Dzisiejszy poranek zaczął się od sceny godnej dobrego filmu sensacyjnego. Słoneczko leniwie zaglądało przez świeżo umyte okna, a ja smacznie odsypiałam wielodniowe, nocne maratony z formatowaniem mojej sagi. Nagle nad moim łóżkiem wyrósł mąż. Mina śmiertelnie poważna, w ręku telefon, a w głosie nuta czystego dramatu:
– Teresko, obudź się! Przyszła wiadomość, że anulowali Twoje dwa zamówienia!
Na równe nogi zerwałam się w ułamku sekundy. Serce zabiło mi w gardle, a przed oczami przemknęły najgorsze techniczne koszmary. Anulowali?! Ale kto? Globalny Amazon? Czy nasz rodzimy Empik? Czy te wszystkie idealne marginesy lustrzane, automatyczne spisy treści i numery ISBN, nad którymi ślęczałam po nocach, pękły właśnie w amerykańskich serwerach niczym bańka mydlana?
Z wypiekami na twarzy i drżącymi rękami chwytam za telefon, gotowa do natychmiastowej walki z międzynarodową machiną biurokratyczną. Przecieram oczy, patrzę na ekran i... nagle całe napięcie spływa ze mnie w głośnym śmiechu. Okazało się, że ten wielki poranny „alarm wydawniczy” dotyczył dwóch śrubek i jakiegoś czółenka do części kosiarki ogrodowej, którą poprzedniego dnia zamawiałam mężowi ze swojego konta! Ziemskie awarie techniczne wygrały na moment z literackimi.
W jednej sekundzie ludzka wyobraźnia potrafi odpalić całą serię czarnych scenariuszy. W ułamku sekundy przed oczami stają zablokowane bazy danych, złośliwe błędy w numerach ISBN i kapryśne serwery, które obróciły wniosek o wydrukowanie mojej drugiej powieści w niwecz. Człowiek stoi bezradny wobec technologii, a małe chochliki złośliwie szepczą do ucha: „A nie mówiłam? Wszystko przepadło!”.
Skoro jednak adrenalina i tak już krążyła w moich żyłach, postanowiłam pójść za ciosem tej kosiarkowej inspiracji. Zalogowałam się na Amazona i z determinacją godną lwa ruszyłam do rozmowy z konsultantem. I tu spotkała mnie kolejna niespodzianka. Bo muszę Wam powiedzieć, że od półtora tygodnia nie mogę odblokować statusu swojej ksiązki do wersji roboczej, aby potwierdzić tam numer ISBN. To może tylko autor).
– Ależ proszę pani, u nas w systemie status „Draft” dla drugiego tomu wisi już od dawna! – oświadczył uprzejmie człowiek z centrali.
Okazało się, że przez ostatnie dni komputer uparcie pokazywał mi stary, zamrożony obraz mojej autorskiej półki, bo po prostu zapomniałam się wylogować! Za radą konsultanta zamknęłam system, zalogowałam się na nowo i... stał się cud. Upragniony Draft błysnął na zielono. Wszystko w ułamku sekundy poprawiłam, przejrzałam i zatwierdziłam. Tom II o Marii oficjalnie mial za chwilę popłynąć na światowe rynki.
Całej tej porannej rewolucji z bezpiecznego dystansu, bo z poziomu okna, przyglądało się moje pierzaste królestwo. Od kilku dni mój dumny, żółty papużek Amazon ma nowego towarzysza – małego, zielonego lokatora, który ze względu na swoje niesamowite tempo adaptacji i głośne ćwierkanie zyskał miano „Empika” (choć jeśli okaże się damą, szybko przemianujemy go na Elwirkę).
Ptaszki na oknie urządzają obecnie debaty tak głośne, że przy laptopie muszę siedzieć w słuchawkach. Co ciekawe, na wspólnej huśtawce panuje absolutna miłość i zgoda, dopóki... na horyzoncie nie pojawi się pojemnik z jedzeniem. Wtedy w moim żółtym Amazonie budzi się prawdziwy, samolubny król terytorium. Bezceremonialnie przepycha się brzuchem przy „stole”, bezczelnie odsuwając małego Empika od ziarna, jakby chciał powiedzieć: „Pamiętaj, kto tu rządzi i kto ma starszeństwo w tym niebie!”. Na szczęście jako doświadczona autorka i menedżerka tego stadka już zaplanowałam dla nich dwa osobne pojemniczki na przeciwległych ścianach klatki. Skoro okiełznałam amerykańskie algorytmy, z ptasim samolubem poradzę sobie w pięć minut.
I tak oto, między kosiarką, upartym komputerem a niekulturalną papużką, rozpoczęłam kolejny dzień. Panele zamknięte, książki bezpieczne, a ja wreszcie piję pyszną, spokojną kawę. Autorski dzień uważam za oficjalnie rozpoczęty!
Poranne strachy z przymrużeniem oka w XIX wieku u pewnego mizantropa wyglądały chyba gorzej, niż dzisiaj u mnie.
Spójrzcie na tę genialną, dziewiętnastowieczną grafikę Honoré Daumiera zatytułowaną „Mizantropia” z około 1840 roku. Choć ten elegancki, nieco wyłysiały pan w czarnym fraku siedzi rozparty w fotelu z miną wielkiego myśliciela, to wokół niego dzieje się prawdziwy, komiczny festiwal czarnowidztwa. Wokół kominka i szafy z dokumentami krążą małe chochliki, podsuwając mu najbardziej drastyczne, rwane myśli – od sznura, przez truciznę, aż po pistolet. Ma chlop dylemat: Jaki rodzaj samobójstwa wybrać.
Daumier na swojej rycinie zamieścił zabawny monolog o szukaniu idealnego rozwiązania. Ja swoje znalazłam w kilka minut – był nim spokój, filiżanka dobrej kawy i całkowite odcięcie się od ciągłego sprawdzania ekranu. Nie dajmy się więc zwariować porannym strachom. Nasza wyobraźnia bywa świetnym artystą, ale czasem lubi nas po prostu bezczelnie nastraszyć!
Trochę później, gdzieś około 9 -ej zajrzałam na pocztę, a tam:
Nie można było tak od rana tego przysłać?
Wystarczy w wyszukiwarkę sklepu internetowego wpisać moje imię i nazwisko (Teresa Czajkowska) i od razu asortyment mojego wydawnictwa stoi na półce Amazona
.jpg)

