Poprosiłam SI, aby przedstawiła w ilustracji mój komunikat
Nieważne, że nie jestem podobna do siebie.
To najmniej istotne.
Ale poczytajcie sobie, bo długo niczego nowego nie napiszę (na blogach).
Nie znikam... tylko zwalniam tempo,
Teresa
Poprosiłam SI, aby przedstawiła w ilustracji mój komunikat
Nieważne, że nie jestem podobna do siebie.
To najmniej istotne.
Ale poczytajcie sobie, bo długo niczego nowego nie napiszę (na blogach).
Nie znikam... tylko zwalniam tempo,
Teresa



![]() |
| Fausto Zonaro - "Dwaj Pierroci" |
![]() |
| art by Henry Stacy Marks - "Komisja Śledcza" |
Młodszy wnuczek stwierdził, że babcia dzisiaj przypomina express do kawy.
Skąd takie przekonanie?
Otóż po schyleniu głowy widać obraz cieknących strużek z głowy ( wybaczcie, nie będę operować szczegółami). To chyba nie katar sienny. Mam papużki od kilku dni. Ich klatka znajduje się na wyciągnięcie ręki. Minimalny
puszek fruwa mi przed nosem, bo właśnie
tu mam stanowisko "blogowania", które powiększyło się w tym roku o "literackie".
W czasie tego rozważania o pochodzeniu tego płynu w głowie, wnusio zaczął
kichać, zresztą robi to od kilku dni, zużywając przy tym tony chusteczek do nosa. Zaświtało mi, że to może on
zaraził mnie jakimś wirusem.
– Babciu, ale z expressu, po przeczyszczeniu
przewodów, kiedy już ta woda wyleci, to dalej powinna pojawić się kawa, prawda?
- Wnusiu, ty mój szkrabie, z expresu - tak, dziadkowi, bo , jak wiesz, on pije czarną, a w moim przypadku - mleko, a następnie kawa. A ty nie licz na więcej... Kakao ani czekolady dzisiaj nie będzie. Babcia niedysponowana. Uważaj, aby tobie, przy okazji, po wypłynięciu tej białej gorącej
wody z z Twojego expressowego nosa, czasem móżdżek nie wypłynął, bo czasem widzę skutki jakichś u ciebie przecieków, chociaż dzisiaj nieźle główkujesz.
- Ale ja, babciu, sobie z katarem
daje radę. Na razie kicham i biorę inhalacje. Dzisiaj po południu idziemy z dziadkiem na tężnie. Możemy cię, ostatecznie, zabrać ze sobą.
- Dziękuję, za dobre serce, ale nie
skorzystam ze względu na przeciwskazania. Zapomniałeś, że masz babcię na baterię? Poza tym - duszę się w parze. Nie znoszę wilgoci.
Nie … on nie mógł mnie zarazić… taki
kochany szkrab…
Należałoby zwołać rodzinną komisję śledczą, ale chyba daruję to sobie i rodzinie.
Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby oficjalne, państwowe
przesłuchanie, gdyby z sali obrad wyrzucić wszystkich polityków, a w fotelach
poselskich posadzić... papugi? Jeśli myślicie, że komisje śledcze, pełne
emocji, spięć i ważnych min, to domena wyłącznie świata ludzi, to wybitny
brytyjski malarz Henry Stacy Marks wyprowadzi Was z błędu w ułamku sekundy!
Spójrzcie na jego słynne dzieło z 1891 roku zatytułowane „Komisja śledcza” (A
Select Committee).
Marks był absolutnym pasjonatem ptaków i częściej można go było spotkać z
notesem w londyńskim zoo niż na salonach. W tym genialnym, satyrycznym obrazie
postanowił sparodiować sztywne, pełne zadęcia posiedzenia brytyjskiego
parlamentu. I trzeba przyznać – obsada wyszła mu po mistrzowsku!
Po lewej stronie, na najwyższym stanowisku, zasiada Przewodniczący Komisji – potężna, ciemnoniebieska Ara hiacyntowa. Spójrzcie na ten surowy wzrok i groźnie uniesioną łapę. To on dyktuje warunki, zadaje niewygodne pytania i z lodowatą miną czeka na wyjaśnienia.
Naprzeciw niego, na długiej żerdzi,
usadowiła się ława przysięgłych, czyli dostojne, białe kakadu. Wyglądają jak
klasyczni, zasiedziali urzędnicy – mają przymknięte oczy, mądre, ale potwornie
znudzone miny, jakby tych samych tłumaczeń słuchali już po raz setny i marzyli
wyłącznie o zakończeniu debaty.
A na dole?
Tam rozgrywa się prawdziwy, ludzki (a raczej ptasi) dramat! Mała, różowa kakadu po lewej stronie tak bardzo boi się oskarżeń, że aż schowała głowę w ramiona, udając, że jej tam w ogóle nie ma.
Obok niej czarna kakadu żałobna marszczy brwi w głębokim, ponurym skupieniu, gorączkowo obmyślając linię obrony.
Najlepsza jest jednak niebiesko-żółta ara po prawej –
słucha zarzutów z szeroko otwartym dziobem, kompletnie zszokowana nagłym
obrotem spraw!


Sanatoryjny grafik na ten dzień został oficjalnie zamknięty. Elwira stała
przed lustrem w łazience, a wokół niej unosiła się chmura ulubionych perfum. Na
łóżku leżał już przygotowany zestaw: nienagannie wyprasowany, taliowany żakiet
w kolorze głębokiego granatu, dopasowane spodnie i elegancki, czarny golf z
delikatnej dzianiny. Trzy tygodnie w uzdrowisku zobowiązywały - Elwira
doskonale wiedziała, że niedziele i wieczory w sanatorium rządzą się swoimi,
eleganckimi prawami.
Helena siedziała w
fotelu, z uśmiechem obserwując te przygotowania.
- Wyglądasz zjawiskowo,
Elwirko. Ten żakiet idealnie podkreśla twoją talię - pochwaliła ciepło.
- Dziękuję, Helenko. Ale
wciąż mam wrażenie, że czegoś tu brakuje... - Elwira zmrużyła oczy, patrząc na
swoje odbicie. Czarny golf był elegancki, ale odrobinę zbyt surowy jak na
romantyczną kolację. - Ten dekolt jest taki... pusty.
Helena podniosła się z
fotela, podeszła do swojej szafki nocnej i wyjęła z niej małe, welurowe
puzderko. Otworzyła je z niemal nabożną czcią. W środku, na czarnej
poduszeczce, lśnił przepiękny, staroświecki naszyjnik. Wielki, zielony szmaragd oprawiony w rzeźbione srebro
zdawał się tętnić własnym, tajemniczym życiem.
- Weź to - Helena podała
jej pudełeczko. - To pamiątka po mojej babci. Szmaragd przynosi szczęście w
miłości. Będzie idealnie pasował do twoich oczu i do tego czarnego golfu.
Elwira zaniemówiła.
Ostrożnie wyjęła biżuterię. Srebrny łańcuszek był przyjemnie chłodny, ale gdy
zapięła go na szyi, szmaragd natychmiast rozświetlił całą jej twarz. Zielony
kamień na tle czarnej dzianiny wyglądał królewsko.
- Helenko... ja
nie mogę. To zbyt cenne - szepnęła, dotykając wisiora.
- Możesz i musisz.
Dzisiaj jesteś moją... to znaczy, jesteś najpiękniejszą kobietą w Lipowie - poprawiła
się szybko Helena, mrugając do niej wesoło. - A teraz uciekaj. Doktor Nikodem
na pewno już odlicza minuty do końca dyżuru. Nie każ mu czekać na to wyjątkowe
serce.
Elwira spojrzała jeszcze raz na stojący na stole bukiet holenderskich chabrów. Błękit płatków i zieleń szmaragdu na jej szyi tworzyły duet idealny. Była gotowa.
DRUGA STRONA DRZWI - link - e-book
SERCE ELWIRY (książka papierowa) -link- w Amazon.com
![]() |
| „Eksperyment zakończony sukcesem częściowym — ołówek odzyskany, gumka nie.” ( obraz AI) |
Później powiedziałam o wszystkim drugiej córce mieszkającej oddzielnie. Dzwoniła pytając, jak mija dzień. Po upewnieniu się, że jestem w całości, i to pod humorem, zapytała:
- Mamusiu, a podniosłaś przy okazji coś z podłogi?
- Nie. Nie było czego. Świeżo umyta, porządeczek.
- No dobrze... okoliczności łagodzące. 😂😂😂 Bo podobno starszy człowiek, kiedy już upadnie, najpierw sprawdza, czy wszystko ma całe, a potem rozgląda się dookoła: „Skoro już tu jestem, to może przy okazji coś podniosę”.
No proszę... Człowiek całe życie uczy się gospodarności...
Moje córki od dziewiętnastego roku życia sprowadziły się do Poznania na studia i najwyraźniej zdążyły już przesiąknąć wielkopolską gospodarnością.
Dwie wieże, jedno wspomnienie i sekundy, które decydują o życiu
Dzisiaj przypada kolejna rocznica 11 września – dnia, który na zawsze zmienił współczesny świat i wrył się w pamięć każdego z nas czarną, bolesną kreską. Często słyszymy głosy: „A co nas to obchodzi? To było tak daleko, za oceanem, to nie nasza sprawa”.
Ale świat jest
mały, a ludzkie losy przeplatają się w najmniej oczekiwanych momentach. Dla
mnie ten dzień zawsze niesie ze sobą bardzo osobiste, przeszywające dreszczem
refleksje.
W wakacje 1999
roku jedna z moich córek, będąc jeszcze studentką anglistyki, wojażowała z dwoma koleżankami ze
studiów po Stanach Zjednoczonych. Jednego z tych słonecznych dni zwiedzały Nowy
Jork. Los sprawił, że ich kroki skierowały się prosto pod potężne bliźniacze
wieże World Trade Center. Wspólnie spacerowały po wielkim parterze tego
kompleksu, chłonąc atmosferę Ameryki i ciesząc się studencką wolnością.
Znalazły się tam we właściwym czasie – ich wakacje się skończyły, wróciły
bezpiecznie do Polski, do domu.
Dwa lata
później, w ten pamiętny wtorkowy wrzesień, świat nagle zamarł. Doskonale
pamiętam tamtą chwilę. Byłam wtedy w Płocku. Jechaliśmy z mężem samochodem
ulicą Kilińskiego, kiedy z głośników radia popłynął ten pierwszy, zatrważający
komunikat. Trudno mi było w to uwierzyć, to brzmiało jak nierealny scenariusz
filmowy.
Właśnie miałam
uzupełnić wyposażenie na nasz zaplanowany, kilkudniowy złaz nad morzem.
Ogarnięta niepokojem i myślą o córce, która przecież niedawno tam stała,
zaczęłam gorączkowo dzwonić do organizatora oraz współuczestników wyjazdu,
będąc przekonana, że w obliczu tak potwornej tragedii wszystko zostanie
odwołane. Niestety – a może na szczęście – życie musiało toczyć się dalej.
Pojechaliśmy, ale pobyt nad morzem w tamte dni stał się dla mnie jednym z
najsmutniejszych urlopów w życiu. Szum fal nie przynosił ukojenia, a w głowie
bez przerwy kołatały się obrazy z Nowego Jorku.
Kiedy
patrzyłam na walące się wieże, przed oczami miałam ten parter, po którym
niedawno chodziło moje własne dziecko. Dla polskich studentów wrzesień to wciąż
czas wolny poza murami uczelni. Moja córka i jej przyjaciółki miały ogromne
szczęście, że ich czas w Nowym Jorku przypadł na inny rok.
Inni młodzi
ludzie, turyści, pracownicy i marzyciele tego szczęścia nie mieli. O tej
czarnej, porannej godzinie znaleźli się wewnątrz wież, stając się częścią
tragedii, która nigdy nie powinna się wydarzyć.
11 września to przypomnienie, jak niesamowicie kruche jest nasze życie. Czasem o wszystkim decyduje przypadek, sekunda, właściwy rok lub właściwa godzina. Pamiętajmy jutro o tych, którzy nie zdążyli wyjść poza tamte mury.