Gdy ostatnie nuty „Petite Fleur” wybrzmiały w ogródku, zapadła głęboka, pełna wzruszenia cisza. Gerard otarł dyskretnie oko.
– Wiesz co, Ives? – powiedział cicho. – Może i straciłeś wzrok… ale za to zyskałeś coś o wiele ważniejszego. Grasz tak, jakbyś widział więcej niż my wszyscy razem.
Ives uśmiechnął się, delikatnie głaszcząc swojego psa.– Bo gram sercem, chłopaki. A ono na szczęście wciąż widzi doskonale.
Wtedy zza rogu stolika rozległ się głos, którego nie spodziewali się tej nocy:
– Hej chłopaki… jak się macie? Ja też zobaczyłem was sercem.
Obejrzeli się zaskoczeni. Gerard i Marc aż poderwali głowy. Tylko Mathieu uśmiechnął się lekko – on wiedział.
Z cienia wyszedł Pierre – właściciel kawiarni.– Już miałem wcześniej wyjść – powiedział lekko zachrypniętym głosem – ale ta muzyka… te wspomnienia… Nie chciałem, żebyście widzieli rozklejonego dziada.
Przez chwilę panowała cisza. W końcu Gerard parsknął śmiechem.
– No proszę, nasz kelner z dawnych lat!
A myśmy myśleli, że tylko my tu sentymenty rozkładamy.
Pierre usiadł przy stoliku i spojrzał na nich po kolei.– Pamiętacie, jak dawno temu podawałem wam kawę i wino, kiedy graliście w tym małym barze? Byłem wtedy chudym chłopakiem, który marzył, żeby kiedyś mieć własne miejsce. I mam je. Ale… – zawiesił głos – ostatnio kupiłem coś jeszcze.
Spojrzał na nich z błyskiem w oku.– Stary, piękny statek rzeczny zacumowany przy Sekwanie. Chcę go przerobić na pływającą kawiarnię. Barek, stoliki, widoki na Notre-Dame i… muzyka. Prawdziwa, żywa muzyka.
Chłopaki zamilkli.
– No i jak, stare wygi? – kontynuował Pierre. – Nie chcielibyście znów grać razem? Tym razem nie „do filiżanki kawy”, tylko dla turystów i paryżan, którzy chcą posłuchać prawdziwego grania. Na Sekwanie, pod gwiazdami.
Mathieu pierwszy się uśmiechnął.
– A co z twoją kawiarnią na lądzie?
– Mam dobrego menedżera, który mnie zastąpi. A wy… – spojrzał na Ivesa – macie psa, który na pewno polubi rejsy. Będzie miał więcej miejsca niż na ulicy.
Ives pogłaskał psa i cicho się roześmiał.
– No proszę… nawet mój kundel dostaje angaż.
Gerard spojrzał na przyjaciół, potem na Pierre’a i powiedział z szerokim uśmiechem:
- Wiesz co, szefie? Chyba właśnie znaleźliśmy powód, żeby znów założyć kapelusze z czerwonym makiem.
Pierre uniósł kieliszek.
– Za nas. Za starych paryskich urwisów, którzy nie chcą jeszcze schodzić ze sceny.
– Za muzykę – dodał cicho Ives.
– I za Sekwanę – dokończył Marc.
Wtedy Mathieu uśmiechnął się zagadkowo i powiedział:
– A wiesz, Pierre… my tu gadamy o powrocie na pokład, a ty wciąż udajesz, że jesteś tylko kelnerem i właścicielem. Myślisz, że nie pamiętamy, jak kiedyś podśpiewywałeś razem z nami w barze?
Pierre zaśmiał się cicho, ale w jego oczach pojawił się ten sam błysk, co dawniej.
– No cóż… trochę pogrywam na gitarze , no i .... może od czasu do czasu zaśpiewam jedną, dwie piosenki. Ktoś musi w końcu zastąpić naszego Pierre’a z gramofonu. Chociaż… – zawiesił głos – jego głosu nikt nigdy nie zastąpi. Mogę co najwyżej spróbować mu akompaniować.
Gerard poklepał go po ramieniu.
– To nie będzie zastępowanie, bracie. To będzie kontynuowanie. On śpiewa z płyty, a ty zaśpiewasz na żywo. Do tego gitara... Razem będzie nas słychać na całej Sekwanie.
Ives pogłaskał psa i dodał z uśmiechem:
– No to mamy komplet. Akordeon, kontrabas, saksofon, gitarę… i w końcu ktoś, kto ma odwagę stanąć przed mikrofonem.
Czterech starych przyjaciół spojrzało po sobie. W ich oczach nie było już tylko nostalgii. Była radość. Była nadzieja. I była muzyka, która – choć zmieniona przez czas – wciąż chciała płynąć.
A gdzieś tam, wysoko nad Sekwaną, może uśmiechał się ten pierwszy Pierre z gramofonu.
Bo jego głos nigdy naprawdę nie ucichł.
W ogródku kawiarni, pod paryskim niebem, czterech starych przyjaciół znów poczuło, że historia ich zespołu wcale się nie skończyła.
Właśnie zaczynała nowy rozdział.
~~~~~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj
