Przez lata przyzwyczaiłam się do schludnego widoku mojego męża, a więc m.in. ogolonego. Nie, nie bijcie mnie za to, że wyraziłam się może niefortunnie. Wcale nie myślę, że nieogolony facet musi być delikatnie mówiąc "nieschludny". Nawet powiem w tajemnicy, ale nie przekazujcie to mojemu mężowi, nawet mi się podoba ten kilkudniowy zarost., ale... nie każdy w nim wygląda korzystnie.
Zapraszam na humoreskę, którą napisało samo życie.
Bohaterom nadajmy imię ... Filip i Dominika, aby nie udało Wam się rozwiązać zagadki, kto zacz się za nimi ukrywa.
PO CO JA SIĘ GOLIŁEM?!
Czyli długa droga pewnej koszulki z Ameryki
Dominka związała swoje życie z grafikiem komputerowym. Grafik, jak to grafik, pracuje głównie przy komputerze i na własny rachunek. A ponieważ we dwoje należą do ludzi, którym od czasu do czasu przychodzi do głowy jakiś „pomysł”, pewnego dnia wymyślili, że będą projektować nadruki na koszulki.
Nie jakieś tam przypadkowe. Ładne. Oryginalne. Takie, które mogłyby znaleźć klientów również poza Polską.
Plan był ambitny: grafik tworzy projekt, a produkcją, sprzedażą i wysyłką zajmują się inni. W grę wchodził również Amazon. W końcu znaleźli odpowiednią firmę w Stanach Zjednoczonych, która mogłaby wykonywać koszulki na tamtejszy rynek.
Zanim jednak człowiek zacznie sprzedawać coś ludziom za oceanem, wypadałoby sprawdzić, co właściwie będzie sprzedawał.
Firma miała więc przysłać próbkę.
I tutaj do naszej opowieści wkracza Filip. Grafik. Rodowity poznaniak. A jak rodowity poznaniak, to — proszę mi wybaczyć stereotyp — człowiek gospodarny. Po co wydawać więcej, skoro można mniej?
Spośród dostępnych sposobów wysyłki Filip wybrał więc oczywiście...najtańszy.
Koszulka ruszyła ze Stanów. Szła. I szła.
Po pewnym czasie zaczęłam podejrzewać, że nie została wysłana samolotem ani nawet zwykłym statkiem. Być może gdzieś w amerykańskim porcie spokojnie czekała, aż zapełnią całą ładownię, żeby przypadkiem nie przewozić jej nieekonomicznie.
Minął chyba miesiąc.
Wreszcie nadszedł TEN DZIEŃ.
Dominka wyszła z psem na spacer. Poczta znajduje się w sąsiednim bloku, jakieś sto metrów od ich mieszkania. Akurat z budynku wyszedł listonosz i rozpoczął swój obchód.
Zapukał do drzwi Filipa. PACZKA! Ta paczka. Amerykańska. Długo oczekiwana.
Filip przejął ją szczęśliwy z rąk listonosza.
I wtedy usłyszał:
– Proszę 36 złotych opłaty.
Filip zamarł. Gotówki nie miał.
– Mogę kartą?
Nie. Listonosz nie miał terminala.
I zanim zdążył nacieszyć się przesyłką, którą już przecież trzymał w rękach, listonosz paczkę mu odebrał. Tak po prostu.
Buch!
– Proszę przyjść na pocztę. Tam można zapłacić kartą. Ja muszę dokończyć obchód.
I poszedł. Z paczką.
Filip został. Bez paczki. A już witał się z gąską. Mało. Miał ją w rękach i nawet piórko mu nie zostało.
Wkrótce ze spaceru wróciła moja Dominika. Dalszej wypowiedzi Filipa przytaczać nie będę, ponieważ była bardzo emocjonalna i zawierała pewne elementy języka polskiego, których nie wypada cytować starszej pani prowadzącej kulturalnego bloga.
Dominika wysłuchała wszystkiego i stwierdziła spokojnie:
– Przecież 36 złotych mamy w domu.
No właśnie. Mamy.
Trzeba tylko pójść na pocztę.
I wtedy nastąpiła część tej historii, która urzekła mnie najbardziej.
Filip się ogolił.
Bo przecież człowiek pracujący w domu przy komputerze nie musi codziennie siedzieć przed monitorem ogolony. Ale odbiór koszulki ze Stanów to już najwyraźniej wydarzenie wymagające odpowiedniej oprawy.
Ogolił się więc i wyszedł.
Poczta była blisko. Tyle że niedaleko znajdował się również ALDI.
Filip pomyślał logicznie: po co najpierw odbierać paczkę i potem chodzić z nią po sklepie? Najpierw zrobi zakupy, a w drodze powrotnej spokojnie odbierze przesyłkę. Plan doskonały.
Zakupy zrobione.
Wraca.
Godzina 16.37. Podchodzi do poczty. Łapie za klamkę. Opór. Zamknięte.
Patrzy na godziny otwarcia. Poczta czynna do 16.30.
I wtedy padło zdanie, które powinno przejść do historii naszej rodziny:
– Po co ja się goliłem?!
Nie: „Po co poszedłem do ALDI?”
Nie: „Dlaczego nie przyszedłem wcześniej?”
Nie.
Największym dramatem tego dnia okazało się zmarnowane golenie.
Koszulka, która przez miesiąc przemierzała pół świata, leżała teraz jakieś sto metrów od mieszkania.
Za zamkniętymi drzwiami.
Trudno.
Jest piątek. Trzeba przeżyć sobotę i niedzielę.
W poniedziałek rano ruszą po paczkę.
I wtedy przyszło kolejne olśnienie.
Sprawdzili godziny otwarcia poczty w poniedziałek.
OD 13.00.
Nie wiem, jak koszulka spędziła weekend.
Rodzina jakoś przeżyła.
W poniedziałek o trzynastej pod pocztę wyruszyła już niemal oficjalna delegacja:
Filip, Dominika i ich pies.
Tym razem przygotowani byli na wszystko. Mieli gotówkę w złotówkach. Mieli karty płatnicze. Podejrzewam, że gdyby ktoś zażądał zapłaty w muszelkach albo złocie, też próbowaliby sobie poradzić.
Paczka została odebrana!
I teraz każdy rozsądny czytelnik przypuszcza zapewne, że Filip popędził do domu, rozerwał opakowanie i po miesiącu oczekiwania wreszcie zobaczył swoją koszulkę.
Otóż nie.
Filip oddał paczkę Dominice i poszedł na zakupy.
Tak.
Na zakupy.
Dominka schowała przesyłkę do torby i poszła z psem na spacer, a człowiek, który przez cały weekend miał koszulkę niemal na wyciągnięcie ręki, tylko za zamkniętymi drzwiami poczty, właśnie po jej odzyskaniu postanowił jeszcze trochę przedłużyć napięcie.
Dlaczego?
Nie wiem.
Dominika podejrzewała, że być może musi odreagować. Albo przygotować się psychicznie na najgorsze.
Bo przecież po całej tej historii mogło się okazać, że paczka przypłynęła z Ameryki, kosztowała dodatkowe 36 złotych, zniszczyła człowiekowi weekend, zmusiła go do niepotrzebnego golenia... a w środku jest zwykła szmata.
W końcu wrócił.
Nastąpiło uroczyste otwarcie, Powolne z ostrożnością...
Najpierw marka.
Chwila oglądania.
Najpierw zareagowała Dominka:
– Ale łaaaadne! Złote!
Filip przyjrzał się dokładniej.
– Myślałem, że wyjdzie takie beżowe, a tu wyszło gold.
Potem rękawek. Super
Przód.
Nadruk.
Detale.
– O kurczę... ale ładne. Jakie piękne detale...
Materiał też przeszedł kontrolę.
– I materiał super. Przewiewny. Wszystko OK... aczkolwiek sądziłem, że materiał będzie bardziej sprany.
Aczkolwiek.
Po miesiącu oczekiwania, wyprawie przez ocean, listonoszu odbierającym paczkę z rąk, 36 złotych, goleniu, ALDI, zamkniętej poczcie i weekendzie rozłąki — grafik odzyskał pełnię zawodowego profesjonalizmu.
Aczkolwiek efekt sprania mógłby być większy.
Dominika uspokoiła go, że efekt jest widoczny, a przy innych kolorach może być jeszcze wyraźniejszy.
Wreszcie zadała pytanie, które zamknęło całą tę transatlantycką epopeję:
– Warto było czekać?
Filip spojrzał na koszulkę.
– Warto!
I tutaj właściwie mogłabym zakończyć.
Ale patrzę na zdjęcie Filipa w tej długo oczekiwanej koszulce i myślę sobie, że rzeczywiście wygląda całkiem nieźle.
Koszulka oczywiście.
Chociaż Filip też.
W końcu się ogolił. 😂
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
