Rozdział 43: Gość na czterech łapach
Maria od godziny nie mogła sobie znaleźć miejsca w kuchni. Gdy rano Elwira zadzwoniła z parku, mówiąc krótko, że załatwiły z Heleną przepustkę i przyjdą do domu „z kimś”, kto zostanie u nich na cały weekend chciała być przygotowana, jak najlepiej na ich przyjęcie
Piotr, siedząc przy stole i przeglądając katalog części samochodowych, co chwilę zerkał na zegarek.
Tymczasem pod bramą ogrodu rozgrywały się sceny mrożące krew w żyłach. Elwira i Helena podeszły do furtki, ale Luna - na widok wielkiej, nienaruszonej przestrzeni pełnej białego, puszystego śniegu - dostała nagłego napadu szaleństwa. Zobaczyła w głębi ogrodu uciekającą srokę i zanim Elwira zdążyła mocniej zacisnąć dłoń na smyczy, czarny czołg ruszył z kopyta.
- Luna, stój! - krzyknęła Elwira, ale było już za późno.
Siła pociągnięcia była tak duża, że dziewczyna straciła równowagę na oblodzonej ścieżce. Wywinęła idealnego orła i z głośnym piskiem wpadła prosto w największą, nienaruszoną zaspę tuż pod płotem. Śnieg natychmiast oblepił jej wełnianą czapkę, wbił się za kołnierz i w rękawy kurtki.
Helena aż złapała się za serce, ale widząc, że Elwira siedzi w śniegu i zanosi się głośnym, perlistym śmiechem, sama zaczęła się głośno śmiać. Luna, zachwycona nową zabawą, natychmiast porzuciła srokę, dopadła do Elwiry i z wielkim zaangażowaniem zaczęła lizać ją po całej, oblepionej śniegiem twarzy.
- No i masz swój romantyczny spacer, Elwirko! - wołała rozbawiona Helena, próbując pomóc jej wstać.
Hałas i śmiechy na zewnątrz sprawiły, że drzwi domu otworzyły się z hukiem. W progu stanęła Maria z wałkiem do ciasta w ręku, a tuż za nią wyłonił się potężny Piotr. Oboje zamarli, widząc córkę siedzącą w zaspie i walczącą z wielkim, czarnym psem, który właśnie próbował zjeść jej pompon od czapki.
- Elwiro! - zawołała Maria, opuszczając broń kuchenną. - A gdzie... gdzie ten wasz gość? Ten, co miał nocować?
Elwira, wciąż parskając śmiechem i wypluwając z ust czarną ierść, podniosła się wreszcie na nogi z pomocą Heleny. Otrzepała kurtkę, dumnie naprężyła smycz i wskazała na labradora, który teraz siedział grzecznie, przekrzywiając łeb i merdając ogonem tak mocno, że wzbijał wokół siebie chmury białego puchu.
- Mamo, tato... Poznajcie Lunę. To jest nasz weekendowy lokator na pełnym utrzymaniu. Ordynator sanatorium powierzył nam ją pod osobistą opiekę!
Piotr spojrzał na psa, potem na żonę, której mina w tym
momencie była po prostu bezcenna. Cały matrymonialny plan Marii legł w gruzach, ustępując miejsca absolutnemu zdumieniu. Starszy mechanik wypuścił głośno powietrze przez nos, podszedł do barierki tarasu, zmierzył labradora swoim fachowym, rzeczowym wzrokiem, po czym popatrzył na córkę.
- No, asystentko... - mruknął Piotr, a w kąciku jego ust pojawił się ten rzadki, ciepły uśmiech. - Trzeba przyznać, że ten twój gość ma świetne podwozie i napęd na cztery koła. Tylko hamulce mu chyba trochę szwankują, skoro wylądowałaś w rowie. Dawajcie tego wariata do środka, zanim nam zamarznie!
Maria zawahała się tylko sekundę i wskazała drzwi zapraszającym gestem - Heleno, zapraszamy na pierogi. Musicie się przecież rozgrzać.
- Ale ja chciałabym zajrzeć do siebie.
Na to Piotr - Nim grzejniki w mieszkaniu zdążą się nagrzać, bańki trzeba będzie stawiać – wtrącił Piotr. – Zostań u nas. Góra wolna.
Rozdział 44: Nocny alarm i napęd na cztery koła
Wieczorem wszystko wydawało się pod kontrolą. Luna zjadła swoją porcję karmy, zaliczyła wieczorny obchód ogrodu z Piotrem i ułożyła się na miękkim kocu w przedpokoju. Elwira, zmęczona po całym dniu pełnym wrażeń, zasnęła niemal natychmiast, tuląc do poduszki swojego srebrnego anioła.
Sielanka skończyła się dokładnie o drugiej nad ranem.
Za oknami zerwała się potężna, zamieć. Wichura dęła tak mocno, że stare drzewa w ogrodzie aż trzeszczały, a suchy, zmrożony śnieg sypał w szyby z dźwiękiem przypominającym rzucanie garściami piasku. „Dla psa przyzwyczajonego do miejskich odgłosów taka wichura była czymś zupełnie nowym.
Elwirę wyrwał ze snu głośny, przeciągły skowyt, który po chwili przeszedł w serię jazgotliwych, panicznym szczeknięć. Luna stała na środku przedpokoju, zjeżona od czubka nosa po ogon, i szczekała prosto w ciemne okno tarasu, jakby za szybą stał co najmniej niedźwiedź polarny.
- Luna, cicho... piesku, spokój - szepnęła Elwira, wybiegając z pokoju w bose stopy i narzucając na ramiona szlafrok.
Zanim jednak zdążyła podejść do labradora, drzwi od sypialni rodziców otworzyły się z głośnym trzaskiem. W progu stanęła Maria w nocnej koszuli, trzymając w ręku... ciężką, metalową latarkę turystyczną. Jej oczy były wielkie ze strachu.
- Jezus Maria, Elwiro! Złodzieje! Ktoś nam się włamuje do garażu! Słyszałam, jak coś gruchnęło! - panikowała Maria, kurczowo trzymając latarkę.
Luna, podkręcona strachem Marii, zaczęła szczekać jeszcze głośniej, drapiąc pazurami w drzwi wyjściowe. W tym samym momencie z pokoju obok wyszedł Piotr. Jako jedyny nie panikował. Był w samych bokserkach i starej, flanelowej koszuli, a na nosie miał okulary do czytania, bo właśnie analizował jakiś schemat w łóżku. Zmierzył wzrokiem roztrzęsioną żonę, córkę w szlafroku i ujadającego psa.
- Maria, odłóż tę gaśnicę, bo kogoś pokiereszujesz - mruknął Piotr swoim niezmiennie spokojnym, suchym głosem, wskazując na latarkę. - Żaden złodziej nie jest tak głupi, żeby robić skok w taką temperaturę. Uszczelka w drzwiach garażowych pewnie strzeliła od mrozu, ot co.
W tym samym ułamku sekundy za oknem rozległ się potężny trzask - to wielka, oblodzona gałąź starej jabłoni nie wytrzymała naporu wiatru i z hukiem zwaliła się prosto na blaszany dach warsztatu Piotra.
Luna dostała takiego amoku, że wyrwała do przodu, pociągnęła za sobą stojącą na drodze Marię, która omal nie wykonała piruetu, i z całym impetem wbiła się pod ławę w salonie, zostawiając na zewnątrz tylko swoją tylną połowę.
W domu zapadła sekundowa cisza, przerywana jedynie wyciem wichury. Piotr powoli obrócił głowę w stronę salonu, spojrzał na wystający spod ławy psi zad, po czym spojrzał na Elwirę.
- No, asystentko... - podsumował Piotr, poprawiając okulary na nosie. - Ten twój elitarny pies ordynatora to ma system wczesnego ostrzegania jak stary polonez na gazie. Dużo hałasu, zero kompresji, a przy pierwszym zakręcie ląduje w rowie. Idźcie spać. Ja idę sprawdzić, czy mi ten system alarmowy dachu nie wbił do środka.
Maria, wciąż dysząc ciężko, powoli opuściła latarkę.
- Ja z tym potworem w jednym pokoju nie zasnę! - oznajmiła kategorycznie, choć zaraz potem podeszła do ławy i rzuciła w stronę psa kawałek parówki, który przemyciła w kieszeni szlafroka.
Elwira tylko pokręciła głową, dusząc w sobie śmiech.
Rozdział 45: Śnieg i błękitne błyski
Zimowy zmierzch zapadał wyjątkowo szybko. Gęsty, ciężki śnieg zalepiał przednią szybę samochodu, a wycieraczki ledwo nadążały z jego zgarnianiem. Nikodem mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Droga przypominała lodowisko. Cieszył się, że wyjechał od profesora kwadrans wcześniej, bo warunki z minuty na minutę stawały się dramatyczne.
Tuż za ostrym zakrętem, jego oczy poraziły pulsujące, niebieskie światła.
W poprzek drogi stał żółty ambulans na sygnale. Kawałek dalej, w głębokim rowie, tkwił wbity w masywny pień drzewa ciemny sedan. Przód auta był całkowicie zmiażdżony. Nikodem poczuł, jak skacze mu adrenalina. Jako lekarz nie potrafił przejść obok takiego widoku obojętnie. Zjechał na zaśnieżone pobocze, wrzucił światła awaryjne i chwycił z siedzenia ciepłą kurtkę.
Gdy podbiegł do rowu, zobaczył jednego ratownika medycznego. Mężczyzna w charakterystycznym, czerwonym polarze klęczał w śniegu przy otwartych drzwiach pasażera, próbując ustabilizować szyję nieprzytomnego, krwawiącego kierowcy. Sytuacja wyglądała dramatycznie - kierowca był zakleszczony, a z chłodnicy wciąż buchała para.
- Potrzebna pomoc?! - krzyknął Nikodem, przekrzykując ryk silnika karetki i szum wiatru.
Ratownik uniósł na sekundę głowę. Spod materiałowej czapki patrzyły na niego zmęczone, ale maksymalnie skupione oczy.
- Trzeba trzymać głowę i kontrolować oddech, dopóki straż nie rozetnie blach! Druga ekipa jedzie, ale utknęli w zaspie kilometr stąd! Sama kierownica go dociska!
- Jestem lekarzem, kardiologiem - rzucił krótko Nikodem, natychmiast wskakując do rowu. Śnieg wsypał mu się do butów, ale nawet tego nie poczuł. - Mów, co robić.
Ratownik natychmiast podłapał profesjonalny ton. Nie było czasu na zbędne pytania.
- Wejdź od strony pasażera. Przejmij stabilizację odcinka szyjnego. Ja wkłuję drugie obwodowe i podam płyny, bo ciśnienie mu leci w dół.
Przez następne piętnaście minut działali jak jeden organizm. Nikodem, ignorując przeszywający mróz i niewygodną pozycję w zmiażdżonym wnętrzu pojazdu, precyzyjnie asekurował poszkodowanego. Ratownik w czerwonym polarze działał błyskawicznie - opanował krwotok z rany na udzie, kontrolował parametry i podawał leki. W jego ruchach nie było ani grama chaosu. Czysty, profesjonalny automatyzm, który Nikodem ogromnie szanował.
Kiedy w oddali zawyły syreny straży pożarnej, a poszkodowany odzyskał na moment mglistą świadomość, ratownik podjął decyzję o natychmiastowej ewakuacji ze względu na ryzyko zapłonu auta. Wspólnymi siłami, milimetr po milimetrze, wydobyli mężczyznę na nosze typu deska i przenieśli do ciepłego wnętrza ambulansu.
Nikodem stanął przy otwartych tylnych drzwiach karetki, ciężko dysząc. Jego dłonie, mimo mrozu, były mokre od potu i krwi.
Ratownik, zatrzaskując wewnętrzne blokady noszy, odwrócił się do niego. Na jego zmęczonej twarzy pojawił się blady uśmiech ulgi. Wyciągnął w kierunku Nikodema dłoń w gumowej, zakrwawionej rękawiczce.
- Dzięki. Konrad.
- Nikodem. Oby następnym razem było spokojniej.
Mam nadzieję, że w lepszych okolicznościach.
Karetka ruszyła z kopyta, rozbryzgując pośniegowe błoto. Nikodem stał przez chwilę sam na drodze, odprowadzając wzrokiem niknące w zawiei niebieskie błyski. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo zmarzł. Wrócił do swojego auta, włączył ogrzewanie na maksimum i pomyślał, że ten ratownik w czerwonym polarze to facet z rzadko spotykaną ikrą.