie dawne szpitalne wykresy.
   – Mamo, błagam, posłuchaj mnie – przerwała jej ciepło dziewczyna, poprawiając grubą, wełnianą czapkę, spod której uciekały jej gęste, czarne loczki. – Jeżdżę na nartach już od dwóch lat. Lokalny kardiolog dał mi pełną zgodę na rekreacyjny zjazd. Chcę wam po prostu pokazać, że daję radę. Że potrafię.
   Gdy stanęli u podnóża stoku, Maria czuła, jak jej własne serce podchodzi ze strachu do gardła. Elwira zapięła wiązania i pewnie ruszyła w dół. Zjechała po białym puchu z tak niesamowitą gracją, lekkością i pewnością siebie, jakiej rodzice nigdy wcześniej u niej nie widzieli. Była wolna, dynamiczna i głośno się śmiała, a pęd mroźnego powietrza smagał jej zaróżowione policzki.
   Jednak dla nich – dla ludzi, którzy całe dotychczasowe życie spędzili na liczeniu każdego jej płytszego oddechu – ten widok okazał się zbyt intensywny. Strach na dole stoku bezwzględnie zwyciężył. Maria nie potrafiła wykrzesać z siebie uśmiechu, a w jej oczach malowało się czyste przerażenie. Widząc to, Elwira gwałtownie wyhamowała. Radość nastolatki zgasła w jednej, krótkiej chwili, ustępując miejsca przytłaczającemu poczuciu winy.



   Wieczorem, w zaciszu pokoju pensjonatu, wielkie emocje wreszcie opadły. Maria usiadła na skraju łóżka, chowając twarz w dłoniach, a jej ramiona drżały od cichego płaczu.
   – Ona ma całkowitą rację, Piotrze… – wykrztusiła cicho przez palce. – My przez te wszystkie lata widzieliśmy w niej tylko kruchą, chorą dziewczynkę, którą trzeba trzymać pod szklanym kloszem. A ona… ona tam, w tym Zakopanem, rozpaczliwie próbuje nadrobić wszystko, co straciła przez kliniki. Beztroskie zabawy, sport, poczucie swobody… Wszystko to, co inne, zdrowe dzieci miały na wyciągnięcie ręki.
   Piotr podszedł do żony i mocno objął ją swoim potężnym ramieniem. Milczał bardzo długo, patrząc w okno, za którym sypał gęsty, tatrzański śnieg. W końcu zacisnął szczęki i powiedział z absolutną determinacją:
   – Jutro rano też tam pojedziemy. Wypożyczymy narty dla nas. I zjedziemy razem z nią. Nawet jeśli mam połamać nogi i wyglądać jak ostatni idiota.
   Następnego dnia cała trójka stanęła na samym szczycie łagodnego zbocza. Maria i Piotr – przeraźliwie sztywni, nieporadni, z kaskami leżącymi nieco niezgrabnie na głowach, ale z niesamowitą wolą walki w oczach – ruszyli w dół tuż obok swojej córki, pod czujnym okiem instruktora. Czysty, perlisty śmiech Elwiry niósł się echem po całym ośnieżonym zboczu.
    Z punktu widzenia zawodowych narciarzy to nie był żaden wielki wyczyn – ot, kilka koślawych łuków na ostrej bieli. Ale dla rodziny Nowaków był to jeden z najważniejszych i najbardziej przełomowych dni w całym życiu. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczuli, że ich ukochana córka nie tylko walczy o przetrwanie. Ona wreszcie zaczynała naprawdę, pełną piersią żyć. 

<><><><><>

Tych obrazów książka również nie będzie zawierała. Jak wspomniałam w poprzednim poście będą tylko wybrane i w barwach sepii, oraz czarno-białych.

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA .c.d. ROZDZIAŁY 8-9

 


Rozdział 8: Pierwsza jazda na rowerku

Przed oczami leżącej przy szpitalnym łóżku Marii nagle, z niesamowitą wyrazistością, stanął pewien słoneczny, majowy dzień. Elwira miała wtedy siedem lat. Piotr uparł się wówczas, że kupi jej pierwszy prawdziwy rowerek – mały, jaskrawoczerwony, z dwoma dodatkowymi kółkami z tyłu. Maria doskonale pamiętała tamten strach, który ścisnął jej gardło na sam widok pedałów i łańcucha. „Piotr, jej serce! Ona przecież nie może się tak przemęczać! A jak spadnie?!” – krzyczała wtedy w kuchni, mając łzy w oczach. Piotr jednak tylko milczał, zaciskał mocno szczęki i z uporem montował kolejne śrubki przy bocznych kółkach.



   Pierwsza jazda odbyła się na ich ciasnym podwórku. Piotr dwoił się i troił, żeby okiełznać burzę niesfornych, czarnych jak węgiel włosów córki. Ostatecznie zrezygnował z upychania ich pod ciasną, styropianową skorupę – kask i tak siedział nieco krzywo na jej małej głowie, a cała ta gęstwa została mocno związana i opadała swobodnie, tworząc potężny, gruby pęk na plecach dziewczynki. Elwirka kurczowo trzymała kierownicę jaskrawoczerwonego rowerka, a Piotr biegł tuż obok niej, zgięty wpół, asekuracyjnie trzymając drewniany kij włożony pod siodełko. Maria stała nieruchomo na ganku, trzymając w dłoniach gotową apteczkę i telefon z wklepanym już na wyświetlaczu numerem na pogotowie. Do dziś pamiętała ten moment, gdy mała Elwirka po raz pierwszy złapała właściwy rytm. Kółka terkotały głośno o beton, a dziewczynka piszczała z dzikiego zachwytu: „Mamo, patrz! Jadę! Sama jadę!”.
   Dla każdego zdrowego dziecka to była zwykła, codzienna zabawa. Dla ich małej rodziny – wejście na sam szczyt Kilimandżaro. Maria pamiętała jednak, jak już po pięciu minutach Piotr musiał bezwzględnie zatrzymać rowerek, bo Elwira zaczęła zbyt gwałtownie, łapczywie łapać powietrze, a jej małe usta delikatnie zsiniały. Tamten jaskrawoczerwony rowerek bardzo szybko trafił na powrót do ciemnej piwnicy.

Rozdział 9: Piniata i Baryłka

   Ósme urodziny Elwirki miały być zupełnie inne niż dotychczasowe, spędzane dotąd w sterylnych, białych salach. Piotr i Maria zrobili wszystko, by ich dom przybrał odświętny, radosny wygląd. Salon uginał się od kolorowych balonów, a w ogrodzie, na grubej gałęzi starej jabłoni, kołysała się ona – wielka, misternie wyklejona piniata w kształcie fioletowo – żółtego motyla, którą Piotr przygotowywał w tajemnicy w garażu przez kilka ostatnich wieczorów. Miała w sobie kilogramy ulubionych cukierków Elwirki i całą masę rodzicielskich nadziei na choćby jeden, upragniony dzień bezlitosnej normalności.
   Lista gości była krótka, skrojona pod dyktando ogromnej ostrożności Marii. Elwirka mogła zaprosić tylko dwie najbliższe koleżanki z ławki szkolnej, Anię i Zuzię. Była jednak wśród nich jeszcze jedna, wyjątkowa osoba. Ola. Dziewczyna była wolontariuszką z kliniki kardiologicznej, nastolatką o ciepłych oczach i nieskończonej cierpliwości, która spędziła przy łóżku Elwirki dziesiątki godzin, gdy mała czekała na kolejne wyniki badań. To właśnie Ola potrafiła rozgonić najgorsze szpitalne strachy. Kiedy pojawiła się na podwórku Nowaków, Elwirka aż podskoczyła z dzikiej radości, choć Maria odruchowo położyła dłoń na własnej piersi, jakby tym gestem chciała podświadomie uspokoić zbyt mocne bicie serduszka córki.
   – Wszystkiego najlepszego, nasza mała pani doktor! – zawołała głośno Ola, kucając przy dziewczynce.
   Elwirka, zamiast czekać na rozpakowywanie prezentów, pociągnęła Olę mocno za rękę w stronę ganku. Stało tam duże, tekturowe pudełko.
   – Olu, ja też mam coś dla ciebie. Chcę, żebyś to zabrała ze sobą do kliniki, dla innych dzieci. Żeby już się tak bardzo nie bały – szepnęła niezwykle poważnie ośmiolatka.
   W pudełku leżał jej ulubiony komplet zabawek „Mały Lekarz” – ten sam plastikowy stetoskop i strzykawki, którymi Maria przez lata próbowała oswoić ponurą szpitalną salę. W oczach Oli natychmiast zakręciły się łzy głębokiego wzruszenia, a Maria musiała na moment odwrócić głowę w stronę ogrodu, by nie rozsypać się na kawałki przy zaproszonych gościach. Elwirka chciała oddać chorym dzieciom również swojego ukochanego Baryłkę, ale Ola, czule tuląc małą do siebie, szepnęła jej do uszka: „Baryłka musi zostać z tobą, Elwirko. On pilnuje twojego pokoju. Dla dzieciaków z kliniki wymyślimy coś zupełnie innego, obiecuję”. Miś wrócił więc na swoją stałą półkę, by po latach towarzyszyć  w dorosłym życiu dziewczyny.
   Pół godziny później ogród wypełnił się piskami czystej radości. Dziewczynki po kolei podchodziły do wiszącego motyla. Kiedy przyszła kolej na małą jubilatkę, Piotr zawiązał Elwirce oczy jedwabną chustką i podał jej do rąk lekki, drewniany kij.
   – Śmiało, córeczko! Celuj prosto w skrzydła motyla! – krzyczał Piotr, a jego sprana flanelowa koszula mocno łopotała na jesiennym wietrze.
   Elwirka zamachnęła się raz i drugi, a jej gęste, czarne loczki spięte w ciężką kitę falowały malowniczo na plecach przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Koleżanki ze szkoły skakały dookoła, klaszcząc głośno w dłonie. Maria stała nieco z boku, kurczowo ściskając w kieszeni telefon. Liczyła w pamięci każde uderzenie kija i każdy mocniejszy oddech córki, modląc się w duchu, by ten fioletowy motyl rozpadł się, zanim Elwirka kompletnie opadnie z sił.
   I nagle – trach! Piniata pękła z głośnym hukiem, a na zieloną trawę posypał się prawdziwy deszcz kolorowych cukierków, wśród których było najwięcej jej ukochanych, ciągnących się krówek. Dziewczynki z głośnym krzykiem rzuciły się do zbierania słodyczy, a Elwirka, zsuwając szybkim ruchem opaskę z oczu, śmiała się tak głośno i czysto, jak nigdy wcześniej w życiu. Przez tę jedną, krótką chwilę, otoczona szkolnymi koleżankami i swoją szpitalną opiekunką, była po prostu najszczęśliwszym dzieckiem na całym świecie. Bez medycznych wykresów. Bez lęku o niepewne jutro.


(Ilustracji tej nie będzie w książce, która zawierać będzie około 10-11 obrazów. Post na blogu i książka - to jednak dwa podobne, ale z innymi zasadami,  światy)

MISTRZ PLANOWANIA, CZYLI URLOP ZACZYNA SIĘ W GŁOWIE




Poznajcie Mariana. Marian jest tytanem pracy, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. Właśnie nadszedł ten kluczowy moment roku – faza przedurlopowa.

Podczas gdy inni w panice domykają arkusze w Excelu, Marian wdraża autorski program „Oszczędzania Energii Przedwypoczynkowej”. Trzeba przecież zregenerować siły, zanim w ogóle zacznie się wypoczywać. Praca na zapas wymaga strategicznego podejścia.

Strategia Mariana opiera się na trzech sztywnych filarach:

Ergonomia biurowa: 
Klawiatura i kalkulator służą wyłącznie do podtrzymywania wzroku. Najlepsza pozycja do myślenia o plaży to kąt 45 stopni, z nogami uniesionymi na wysokość oczu szefa.

Zarządzanie kryzysowe: 
 w kubku nie służy do picia – służy do zasłaniania twarzy. Gdy ktoś wchodzi do gabinetu, Marian bierze łyk. Z pełnymi ustami nie musi odpowiadać na pytania o niezrobione raporty.

Trening mentalny:
Marian patrzy w dal i ćwiczy aklimatyzację. Te drewniane panele na ścianie? Dla niego to już luksusowa boazeria w domku nad morzem.

Kalkulator zdążył już wydrukować paragon z napisem „Zasłużone wolne”, a ołówki w przyborniku stoją na baczność, salutując swojemu kapitanowi. Marian wie, że we wszystkim należy zachować umiar. Szczególnie w pracy przed wakacjami.

Bo prawdziwy profesjonalista nie jedzie na urlop. Prawdziwy profesjonalista mentalnie jest na nim już od wtorku.
<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj

piątek, 7 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - c.d. ROZDZIAŁY (3-7)

 


„Serce Elwiry” jest powieścią obyczajową skierowaną przede wszystkim do dorosłych czytelniczek, które poszukują emocjonalnych historii o rodzinie, chorobie, miłości, stracie i odzyskiwaniu nadziei. Może zainteresować również osoby związane z tematyką transplantacji oraz czytelników ceniących opowieści o bohaterach mierzących się z życiowymi ograniczeniami. Pod względem emocjonalności i motywu walki o normalne życie książkę można porównać do „Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes oraz „Gwiazd naszych wina” Johna Greena, choć „Serce Elwiry” jest historią wieloetapową, obejmującą dzieciństwo, dorastanie i dorosłe życie bohaterki. Bliska jest także polskim powieściom obyczajowym, które łączą trudne doświadczenia z ciepłem, nadzieją i wiarą w drugą szansę.

Rozdział 3: Zapach czystej pościeli i wielki strach

  Powrót do domu zawsze smakuje tak samo – zupą pomidorową mamy i bezpiecznym zapachem czystej, świeżo wyprasowanej pościeli. Żadnych białych fartuchów, żadnego pikania aparatury pod ścianą. Elwira wreszcie śpi we własnym łóżku, a Baryłka siedzi dumnie na nocnym stoliku. Choć jego ucho wciąż jest trochę krzywe od agrafki, oboje są już bezpieczni. Przynajmniej na jakiś czas.
   Mijają tygodnie, a domowe życie toczy się swoim własnym, rwanym rytmem. Elwira uczy się żyć z ograniczeniami, których nie wolno jej lekceważyć. Doskonale wie, kiedy musi natychmiast usiąść na dywanie, bo w klatce piersiowej zaczyna zbyt mocno łomotać. Wie też, że po schodach wchodzi się bardzo powoli: jeden stopień, głęboki oddech, drugi stopień. Mama, Maria, z zegarmistrzowską precyzją pilnuje godzin podawania leków – rano różowa tabletka, w południe pół białej, a wieczorem syrop. To ich mały, codzienny rytuał. Spokój w domu kardiologicznym nigdy nie trwa jednak wiecznie.
   Na kalendarzu w kuchni tata zakreślił czerwoną kreską datę, która wisiała nad nimi od tygodni: czwartek, piętnasty października. Kontrola w klinice.
 W środę wieczorem w całym domu panuje gęsta, przytłaczająca cisza. Nikt nie mówi głośno o jutrzejszym dniu. Mama prasuje wyjściową sukienkę Elwiry z wyjątkową, niemal nienaturalną starannością. Tata w garażu po raz trzeci sprawdza poziom oleju w samochodzie – muszą być na czas, nie wolno się spóźnić ani minuty. W tym samym czasie Elwira siedzi w swoim pokoju i otwiera kolorowy notesik od Oli. Zamiast słów, rysuje w nim dziś małe, czarne chmury.
   – Boisz się, Baryłko? – szepcze cichutko do misia. Maskotka milczy, ale dziewczynka dobrze wie, że on też szczerze nienawidzi zapachu szpitalnego korytarza.
   W czwartek rano poczekalnia poradni kardiologicznej pęka w szwach. Dzieci takie jak Elwira są wszędzie – niektóre są bardzo blade, inne mają wyraźnie sine usta, ale wszystkie bez wyjątku mają te same mądre, zdecydowanie zbyt dorosłe oczy. Drzwi z napisem „Gabinety USG” otwierają się co chwilę, aż w końcu rozlega się głos pielęgniarki wywołujący ich nazwisko: „Elwira Nowak”.
   Maria mocniej ściska dłoń córki, a Piotr zostaje na korytarzu. Zawsze zostaje, tłumacząc, że w gabinecie jest za ciasno. Naprawdę po prostu nie potrafi patrzeć na ekran monitora, gdzie widać to małe, niedoskonałe serce walczące o życie.
   W gabinecie pachnie charakterystycznym, podgrzewanym żelem. Doktor ordynator, starszy pan z siwą brodą, uśmiecha się ciepło na ich widok. Zaprasza Elwirkę na kozetkę, by „zobaczyć, co tam w trawie piszczy”. Żel jest przeraźliwie zimny, a głowica aparatu przesuwa się po małej klatce piersiowej. Na ekranie pojawia się czarno – biały, pulsujący obraz i ten znajomy, głośny, szumiący i nierówny dźwięk: szsz – puk... szsz – puk... szsz – szsz..
   Lekarz bardzo długo wpatruje się w monitor i nic nie mówi, a jego brwi marszczą się coraz bardziej. Elwira patrzy na mamę, mama na doktora, a Maria znowu nerwowo zaciska w dłoni chusteczkę. W końcu doktor wyłącza dźwięk i w gabinecie zapada głęboka, ciężka cisza.
  – Pani Mario – mówi cicho lekarz, wycierając pierś dziewczynki z resztek żelu. – Leki już nie wystarczają. Komora jest zbyt obciążona. Nie możemy dłużej czekać.
   Marii momentalnie zamiera oddech w piersi.
 – Operacja? – pyta szeptem, ledwo wydobywając głos z gardła.
 – Tak, korekcja wady – odpowiada ordynator. – Musimy uszczelnić zastawkę i poprawić przepływ, to da Elwirce siłę na dorastanie w kolejne lata. Ta operacja da nam czas, pani Mario. Taki zabieg to most. Musimy go przejść, żeby zobaczyć, co jest po drugiej stronie.
  Elwira siada na kozetce i spokojnie zapina guziki bluzeczki. Nie płacze. Wie, że operacja oznacza powrót na oddział i że znowu zobaczy Olę, ale oznacza to też, że znowu będzie bardzo bolało.
  Kiedy wychodzą na korytarz, Piotr natychmiast wstaje z krzesła. Patrzy na żonę, a Maria tylko lekko, zrezygnowana potakuje głową. Więcej słów nie trzeba. Piotr zamyka oczy na jedną, długą sekundę, po czym bierze Elwirę na ręce – mocno, zdecydowanie za mocno.
  – Jedziemy na lody, myszko – mówi zmienionym, zduszonym głosem. – Największe, jakie mają w tym mieście.


Rozdział 4: Zielone fartuchy i tajemnicza wyspa

   Szpitalny oddział jesienią wygląda inaczej niż latem. Za oknem nie ma już dzieci biegających za piłką. Są tylko mokre liście, które wiatr przykleja do szyb. Elwira znowu leży w tej samej sali. Tym razem nie ma tu słońca. Jest cichy, listopadowy półmrok.
   Operacja zaplanowana jest na wtorek. Dzisiaj jest niedziela. Do sali wchodzi Ola. Nie ma na sobie długiej sukni wróżki. Nosi zwykłe jeansy i ciepły, żółty sweter. W rękach trzyma coś dziwnego. Duży, zielony kawałek materiału.
   – Co to jest, Olu? – pyta Elwira, odkładając notesik.
   – To jest uniform dla superbohatera, kochanie.
 Ola rozkłada na łóżku mały, zielony fartuch chirurgiczny. Dokładnie taki, jaki noszą lekarze na bloku.
  – We wtorek rano dostaniesz taki sam. Tylko trochę mniejszy.
  Elwira dotyka szorstkiego materiału.
  – Baryłka też dostanie?
  – Baryłka ma już swój – Ola wyciąga z kieszeni miniaturową, zieloną chusteczkę i wiąże ją misiowi wokół głowy. Wygląda komicznie.
   Elwira się nie śmieje. Jej małe paluszki błąkają się po brzegu kołdry.
   – Olu... Ja wiem, co oni mi zrobią.
   Ola cichnie. Siada blisko dziewczynki. – Co wiesz, Elwirko?
  – Słyszałam, jak lekarz mówił do mamy. Oni przetną mi klatkę piersiową. Rozkroją mnie. Jak lalkę.
   Głos dziewczynki drży, ale w oczach nie ma łez. Jest w nich czysty, lodowaty strach.
  Ola bierze głębszy oddech. Wie, że z Elwirą nie wolno kłamać. Dzieci z wadami serca natychmiast wyczuwają fałsz.
   – Przetną, Elwirko. Ale tylko po to, żeby zajrzeć do środka i naprawić to, co się popsuło. Wiesz, jak wygląda blok operacyjny?
   – Nie.
  – To jest wielka, bardzo czysta wyspa. Wszystko tam jest zielone i niebieskie. Lekarze mają wielkie lampy, które świecą jak małe słońca. Kiedy tam wjedziesz na łóżku, dadzą ci powąchać specjalne powietrze przez maseczkę.
   – Jak ono pachnie?
  – Trochę jak guma balonowa, a trochę jak las po deszczu. Powąchasz raz, drugi... i zaśniesz tak mocno, że nic nie będziesz czuć. A kiedy się obudzisz, wszystko będzie już naprawione.
   – A ty tam będziesz?
   – Tam mogą wchodzić tylko lekarze, skarbeńko. Ale ja będę stała pod drzwiami. Razem z twoją mamą i tatą. Nie odejdziemy ani na krok. Obiecuję ci to.
  Wieczorem w sali zjawiają się rodzice. Przynieśli czyste ubrania i nową książkę. Piotr jest dziwnie milczący. Jego potężna sylwetka wydaje się przygarbiona. Siedzi na skraju łóżka i bezwiednie bawi się plastikowym stetoskopem Elwiry.
 Mama, Maria, próbuje mówić o szkole, o babci, o pomidorowej zupie. Ale jej głos co chwilę się łamie.
  – Mamo – przerywa jej nagle Elwira. – Dlaczego masz znowu takie czerwone oczy?
  Maria zamiera. Sięga ręką do torebki, szukając chusteczki.
 – Ach, Elwirko... To ta klimatyzacja w szpitalu. Bardzo wysusza oczy. Muszę chyba kupić jakieś krople.
  Elwira patrzy na nią mądrym, przeszywającym wzrokiem.
  – Mamo. Przecież wiem, że płaczesz.
 W sali zapada potworna, ciężka cisza. Słychać tylko ciche pikanie kardiomonitora z sąsiedniej sali. Maria opuszcza ręce. Chusteczka wypada jej z palców na podłogę. Nagle ta silna, niezłomna kobieta zaczyna się trząść.
     Zasłania twarz dłońmi. Pierwszy raz przy córce.
   Piotr natychmiast wstaje. Obejmuje żonę ramieniem. Sam ma zaciśnięte szczęki, aż na policzkach wyskakują mu blade grudki mięśni.
   Elwira patrzy na nich z łóżka. I nagle to małe, chore dziecko robi coś niesamowitego. Wyciąga rękę i gładzi mamę po włosach.
   – Nie płacz, mamusiu – mówi cicho. – Ola mówiła, że tam na bloku dają powietrze o zapachu gumy balonowej. Baryłka też dostanie zielony fartuch, ale pozostanie tu w pokoju, by cię przywitać. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.
   Piotr patrzy na swoją córkę. W jego oczach, po raz pierwszy w życiu Elwiry, pojawia się wielka, błyszcząca łza. Spływa wolno po jego szorstkim, męskim policzku. Nawet on nie potrafi już być ze stali.



Rozdział 5: Świat z waty i odpływający sufit

   Wtorek rano. Godzina siódma zero zero. Za oknem wciąż jest ciemno i ponuro. W sali zapala się nagle ostre, jarzeniowe światło. Elwira nie zdążyła jeszcze dobrze otworzyć oczu, a przy jej łóżku stoi już pielęgniarka. W ręku trzyma mały, plastikowy kieliszek z gęstym, białym płynem.
   – No, Elwirko – mówi ciepłym, ale stanowczym głosem. – Pijemy soczek dla odważnych dziewczynek.
   Elwira dobrze wie, co to jest. To „Głupi Jaś”. Wypija wszystko jednym łykiem. Płyn smakuje gorzko, choć ktoś bardzo starał się dodać tam sztucznego, truskawkowego aromatu.
   Świat wokół Elwiry zaczyna się dziwnie zmieniać. Najpierw wszystkie dźwięki wyraźnie cichną, jakby ktoś owinął całą salę grubą warstwą waty. Głos mamy brzmi teraz dziwnie, jakby dochodził z dna głębokiej studni.
   – Wszystko w porządku, myszko? – pyta Maria.
 Elwira próbuje odpowiedzieć, ale jej język zrobił się nagle bardzo duży i leniwy.
   – Mamo... – mruczy dziewczynka. – Ty masz dwa nosy.
  Piotr próbuje się zaśmiać, ale to smutny, bardzo wymuszony śmiech. Sufit nad łóżkiem Elwiry zaczyna wolno falować. Lampy przypominają teraz wielkie, białe meduzy, które leniwie pływają w głębokim oceanie. Strach zniknął, rozpuścił się całkowicie w tym truskawkowym płynie. Zamiast lęku pojawia się dziwny, błogi spokój. Wszystko jest jej teraz zupełnie obojętne.
   Drzwi sali otwierają się z głośnym trzaskiem. Wjeżdża przez nie wielkie, metalowe łóżko na kółkach. Pielęgniarze w zielonych fartuchach działają szybko i sprawnie.
   – Przekładamy panienkę – mówi jeden z nich.
  Elwira nawet nie czuje, kiedy jej lekkie ciałko ląduje na białym prześcieradle ruchomego wózka. Elwira wieziona jest dalej. Sufit nad głową Elwiry zaczyna uciekać do tyłu. Mijają kolejne korytarzowe lampy. Błysk. Błysk. Błysk.
   Na korytarzu stoi Ola. Elwira widzi ją tylko przez gęstą mgłę. Ola macha do niej energicznie ręką i coś krzyczy, ale dziewczynka nie słyszy już słów. Widzi tylko jej wielki, żółty sweter. Wygląda jak małe, ciepłe słońce w tym szarym, surowym szpitalnym korytarzu.
   Rodzice idą obok wózka aż do wielkich, podwójnych drzwi z napisem: BLOK OPERACYJNY. WSTĘP WZBRONIONY. Tam wózek na moment się zatrzymuje.
  Mama pochyla się nad nią nisko. Jej twarz jest zupełnie rozmazana, ale Elwira czuje na swoim policzku ciepłą, mokrą łzę. „A jednak znowu płacze” – myśli dziewczynka, ale nie ma już siły, by wyciągnąć rękę i ją wytrzeć.
  Tata całuje ją czule w czoło. Jego kilkudniowy zarost przyjemnie drapie ją w skórę.
    – Czekamy tu, Elwirko. Bądź dzielna – słyszy cichy, drżący szept ojca.
  Wielkie drzwi otwierają się z głośnym sykiem. Wózek wjeżdża do środka, a skrzydła natychmiast zamykają się za nimi. Mama, tata i Ola zostają po tamtej stronie. W świecie, który boli.
   Tutaj, za drzwiami, powietrze jest bardzo zimne. Pachnie dokładnie tak, jak zapowiadała Ola – lasem po deszczu. Nad łóżkiem rozbłyskują potężne, okrągłe lampy.
  – Dzień dobry, Elwirko – mówi miły głos zza zielonej maseczki. – Pora na naszą gumę balonową.
   Na buzię dziewczynki opada lekka, plastikowa maska. Elwira robi jeden głęboki wdech. Słodki dym natychmiast wypełnia jej małe płuca.
  „Misie... długo się nie gniewają...” – przypomina sobie nagle słowa ze swojego dawnego snu. Robi drugi, spokojny wdech. I zasypia.


Rozdział 6: Zegarek bez pośpiechu i puste minuty

  Drzwi bloku operacyjnego zamknęły się z głuchym kliknięciem. Ciężki, magnetyczny zamek odciął Elwirę od reszty świata. Na korytarzu została tylko ona. I paląca cisza.
    Piotr usiadł pierwszy na tym samym, twardym, plastikowym krześle. Oparł mocno łokcie o kolana i ukrył twarz w wielkich, szorstkich dłoniach. Maria stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w matową szybę drzwi, jakby wierzyła, że jej zdeterminowany wzrok ma moc prześwietlenia grubych ścian. W końcu i ona opadła bezsilnie na siedzenie obok męża. Ola usiadła po drugiej stronie. Żadne z nich nie wypowiedziało ani jednego słowa. Wszystkie ważne słowa zostały już przecież powiedziane.
   Korytarz kardiologii dziecięcej w czasie operacji staje się najdłuższym i najbardziej samotnym miejscem na ziemi. Piotr spojrzał na swój stary, mechaniczny zegarek. Wskazówki poruszały się leniwie. Tyk. Tyk. Tyk. Zazwyczaj czas mu uciekał – w warsztacie, przy skomplikowanej naprawie samochodów, godziny mijały nieubłaganie. Dzisiaj sekundy ciągnęły się jak gęsta, zimna smoła. Godzina ósma piętnaście. Dopiero piętnaście minut, a cała operacja ma trwać co najmniej cztery godziny.
  Maria odruchowo otworzyła torebkę i wyciągnęła nową paczkę chusteczek. Rozerwała folię, wyjęła jedną, śnieżnobiałą chusteczkę i zgniotła ją w dłoni, tworząc małą, ciasną kulkę. Ale nie płakała. Jej oczy były zupełnie suche i przerażająco puste. Łzy skończyły się znacznie wcześniej, a teraz w ich miejscu został już tylko czysty strach.
   Ola patrzyła na nich oboje z boku. Jako wolontariuszka widziała już wiele takich par i wiedziała, że rodzice pod drzwiami bloku zawsze wyglądają tak samo – są jak posągi, doskonale zamrożeni w bolesnym oczekiwaniu. Dziewczyna poczuła, że jej własne serce bije zbyt szybko. Pomyślała o małym notesiku w dłoni Elwiry i o Baryłce w zielonej chustce. Wyciągnęła z torby termos z gorącą herbatą, nalała trochę do plastikowego kubka i podała Marii.


   – Proszę wypić, pani Mario. Trzeba czymś zająć ręce – szepnęła.
    Maria spojrzała na kubek, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Wzięła go, ale jej palce drżały tak mocno, że gorąca herbata omal się nie wylała.
   – Dziękuję, Olu – odpowiedziała bezgłośnie, samymi ustami.
  Piotr nie chciał herbaty. Wstał gwałtownie i zaczął chodzić wzdłuż korytarza. Siedem kroków w stronę windy, siedem kroków z powrotem pod drzwi bloku. Winda. Drzwi. Winda. Drzwi. Jego ciężkie buty stukały rytmicznie o gumowe podłoże. Dla Marii ten monotonny dźwięk stał się po chwili nie do zniesienia.
    – Piotrek, usiądź... proszę cię – odezwała się cicho.
   Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na żonę. W jego oczach było tyle kompletnej bezsilności, że Maria aż odwróciła wzrok. Piotr podszedł do okna na końcu korytarza i oparł rozpalone czoło o zimną szybę. Znowu zapragnął zapalić, bardzo mocno. Ale wiedział, że jeśli teraz stąd wyjdzie, choćby na pięć minut, to po prostu pęknie. Musiał tu stać. Jak niezłomny strażnik.
   Zza zamkniętych drzwi bloku nie dochodziły absolutnie żadne dźwięki. Gdzieś daleko, w głębi korytarza, zapłakało jakieś małe dziecko. Pielęgniarka przeszła szybkim krokiem, niosąc metalową tacę z narzędziami, ale nikt na nią nawet nie spojrzał. Godzina dziesiąta trzydzieści. Połowa drogi za nimi.
   Cisza między Piotrem, Marią a Olą stała się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. To nie była zwykła, pusta cisza. To była wspólna modlitwa trzech zupełnie różnych serc. Modlitwa o to, by to jedno, małe, połatane serduszko Elwirki... zechciało zabić na nowo.



Rozdział 7: Zielona maska i pierwsze słowo


    Godzina dwunasta piętnaście. Minęło dokładnie pięć godzin i piętnaście minut. Nagle metalowa klamka w podwójnych drzwiach bloku operacyjnego drgnęła. Ten cichy, metaliczny dźwięk na pustym korytarzu brzmiał w ich uszach jak głośny wystrzał z pistoletu. Piotr w ułamku sekundy odskoczył od okna. Maria upuściła plastikowy kubek, a resztka zimnej herbaty natychmiast rozlała się po jasnych kafelkach. Ola wstrzymała oddech. Wszyscy troje utkwili sparaliżowany wzrok w powoli otwierających się skrzydłach drzwi.
   Zza drzwi wychodzi kardiolog – ten sam, starszy pan z charakterystyczną siwą brodą. Zielony fartuch miał mocno pognieciony, a na czole wciąż było widać wyraźne, czerwone ślady po uciskającej twarz masce ochronnej. Idzie powoli, niemal ciągnąc nogami ze zmęczenia. Jego twarz nie zdradza jednak absolutnie żadnych emocji. Dla stojących na korytarzu rodziców te kilka sekund, gdy lekarz idzie w ich stronę, staje się kolejną wiecznością. Maria zaciska pięści tak mocno, że paznokcie wbijają się jej w skórę. „Powiedz coś... – błaga rozpaczliwie w myślach. – Tylko powiedz, że ona żyje”.
   Lekarz zatrzymuje się w końcu tuż przed nimi. Ściąga zieloną maseczkę z twarzy, opuszcza ją na szyję i wypuszcza głośno powietrze z płuc. I nagle, zupełnie niespodziewanie, na jego skrajnie zmęczonych ustach pojawia się mały, ciepły uśmiech.
   – Udało się – mówi cicho, a jego głos jest chropowaty od wielogodzinnego milczenia.
  – Zastawka została uszczelniona. Serce podjęło samodzielną pracę bez większych problemów.
  Maria wydaje z siebie dziwny, urwany dźwięk, jakby ktoś nagle oddał jej całe zabrane rano powietrze. Opadła z powrotem bezwładnie na plastikowe krzesło, zakryła twarz dłońmi i wreszcie zaczęła płakać. Prawdziwymi, głośnymi łzami najgłębszej ulgi. Sponiewierane chusteczki z torebki w końcu się przydały.
   Piotr nie płacze. Podchodzi o krok bliżej do lekarza i wyciąga w jego stronę swoją wielką, robotniczą dłoń.
  – Dziękuję, panie profesorze. Dziękuję – mówi Piotr, a jego głos jest tak niski i drżący, że ledwo można go usłyszeć. Uścisk dłoni zmęczonego chirurga i wzruszonego ojca trwa wyjątkowo długo. To męskie, ciche przymierze wdzięczności i szacunku.
   – Elwirka jest teraz na sali wybudzeń – kontynuuje lekarz, przenosząc wzrok na płaczącą Marię. – Jest jeszcze bardzo słaba. Pozostaje podłączona do respiratora, który pomaga jej oddychać. Mogą państwo do niej wejść, ale tylko na chwilę. I proszę pamiętać: ona może was słyszeć, nawet jeśli wygląda, jakby spała.
    Ola kładzie delikatnie rękę na ramieniu Marii, pomagając jej wstać.
    – Idźcie do niej – szepcze ciepło wolontariuszka. – Ja tu na was poczekam.
  Mówiąc to, sama ukradkiem wyciera napływającą łzę z policzka.
  Rodzice wchodzą ostrożnie na Salę Intensywnej Terapii. Pachnie tu zupełnie inaczej niż na zwykłym oddziale – ostro, lekami i alkoholem do dezynfekcji. Łóżko Elwirki stoi na samym środku rozświetlonej sali. Mała dziewczynka wygląda w nim teraz jak krucha, porcelanowa laleczka. Jest przerażająco blada, a przez jej usta przechodzi gruba, plastikowa rurka. Wokół łóżka stoją cztery wielkie monitory. Pik... pik... pik... Każde to piknięcie staje się w tym momencie najpiękniejszą muzyką dla uszu Marii i Piotra. To namacalny dowód, że serce bije – nowym, lepszym, zdrowym rytmem.
   Piotr podchodzi z prawej strony łóżka. Bardzo delikatnie, jakby panicznie bał się, że uszkodzi córkę, bierze jej mały paluszek do swojej wielkiej dłoni. Maria klęka przy krawędzi łóżka i całuje zimną, bezwładną rączkę Elwiry.
  – Jesteśmy tu, myszko. Mamusia i tatuś są przy tobie. Wszystko jest dobrze – szepcze czule do uszka dziewczynki.
   I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Monitor kardiologiczny na moment wyraźnie przyspiesza swój miarowy rytm. Małe powieki Elwirki lekko drgają. Dziewczynka nie otwiera jeszcze oczu, jest zbyt mocno oszołomiona lekami anestezjologicznymi. Ale jej wolny paluszek... ten sam, który tak ostrożnie trzyma Piotr... lekko, ledwo wyczuwalnie, ale delikatnie uścisnął wielki kciuk taty. Usłyszała ich.

ROWERÓW CI U NAS DOSTATEK


   Muszę się do czegoś przyznać, 

    Trudno, raz kozie śmierć. 

  W mojej okolicy powstała prawie sieć dróżek rowerowych. Mogłabym bez obawy o jakąś kolizję drogową pokonywać kilometry. 

   Mamy 3 rowery w wersji "damka". Jeden nawet po mojej śp. mamie. Jeździła na nim, mając nawet 83 lata. Mąż go odrestaurował i często używa , chociaż na dłuższe wypady  (a jeździł jeszcze w ubiegłym roku  po 20 -30 km) używa "bardziej wypasionego" sprzętu. Teraz po kontuzji "zszedł" do kilkunastu km dziennie, ale ma nadzieje, że będzie lepiej. Następne dwa na zmianę używa starszy wnuczek - lubi retro, chociaż również ma swój "wyczynowy" - sportowy rower.

    Wciąż czekacie, do czego to miałam się przyznać? 

   Ostatnio jechałam na rowerze...  w szkole średniej.

  No, mam to wyznanie już za sobą. wcale za mocno nie bolało. Ale Toffi tego nie powiem. To teraz moja jedna z kilku fobii. Obawiam się, że mogę przypadkiem się wywrócić i połamać swoje stare kości. 

  No dobrze, wiem. Przecież przez te kilkadziesiąt lat nie zawsze były stare.

Marzenie Toffi


Gdyby pani miała rower
- Zwykłą damkę, koszyk z przodu,
Nawet kwiaty wokół niego,
W środku kocyk z samochodu,

Wzięłaby mnie na przejażdżkę
Gdzieś do lasu jakaś dróżką.
Ale pomóc nie potrafię
Pedałować żadną nóżką.

Spokojniutko bym leżała
Na kocyku w swym koszyku.
Wszystko proste - tylko wsiadać
Bez szczekania i bez krzyku.

Film pobrany z Pinterest

Ale cały jest ambaras,
Że to pan jeździ rowerem.
Pani za to w parku ze mną
Cóż , na smyczy i spacerem.

Ja na smyczy, a nie pani,
Oczywista rzecz pod słońcem.
Ach! Mogłabym za rowerem
Biec kłusikiem koniec końcem.

<><><><><><><>
 Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

 W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

 Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj