Translate

poniedziałek, 29 lutego 2016

PIECHUR

   11 września 2001 . Jutro wyjeżdżam na rajd pieszy Jurata - Hel. Dziś między 14-tą a 15-tą jadę z mężem na zakupy.  Ale co to, radio podaje o jakimś zamachu? 

    Podkręcam gałkę, nie możemy z mężem uwierzyć, że mowa naprawdę jest o tragedii. Dlaczego, kto, to niemożliwe! Sytuacja rozwija się z minuty na minutę.  Dziesięć  minut światowej trwogi zmieniło podejście do tak przyziemnych spraw, jak np.: jakiś rajd. Już nie jestem taka rozradowana na myśl o jutrzejszej wyprawie. Co ja mówię, jakiej wyprawie? To nie tylko  płonie wieża, ale wali się świat!

   
 Pierwszy raz taką trwogę przeżyłam w Walencji, kiedy dotarły do mnie strzępy wiadomości o zamachu na papieża. Wtedy też myślałam , że zaczyna się trzecia wojna światowa.  Mimo woli, dygocę ze zdenerwowania, a i mężowi auto nie prowadzi się sprawnie. Zatrzymujemy się. Od tego momentu już śledzimy wszystkie newsy radiowe, a po powrocie do domu tv.

   Czekam na odwołanie rajdu, ale telefon milczy. Komu w głowie teraz rajd. Nie mogę być poza domem, kiedy dzieją się takie rzeczy i nie wiadomo, jaki obrót przybiorą.

    Już wiadomo coraz więcej o przyczynie zawalenia się wież. Gdy emocje mijają, zaczynam myśleć rozsądniej. W czym mogę pomóc tym biedakom, które są ofiarami tragedii oprócz modlitwy. W niczym i na taką odległość, chociaż ofiarami są również ich rodziny. Może wśród nich również Polacy. Zginęli nie tylko pracownicy, interesanci biur, ale i przypadkowi turyści.

     Od razu przypomina mi się, że w 2005 roku jedna z moich córek też postawiła nogę w jednej z wież World Trade  Center. Ma pamiątkę w postaci fotografii. 

    Nawiązuję wieczorem kontakt z koleżankami. Rajd nie odwołany. Biję się z myślami, czy nie powinnam w geście solidarności z poszkodowanymi pozostać w domu. Poczekam z decyzją do rana. Noc zawsze przynosi dobre rozwiązania.

    12 września.
   Jadę, trudno. Zycie musi toczyć się dalej. Przecież i w czasie wędrówki mogę zachować umiarkowanie, nie muszę brać udziału w planowanych rozrywkach wieczornych. W końcu jestem najstarszą uczestniczką grupy z mojego urzędu. Mogę dla młodszych być tylko przyzwoitką. A przecież za 2-3 miesiące złożę wniosek o wcześniejszą emeryturę, więc to może ostatni wspólny wypad z współpracownikami.

<><><><><>

    Rajd zaplanowany jest wzdłuż linii brzegowej, samą plażą z Juraty na Hel. Myślicie, że mijam się z prawdą?  Wstęp na plażę w tym rejonie jest zabroniony, bo to teren wojskowy? Macie rację, ale organizatorem jest urząd państwowy z tego terenu i załatwił zezwolenie dla uczestników rajdu, którymi są przedstawiciele urzędników z całej PolskiI tak mamy już jedna sprawę wyjaśnioną.
 <><><><><>

   Rajdowcy zostali podzieleni na grupy, najczęściej zgodnie ze zgłoszeniami wg terytorialnych podziałów urzędów. Łącznie w rajdzie bierze udział około kilkaset osób. Nasza liczy 10 osób i zostaje wypuszczona w odstępie kilkunastu minut od poprzedniej jako ostatnia.



   Ja ciągnę się w grupie jako ostatnia ( na fotografii w ostatnim rzędzie z lewej strony).

   To tak na wszelki wypadek, gdybym nie nadążyła, po co mają widzieć odstającą od grupy przyszłą emerytkę. Nie chcę być dla grupy ciężarem. Zakładam, że mogę się wycofać w każdej chwili. Już tu nigdzie nie zabłądzę, nawet, gdybym pozostała sama. Odwrót tylko w jedną stronę. 

   Przecież wpław do Szwecji nie wchodzi w rachubę, po pierwsze - jest już wrzesień, po drugie, strzałką nie dopłynę zbyt daleko, ale  i na  falach na własnym  grzbiecie też się nie utrzymam. Niestety, mimo, że pobierałam nauki pływania na obozie sportowym (w liceum pedagogicznym) nie osiągnęłam umiejętności pływackich innych poza stylem "strzałki" i na "plecach".  To za mało, aby tam zdobyć kartę pływacką. 

    Inną historią jest fakt, że znajomy sędzia sportowy wydał mi (bardzo nierozważnie) w tuż po powrocie z obozu kartę pływacką tylko na podstawie usłyszanego  ode mnie oświadczenia, że umiem pływać. Wykorzystałam ją natychmiast w celu wypożyczenia kajaku i wypłynięcia nim z siostrą ( w kapokach) na środek jeziora. Jeszcze teraz odczuwam strach, przypominając sobie, co mogłam zgotować swoim rodzicom.  
<><><><><>

   Byłam już wcześniej w Juracie z koleżanką i jej tatą. 
Był to rok 1995. Wczasowaliśmy się w ośrodku PKO tuż przy molo. Ośrodek był przejęty, czy odkupiony od KW PZPR Gdańsk. Przypominam sobie, że też we wrześniu, na cały ogromny, super wykończony i ekskluzywnie wyposażony obiekt, przy pełnej obsłudze było nas 6 stolików wczasowiczów. 

   Ze względu na chłód, jaki już panował we wrześniu, wyszliśmy na molo z leżakami, otulając się kocami. Trochę nas zdziwiło, dlaczego wczasowicze z innych ośrodków tak dziwnie nam się przyglądali. Szybko jednak zwinęliśmy się do budynku, kiedy zauważyliśmy napis na kocach KW PZPR. Nie chcieliśmy wylądować w Zatoce Gdańskiej.
    Jeździłyśmy z koleżanką na Hel autobusem. Podróż, wydawało nam się, że trwała jak "mgnienie oka"


<><><><><><>

   Ale teraz znów jest wrzesień i jestem na piaszczystej plaży. Dlaczego nie wzięłam ze sobą żadnego napoju. Co prawda wody tu dostatek, smak pewno "Krystynki" z Ciechocinka, ale nie ręczę za skutki. A toalet po drodze nie ma. No, chyba, że wydmy.

   Stopy odziane w zachodzone  buty sportowe (przecież nie boso we wrześniu - zaraz by mnie złamały jakieś korzonki, albo niestosowna choroba urologiczna) zapadają się w piach. Parafrazując Lenina idę "dwa kroki do naprzód, jeden w tył".

    Skoro jest jakaś alternatywa, to na razie nie odpuszczam. Maszerujemy tak licząc, że ten horyzont  za około  1 kilometra to już wymarzona  meta. Wreszcie odsapnę, a poprzedników z grupy przed nami już ani śladu. To tylko takie określenie ich zniknięcia z horyzontu. Nie, ślady są i to jak po przejściu tabunu słoni. Tym gorzej mi się idzie, same doły i miękki piach Przy samej wodzie ryzykuję zamoczenie stóp i spodni. Już niedaleko, chyba dam radę. I tak jest to dla mnie ogromne przedsięwzięcie sportowe, nikt nie przypuszczał, że mogę się odważyć wybrać na rajd. Sama sądziłam że wybieram się z motyką na słońce.

    Ale natura ze mnie  zadrwiła, horyzont się przybliżył i odsłonił dalszą trasę. To nie koniec? Już dalej nie pójdę! Przecież trasa miała być dla mnie jak "mgnienie oka"  (chyba krokodyla w ogrodzie zoologicznym, który nie może się zdecydować na ruch powieką, a dzieci czekają, bo nuż to nieżywy, niech da znać). 

    Dobra , ale to już ostatni odcinek i meta. 

    Grupa jakoś oddaliła się ode mnie i koleżanki, która otarła sobie piętę i nie bacząc na ewentualne przyszłe dolegliwości urologiczne  lub temu podobne, ściągnęła buty i już idzie po twardszym mokrym piachu. Zostałyśmy na tej plaży jak dwie sieroty. Ja dalej ciągnę się po suchej sypkiej plaży, podziobanej buciorami poprzedników.

   Za późno na zastosowanie odwrotnej taktyki Wołodii, bo nie wiemy w którą stronę krócej.

     Ta kręta linia brzegowa nigdy nie odsłania całej długości trasy.
I tak wlokę się przez około 10 kilometrów, licząc po każdym kilometrze, że to może ostatni.

    Grupa chyba położyła na nas krzyżyk. Pewno teraz już dawno doszli i licytują się, kto ma po nas wrócić.

    Wreszcie meta. 
   Na poligonie żołnierze z kuchnią polową wydają ogromnej rzeszy grochówkę. Jak to zapach może zwabić taką zgłodniałą ciżmę. No, a jak dla mnie i koleżanki zabraknie, to rozpacz moja murowana. Patrzę na każdy ruch chochli, czy to czasem nie ostatni. Starczyło, odchodzę od kotła, unosząc z pietyzmem menażkę upragnionej grochówki (dziwne, do tej pory jej nie znosiłam).


    Grupa z ogromna ulgą witała nas i nie wiem tylko, czy nie dlatego, że nie muszą już wracać na trasę w poszukiwaniu nas, albo naszych zwłok. Pewno szybciej ciała nasze rozdziobałyby mewy, niż rozsądziliby, kto ma po nas wrócić. A może nie byłoby tak źle? Swoją drogą byłby to jakiś  sprawdzian, czy "wśród przyjaciół psy zająca  zjadły"). Myślę jednak, że najpierw chcieli posilić się grochówką, przecież w nogach mieli te same kilometry, co my, te dwie sieroty.

   Mimo wszystko byłam z siebie dumna, że pokonałam pierwszy raz w życiu tak dla mnie trudną i długą trasę, jednak gdybym wiedziała na początku, że to będzie 10-cio kilometrowy marsz w osuwającym się pod nogami suchym piachu, nie podjęłabym się "tego projektu".

<><><><><>

Nie mogę powiedzieć, że po takiej dawce sportu, nie czuję adrenaliny, ale z logiką po ciężkostrawnej grochówie tak mi się pomieszało, że wsiadając do pociągu trasy Hel-Jurata, ku uciesze koleżanek i kolegów, koniecznie chcę uzyskać potwierdzenie, że to właściwy kurs w odpowiednim kierunku (jakby miał być jakiś wybór ;-).
  
    Nie wiem, czy boję się, że popłynę pociągiem   do Rosji przez Bałtyk? Ale przecież już raz w życiu pociąg mnie porwał w niechcianym przeze mnie kierunku( patrz post: :"Kutno-Grodzisk Mazowiecki....przez Poznań") więc, chociaż skołowana długodystansowym marszem, zawsze w kontaktach z PKP będę czujna.  

niedziela, 28 lutego 2016

IMIENNIK KRAWCZYKA

    Krzyś. 
   Mój najmilszy uczeń w prowadzonej (między innymi zadaniami, takimi, jak: wych. muzyczne, plastyczne, chór, kólko muz.)  II klasie szkoły podstawowej - w mojej jednorocznej karierze pedagogicznej. Tym bardziej go pamiętam, bo szkoła liczyła tylko od 300 do 500 uczniów. 

    Krzyś był  ciemnowłosym chłopczykiem o wielkich piwnych oczach i rzęsach jak firanki. Nie zdążyłam jeszcze poznać rodziców moich wychowanków, bo był  jeszcze okres przedwywiadówkowy. Zaczynała się kolejna lekcja po przerwie, maluchy już wyciszały się po hulankach na boisku, tylko Krzyś jakoś markotny. Podeszłam do niego, pytając, czy coś mu nie dolega. 
    - Wstydzę się, proszę pani, nie powiem.
Na usilną cichą prośbę, aby klasa nie słyszała, dowiaduję się, że jedna z moich koleżanek, nauczycielka, zaczepiła Krzysia z zapytaniem, dlaczego dzisiaj nie umył oczu.

  -  A ja naprawdę codziennie dokładnie się myję. Oczy też. Mamusia sprawdza.

   Uspokoiłam Krzysia, bo znałam prawdę. W pokoju nauczycielskim koleżanka, zwracając się do mnie powiedziała: 

  - Przed chwilą mijałam Twojego Krzysia, ale chłopak ma oczy, jak dziewczyna! Takie wielkie, piwne, a jakie rzęsy!

   To nie jedyny raz, kiedy Krzyś był zawstydzony, nie chcąc wyrazić swojego zakłopotania bezpośrednio przy klasie.

   Na pytanie w czasie jednej z pierwszych lekcji :"Kim chciałbyś być, jak dorośniesz?", Krzyś jakoś dziwnie się kręcił w ławce. Paluszek raz niziutko podnosił, ale zaraz szybko opuszczał rękę z lekkim uśmieszkiem na ustach.

    Zaintrygował mnie, więc wywołałam Krzysia "do odpowiedzi", ale on z lekkim oporem, cicho wyjaśnił:
-  Ale ja się wstydzę.
-  Dlaczego, Krzysiu? - pytam. 
- Powiem pani, ale na ucho - szepcze. - Bo ja, proszę pani, to chciałbym być..... położną.
 
    Zawód, jak każdy inny, ale dlaczego forma sfeminizowana i dlaczego Krzyś się wstydzi wyboru? A w ogóle skąd taki pomysł?
 
   Chłopiec wyjątkowo zdolny, mógłby w przyszłości sięgnąć po różne zawody, a on akurat ma takie marzenie. No dobrze, myślę sobie, ale dlaczego nie użył słowa "ginekolog", pewno marzy mu się zawód lekarza.

   Dowiedziałam się od innych nauczycieli, że dzieci mimo, że mają w dzienniku zapisane różne adresy zamieszkania, miejsce urodzenia wszyscy mają to samo. Pytam w pokoju nauczycielskim, co to za specyficzna miejscowość i gdzie jest położona.

 - To jest adres Porodówki, za rogiem tej jedynej ulicy, już należącej do innej wioski.  Właśnie tam pracuje, jako położna, mama Twojego Krzysia. 

<><><><><>

   Kiedy po około 20 latach spotkałam  młodszego kolegę Krzysia, posła na sejm (później będącego premierem), który utrzymywał kontakty z urzędem, gdzie pracowałam,  zapytałam o Krzysztofa. Chciałam się dowiedzieć, kim jest, jakie zdobył wykształcenie.

  - To pani nic nie wie? - usłyszałam zdziwienie w głosie rozmówcy.
   - Krzysztof nie żyje. 
  Zginął w wypadku samochodowym na skrzyżowaniu ulic w  sąsiednim mieście.

    Już nie zapytałam o to, co mnie przed chwilą interesowało. Zamarłam. Głos uwiązł mi w gardle.
<><><><><>

Czy to ważne teraz, kim był?

Ważne kim teraz jest.

A tam, gdzie jest, może być każdym, kim tylko zechce.

Krzyś, mój Anioł o wielkich, piwnych oczach.

Krzysiu, Aniele mój, czy mnie jeszcze pamiętasz?
<><><><><>

W załączeniu:
 Piosenka imiennika mojego Krzysia:
Krzysztof Krawczyk - "Chciałem być..."