Translate

środa, 20 maja 2026

GIBRALTAR.... CZĘŚĆ II.INWESTYCJA Z SERCA

ciąg dalszy posta: https://zapiskizmojegobloga.blogspot.com/2026/05/gibraltar-i-polskie-osiedle-z.html

  VI. FINANSE ZNIKAJA Z KONTA
  Maria miała ten dzień zaplanowany co do minuty. Kawa, szybki przegląd prasy, a potem rutynowe logowanie do bankowości elektronicznej, by opłacić comiesięczne rachunki. Kiedy jednak na ekranie laptopa wyświetliło się podsumowanie salda, omal mózg jej nie eksplodował


Stan konto oszczędnościowego drastycznie zmalał. Zniknęła z niego kwota, za którą można by kupić całkiem przyzwoity, choć używany samochód.

    – „Marcin!” – zawołała, a w jej głosie logistyka mieszała się z czystą paniką. – „Okradli nas! Albo system bankowy zwariował! Brakuje nam pieniędzy na koncie!”

   Marcin wszedł do kuchni ze stoickim spokojem, niosąc w ręku grubą, skórzaną teczkę. Usiadł przy stole, poprawił okulary i spojrzał na żonę wzrokiem, który nie zdradzał żadnych wyrzutów sumienia.

   – „Spokojnie, Mario. Nikt nas nie okradł. Pamiętasz to pełnomocnictwo prawne i finansowe, które daliśmy mi w zeszłym miesiącu, żebym mógł formalnie zamknąć tamte stare sprawy spadkowe? Postanowiłem z niego skorzystać.”
Maria aż usiadła z wrażenia.

    – „I wydałeś oszczędności życia bez konsultacji ze mną? Na co? Na jakieś akcje? Nowe ziółka? Przecież to były pieniądze odłożone na czarną godzinę!”
  
  Marcin uśmiechnął się ciepło i wyciągnął z teczki plik dokumentów, przesuwając je w stronę żony.

   – „To nie czarna godzina, Mario. To inwestycja. Najlepsza, jaką mogliśmy zrobić. Dla naszego syna.”

 Maria zaczęła gorączkowo przeglądać papiery. Zamiast wykresów giełdowych zobaczyła certyfikaty medyczne, potwierdzenie opłacenia specjalistycznego, zagranicznego turnusu rehabilitacyjno-uzdrowiskowego oraz... czesne za elitarne, roczne seminarium naukowe z nowoczesnych technologii, o którym ich syn marzył od lat, ale zawsze uważał, że ich na to nie stać.

  – „Marcin... ale jak to?” – bąknęła, a złość natychmiast wyparowała, ustępując miejsca wzruszeniu.

   – „Nasz syn dawał z siebie wszystko, a zdrowie i nauka to jedyne rzeczy, na których nie wolno nam oszczędzać” – wyjaśnił cicho Marcin, kładąc dłoń na jej ręce. – „Jako ojciec musiałem w końcu przejąć stery. Turnus podreperuje jego kręgosłup po tych nocach spędzonych nad książkami, a seminarium otworzy mu drzwi do kariery. Finansowo to spory krok, ale logistycznie wszystko już dopiąłem. Wszystko jest opłacone.”

   W tym samym momencie, jak na zawołanie, na blacie stołu zaczął wibrować telefon Marii. Na ekranie wyświetliło się imię syna. Odebrała pospiesznie, włączając tryb głośnomówiący.

   – „Mamo! Tato! Nie uwierzycie!” – w słuchawce rozbrzmiał głos młodego człowieka, radosny, wręcz roztrzęsiony z emocji. 
   
  – „Przed chwilą dostałem oficjalny mail z uczelni i list gratulacyjny! Zostałem wpisany na listę uczestników tego międzynarodowego seminarium! Podobno całe czesne zostało już zaksięgowane przez jakiegoś anonimowego sponsora. Mamo, to spełnienie moich marzeń! Nawet nie wiecie, jak mi to dodaje skrzydeł, mój kręgosłup od samego patrzenia na ten list przestał boleć!”

   Maria spojrzała na Marcina, a po jej policzku spłynęła łza. Marcin tylko mrugnął do niej porozumiewawczo i odpowiedział do telefonu:

   – „Gratulacje, synu. Bardzo na to zasłużyłeś. A ten sponsor... cóż, kazał ci przekazać, żebyś teraz pakował walizki i szykował się też na porządny wypoczynek zdrowotny przed zajęciami. Dbaj o siebie.”

   Gdy chłopak po fali podziękowań w końcu się rozłączył, w kuchni zapadła cisza. Maria podeszła do męża i mocno go przytuliła.

   – „No dobrze...” – uśmiechnęła się przez łzy, twardo wracając do swojej roli. – „Inwestycja trafiona w dziesiątkę, panie pełnomocniku. Ale następnym razem poproszę o awizo na piśmie. Moje serce też wymaga ochrony zdrowia przed takimi niespodziankami!”

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 



wtorek, 19 maja 2026

HISTORIA, KTOREJ NIE DA SIE WYMYŚLIĆ: TAJEMNICA KANISTERKA Z LOURDES


"Ja nic nie wiem,
niczego nie widziałam,
ja tu tylko
szczekam"

   Kilka lat temu przywiozłam z Lourdes kanisterek z wodą święconą. Rozdawałam, zużywałam… w zeszłym roku przelałam resztkę do butelki i oddałam chorej koleżance. Kanisterek wylądował w garażu „na wszelki wypadek”.

  Wczoraj przyjechała starsza córka na obiad. Mąż, chcąc pomóc, poszedł uzupełnić AdBlue w jej Astrze. Bierze kanister, wlewa… odwraca – a tam nadruk etykiety  "Lourdes”.



Obraz wygenerowany przez Pdf Simpli

(Pdf Simpli "trochę" przesadziła z rozmiarem kanistra 😅 )

  Garaż zamarł. Po chwili rozległy się jęki godne Jeremiasza.
Wpadają do domu: mąż blady, córka w szoku. Ja, wieczna optymistka, próbuję ratować sytuację:

  — Spokojnie! 
Auto jest po prostu wyświęcone! 
Nie było na poświęceniu u św. Krzysztofa, to Matka Boża z Lourdes wzięła sprawę w swoje ręce. Będzie bezwypadkowe jak nigdy!

  Niestety… entuzjazm szybko opadł.

    Bo teraz nikt nie jest już niczego pewien.
Ja "raczej" pamiętam, że wylałam wszystko.
Mąż nie pamięta, czy coś tam jeszcze chlupotało. A poza tym, jeśli to nie woda świecona, to co za płyn, do licha!
Młodsza córka z zięciem też mają kompletną pustkę w głowach ( tez korzystają z zasobów garażu).

  Dr nauk historycznych, magistrzy pedagogiki, anglistyki, ekonomii i inżynier architekt – cała rodzina pogrążona w gęstej mgle mózgowej, która nie wybiera specjalizacji - obdzieliła nas po równo.

   Nawet Toffi (jedyny świadek) patrzy na nas z miną niewiniątka.

   Efekt?
Auto stoi, coś trzeba rozkręcać, wylewać, czyścić…
Mąż w środę ma jechać służbowo w teren, a teraz jeździ autem córki i co chwilę chwyta się za głowę.
Ja dalej twierdzę, że to był znak.
Auto najwyraźniej bardzo chciało być bliżej Nieba.

   Matko Boża z Lourdes…
Święty Krzysztofie…
i Ty, Toffi – jeśli wiesz prawdę, to chociaż zamerdaj ogonem.
Amen.

P.S.
   Nim skończyłam pisać tego posta, laweta podjechała po auto. Teraz już tylko dwie niewiadome.. na kiedy i za ile 😏Mąż na wszelki wypadek pojechał... rowerkiem.... pod bankomat. Uznaliśmy tym czasem, że to on ponosi koszty.

 Chyba dziś nie dane mi tak szybko zakończyć tego posta, bo przygotowywałam w tzw. międzyczasie obraz na drugi blok i znalazłam  takiego "szelmę", który spoglądał na mnie, jakby ...
wszystko o mnie wiedział - uśmiech z XVIII wieku. 

Popatrzcie na tego aktora:

Jean Baptiste Perronneau-1715-1783 
-" Portret Aktora"

Ten uśmiech nie jest zwykły.

To uśmiech człowieka, który:
właśnie wymyślił idealny tekst na każdą sytuację,
wie, że zaraz ktoś mu powie „zagraj coś”,
i już kombinuje, jak wyjść z tego obronną ręką, żeby wszyscy się śmiali.

Wygląda jak ktoś, kto za chwilę szepnie Ci na ucho:

„Spokojnie, znamy się na farsach. Woda z Lourdes w AdBlue? To będzie hit sezonu!”

A jednocześnie ma minę człowieka, który udaje, że jest grzeczny… ale w głowie już pisze scenariusz komedii na podstawie Twojego garażu.

Klasyczny aktor – zawsze gotowy do roli.

Nawet jeśli rola to „przyjaciel, który udaje, że nie wie, co się stało” 😏

<><><><><><>
P.S.
   Nim skończyłam pisać tego posta, laweta podjechała po auto. Teraz już tylko dwie niewiadome.. na kiedy i za ile 😏Mąż na wszelki wypadek pojechał... rowerkiem.... pod bankomat. Uznaliśmy tym czasem, że to on ponosi koszty.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

poniedziałek, 18 maja 2026

TOFFI - NIEZASTĄPIONA STRAZNICZKA KIELBASEK

 

Było piękne majowe popołudnie. Dziadek rozpalił kociołek, Babcia kończyła sałatki, a Michał z dumą pomagał nabijać kiełbaski na patyki. Toffi, jak zawsze, pełniła funkcję specjalistki do zleceń doraźnych.

Gdy dziadek poszedł po talerzyki, wydał jasne polecenie:
– Michał, pilnujesz kiełbasek i Toffi!




Michał podszedł do zadania bardzo profesjonalnie. Najpierw założył Toffi zabawkowy czerwony strażacki hełm. 

OFICJALNA    STRAŻNICZKA    KIELBASEK


Gdy to nie wystarczyło  ( bo ilość kiełbasek się drastycznie zmniejszyła) - pobiegł po – maskę przeciwgazową. O, zgrozo! Zakopana chyba w piaskownicy.. chwycił "covidową".

Poziom zabezpieczenia: maksimum. Efekt: dramatyczny

Efekt? 
Dramatyczny.
Kiedy dziadek wrócił, zastał następujący krajobraz: hełm w piaskownicy, maska na trawie, a pod czereśnią Toffi i Michał w głębokiej rozmowie. 

Toffi oblizywała się z miną pełnego szczęścia, a na patyku wisiała już tylko jedna samotna kiełbaska.






– No i co tu się wydarzyło?! – zawołał dziadek.

Michał spojrzał niewinnie:
– Toffi opowiadała mi bajkę o lisie i kurniku… Bardzo pouczającą.

Toffi spojrzała na dziadka wielkimi, niewinnymi oczami i merdnęła ogonem, jakby chciała powiedzieć:
„Kiełbaski same zeskoczyły. Ja tylko pilnowałam…”

Babcia, która wyszła z sałatkami, tylko westchnęła:
– Następnym razem zamawiamy pizzę.

Toffi natychmiast dodała z nadzieją w głosie:
– Ale z kiełbaskami, prawda?

A potem Toffi westchnęła głęboko i pomyślała sobie:
Oj, żeby te nasze działki płotów nie miały…
Obsłużyłabym je wszystkie.
W jedną stronę kiełbaski od sąsiada z lewej, w drugą od sąsiada z prawej.
Biegałabym tam i z powrotem jak profesjonalna kelnerka na czterech łapkach.
A tak… człowiek (czytaj: pies) jest ograniczany sztucznymi barierami.
Ech… te płoty to największa niesprawiedliwość tego osiedla.”

niedziela, 17 maja 2026

GIBRALTAR I POLSKIE OSIEDLE Z WYJĄTKOWYM SYNEM

Eryk, ojciec Marcina na Gibraltarze

Część I: Trudne początki i złamane obietnice

  Gdy Maria ukończyła anglistykę, natychmiast zaproponowano jej pracę lektorki na wydziale. Była niezwykle sumienną pracownicą – z zaangażowaniem otworzyła przewód doktorski, a dzięki zdobyciu prestiżowego grantu badawczego wyjechała na Gibraltar. To właśnie tam poznała swojego przyszłego męża. Był podróżnikiem, człowiekiem niespokojnego ducha, który w ich wspólnym domu bywał zaledwie gościem.

    Po pewnym czasie Maria wróciła do Polski. Narodziny syna, który przyszedł na świat jako skrajny wcześniak, zatrzymały ją w domu na dobre. Nieustanne kłopoty zdrowotne, codzienna walka o życie malucha oraz niekończące się wizyty u specjalistów uniemożliwiły jej kontynuowanie pracy naukowej. Zmuszona sytuacją, zwróciła grant w całości, co doszczętnie zrujnowało jej i tak skromny budżet domowy. 

   Mąż nie udźwignął ciężaru opieki nad dzieckiem. Gdy tylko dowiedział się, że lekarze nie dają stuprocentowej pewności, czy mały Marcin będzie w pełni sprawny, odszedł. W jego głowie nie mieścił się scenariusz, w którym w przyszłości nie mógłby podróżować z własnym synem. Maria została sama – z chorym dzieckiem, skromnymi alimentami i zasiłkiem opiekuńczym.

Część II: Lekcja, która zmieniła wszystko

   Chcąc podreperować domowy budżet, Maria zaczęła ogłaszać się jako korepetytorka języka angielskiego. Głęboko wierzyła, że da sobie radę. Pierwsze dwie lekcje przebiegły dość sprawnie, jednak trzecia okazała się kompletną porażką. Marcin bez przerwy płakał. Zrozpaczona matka co chwilę sprawdzała, co mu dolega, raz po raz przepraszając zdezorientowanego ucznia. Pod koniec zajęć, odprowadzając go do drzwi, ze wstydem i żalem uznała, że były to ich ostatnie bezpłatne korepetycje. Było jej potwornie przykro, że nie przewidziała tej sytuacji.

    Na szczęście z pomocą przyszła jej mama. Kobiety wspólnie uradziły, że babcia przejmie opiekę nad wnukiem w czasie lekcji, na co udało się nawet pozyskać odpowiednie wsparcie finansowe z ZUS-u.

      Marcin rósł otoczony bezgraniczną miłością mamy i babci. Był cudownym, kochanym dzieckiem. O jego ojcu... w tym domu po prostu się nie wspominało.

Część III: Niezwykła propozycja

   Pewnego dnia, z polecenia dawnej profesorki Marii, skontaktowała się z nią pani profesor z Akademii Medycznej. Poprosiła o nietypowe lekcje – czyste konwersacje. Okazało się, że profesorka dzień wcześniej szukała u znajomej anglistki porady, gdzie mogłaby szybko podszlifować język. Jako naukowiec często wyjeżdżała na zagraniczne sympozja i referowała swoje prace, a poziom jej angielskiego pozostawiał wiele do życzenia. Koleżanka z braku czasu nie mogła pomóc jej osobiście, dlatego z czystym sumieniem poleciła swoją zdolną, niedoszłą doktorantkę.

   Szybko wyszło na jaw, że nie były to zwykłe lekcje konwersacji. Z czasem profesorka zaczęła podrzucać Marii swoje referaty, które miała wygłosić za granicą dosłownie za dwa dni. Zadaniem Marii była korekta stylu i błędów językowych. Nie było to łatwe – w tekstach roiło się od nowoczesnych terminów medycznych związanych z najnowszymi odkryciami, których anglistka przecież nie musiała znać. Praca wymagała czasu i skupienia, a rzeczywistość Marii wciąż kręciła się wokół nocnych dyżurów przy łóżku Marcina.

    Pani profesor, która miała na imię Magdalena, była niewiele starsza od Marii. Szybko przeszły na „ty”, a ich zawodowa relacja z czasem przerodziła się w prawdziwą przyjaźń.

   Pewnego razu Magdalena wyszła z zaskakującą propozycją. Chciała pomóc Marii w powrocie do kariery naukowej. Przepisy pozwalały przecież, aby magister jednej specjalności doktoryzował się w innej dziedzinie. Magdalena zaproponowała temat z zakresu rehabilitacji medycznej – wiedza i praktyka zdobyte podczas pisania pracy pomogłyby Marii w opiece nad synem. Idąc o krok dalej, Magdalena rzuciła luźno, że w zasadzie... mogłaby tę pracę napisać za nią.

  Maria natychmiast i stanowczo podziękowała. Nie mieściło się to w jej granicach przyzwoitości. Jak mogłaby uznać za uczciwe, że ktoś napisze pracę w jej imieniu, a ona jedynie wyuczy się jej na pamięć i obroni jako własną?

 Na pożegnanie Maria dyplomatycznie stwierdziła, że współpraca była wspaniała, a lekcje pokazały, że Magdalena radzi sobie z językiem znakomicie. Uznała, że regularne korepetycje nie są już potrzebne, ale w razie nagłej potrzeby chętnie pomoże doraźnie. Relacja na jakiś czas się rozluźniła.

Część IV: Pojednanie w szpitalu

   Marcin rósł i jak na skrajnego wcześniaka – który urodził się w szóstym miesiącu ciąży z wagą zaledwie 900 gramów – rozwijał się dobrze, choć wciąż nie nadążał za rówieśnikami. Maria chuchała na niego i dmuchała, chcąc chronić go przed całym światem, jednak choroba nie omija nawet najbardziej strzeżonych dzieci.

   Kiedy chłopiec poważnie zachorował i trafił do szpitala, Maria bez wahania zamieszkała z nim na oddziale. Trzeciego dnia pobytu drzwi do sali otworzyły się i na wizytę lekarską weszła Magdalena.

   Maria poczuła lekkie zażenowanie – nie miała pojęcia, że jej dawna znajoma pracuje właśnie w tym szpitalu. Choć minęło kilka lat, czas nie zmienił ich na tyle, by się nie rozpoznały. Magdalena, badając zdrowiejącego już Marcina, postanowiła wytłumaczyć się z dawnej, niezręcznej propozycji. 

  Wyznała, że wtedy po prostu po ludzku żal jej było ciężkiego losu Marii i desperacko chciała jej pomóc. Przyznała, że ułożyła to w niefortunne słowa – nie chodziło o oszustwo i pisanie pracy od A do Z, ale o poprowadzenie jej jako promotorka, rzetelne mentorowanie i pomoc w badaniach. Magdalena podtrzymała swoją ofertę, doskonale pamiętając, jak wielki trud i talent Maria wkładała w korektę jej medycznych referatów.

  Słysząc te słowa, Maria spojrzała na profesorkę z ciepłym, pełnym ulgi uśmiechem.

Część V. Nowy rozdział, czyli powrót marnotrawnego ojca i geniusz Marcina

   Wzrok Marii spotkał się z ciepłym spojrzeniem profesorki. W tym jednym uśmiechu nad łóżeczkiem chorego chłopca rozpuściły się wszystkie dawne żale, niedomówienia i duma. Maria zrozumiała, że Magdalena nigdy nie chciała urazić jej godności – po prostu po ludzku, z głębi serca, chciała podać rękę kobiecie, której los nie szczędził ciosów.

   – Dobrze, Magdo – wyszeptała Maria, czując, jak po raz pierwszy od lat spada z jej serca ogromny ciężar. – Jeśli Twoja propozycja jest wciąż aktualna… pomóż mi. Ale na Twoich warunkach: jako moja promotorka. Napiszemy to razem. Moja praktyka z Marcinem, Twoja wiedza medyczna.

   To był przełomowy moment. Praca nad doktoratem z zakresu nowoczesnej rehabilitacji wcześniaków ruszyła z kopyta. Maria, dzięki swojej determinacji i mądremu prowadzeniu Magdaleny, nie tylko chłonęła wiedzę, ale natychmiast przekładała ją na codzienną opiekę nad synkiem. A Marcin, choć rozwijał się we własnym, niespiesznym tempie, z każdym rokiem zaczął zaskakiwać otoczenie.

   Kiedy chłopiec skończył siedem lat, diagnoza lekarska przyniosła ostateczne wyjaśnienie: zespół Aspergera. Dla Marii i jej niezastąpionej mamy nie był to wyrok, ale klucz do zrozumienia jego wyjątkowego świata. Okazało się bowiem, że Marcin posiadał dar, który wprawiał w osłupienie nawet uniwersyteckich profesorów. Chłopiec miał genialną pamięć fotograficzną i niesamowite, intuicyjne uzdolnienia matematyczno-informatyczne. Mając zaledwie osiem lat, potrafił w pamięci rozwiązywać skomplikowane równania i tworzyć własne, proste kody komputerowe na starym laptopie mamy. Dla niego liczby i algorytmy były pięknym, uporządkowanym światem, w którym czuł się bezpiecznie.

   Wieść o genialnym dziecku z syndromem Aspergera, którego matka właśnie z wyróżnieniem obroniła doktorat, szybko rozeszła się w środowisku akademickim. I to właśnie ten szum medialny sprawił, że artykuł o sukcesie Marii i wyjątkowym talencie jej syna trafił w ręce człowieka, który przed laty stchórzył.

  Eryk, ojciec Marcina i dawny podróżnik, siedział w kawiarni na drugim końcu świata, gdy na ekranie telefonu zobaczył zdjęcie chłopca o znajomych rysach twarzy. Chłopca, który nie był niesprawny, jak kiedyś tchórzliwie zakładał, ale był małym geniuszem. W Eryku coś pękło. Wstyd, poczucie winy i nagła tęsknota za rodziną, którą porzucił, nie pozwalały mu dłużej uciekać. Zrozumiał, że jego największa życiowa wyprawa wcale nie kryje się na Gibraltarze czy w dżungli, ale na skromnym, polskim osiedlu.

   Pewnego popołudnia, gdy Maria i jej mama piły herbatę, a Marcin w skupieniu kodował kolejny program, rozległ się dzwonek do drzwi. Maria otworzyła i zamarła. Na wycieraczce, z bukietem kwiatów i drżącymi rękami, stał Eryk.

   – Mario… – zaczął cicho, a w jego oczach lśniły łzy. – Wiem, że nie mam prawa tu być. Wiem, jak bardzo zawiodłem, kiedy najbardziej mnie potrzebowaliście. Ale zobaczyłem Marcina… Zrozumiałem, jakim byłem głupcem. Nie chcę niczego wymuszać. Chcę po prostu prosić o szansę, by naprawić to, co zepsułem. Chcę być ojcem, jeśli mi na to pozwolicie.

   Maria spojrzała w głąb przedpokoju, gdzie jej mama tuliła zaciekawionego Marcina. Droga do wybaczenia była długa i wyboista, ale Maria, która dzięki miłości i pomocy przyjaciół przetrwała najgorsze sztormy, wiedziała jedno: dla dobra syna warto było przynajmniej otworzyć te drzwi.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
A teraz niespodzianka - mój dotąd anonimowy blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki - wypuszczam z małego akwenu na wody oceanu. Oto on - "WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję" link tutaj

sobota, 16 maja 2026

IVES I NIESPODZIEWANY POWRÓT PIERRE`A





  Gdy ostatnie nuty „Petite Fleur” wybrzmiały w ogródku, zapadła głęboka, pełna wzruszenia cisza. Gerard otarł dyskretnie oko.
– Wiesz co, Ives? – powiedział cicho. – Może i straciłeś wzrok… ale za to zyskałeś coś o wiele ważniejszego. Grasz tak, jakbyś widział więcej niż my wszyscy razem.

    Ives uśmiechnął się, delikatnie głaszcząc swojego psa.– Bo gram sercem, chłopaki. A ono na szczęście wciąż widzi doskonale.

  Wtedy zza rogu stolika rozległ się głos, którego nie spodziewali się tej nocy:

  – Hej chłopaki… jak się macie? Ja też zobaczyłem was sercem.

   Obejrzeli się zaskoczeni. Gerard i Marc aż poderwali głowy. Tylko Mathieu uśmiechnął się lekko – on wiedział.

   Z cienia wyszedł Pierre – właściciel kawiarni.– Już miałem wcześniej wyjść – powiedział lekko zachrypniętym głosem – ale ta muzyka… te wspomnienia… Nie chciałem, żebyście widzieli rozklejonego dziada.

  Przez chwilę panowała cisza. W końcu Gerard parsknął śmiechem.

  – No proszę, nasz kelner z dawnych lat! 
A myśmy myśleli, że tylko my tu sentymenty rozkładamy.

  Pierre usiadł przy stoliku i spojrzał na nich po kolei.– Pamiętacie, jak dawno temu podawałem wam kawę i wino, kiedy graliście w tym małym barze? Byłem wtedy chudym chłopakiem, który marzył, żeby kiedyś mieć własne miejsce. I mam je. Ale… – zawiesił głos – ostatnio kupiłem coś jeszcze.
   
  Spojrzał na nich z błyskiem w oku.– Stary, piękny statek rzeczny zacumowany przy Sekwanie. Chcę go przerobić na pływającą kawiarnię. Barek, stoliki, widoki na Notre-Dame i… muzyka. Prawdziwa, żywa muzyka.

  Chłopaki zamilkli.
– No i jak, stare wygi? – kontynuował Pierre. – Nie chcielibyście znów grać razem? Tym razem nie „do filiżanki kawy”, tylko dla turystów i paryżan, którzy chcą posłuchać prawdziwego grania. Na Sekwanie, pod gwiazdami.

  Mathieu pierwszy się uśmiechnął.
– A co z twoją kawiarnią na lądzie?

– Mam dobrego menedżera, który mnie zastąpi. A wy… – spojrzał na Ivesa – macie psa, który na pewno polubi rejsy. Będzie miał więcej miejsca niż na ulicy.

  Ives pogłaskał psa i cicho się roześmiał.
– No proszę… nawet mój kundel dostaje angaż.

  Gerard spojrzał na przyjaciół, potem na Pierre’a i powiedział z szerokim uśmiechem:

- Wiesz co, szefie? Chyba właśnie znaleźliśmy powód, żeby znów założyć kapelusze z czerwonym makiem.

 Pierre uniósł kieliszek.

  – Za nas. Za starych paryskich urwisów, którzy nie chcą jeszcze schodzić ze sceny.

  – Za muzykę – dodał cicho Ives.

   – I za Sekwanę – dokończył Marc.

  Wtedy Mathieu uśmiechnął się zagadkowo i powiedział:
– A wiesz, Pierre… my tu gadamy o powrocie na pokład, a ty wciąż udajesz, że jesteś tylko kelnerem i właścicielem. Myślisz, że nie pamiętamy, jak kiedyś podśpiewywałeś razem z nami w barze?

  Pierre zaśmiał się cicho, ale w jego oczach pojawił się ten sam błysk, co dawniej.
– No cóż… trochę pogrywam na gitarze , no i .... może od czasu do czasu zaśpiewam jedną, dwie piosenki. Ktoś musi w końcu zastąpić naszego Pierre’a z gramofonu. Chociaż… – zawiesił głos – jego głosu nikt nigdy nie zastąpi. Mogę co najwyżej spróbować mu akompaniować.

  Gerard poklepał go po ramieniu.
– To nie będzie zastępowanie, bracie. To będzie kontynuowanie. On śpiewa z płyty, a ty zaśpiewasz na żywo. Do tego gitara... Razem będzie nas słychać na całej Sekwanie.

  Ives pogłaskał psa i dodał z uśmiechem:
– No to mamy komplet. Akordeon, kontrabas, saksofon, gitarę… i w końcu ktoś, kto ma odwagę stanąć przed mikrofonem.

   Czterech starych przyjaciół spojrzało po sobie. W ich oczach nie było już tylko nostalgii. Była radość. Była nadzieja. I była muzyka, która – choć zmieniona przez czas – wciąż chciała płynąć.

  A gdzieś tam, wysoko nad Sekwaną, może uśmiechał się ten pierwszy Pierre z gramofonu.

  Bo jego głos nigdy naprawdę nie ucichł.

W ogródku kawiarni, pod paryskim niebem, czterech starych przyjaciół znów poczuło, że historia ich zespołu wcale się nie skończyła.

  Właśnie zaczynała nowy rozdział.

Joe Dassin - Les Champs-Elysées (Clip officiel)


~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 



piątek, 15 maja 2026

IVES - SAKSOFONISTA, KTÓRY GRAŁ SERCEM

 



Gdy trzej przyjaciele siedzieli zasłuchani w głos Pierre’a z gramofonu, nagle obok ich stolika zatrzymała się pewna postać.
Ives! – krzyknęli prawie jednocześnie.Brodaty saksofonista w czarnym kapeluszu z czerwonym makiem, ciemnych okularach i z białą laską uśmiechnął się szeroko.
– A jednak mnie rozpoznaliście… nawet w tym stanie.Usiadł przy stoliku, a jego wierny pies-przewodnik położył się spokojnie obok. Przyjaciele patrzyli na niego ze wzruszeniem i radością.
Ives zawsze był „kolorowym ptakiem” zespołu – brodatym wirtuozem, który rzadko zaglądał do nut. Kochał jazz i swobodną improwizację. Nawet gdy kapela grała popularne szlagiery, on potrafił wpleść w nie własne, magiczne frazy.Nikt nie wiedział, że od lat walczy z jaskrą. Choroba powoli odbierała mu wzrok. Nie chciał być ciężarem, więc milczał aż do momentu, gdy musiał zacząć używać białej laski.
– Dlaczego nic nie mówiłeś, ty uparty capie? – zapytał Gerard.
– Bo nie chciałem litości – odparł Ives cicho. – A poza tym… kiedy straciłem wzrok, zacząłem słyszeć muzykę inaczej. Głębiej. Czystej.
Po chwili ciszy Ives sięgnął po saksofon, który zawsze nosił przy sobie.
– No to co, chłopaki… zagram wam coś?
Nie czekając na odpowiedź, przyłożył instrument do ust i popłynęła melodia.
„Petite Fleur” Sidneya Becheta.
Grał z zamkniętymi oczami, ale każdy z nich czuł, że Ives gra całym sobą – sercem, duszą i tym, co mu jeszcze zostało. W ogródku na chwilę zapanowała absolutna cisza. Nawet ptaki jakby ucichły.
Gdy ostatnie nuty wybrzmiały, Gerard otarł dyskretnie oko.
– Wiesz co, Ives? – powiedział cicho. – Może i straciłeś wzrok… ale za to zyskałeś coś o wiele ważniejszego. Grasz tak, jakbyś widział więcej niż my wszyscy razem.Ives uśmiechnął się, głaszcząc psa.
– Bo gram sercem, chłopaki. A ono na szczęście wciąż widzi doskonale.
Sidney Bechet "Petite Fleur"
Tutaj  

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki