Gdy trzej przyjaciele siedzieli zasłuchani w głos Pierre’a z gramofonu, nagle obok ich stolika zatrzymała się pewna postać.
– Ives! – krzyknęli prawie jednocześnie.Brodaty saksofonista w czarnym kapeluszu z czerwonym makiem, ciemnych okularach i z białą laską uśmiechnął się szeroko.
– A jednak mnie rozpoznaliście… nawet w tym stanie.Usiadł przy stoliku, a jego wierny pies-przewodnik położył się spokojnie obok. Przyjaciele patrzyli na niego ze wzruszeniem i radością.
Ives zawsze był „kolorowym ptakiem” zespołu – brodatym wirtuozem, który rzadko zaglądał do nut. Kochał jazz i swobodną improwizację. Nawet gdy kapela grała popularne szlagiery, on potrafił wpleść w nie własne, magiczne frazy.Nikt nie wiedział, że od lat walczy z jaskrą. Choroba powoli odbierała mu wzrok. Nie chciał być ciężarem, więc milczał aż do momentu, gdy musiał zacząć używać białej laski.
– Dlaczego nic nie mówiłeś, ty uparty capie? – zapytał Gerard.
– Bo nie chciałem litości – odparł Ives cicho. – A poza tym… kiedy straciłem wzrok, zacząłem słyszeć muzykę inaczej. Głębiej. Czystej.
Po chwili ciszy Ives sięgnął po saksofon, który zawsze nosił przy sobie.
– No to co, chłopaki… zagram wam coś?
Nie czekając na odpowiedź, przyłożył instrument do ust i popłynęła melodia.
„Petite Fleur” Sidneya Becheta.
Grał z zamkniętymi oczami, ale każdy z nich czuł, że Ives gra całym sobą – sercem, duszą i tym, co mu jeszcze zostało. W ogródku na chwilę zapanowała absolutna cisza. Nawet ptaki jakby ucichły.
Gdy ostatnie nuty wybrzmiały, Gerard otarł dyskretnie oko.
– Wiesz co, Ives? – powiedział cicho. – Może i straciłeś wzrok… ale za to zyskałeś coś o wiele ważniejszego. Grasz tak, jakbyś widział więcej niż my wszyscy razem.Ives uśmiechnął się, głaszcząc psa.
– Bo gram sercem, chłopaki. A ono na szczęście wciąż widzi doskonale.
– Ives! – krzyknęli prawie jednocześnie.Brodaty saksofonista w czarnym kapeluszu z czerwonym makiem, ciemnych okularach i z białą laską uśmiechnął się szeroko.
– A jednak mnie rozpoznaliście… nawet w tym stanie.Usiadł przy stoliku, a jego wierny pies-przewodnik położył się spokojnie obok. Przyjaciele patrzyli na niego ze wzruszeniem i radością.
Ives zawsze był „kolorowym ptakiem” zespołu – brodatym wirtuozem, który rzadko zaglądał do nut. Kochał jazz i swobodną improwizację. Nawet gdy kapela grała popularne szlagiery, on potrafił wpleść w nie własne, magiczne frazy.Nikt nie wiedział, że od lat walczy z jaskrą. Choroba powoli odbierała mu wzrok. Nie chciał być ciężarem, więc milczał aż do momentu, gdy musiał zacząć używać białej laski.
– Dlaczego nic nie mówiłeś, ty uparty capie? – zapytał Gerard.
– Bo nie chciałem litości – odparł Ives cicho. – A poza tym… kiedy straciłem wzrok, zacząłem słyszeć muzykę inaczej. Głębiej. Czystej.
Po chwili ciszy Ives sięgnął po saksofon, który zawsze nosił przy sobie.
– No to co, chłopaki… zagram wam coś?
Nie czekając na odpowiedź, przyłożył instrument do ust i popłynęła melodia.
„Petite Fleur” Sidneya Becheta.
Grał z zamkniętymi oczami, ale każdy z nich czuł, że Ives gra całym sobą – sercem, duszą i tym, co mu jeszcze zostało. W ogródku na chwilę zapanowała absolutna cisza. Nawet ptaki jakby ucichły.
Gdy ostatnie nuty wybrzmiały, Gerard otarł dyskretnie oko.
– Wiesz co, Ives? – powiedział cicho. – Może i straciłeś wzrok… ale za to zyskałeś coś o wiele ważniejszego. Grasz tak, jakbyś widział więcej niż my wszyscy razem.Ives uśmiechnął się, głaszcząc psa.
– Bo gram sercem, chłopaki. A ono na szczęście wciąż widzi doskonale.
Sidney Bechet "Petite Fleur"
Tutaj ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj
