Człowiek zamknięty w domu z laptopem, psem i nadmiarem czerwcowej weny potrafi w ciągu dwudziestu czterech godzin stworzyć scenariusz, którego nie powstydziłby się sam Steven Spielberg.
Wszystko zaczęło się wczorajszego popołudnia. Mąż na delegacji, w domu błogi, babciny matriarchat, drzwi tarasowe otwarte na oścież, a ja z filiżanką kawy dopieszczam wiersze. Sielanka.
I nagle sielankę szlag trafił.
Z oddali dobiegł mnie głuchy, basowy, potężny warkot. Z sekundy na sekundę dźwięk narastał, powietrze wokół domu zaczęło dziwnie drżeć, a w szklankach zatańczyła niedopita herbata.
- Oho! - pomyślałam, czując, jak w żyłach budzi się instynkt rasowego detektywa. - Ten monotonny, niski pomruk... To bez wątpienia śmigła potężnego helikoptera!
Ponieważ nieopodal mojego domu znajduje się szkolne boisko, na którym bez przerwy trwają jakieś zawody i ruch jest jak na dworcu, moja kobieca intuicja natychmiast podsunęła mi jedyny logiczny, chwytający za serce scenariusz.
Lotnicze Pogotowie Ratunkowe!
Nic innego!
Na pewno jakiś mały sportowiec uległ kontuzji, pilot walczy z prądem powietrza, a lekarze w żółtych kombinezonach już biegną z pomocą.
Moje wrażliwe serce momentalnie zalała fala współczucia dla anonimowych poszkodowanych. Rzuciłam się też z misją ratunkową na Toffi, tuląc ją do piersi, bo przecież maltańczyki mają słuch czuły jak sejsmograf. Psinka – o dziwo – zniosła to podniebne dudnienie ze stoickim spokojem, znacznie lepiej niż letnią burzę, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że sytuacja jest poważna, ale stabilna.
Dzisiaj rano – powtórka z rozrywki. Otwieram oczy, a potężne, głębokie warczenie znowu rozpycha się bezczelnie w moim salonie.
- No nie, dwa dni z rzędu? - pomyślałam, a na plecach pojawił się lekki dreszczyk emocji. - A może to jakieś potajemne ćwiczenia obronne przed wojną? Poligon nam pod oknem robią? Ale zaraz, zaraz... Dlaczego mój telefon milczy? Gdzie jest alert RCB? Dlaczego ministerstwo nas nie ostrzegło?!
Sztab kryzysowy w mojej głowie pracował już na najwyższych obrotach. Wyobraźnia zdążyła już narysować zielony, wojskowy helikopter transportowy pełen komandosów. Wreszcie babcina ciekawość wygrała z wygodą na kanapie. Postanowiłam osobiście stanąć na posterunku obserwacyjnym i na własne oczy przekonać się, czy zza drzew wyłoni się żółty as ratownictwa, czy militarna potęga w barwach moro.
Moja wyobraźnia zdążyła już napisać scenariusz do hollywoodzkiego filmu sensacyjnego, wypatrując śmigłowców ratunkowych! W końcu nie wytrzymałam i wyszłam na ulicę.
Wytężyłam wzrok, spojrzałam na szkolne boisko... Pusto. Żadnych noszy, żadnych pilotów. Gdzie ten helikopter?!
Przeniosłam wzrok odrobinę dalej i sprawa się ... rypła! 😂 Dwie działki za mną, na jedynym w całej okolicy pustym, kompletnie niezabudowanym obszarze przeznaczonym pod budowę, działy się rzeczy niestworzone.
W pełnym czerwcowym słońcu, z dumną miną i prędkością światła pomykał pan na... gigantycznej kosiarce wielkości porządnego samochodu osobowego! Maszyna ryczała jak odrzutowiec pasażerski, tnąc mlecze i chwasty na potęgę. Ponieważ moje drzwi balkonowe działały jak wielki głośnik, swojski, rolniczy dźwięk walki z zielskiem zamienił się w mojej głowie w międzynarodową katastrofę lotniczą.
Wszystkiemu winna moja wybujała wyobraźnia, a ma ona potężną broń.
Potrafi z traktorka do trawy zrobić podniebny transporter, a z babci w kapciach – szefa sztabu obrony terytorialnej. Najważniejsze, że system został przejrzany, nikt nie ucierpiał, a szpaki przez ten ryk kosiarki na pewno uciekły na drugi koniec gminy. Moje czereśnie są bezpieczne, a paw z Lidla może spać spokojnie!
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
