Translate

czwartek, 4 czerwca 2026

AWANTURA O PATELNIE, CZYLI JAK STRACIŁAM REPUTACJĘ W KILKA DNI

 



     Mówią, że aby dobrze poznać człowieka, trzeba z nimi zjeść beczkę soli. Ja się tego teraz nie podejmę – sól w nadmiarze mi szkodzi, co zresztą niedawno potwierdził lekarz. Zresztą, po co mi sól? 

   Całkiem niedawno LINK , na forum publicznym mojego bloga, uroczyście ogłosiłam, że mam męża szlachetnego. Kto by pomyślał, że zaledwie trzy dni później przyjdzie mi diametralnie zmienić front o 180 stopni? 

      A wszystko przez... motoryzację i dziecięcą wyobraźnię.

  Mój szlachetny małżonek, z braku chwilowych zajęć, postanowił dokonać rutynowego przeglądu naszego auta. Ponieważ od dłuższego czasu walczy z kręgosłupem, a teraz jeszcze z barkiem, w swoich ruchach jest nader oszczędny. Wyznaje bardzo ekonomiczną zasadę:

 „Skoro już stoję zgięty w pół, a muszę przesunąć się o dwa metry, to czy warto się prostować, by za chwilę znów się schylać? Szybciej się schylam niż później boleśnie "odkształcam". 
Nie, nie warto”.

     Z tego błędnego, fizykalnego założenia wyprowadziła go złośliwość rzeczy martwych. Konkretnie: drzwi od samochodu.
Mąż jest mężczyzną słusznego wzrostu, więc w pozycji pionowej nigdy w głowę drzwiami nie celuje. Zapomniał jednak, biedaczek, że proporcje między zgiętą postawą „domorosłego mechanika” a profilem auta zmieniają się diametralnie. No i stało się. Za te wszystkie lata, gdy sam czasem „trzasnął drzwiami”, wszechświat postanowił wyrównać rachunki. Drzwi z impetem puknęły go w czoło. I to tak skutecznie, że polała się krew, a na czole wyrosła okazała, podłużna śliwka ozdobiona czarną krechą rozcięcia. Od szycia uratowało go tylko to, że nikomu się nie pochwalił.
Przez resztę dnia mój osobisty „urazowiec” i pechowiec strategicznie ustawiał się do mnie bokiem. Niestety dla niego, kamuflażu nie doceniła nasza córka. Wszystko się wydało! Obecnie mąż wygląda tak, jakby przed chwilą wrócił z mało dystyngowanego i mocno nierozstrzygniętego sporu pod budką z piwem.
I tu na scenę wkracza mój wnuczek, przedszkolak. Zapytany przez mamę, co właściwie stało się dziadkowi, odpowiedział z pełną powagą:

– Dziadek dostał patelnią w głowę.

  No, nie! 
Do tego, że z przedszkola przynosi się różne ciekawe słówka, już przywykłam. Ale ta metafora uderza bezpośrednio w moją godność! Że niby co? To ja – ta czuła żona, autorka wierszy o sacrum – miałabym mojego szlachetnego małżonka zdzielić kuchennym narzędziem o ciężkim dnie?! Do dziś nie doszliśmy, skąd w jego małej głowicy narodziła się ta wizja, ale jak wiadomo – winni się tłumaczą.

   Jedynym sprawiedliwym obrońcą mojej niewinności mogłaby być Toffi. Jako naoczny świadek domowych wydarzeń, na pewno chętnie zaszczekałaby w mojej obronie, potwierdzając, że w krytycznym momencie smacznie spała na kanapie, a żadna patelnia nie ucierpiała. Niestety, psów nikt w sądzie nie słucha.

  Prawdziwy hit nastąpił jednak wczoraj. Mąż jest w trakcie rehabilitacji owego nieszczęsnego barku. Przed „atakiem samochodu” był już na dwóch zabiegach. Na trzecią sesję wkroczył z dumnie podniesionym, acz pociętym czołem.
Pielęgniarka z przychodni zamarła na jego widok i pyta z przerażeniem:

  – A cóż to się panu stało?!

 Na co mój ślubny, z najsłodszym uśmiechem na twarzy, wypala:

 – Żona mnie zdzieliła patelnią.

  Pani pielęgniarka stanęła jak wryta. Do teraz zapewne nie wie, czy ma dzwonić po opiekę społeczną i niebieską linię, litować się nad uciemiężonym pacjentem, czy po prostu zacząć się śmiać.

  A ja? Ja teraz chodzę po domu z podniesioną głową, ale na wszelki wypadek schowałam wszystkie patelnie głęboko do szafy. Niech no tylko te moje kostki odzyskają dawną lekkość, to sama sprawdzę, jak to jest z tą wagą kuchennych argumentów! 😉

Są takie kobiety, które stosują filozofię małżeńska Hemara, czyli ukryty w niej sekret szczęścia.



"Filozofia małżeńska"
Marian Hemar

Żadnego cudu nie ma,
Żadnego trudu nie ma.
Dam tylko znak oczyma, a on już wszystko wie.
Żadnych zaklinań nie ma
i wypominań nie ma.
Nic przecież go nie trzyma, chce, to dobrze,
a nie chce,
to nie, ale chce.

Żadnych humorów nie ma i żadnych sporów nie ma
i na nic się nie zżyma, tylko z ręki je.
I sam mi wszystko poda,
i zawsze w domu zgoda,
bo na to jest metoda:
moja mama przed ślubem
nauczyła jej mnie
Że -

pierwszego dnia po ślubie - od razu go w łeb,
że pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.
całuje mnie za to,
że dostał w łeb ten pierwszy raz,
we właściwy czas.

Do ślubu on mądrzejszy,
do ślubu on ważniejszy,
do ślubu wszystko umie,
wszystko lepiej wie.
Do ślubu taki duży,
niech tylko brwi zachmurzy,
już się nie oprę dłużej
- chce to dobrze, a nie chce,
to nie - jak sam chce

Do ślubu ja malutka,
do ślubu ja cichutka
do ślubu łagodniutka, za nim choćby w grób.
Do ślubu wszystko znoszę,
co znoszę - to rozkosze.
Do ślubu grzecznie proszę,
oczki spuszczam, podnoszę.
A potem ten ślub

I pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.
I pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.
Nie drugiego dnia po ślubie - to za późno,
Ty go trzep.

Pierwszego dnia po ślubie,
póki świeży ten chleb.
I kocha mnie, szanuje mnie,
całuje mnie za to, że
dostał w łeb ten pierwszy raz
we właściwy czas."


<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj