Translate

piątek, 7 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - c.d. ROZDZIAŁY ( 3-6)

 


„Serce Elwiry” jest powieścią obyczajową skierowaną przede wszystkim do dorosłych czytelniczek, które poszukują emocjonalnych historii o rodzinie, chorobie, miłości, stracie i odzyskiwaniu nadziei. Może zainteresować również osoby związane z tematyką transplantacji oraz czytelników ceniących opowieści o bohaterach mierzących się z życiowymi ograniczeniami. Pod względem emocjonalności i motywu walki o normalne życie książkę można porównać do „Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes oraz „Gwiazd naszych wina” Johna Greena, choć „Serce Elwiry” jest historią wieloetapową, obejmującą dzieciństwo, dorastanie i dorosłe życie bohaterki. Bliska jest także polskim powieściom obyczajowym, które łączą trudne doświadczenia z ciepłem, nadzieją i wiarą w drugą szansę.

Rozdział 3: Zapach czystej pościeli i wielki strach

  Powrót do domu zawsze smakuje tak samo – zupą pomidorową mamy i bezpiecznym zapachem czystej, świeżo wyprasowanej pościeli. Żadnych białych fartuchów, żadnego pikania aparatury pod ścianą. Elwira wreszcie śpi we własnym łóżku, a Baryłka siedzi dumnie na nocnym stoliku. Choć jego ucho wciąż jest trochę krzywe od agrafki, oboje są już bezpieczni. Przynajmniej na jakiś czas.
   Mijają tygodnie, a domowe życie toczy się swoim własnym, rwanym rytmem. Elwira uczy się żyć z ograniczeniami, których nie wolno jej lekceważyć. Doskonale wie, kiedy musi natychmiast usiąść na dywanie, bo w klatce piersiowej zaczyna zbyt mocno łomotać. Wie też, że po schodach wchodzi się bardzo powoli: jeden stopień, głęboki oddech, drugi stopień. Mama, Maria, z zegarmistrzowską precyzją pilnuje godzin podawania leków – rano różowa tabletka, w południe pół białej, a wieczorem syrop. To ich mały, codzienny rytuał. Spokój w domu kardiologicznym nigdy nie trwa jednak wiecznie.
   Na kalendarzu w kuchni tata zakreślił czerwoną kreską datę, która wisiała nad nimi od tygodni: czwartek, piętnasty października. Kontrola w klinice.
 W środę wieczorem w całym domu panuje gęsta, przytłaczająca cisza. Nikt nie mówi głośno o jutrzejszym dniu. Mama prasuje wyjściową sukienkę Elwiry z wyjątkową, niemal nienaturalną starannością. Tata w garażu po raz trzeci sprawdza poziom oleju w samochodzie – muszą być na czas, nie wolno się spóźnić ani minuty. W tym samym czasie Elwira siedzi w swoim pokoju i otwiera kolorowy notesik od Oli. Zamiast słów, rysuje w nim dziś małe, czarne chmury.
   – Boisz się, Baryłko? – szepcze cichutko do misia. Maskotka milczy, ale dziewczynka dobrze wie, że on też szczerze nienawidzi zapachu szpitalnego korytarza.
   W czwartek rano poczekalnia poradni kardiologicznej pęka w szwach. Dzieci takie jak Elwira są wszędzie – niektóre są bardzo blade, inne mają wyraźnie sine usta, ale wszystkie bez wyjątku mają te same mądre, zdecydowanie zbyt dorosłe oczy. Drzwi z napisem „Gabinety USG” otwierają się co chwilę, aż w końcu rozlega się głos pielęgniarki wywołujący ich nazwisko: „Elwira Nowak”.
   Maria mocniej ściska dłoń córki, a Piotr zostaje na korytarzu. Zawsze zostaje, tłumacząc, że w gabinecie jest za ciasno. Naprawdę po prostu nie potrafi patrzeć na ekran monitora, gdzie widać to małe, niedoskonałe serce walczące o życie.
   W gabinecie pachnie charakterystycznym, podgrzewanym żelem. Doktor ordynator, starszy pan z siwą brodą, uśmiecha się ciepło na ich widok. Zaprasza Elwirkę na kozetkę, by „zobaczyć, co tam w trawie piszczy”. Żel jest przeraźliwie zimny, a głowica aparatu przesuwa się po małej klatce piersiowej. Na ekranie pojawia się czarno – biały, pulsujący obraz i ten znajomy, głośny, szumiący i nierówny dźwięk: szsz – puk... szsz – puk... szsz – szsz..
   Lekarz bardzo długo wpatruje się w monitor i nic nie mówi, a jego brwi marszczą się coraz bardziej. Elwira patrzy na mamę, mama na doktora, a Maria znowu nerwowo zaciska w dłoni chusteczkę. W końcu doktor wyłącza dźwięk i w gabinecie zapada głęboka, ciężka cisza.
  – Pani Mario – mówi cicho lekarz, wycierając pierś dziewczynki z resztek żelu. – Leki już nie wystarczają. Komora jest zbyt obciążona. Nie możemy dłużej czekać.
   Marii momentalnie zamiera oddech w piersi.
 – Operacja? – pyta szeptem, ledwo wydobywając głos z gardła.
 – Tak, korekcja wady – odpowiada ordynator. – Musimy uszczelnić zastawkę i poprawić przepływ, to da Elwirce siłę na dorastanie w kolejne lata. Ta operacja da nam czas, pani Mario. Taki zabieg to most. Musimy go przejść, żeby zobaczyć, co jest po drugiej stronie.
  Elwira siada na kozetce i spokojnie zapina guziki bluzeczki. Nie płacze. Wie, że operacja oznacza powrót na oddział i że znowu zobaczy Olę, ale oznacza to też, że znowu będzie bardzo bolało.
  Kiedy wychodzą na korytarz, Piotr natychmiast wstaje z krzesła. Patrzy na żonę, a Maria tylko lekko, zrezygnowana potakuje głową. Więcej słów nie trzeba. Piotr zamyka oczy na jedną, długą sekundę, po czym bierze Elwirę na ręce – mocno, zdecydowanie za mocno.
  – Jedziemy na lody, myszko – mówi zmienionym, zduszonym głosem. – Największe, jakie mają w tym mieście.


Rozdział 4: Zielone fartuchy i tajemnicza wyspa

   Szpitalny oddział jesienią wygląda inaczej niż latem. Za oknem nie ma już dzieci biegających za piłką. Są tylko mokre liście, które wiatr przykleja do szyb. Elwira znowu leży w tej samej sali. Tym razem nie ma tu słońca. Jest cichy, listopadowy półmrok.
   Operacja zaplanowana jest na wtorek. Dzisiaj jest niedziela. Do sali wchodzi Ola. Nie ma na sobie długiej sukni wróżki. Nosi zwykłe jeansy i ciepły, żółty sweter. W rękach trzyma coś dziwnego. Duży, zielony kawałek materiału.
   – Co to jest, Olu? – pyta Elwira, odkładając notesik.
   – To jest uniform dla superbohatera, kochanie.
 Ola rozkłada na łóżku mały, zielony fartuch chirurgiczny. Dokładnie taki, jaki noszą lekarze na bloku.
  – We wtorek rano dostaniesz taki sam. Tylko trochę mniejszy.
  Elwira dotyka szorstkiego materiału.
  – Baryłka też dostanie?
  – Baryłka ma już swój – Ola wyciąga z kieszeni miniaturową, zieloną chusteczkę i wiąże ją misiowi wokół głowy. Wygląda komicznie.
   Elwira się nie śmieje. Jej małe paluszki błąkają się po brzegu kołdry.
   – Olu... Ja wiem, co oni mi zrobią.
   Ola cichnie. Siada blisko dziewczynki. – Co wiesz, Elwirko?
  – Słyszałam, jak lekarz mówił do mamy. Oni przetną mi klatkę piersiową. Rozkroją mnie. Jak lalkę.
   Głos dziewczynki drży, ale w oczach nie ma łez. Jest w nich czysty, lodowaty strach.
  Ola bierze głębszy oddech. Wie, że z Elwirą nie wolno kłamać. Dzieci z wadami serca natychmiast wyczuwają fałsz.
   – Przetną, Elwirko. Ale tylko po to, żeby zajrzeć do środka i naprawić to, co się popsuło. Wiesz, jak wygląda blok operacyjny?
   – Nie.
  – To jest wielka, bardzo czysta wyspa. Wszystko tam jest zielone i niebieskie. Lekarze mają wielkie lampy, które świecą jak małe słońca. Kiedy tam wjedziesz na łóżku, dadzą ci powąchać specjalne powietrze przez maseczkę.
   – Jak ono pachnie?
  – Trochę jak guma balonowa, a trochę jak las po deszczu. Powąchasz raz, drugi... i zaśniesz tak mocno, że nic nie będziesz czuć. A kiedy się obudzisz, wszystko będzie już naprawione.
   – A ty tam będziesz?
   – Tam mogą wchodzić tylko lekarze, skarbeńko. Ale ja będę stała pod drzwiami. Razem z twoją mamą i tatą. Nie odejdziemy ani na krok. Obiecuję ci to.
  Wieczorem w sali zjawiają się rodzice. Przynieśli czyste ubrania i nową książkę. Piotr jest dziwnie milczący. Jego potężna sylwetka wydaje się przygarbiona. Siedzi na skraju łóżka i bezwiednie bawi się plastikowym stetoskopem Elwiry.
 Mama, Maria, próbuje mówić o szkole, o babci, o pomidorowej zupie. Ale jej głos co chwilę się łamie.
  – Mamo – przerywa jej nagle Elwira. – Dlaczego masz znowu takie czerwone oczy?
  Maria zamiera. Sięga ręką do torebki, szukając chusteczki.
 – Ach, Elwirko... To ta klimatyzacja w szpitalu. Bardzo wysusza oczy. Muszę chyba kupić jakieś krople.
  Elwira patrzy na nią mądrym, przeszywającym wzrokiem.
  – Mamo. Przecież wiem, że płaczesz.
 W sali zapada potworna, ciężka cisza. Słychać tylko ciche pikanie kardiomonitora z sąsiedniej sali. Maria opuszcza ręce. Chusteczka wypada jej z palców na podłogę. Nagle ta silna, niezłomna kobieta zaczyna się trząść.
     Zasłania twarz dłońmi. Pierwszy raz przy córce.
   Piotr natychmiast wstaje. Obejmuje żonę ramieniem. Sam ma zaciśnięte szczęki, aż na policzkach wyskakują mu blade grudki mięśni.
   Elwira patrzy na nich z łóżka. I nagle to małe, chore dziecko robi coś niesamowitego. Wyciąga rękę i gładzi mamę po włosach.
   – Nie płacz, mamusiu – mówi cicho. – Ola mówiła, że tam na bloku dają powietrze o zapachu gumy balonowej. Baryłka też dostanie zielony fartuch, ale pozostanie tu w pokoju, by cię przywitać. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.
   Piotr patrzy na swoją córkę. W jego oczach, po raz pierwszy w życiu Elwiry, pojawia się wielka, błyszcząca łza. Spływa wolno po jego szorstkim, męskim policzku. Nawet on nie potrafi już być ze stali.



Rozdział 5: Świat z waty i odpływający sufit

   Wtorek rano. Godzina siódma zero zero. Za oknem wciąż jest ciemno i ponuro. W sali zapala się nagle ostre, jarzeniowe światło. Elwira nie zdążyła jeszcze dobrze otworzyć oczu, a przy jej łóżku stoi już pielęgniarka. W ręku trzyma mały, plastikowy kieliszek z gęstym, białym płynem.
   – No, Elwirko – mówi ciepłym, ale stanowczym głosem. – Pijemy soczek dla odważnych dziewczynek.
   Elwira dobrze wie, co to jest. To „Głupi Jaś”. Wypija wszystko jednym łykiem. Płyn smakuje gorzko, choć ktoś bardzo starał się dodać tam sztucznego, truskawkowego aromatu.
   Świat wokół Elwiry zaczyna się dziwnie zmieniać. Najpierw wszystkie dźwięki wyraźnie cichną, jakby ktoś owinął całą salę grubą warstwą waty. Głos mamy brzmi teraz dziwnie, jakby dochodził z dna głębokiej studni.
   – Wszystko w porządku, myszko? – pyta Maria.
 Elwira próbuje odpowiedzieć, ale jej język zrobił się nagle bardzo duży i leniwy.
   – Mamo... – mruczy dziewczynka. – Ty masz dwa nosy.
  Piotr próbuje się zaśmiać, ale to smutny, bardzo wymuszony śmiech. Sufit nad łóżkiem Elwiry zaczyna wolno falować. Lampy przypominają teraz wielkie, białe meduzy, które leniwie pływają w głębokim oceanie. Strach zniknął, rozpuścił się całkowicie w tym truskawkowym płynie. Zamiast lęku pojawia się dziwny, błogi spokój. Wszystko jest jej teraz zupełnie obojętne.
   Drzwi sali otwierają się z głośnym trzaskiem. Wjeżdża przez nie wielkie, metalowe łóżko na kółkach. Pielęgniarze w zielonych fartuchach działają szybko i sprawnie.
   – Przekładamy panienkę – mówi jeden z nich.
  Elwira nawet nie czuje, kiedy jej lekkie ciałko ląduje na białym prześcieradle ruchomego wózka. Elwira wieziona jest dalej. Sufit nad głową Elwiry zaczyna uciekać do tyłu. Mijają kolejne korytarzowe lampy. Błysk. Błysk. Błysk.
   Na korytarzu stoi Ola. Elwira widzi ją tylko przez gęstą mgłę. Ola macha do niej energicznie ręką i coś krzyczy, ale dziewczynka nie słyszy już słów. Widzi tylko jej wielki, żółty sweter. Wygląda jak małe, ciepłe słońce w tym szarym, surowym szpitalnym korytarzu.
   Rodzice idą obok wózka aż do wielkich, podwójnych drzwi z napisem: BLOK OPERACYJNY. WSTĘP WZBRONIONY. Tam wózek na moment się zatrzymuje.
  Mama pochyla się nad nią nisko. Jej twarz jest zupełnie rozmazana, ale Elwira czuje na swoim policzku ciepłą, mokrą łzę. „A jednak znowu płacze” – myśli dziewczynka, ale nie ma już siły, by wyciągnąć rękę i ją wytrzeć.
  Tata całuje ją czule w czoło. Jego kilkudniowy zarost przyjemnie drapie ją w skórę.
    – Czekamy tu, Elwirko. Bądź dzielna – słyszy cichy, drżący szept ojca.
  Wielkie drzwi otwierają się z głośnym sykiem. Wózek wjeżdża do środka, a skrzydła natychmiast zamykają się za nimi. Mama, tata i Ola zostają po tamtej stronie. W świecie, który boli.
   Tutaj, za drzwiami, powietrze jest bardzo zimne. Pachnie dokładnie tak, jak zapowiadała Ola – lasem po deszczu. Nad łóżkiem rozbłyskują potężne, okrągłe lampy.
  – Dzień dobry, Elwirko – mówi miły głos zza zielonej maseczki. – Pora na naszą gumę balonową.
   Na buzię dziewczynki opada lekka, plastikowa maska. Elwira robi jeden głęboki wdech. Słodki dym natychmiast wypełnia jej małe płuca.
  „Misie... długo się nie gniewają...” – przypomina sobie nagle słowa ze swojego dawnego snu. Robi drugi, spokojny wdech. I zasypia.


Rozdział 6: Zegarek bez pośpiechu i puste minuty

  Drzwi bloku operacyjnego zamknęły się z głuchym kliknięciem. Ciężki, magnetyczny zamek odciął Elwirę od reszty świata. Na korytarzu została tylko ona. I paląca cisza.
    Piotr usiadł pierwszy na tym samym, twardym, plastikowym krześle. Oparł mocno łokcie o kolana i ukrył twarz w wielkich, szorstkich dłoniach. Maria stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w matową szybę drzwi, jakby wierzyła, że jej zdeterminowany wzrok ma moc prześwietlenia grubych ścian. W końcu i ona opadła bezsilnie na siedzenie obok męża. Ola usiadła po drugiej stronie. Żadne z nich nie wypowiedziało ani jednego słowa. Wszystkie ważne słowa zostały już przecież powiedziane.
   Korytarz kardiologii dziecięcej w czasie operacji staje się najdłuższym i najbardziej samotnym miejscem na ziemi. Piotr spojrzał na swój stary, mechaniczny zegarek. Wskazówki poruszały się leniwie. Tyk. Tyk. Tyk. Zazwyczaj czas mu uciekał – w warsztacie, przy skomplikowanej naprawie samochodów, godziny mijały nieubłaganie. Dzisiaj sekundy ciągnęły się jak gęsta, zimna smoła. Godzina ósma piętnaście. Dopiero piętnaście minut, a cała operacja ma trwać co najmniej cztery godziny.
  Maria odruchowo otworzyła torebkę i wyciągnęła nową paczkę chusteczek. Rozerwała folię, wyjęła jedną, śnieżnobiałą chusteczkę i zgniotła ją w dłoni, tworząc małą, ciasną kulkę. Ale nie płakała. Jej oczy były zupełnie suche i przerażająco puste. Łzy skończyły się znacznie wcześniej, a teraz w ich miejscu został już tylko czysty strach.
   Ola patrzyła na nich oboje z boku. Jako wolontariuszka widziała już wiele takich par i wiedziała, że rodzice pod drzwiami bloku zawsze wyglądają tak samo – są jak posągi, doskonale zamrożeni w bolesnym oczekiwaniu. Dziewczyna poczuła, że jej własne serce bije zbyt szybko. Pomyślała o małym notesiku w dłoni Elwiry i o Baryłce w zielonej chustce. Wyciągnęła z torby termos z gorącą herbatą, nalała trochę do plastikowego kubka i podała Marii.


   – Proszę wypić, pani Mario. Trzeba czymś zająć ręce – szepnęła.
    Maria spojrzała na kubek, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Wzięła go, ale jej palce drżały tak mocno, że gorąca herbata omal się nie wylała.
   – Dziękuję, Olu – odpowiedziała bezgłośnie, samymi ustami.
  Piotr nie chciał herbaty. Wstał gwałtownie i zaczął chodzić wzdłuż korytarza. Siedem kroków w stronę windy, siedem kroków z powrotem pod drzwi bloku. Winda. Drzwi. Winda. Drzwi. Jego ciężkie buty stukały rytmicznie o gumowe podłoże. Dla Marii ten monotonny dźwięk stał się po chwili nie do zniesienia.
    – Piotrek, usiądź... proszę cię – odezwała się cicho.
   Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na żonę. W jego oczach było tyle kompletnej bezsilności, że Maria aż odwróciła wzrok. Piotr podszedł do okna na końcu korytarza i oparł rozpalone czoło o zimną szybę. Znowu zapragnął zapalić, bardzo mocno. Ale wiedział, że jeśli teraz stąd wyjdzie, choćby na pięć minut, to po prostu pęknie. Musiał tu stać. Jak niezłomny strażnik.
   Zza zamkniętych drzwi bloku nie dochodziły absolutnie żadne dźwięki. Gdzieś daleko, w głębi korytarza, zapłakało jakieś małe dziecko. Pielęgniarka przeszła szybkim krokiem, niosąc metalową tacę z narzędziami, ale nikt na nią nawet nie spojrzał. Godzina dziesiąta trzydzieści. Połowa drogi za nimi.
   Cisza między Piotrem, Marią a Olą stała się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. To nie była zwykła, pusta cisza. To była wspólna modlitwa trzech zupełnie różnych serc. Modlitwa o to, by to jedno, małe, połatane serduszko Elwirki... zechciało zabić na nowo.



Rozdział 7: Zielona maska i pierwsze słowo


    Godzina dwunasta piętnaście. Minęło dokładnie pięć godzin i piętnaście minut. Nagle metalowa klamka w podwójnych drzwiach bloku operacyjnego drgnęła. Ten cichy, metaliczny dźwięk na pustym korytarzu brzmiał w ich uszach jak głośny wystrzał z pistoletu. Piotr w ułamku sekundy odskoczył od okna. Maria upuściła plastikowy kubek, a resztka zimnej herbaty natychmiast rozlała się po jasnych kafelkach. Ola wstrzymała oddech. Wszyscy troje utkwili sparaliżowany wzrok w powoli otwierających się skrzydłach drzwi.
   Zza drzwi wychodzi kardiolog – ten sam, starszy pan z charakterystyczną siwą brodą. Zielony fartuch miał mocno pognieciony, a na czole wciąż było widać wyraźne, czerwone ślady po uciskającej twarz masce ochronnej. Idzie powoli, niemal ciągnąc nogami ze zmęczenia. Jego twarz nie zdradza jednak absolutnie żadnych emocji. Dla stojących na korytarzu rodziców te kilka sekund, gdy lekarz idzie w ich stronę, staje się kolejną wiecznością. Maria zaciska pięści tak mocno, że paznokcie wbijają się jej w skórę. „Powiedz coś... – błaga rozpaczliwie w myślach. – Tylko powiedz, że ona żyje”.
   Lekarz zatrzymuje się w końcu tuż przed nimi. Ściąga zieloną maseczkę z twarzy, opuszcza ją na szyję i wypuszcza głośno powietrze z płuc. I nagle, zupełnie niespodziewanie, na jego skrajnie zmęczonych ustach pojawia się mały, ciepły uśmiech.
   – Udało się – mówi cicho, a jego głos jest chropowaty od wielogodzinnego milczenia.
  – Zastawka została uszczelniona. Serce podjęło samodzielną pracę bez większych problemów.
  Maria wydaje z siebie dziwny, urwany dźwięk, jakby ktoś nagle oddał jej całe zabrane rano powietrze. Opadła z powrotem bezwładnie na plastikowe krzesło, zakryła twarz dłońmi i wreszcie zaczęła płakać. Prawdziwymi, głośnymi łzami najgłębszej ulgi. Sponiewierane chusteczki z torebki w końcu się przydały.
   Piotr nie płacze. Podchodzi o krok bliżej do lekarza i wyciąga w jego stronę swoją wielką, robotniczą dłoń.
  – Dziękuję, panie profesorze. Dziękuję – mówi Piotr, a jego głos jest tak niski i drżący, że ledwo można go usłyszeć. Uścisk dłoni zmęczonego chirurga i wzruszonego ojca trwa wyjątkowo długo. To męskie, ciche przymierze wdzięczności i szacunku.
   – Elwirka jest teraz na sali wybudzeń – kontynuuje lekarz, przenosząc wzrok na płaczącą Marię. – Jest jeszcze bardzo słaba. Pozostaje podłączona do respiratora, który pomaga jej oddychać. Mogą państwo do niej wejść, ale tylko na chwilę. I proszę pamiętać: ona może was słyszeć, nawet jeśli wygląda, jakby spała.
    Ola kładzie delikatnie rękę na ramieniu Marii, pomagając jej wstać.
    – Idźcie do niej – szepcze ciepło wolontariuszka. – Ja tu na was poczekam.
  Mówiąc to, sama ukradkiem wyciera napływającą łzę z policzka.
  Rodzice wchodzą ostrożnie na Salę Intensywnej Terapii. Pachnie tu zupełnie inaczej niż na zwykłym oddziale – ostro, lekami i alkoholem do dezynfekcji. Łóżko Elwirki stoi na samym środku rozświetlonej sali. Mała dziewczynka wygląda w nim teraz jak krucha, porcelanowa laleczka. Jest przerażająco blada, a przez jej usta przechodzi gruba, plastikowa rurka. Wokół łóżka stoją cztery wielkie monitory. Pik... pik... pik... Każde to piknięcie staje się w tym momencie najpiękniejszą muzyką dla uszu Marii i Piotra. To namacalny dowód, że serce bije – nowym, lepszym, zdrowym rytmem.
   Piotr podchodzi z prawej strony łóżka. Bardzo delikatnie, jakby panicznie bał się, że uszkodzi córkę, bierze jej mały paluszek do swojej wielkiej dłoni. Maria klęka przy krawędzi łóżka i całuje zimną, bezwładną rączkę Elwiry.
  – Jesteśmy tu, myszko. Mamusia i tatuś są przy tobie. Wszystko jest dobrze – szepcze czule do uszka dziewczynki.
   I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Monitor kardiologiczny na moment wyraźnie przyspiesza swój miarowy rytm. Małe powieki Elwirki lekko drgają. Dziewczynka nie otwiera jeszcze oczu, jest zbyt mocno oszołomiona lekami anestezjologicznymi. Ale jej wolny paluszek... ten sam, który tak ostrożnie trzyma Piotr... lekko, ledwo wyczuwalnie, ale delikatnie uścisnął wielki kciuk taty. Usłyszała ich.

ROWERÓW CI U NAS DOSTATEK


   Muszę się do czegoś przyznać, 

    Trudno, raz kozie śmierć. 

  W mojej okolicy powstała prawie sieć dróżek rowerowych. Mogłabym bez obawy o jakąś kolizję drogową pokonywać kilometry. 

   Mamy 3 rowery w wersji "damka". Jeden nawet po mojej śp. mamie. Jeździła na nim, mając nawet 83 lata. Mąż go odrestaurował i często używa , chociaż na dłuższe wypady  (a jeździł jeszcze w ubiegłym roku  po 20 -30 km) używa "bardziej wypasionego" sprzętu. Teraz po kontuzji "zszedł" do kilkunastu km dziennie, ale ma nadzieje, że będzie lepiej. Następne dwa na zmianę używa starszy wnuczek - lubi retro, chociaż również ma swój "wyczynowy" - sportowy rower.

    Wciąż czekacie, do czego to miałam się przyznać? 

   Ostatnio jechałam na rowerze...  w szkole średniej.

  No, mam to wyznanie już za sobą. wcale za mocno nie bolało. Ale Toffi tego nie powiem. To teraz moja jedna z kilku fobii. Obawiam się, że mogę przypadkiem się wywrócić i połamać swoje stare kości. 

  No dobrze, wiem. Przecież przez te kilkadziesiąt lat nie zawsze były stare.

Marzenie Toffi


Gdyby pani miała rower
- Zwykłą damkę, koszyk z przodu,
Nawet kwiaty wokół niego,
W środku kocyk z samochodu,

Wzięłaby mnie na przejażdżkę
Gdzieś do lasu jakaś dróżką.
Ale pomóc nie potrafię
Pedałować żadną nóżką.

Spokojniutko bym leżała
Na kocyku w swym koszyku.
Wszystko proste - tylko wsiadać
Bez szczekania i bez krzyku.

Film pobrany z Pinterest

Ale cały jest ambaras,
Że to pan jeździ rowerem.
Pani za to w parku ze mną
Cóż , na smyczy i spacerem.

Ja na smyczy, a nie pani,
Oczywista rzecz pod słońcem.
Ach! Mogłabym za rowerem
Biec kłusikiem koniec końcem.

<><><><><><><>
 Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

 W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

 Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj