Translate

czwartek, 21 stycznia 2016

FLORYDA - DISNEYLAND W ORLANDO



         Przyjechaliśmy do parku EPCOT – parku rozrywki w Orlando, czyli do Disneylandu. Wybrała się niemal cała rodzinka. Tadeusz został w domu a Kasia wyjechała liniami Amtrak sama do Tampy, na przeciwległy brzeg Florydy. Umówiła się z kolegą z Kalifornii, który tymczasowo dorabia sobie na  Florydzie na kontynuowanie studiów. Poznali się w ubiegłym roku, kiedy podróżowała miesiąc po Stanach. Nie jestem z tego zadowolona, ale Rela uspokaja mnie:

        - Ciociu, przecież Kasia z koleżankami Amtrakiem przejechała  w ubiegłym roku całe Stany  i nie zginęła. Wtedy jej zaufałaś, zaufaj i teraz.

        Ma rację, ale szkoda, że nie zobaczy atrakcji w Disneylandzie, bo to specjalne pokazy  przygotowane na Millenium. Tylko w tym roku i już nigdy więcej.

        Wita nas widok ogromnej perłowej kuli. Obok ogromna ręka Myszki Miki z  „magiczną różdżką”. Na szczycie tej kuli w kształcie łuku umieszczona jest konstrukcja tworząca napis „2000”.

         - Czasza kuli jest pięknie podświetlona wieczorem.  Zostaniemy dziś tu dość długo, bo będzie pokaz iluminacji, to dopiero zobaczycie, jaka jest piękna  – obiecuje Krystyna – Zresztą atrakcji nie zabraknie.

        - Jaka ta  kula ogromna ! – podziwiam – ciekawa jestem jaką ona ma średnicę ?

        - Podobno  kula ma 18 pięter, a ręka Myszki Miki  aż 24 - słyszę Relę. – A przecież nad nią jest jeszcze ten napis „2000”.

        - Jakąś znajomą bryłę mi to przypomina - twierdzi Henryk. –  Już wiem, podobną konstrukcję miało Expo 67 w Montrealu.

         Jako inżynier budowlany , zainteresowany jest konstrukcją tego obiektu.
            - Wiesz wujku, Walt Disney World w Orlando przeorganizował na  okazję Millenium  cały kompleks swych obiektów  - opowiada Rela, chociaż John zrobiłby to  nie gorzej jednak nie mówi po polsku. Rozumie naszą rozmowę, ale krępuje się, ponieważ bardzo kaleczy ten język.

          Kupujemy program EPCOT, a w nim dowiadujemy się, że:

 teoretycznie  kula składa się z 11520 razem równoramiennych trójkątów tworzących 3840 punktów. W rzeczywistości, niektóre z tych trójkątów są częściowe lub całkowicie nie istniejące ze względu na podpory i drzwi. W rzeczywistości tylko 11324 są pełnymi posrebrzanymi trójkątami a  954 częściowymi lub pełnym płaskimi trójkątami. To wszystko tworzy górną kopułę kuli. 

  Druga kopuła jest zawieszona od dołu, kończąc kulisty kształt. Pierścień i kratownice tworzą strukturę podobną do tabeli, która oddziela górną kopułę od dolnej.

  Cel wyglądu  tej monolitycznej kuli osiągnięto, w sposób architektoniczny  dzięki strukturalnej sztuczce. Spaceship Earth to w rzeczywistości dwa słupy konstrukcyjne. Sześć nóg umocowanych jest  na  palach, prowadzonych do 160 metrów w głąb miękkiej ziemi Central Florida. Te nogi obsługuje stalowy pierścień w kształcie pudełka .  Na tym jest osadzona górna część struktury budowli. 

  Poniżej pierścienia osadzona jest dolna cześć kopuły. Siatka z kratownic wewnątrz pierścienia obsługuje dwie spiralne struktury systemu jazdy i show. Okładzina została zaprojektowana tak, że gdy pada deszcz, woda nie wylewa się na boki na ziemię. Wszystkie wody są zbierane przez małe szczeliny  do systemu rynnowego i ostatecznie kierowane do Zalewu Showcase.

        - No to może zaczniemy  zwiedzanie od tej kuli. Ciekawe, czym nas zaskoczy? – pyta Henryk.
        - Nie wejdziesz, nie doświadczysz- odpowiada Rela.
        Ustawiamy się w kolejce w oczekiwaniu na wejście na pokaz , który odbywać się będzie wewnątrz kuli. Wsiadamy do wagoników omnimover. Mamy przez 15 minut być uczestnikami pokazu. Siedzę obok Krystyny, bo będzie mi tłumaczyć mowę spikera. Henryk  w tym samym wagoniku obok Reli, Johna  ich dzieci, Gaby i Stephana.

      Trochę boję się, bo jest ciemno i nie mogę sobie wyobrazić, jak będziemy się wspinać. Na ogół nie mam obaw przed jazdą w górę, ale za to wszelkie zjazdy odczuwam jakimś niepokojem w żołądku, a tu, jak będzie? Chyba Krystyna nie narażałaby nas na niepotrzebne sensacje?

Odbywamy częściowo w ciemności, częściowo w podświetleniu podróż w czasie. Jesteśmy świadkami początków prehistorycznego człowieka . Wagoniki mimo , iż spiralny tor jazdy wznosi się, utrzymują właściwy poziom. To już mnie uspokaja, i daje nadzieję na łagodne odczucie jazdy. Robimy kilka przystanków, gdzie jesteśmy świadkami ważnych przełomów w komunikacji w całej historii, krok po kroku, m.in. od wynalezienia alfabetu do stworzenia prasy drukarskiej aż po komunikację za pośrednictwem komputerów. Pokazywany jest postęp technologii 20-tego-wieku. 

Podjeżdżamy pod kolejne podświetlone historyczne scenki rodzajowe, które łączą się razem, zachodzą na siebie, jak na obwodzie spiralnego toru jazdy. W tych scenkach zastosowana jest animatronika figur. Słyszę głos narratora, wraz z bardzo prostą i spokojną kompozycją orkiestry. Krystyna jest moim osobistym tłumaczem. Scen jest dość dużo. W jednej z nich Michał Anioł maluje sufit Kaplicy Sykstyńskiej, w innej Gutenberg pracuje w drukarni. 

W innym miejscu gazeciarz proponuje prasę, a klipy przedstawiają rozwój filmu, radia i telewizji. Dziewczynka i chłopiec komunikują się za pomocą Internetu między Ameryką a Azją. 

Pojazdy w końcu osiągają wysoką przestrzeń a na szczycie jazdy, tunel rozświetla się, głos orkiestry wzmacnia się w sposób triumfalny i widzę na suficie kuli planetarium z gwiazdami, Drogą Mleczną, planetami a przede wszystkim najbliższą i największą ,,Ziemię,, 
Scenki rodzajowe znajdują się raz po jednej stronie toru jazdy, innym razem po przeciwnej. Nie sprawia mi to różnicy, ponieważ wagoniki mają zdolność obracania się o 180 stopni. 

Dalej wagoniki zjeżdżają w dolną część. Rozpędzają się, piszczymy, gdy nagle spowalniają swój bieg i wjeżdżamy do jasnego „Laboratorium Ziemi”.


      Jest tu prezentowany pomysł na temat przyszłości rolnictwa. Wszystkie rośliny uprawiane są przez różne metody hydroponiki w piasku, perlicie, włóknie kokosowym i wełnie mineralnej.


    


   

Pełni wrażeń fizycznych i emocjonalnych pozostawiamy obiekty i wypożyczamy specjalne wózki dla dzieci.


   
    Jestem zdziwiona, bo nie mamy z sobą żadnych niemowlaków. Będziemy wygodniej przemieszczać się po parku. Do pchania zaangażowali się panowie.


      Mój mąż trochę się opierał, ale Myszka szybko przełamała jego opory. Wszyscy jesteśmy po trosze wciąż dziećmi.





        

Gaby przytula się do Myszki. Ja też poczułam się jak dziecko, bo Myszka zaprasza mnie do wspólnego zdjęcia. 
     Stephan wolałby bawić się dzisiaj w innej części, gdzie np.: można się zsunąć po wielkiej zjeżdżalni wychodzącej z najwyższego punktu kolorowego zamku wprost do basenu. Z daleka widać bajeczny  kolorowy zamek realnych rozmiarów. 

          Wysoko , jakby z ostatniego piętra z radosnym krzykiem zmieszanym z głosem strachu a czasem piskiem i suną w dół rozbawione dzieci, wpadając na końcu do wody. Na dole kłębią się w rozbryzganej wodzie ci, którzy już wygrzebują się z niej i mają nadzieje powtórzyć ten zachwycający proceder. 

     My tylko przechodzimy obok, bo podobno mamy za mało czasu, abyśmy dorośli dzisiaj mogli zdążyć obejrzeć to, co dla nas jest zaplanowane. Gaby z braciszkiem jeszcze próbują namówić na przejażdżkę omnimoverami wśród ciemnych zakazanych miejsc, skąd nagle wyłaniają się goryle lub inne niebezpieczne i straszne stwory. Niestety, Rela mu skutecznie tłumaczy:

        - Przecież nie jesteście pierwszy raz, ale i nie ostatni. Przyjedziemy niedługo znowu, ale dzisiaj pokażemy atrakcje Cioci Tereni i wujkowi Henrykowi, to co najbardziej ich może zainteresować. Trzeba kilku dni, albo i więcej, żeby wszystko pokazać.  A może zjemy coś?

       Teraz przemieszczamy się nad wielki akwen, wokół którego wydzielone są obszary dla różnych krajów z charakterystycznymi dla nich budowlami, np. Francja  ma wieżę Eiffla, Japonia – pagodę, Meksyk - piramidę, Włochy – mały Plac św. Marka. W każdym z tych obszarów dany kraj prezentuje swoją kulturę poprzez atrakcje i sklepy obsługiwane przez swoich obywateli. Wszystkiego nie sposób zwiedzić w jeden dzień. Już trochę zgłodnieliśmy

        - Może pójdziemy do Azjatów? – zaproponowała Krystyna. - Idziemy do sektora japońskiego.

       Wchodzimy przez jasnoczerwoną bramę do pagody która ma 5 niebieskich dachów.



       Na czubku mieści się iglica z brązu, złota a wiatr wygrywa kuranty i gra na dzwonkach. Wokół piękne ogrody, doskonale utrzymane. Strumienie wody wędrują po szlakach między wyszukaną zielenią i skałkami.

 - Wiecie, że ta pagoda wzorowana jest na sanktuarium w Nara zbudowanym w roku 700? – uświadamia nas Rela.
       - Ale masz wiedzę, Relu – podziwiam ją .
      - Ciociu, byłam tu, w Disneylandzie, kilka razy – wyjaśnia Rela. - Przecież dzieci chętnie tu odpoczywają. Oczywiście one ciągną do zabaw i gier, ale czasem podsuwamy im trochę wiedzy o kulturze innych krajów, nim sami zaczną jeździć po świecie. Jeszcze tego nie rozumieją, ale kiedyś to docenią.

        Przechodzimy przez sklep w domu towarowym  Mitsukoshi. 



Zatrzymujemy się przy stoisku ze sprzedażą pereł hodowlanych. W wielkiej kadzi na dnie leżą małże. Można za niewielką kwotę wyłowić sobie którąś losowo.

        - Teresa, spróbuj , może masz szczęście i wyłowisz czarną perłę – kusi mnie mąż.
Opieram się lekko o ściankę wielkiego naczynia, które w części jest z wierzchu przykryte blatem szklanym. Tak się zaoferowałam, że trzymana w ręce portmonetkę upuściłam w wodę, sądząc ze mam pod ręką szklany blat. Wyławiam ku uciesze rodzinki i gapiów nie tylko małże, ale również wygrzebuję z dna portmonetkę. Całe szczęście, że mam tylko  10 dolarów i trochę moniaków. Grubszym portfelem dysponuje Henryk.  Dolar amerykański wytrzyma taką kąpiel bez uszczerbku. Po otwarciu wyłowionej perły stwierdzam, że to nie oczekiwany kolor perełki. Dobre i to.
        - Ciociu, a dolarki szybko wyschną . Przecież jest tak gorąco- pociesza mnie mała Gaby.
        Przechodzimy na  piętro. W sali wita nas z ogromna uprzejmością kucharz oraz towarzysząca mu Japonka w kimono.


        Zapraszają nas do zajęcia miejsca z trzech stron długiego stołu ( teppan) z metalowym blatem. Jedna strona jest królestwem kucharza.


Obok stołu jest trochę mniejszy stolik na składniki do naszych dań,  i narzędzia.



       Zamawiamy dania, ja bezpiecznie kurczaka z …..  warzywami. Ryżu przezornie nie chcę, bo podejrzewam, że nie dam rady go zjeść przy pomocy pałeczek, które dostarczyła nam miła Japonka.  Szkolenie nie pomogło mi. Reszta rodzinki też postępuje zachowawczo, tylko John nie może sobie odmówić swoich ulubionych krewetek i innych owoców morza..  

    Zaczyna się show. Przed naszymi oczami błyszczą noże, co i raz wirujące w powietrzu. To zrelaksowany kucharz naprzeciw nas sieka i miesza mięso, warzywa i owoce morza z prędkością światła, ale nie zapomina, że ma gości przy stole. Jakby nic nie robił, prowadzi z nami konwersację.

        Krysia przedstawia nas, że jesteśmy Polakami. Na to kucharz:
        - Aaa!. Polacy! Bigos i pierogi… – śmieje się.
Roznosi się przyjemna woń dań smażonych tuż przed nami. Uważam, aby nie poparzyć się od gorącego blatu, bo przy moim pechu to całkiem możliwe. 

        Podkarmieni możemy przejść do jakiegoś innego pawilonu. John rzuca pomysł.
        - Izrael.
        - Trafna propozycja, - mówi Rela – trochę emocji przyda się cioci i wujkowi, chociaż nie wiem, czy to odpowiednie przy pełnych żołądkach.
      - Zaryzykujemy- zgodziłam się w imieniu swoim i Henryka. W Izraelu jeszcze nie byliśmy, ale kiedyś na pewno pojedziemy, przecież jesteśmy katolikami. Nie wiem, co nam tu  przedstawią w Disneylandzie. Cokolwiek to będzie z kultury izraelskiej, to na pewno mnie zaciekawi.

        Okazuje się, że mamy odbyć podróż do Jerozolimy. W wielkim pomieszczeniu widzimy stare mury. Spacerujemy wąską dróżką, która dalej tworzy aleję w starożytnym mieście. Należy zwrócić uwagę, że jest wybrukowana prawdziwymi kamieniami Jerozolimy. Prowadzą nas do sali kinowej.  W każdym rzędzie przechodzi jedna osoba, która przypina nas na trwale do foteli opasując sztywno biodra i pas. 
      Trochę się dziwię, ale Krystyna nie zdradza powodu tego krępowania nas. Gaśnie światło i zaczyna się projekcja, a właściwie symulacja lotu helikopterem. Przewodnik zabiera nas na ekscytującą przejażdżkę przez 3000 lat historii. Później interaktywnie pokazane są odkrycia współczesnego państwa Izrael. 

    A po co nas tak krępowano? Czuliśmy się jakbyśmy siedzieli w helikopterze obok pilota. W momencie startu fotel przechylał się do tyłu, kiedy helikopter pikował, , pochylaliśmy się do przodu, a przecież lot to i zwroty w prawo, czy w lewo. Strach wywoływał lot pomiędzy wąskimi uliczkami, wydawało się, ze się nie zmieścimy. Na zakończenie helikopter przy lądowaniu trochę nas potrząsł. Wreszcie zrozumiałam, co miała na myśli Rela, kiedy wątpiła, czy pełen żołądek to wytrzyma.
        Nie mamy dużo czasu na poznawanie kultur innych narodów, więc przechodzimy alejami, podziwiając z zewnątrz budowle typowe dla danego kraju, z jego otoczeniem, czy wystawianymi na zewnątrz atrakcjami.

Pokazy akrobatyczne Chińczyków:




        Wchodzimy jeszcze do pawilonu meksykańskiego.



 Następne rejony poznajemy z zewnątrz , spacerując alejkami. Podziwiamy min.: pokazy chińskich gimnastyków.


      
 Proszę napotkanych przed pawilonem arabskim dwóch młodych Arabów ubranych w typowe dla nich długie białe szaty, prosząc, jak to jest tu w zwyczaju, aby na jednej z kartek, które mają przygotowane, napisali moje imię.



 I oto mam jakieś esy floresy wypisane , owszem, ale nie dam głowy, czy to moje imię, czy jakiś żart młodzieńców.

     Z tej kartki mogę sobie wyobrazić zamiast słowa Teresa mój profil.i dłoń ze wskazującym palcem na strzałkę kierującą w lewy dolny róg kartki, gdzie  widnieje litera „T”. A to już by się zgadzało J

      Musimy się pośpieszyć, bo po drugiej stronie zalewu, centralnie położonego w Parku, jakieś poruszenie. Słyszę muzykę. Pytam kuzynki, czy to jakaś nowa atrakcja nas czeka.

       – A jakże- informuje Krystyna - rozpoczyna się parada przedstawiająca Gobelin Narodów, specjalnie organizowany na Obchody Millenium. Pokaz odbywa się dwa razy każdego wieczoru. Nie widzę wyraźnie, bo parada jest jeszcze po przeciwległej stronie, ale da się zauważyć, że porusza się w naszą stronę. Zbiera się coraz więcej ludzi, przygotowują się do zajęcia jak najlepszych miejsc w alejach. My też dobrze się ulokowaliśmy. Przed nami wózki, a w nich zmęczeni już: Gaby i Stephan.  

      





     Wzrok mój pada na zbliżający się grad przedmiotów i kolorów. Rela podpowiada mi, że ta różnorodność barw i postaci oraz urządzeń ma pokazać różnorodność ducha. Dziewiętnaście ognistych pochodni stwarza teatralne tło i jedność. Kinetyczne, większe niż  naturalny rozmiar człowieka lalki przemieszczają się   wokół World Showcase wraz z tancerzami i bębniarzami.     

       Ci ostatni jadą na przepięknie przystrojonych wozach i na swoich ogromnych bębnach nadają swoim rytmem  dramaturgię nieobecnej, ale słyszalnej orkiestrze. Słychać w orkiestrze dzwony. Przebija się tez głęboki głos spikera, który, jak podpowiada Rela ma do przekazania przesłanie o różnorodności, ale i jedności narodów.

        Każda marionetka poruszana jest przez animatora. Każdy animator lalkarz ma do swojego ciała przymocowany  kolorowy kostium. Lalki  kołyszą się i skaczą w rytm muzyki.


     Gaby i Stephan nagle się ożywiły i chętnie chcą podbiec do lalek, ale rodzice im nie zezwalają.  Za duże zamieszanie wokół marionetek, nie jest bezpiecznie dla dzieci. Są jednak inni widzowie odważni i podnoszą swoje dzieci na rękach wysoko, aby dotknęły lalkę. 

    Ależ będziemy mieć piękne pamiątkowe zdjęcia! Pokażemy Kasi, co straciła. Rela też fotografuje namiętnie wszystko, bo to zresztą jej hobby. Trzeba przyznać, że robi to prawie profesjonalnie.



        Jest coraz ciemniej, ale oświetlenie jest wspaniałe. Taka parada, to przepiękny widok, ale najbardziej porusza mnie dźwięk, te bębny , dzwony, kuranty i na ich tle głęboki , niski głos spikera powoduje u mnie dreszcze, mimo, że jest przecież upalnie. I jeszcze czuję coś, do czego nie mogę się rodzince przyznać.

      Jestem cholernie wściekła i chce mi się płakać, że Kaśka właśnie dzisiaj wyjechała do Tampy i tego nie widzi i nie słyszy.


        Jest już późno. To nie koniec dzisiejszych atrakcji. Na finał wieczoru, jak każdego dnia od początku roku przez cały 2000 odbywa się iluminacja w czterech częściach pod nazwą Refleksy Ziemi. Zwiedzający ten park rozrywki spodziewają się tego, ponieważ program czytelnie informuje o czasie różnych atrakcji. 

    Okalają wody zalewu, który jest centralnym miejscem tej iluminacji. My też zajmujemy wskazane miejsca przez rodzinkę. Jak dobrze, że Gaby i Stephan siedzą w wózkach, bo już robi się ciemno, a tłumy są nieprzebrane. Zresztą dzieciaki są już bardzo zmęczone, mimo, ze dopiero oglądały paradę. 

    Nagle zaczyna brzmieć muzyka, w której przewodzą flety. Rytm wyznaczają bębny a "mądry" głos zaprasza nas do gromadzenia  się wokół ognia w celu wysłuchania, obejrzenia i przeżycia opowieści na temat historii Ziemi.

        I część, jak informuje spiker, to „Chaos”.  Lasery przedstawiają kolidujące ze sobą planety.  Słychać wciąż muzykę i ten niski, poważny głos narratora. Współgranie obrazów i zsynchronizowanej  z nimi muzyki tworzy jedna spójna całość.

            II część to „ Porządek”.
Kula przedstawiająca Ziemię wpływa do centrum zalewu i zmienia kolor od białej, ognistej po stopioną czerwoną. Wyglądają jak strumienie rozpalonej lawy. Strzelają wielkie płomienie i jęzory ognia, aby na końcu zobaczyć tworzenie się kontynentów. Następna płynna zmiana to roślinność.

         III część „Odrodzenie” przedstawia setki obrazów życia na planecie, np. laserowy obraz Afryki i przebiegająca żyrafa. To wszystko wielkości kilku piętrowego domu. Tu rej wodza flety w symfonii dźwięków.

        
 Następuje wreszcie „Kulminacja” - uroczysty finał.Ta ostatnia część przedstawia rozwój naszej planety. Ziemia zaczyna kwitnąć, otwiera się od góry i rozchyla jak płatki kwiatka, podczas, gdy na dnie jego zaczyna rosnąć  pięknie wybarwiony fleming - jak podaje spiker - zwiastując nadejście nowego millenium.

      I tu następuje extremum pirotechniki. 

       W środku zalewu odbywa się istny  taniec ognia.


 W górę tryskają z ogromną mocą bajecznie podświetlone laserami fontanny,  potężne kule  i pióropusze i jak wielki różnobarwny laserowy pożar strzela wszystko w górę i rozlatuje się we wszystkich kierunkach.

    Przeżywam to niezmiernie. Działa na mnie nie tylko obraz, ale także wywołująca dreszcze muzyka, która potężnymi bębnami nadaje rytm. Już nie słychać spikera . Sam obraz i dźwięk mówią wszystko.
Stanowi to zwieńczenie całodniowego pobytu w parku rozrywki.
        Wracamy samochodem z Orlando do Port Orange, żywo wymieniając się doświadczonymi przeżyciami, kiedy Rela przerywa, zwracając się do mnie:
- Ciociu, szkoda, że jest już późno, bo miałabym jeszcze jedną propozycję. Symulacją trzęsienia ziemi w wywróconym na dach domu. Miałabyś na to ochotę?

- O nie, serdecznie  dziękuję Reli, bo  dawka emocji dziś była za duża. Chyba, że chce się nas pozbyć, a  na pewno dostałabym zawału.
Przejeżdżamy obok dziwnej architektury.


Mijamy odwrócony dom. Nie będziemy tam  wchodzić. To tu mogłabym dostać zawału serca.

c.d. nastąpi


SPŁYW KRUTYNIĄ

   
Mikołajki

        Urlop… wreszcie laba. Robimy sobie w tym roku przerwę w zagranicznych wojażach. Bo to przecież wstyd, żeby nie wyjechać na Mazury! Nadmorskie kurorty przyciągały nas skutecznie, toteż wielokrotnie tam odpoczywaliśmy lub przebywaliśmy tam z różnych przyziemnych powodów.
Grupa wypadowa liczyła 3 panie, 2 panów plus piesek. Wynajęliśmy mały drewniany domek w Mikołajkach. Nie zakładaliśmy przed wyjazdem żadnego programu spędzania czasu. Było oczywiste, że wchodzą w grę spacery po nadbrzeżu, może jakiś powolny rejs stateczkiem po jeziorach lub szybki skuterem wodnym oraz zwiedzanie pobliskich okolic. Każdy z uczestników mógł sobie liczyć na to, co go interesuje.
Piesek pewno też miał jakieś plany. Chciałby chadzać własnymi drogami, lecz niestety, urlop spędzić miał w większości na smyczy. Nie były z tej niewoli zadowolone okoliczne pieski, które nas nie odstępowały przez cały pobyt w Mikołajkach. Wszelkie wypady na kawki czy obiadki do restauracyjek lub knajpek, mających tarasy lub ogródki kawiarniane były poprzedzone obawami, czy czasem w pobliżu nie będzie jakiegoś kota lub pieska. Zdarzały się bowiem różne sytuacje, powodujące zamieszanie wśród nas i gości. Zaznaczyć muszę, że psina nie była wówczas jeszcze wyszkolona . Właściciele psa po kilku lekcjach u zawododowca zrezygnowali z "katorżniczych,, ćwiczeń.
(Obecnie pies jest już wyszkolony nad podziw, ale szkolenie odbywało się bez obecności właścicieli pieska).


 
 Pierwsze dni wypełniały spacery po okolicy. Były także wyjazdy do pobliskich atrakcyjnych miejscowości. Zwiedziliśmy Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, gdzie żyją rzadkie okazy zwierząt , szczególnie jeleniowatych.

 
 Nie wypadało nie jechać do Wilczego Szańca
( kwatery Hitlera) w Gierłoży.

Autorka w marinie

lub do mariny w Sztynorcie. Podobno Krasicki powiedział:
"Kto ma Sztynort, ten ma Mazury"

Mały żeglarz


Most obrotowy z 1860r. na tle zamku krzyżackiego z XIVw

Pojechaliśmy obejrzeć działanie obrotowego mostu w Giżycku.


Sanktuarium Maryjne w Świętej Lipce

Nawiedziliśmy Sanktuarium Maryjne w Świętej Lipce.

Odbywały się też indywidualne rekreacyjne wypady, jak zwiedzanie okolic rowerem, który musieliśmy sobie wcześniej naprawić oraz ,,nawiedzanie,, przez kobiety miejscowych sklepów jubilerskich. Do tej pory uwielbiam zakupione tam okulary słoneczne amerykańskiej marki z bursztynowymi cyrkoniami.

 

 Wg sprzedawcy bez uszczerbku można wymienić w nich szkła oryginalne na inne ciemne ale optyczne . Tylko pod tym warunkiem wykosztowałam się na nie. Niestety , po powrocie do domu okazało się to wierutną bzdurą. Mimo to je lubię.


Przejażdżki po jeziorze skuterami wodnymi zaliczone były przez większość naszej grupy. Ja mam lęk przed utonięciem, więc sobie odpuściłam wodne atrakcje. Znalazłam sobie wymówkę. Przecież ktoś musiał zająć się pieskiem.

Przyszedł wreszcie czas na spływ Krutynią.


Ja sobie darowałam spływ. W ekspedycji mieli wziąć udział dwaj mężczyźni z naszej grupy wczasowej wraz z właścicielką pieska.

Załadowali się więc do auta i wyruszyli 15 kilometrów do Ukty, miejsca początkowego, skąd spływ miał się rozpocząć, więc łącznie na czas spływu oraz powrót do Mikołajek trzeba było przewidzieć kilka godzin.

Miałam z koleżanką przed sobą dużo czasu na opalanie się przed domkiem i odpędzanie ,, narzeczonych,, pieska. Należało przypuszczać, że spędzimy ten czas w kilkugodzinnym oczekiwaniu na kajakarzy.

Jak wielkie było nasze zdziwienie, kiedy po krótkim , nieoczekiwanym czasie w bramie pojawiło się auto. Przez szybę widać było nagie torsy panów, z tyłu kobieta owinięta w koc. Byli to nasi kajakarze. Z samochodu wyskoczyli panowie w mokrych slipkach oraz pani owinięta w koc i zanosząc się od nerwowego śmiechu, wparowali do domku, nic nie wyjaśniając po drodze. Bo i czym było się chwalić!

Nagle zobaczyłyśmy, że z domku wynoszone są na słońce i rozkładane na czym popadnie, a to na parapecie, a to na ławeczce, a także przyczepiane do sznurka do suszenia bielizny różne przedmioty. Były to ubrania, dokumenty, banknoty, ale w pierwszym rzędzie części komórek telefonicznych. Przyznać należy, że jedna z komórek była ,,wypasiona,,. Właściciel tejże był najbardziej załamany. Widząc tę scenkę nie mogłyśmy z koleżanką opanować śmiechu, tzw. głupawki”, zrobiłyśmy im znienacka kilka fotek, jednak wypadało się trochę pohamować.

W trakcie tej operacji zaczęto sączyć trochę informacji. Otóż po wypożyczeniu kajaka, jak relacjonowali, grupka ochoczo załadowała się do niego, nie bacząc na zabezpieczenie swego mienia. Już od brzegu cała trójka z niemałą wesołością zaczęła wiosłować każdy wg swojego rytmu i pomysłu, nie mogąc znaleźć harmonii w pracy. Dość, że cudem przepłynęli może około 6 metrów, wcale nie w zamierzonym kierunku, bo kajak zmierzał do przeciwległego brzegu, po czym nastąpiła nieoczekiwana wywrotka i wszyscy znaleźli się w wodzie wraz ze swoimi bagażami.

Spływ był już ,,pozamiatany,, jakby to określiła młodzież. Cali zmoczeni, nie mieli wyjścia, jak tylko rozliczyć się z wypożyczalnią kajaka , a następnie, jak piesek z podkulonym ogonem, wrócić do bazy w Mikołajkach. A przecież dopiero co przyjechali , robiąc kilkanaście kilometrów! Wracając autem w negliżu, wzbudzali zainteresowanie przejeżdżających turystów i tubylców.

-To nieważne,że jeszcze się nie zaczęło, a już się skończyło - myśleli sobie - jak wrócić tak szybko i w takim stanie do pozostawionych kobiet ? Przecież nie da się ich oszukać, że wyprawa była owocna. Jak one zareagują , bo piesek na pewno się ucieszy z tak szybkiego powrotu.

Z tej grupy, najbardziej ambitnym był właściciel komórki wypasionej . Postanowił, że następnego dnia ponowi próbę spływu. Niestety, tym razem nie znalazł chętnych na czynne współuczestniczenie w wiosłowaniu. Wybraliśmy się jednak wszyscy, włącznie z pieskiem jako obserwatorzy, aby kiedyś zaświadczyć, że chociaż on zmazał plamę z tej wstydliwej ekspedycji. Tym razem wypożyczył kanoe. Widzieliśmy, jak wsiadał do kajaka, odpowiednio zabezpieczony, wyruszył bez komplikacji i zniknął za zakolem Krutyni. Po upływie zaplanowanego czasu podjechał samochód, przywożąc bohatera z miejsca, gdzie osiągnął upragnioną metę.

Po powrocie z Mazur okazało się, że sprawności komórek nie dało się przywrócić, a właściciel tej ,, wypasionej,, nie przyznając się do kąpieli , próbował jeszcze w serwisie zgłosić usterki z tytułu wad technologicznych. Niestety nie ,,kupili,, tej wersji. Miał okazję sprawić sobie komórkę nowej generacji, z której bardzo był zadowolony. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

W archiwum z wakacji mam różne zdjęcia, ale te, na których widać ,,uczestników,, spływu rozwieszających zmoczone rzeczy , wywołuje u mnie niekłamaną wesołość i zaciera wszystkie inne wspomnienia z Mazur.