
Rozdział 23: Operacja „Bańki”
Przekonanie Marii do tego szalonego pomysłu zajęło Elwirze dobre pół godziny. Matka najpierw kategorycznie odmawiała, zasłaniając się całkowitym brakiem wprawy i argumentując, że sto lat tego nie robiła. Jednak w końcu, gdy Elwira wspomniała o głębokim, niepokojącym i dudniącym w klatce piersiowej kaszlu Heleny, Maria po prostu zamilkła. Wstała od stołu, podeszła zdecydowanym krokiem do najwyższej szafki w kuchni i wyciągnęła z jej głębi stare, blaszane pudełko. W środku, owinięte troskliwie w pożółkłą ze starości watę, spoczywały tradycyjne, szklane bańki lekarskie.
Gdy obie kobiety kwadrans później stanęły niespodziewanie w progu sypialni Heleny, chora aż uniosła się ze zdumienia na łokciu. Była rozpalona, a jej oczy błyszczały od wysokiej gorączki.
– Pani Maria? – wychrypiała bezbrzeżnie zaskoczona Helena. – A co pani…
– Maria, nie żadna pani… – przerwała jej Maria.
– Co ty tutaj właściwie robisz? – zdziwiła się Helena
– Przyszłam cię ratować, kobieto, bo Elwira twierdzi, że bez interwencji lekarza sama się tutaj bezwzględnie wykończysz – fuknęła Maria, choć w jej głosie, pod grubą maską pozornej szorstkości, kryła się ogromna, matczyna troska. – Podobno tak bardzo tęsknisz za tradycyjną medycyną i naturalnymi sposobami.
W sypialni natychmiast zaczęły się przygotowania, które swoim rygorem przypominały odprawę przed niezwykle skomplikowanym zabiegiem chirurgicznym. Elwira, jako doświadczona asystentka, biegała energicznie po całym mieszkaniu, organizując niezbędne akcesoria: denaturat, który na całe szczęście Helena miała w zapasie w szafce z narzędziami, czystą watę, długie metalowe szczypczyki oraz tłusty krem do odpowiedniego nawilżenia skóry.
– Tylko pamiętaj, Mario, żeby mnie przypadkiem nie podpalić – zażartowała słabo Helena, kładąc się posłusznie na brzuchu i odsłaniając plecy. – Bo moja Natalia zawsze powtarzała, że ogień trzeba trzymać z daleka od firanek i przede wszystkim od pacjenta.
Na dźwięk nagle wypowiedzianego imienia Natalii w całym pokoju na moment zapadła absolutna, niemal sakralna cisza. Maria zawiesiła dłoń nad otwartym słoiczkiem z kremem. Spojrzała na plecy Heleny – gładkie, a teraz delikatnie drżące od kolejnej fali lekkich dreszczy. Przez tę jedną, krótką sekundę obie kobiety poczuły dokładnie to samo: niewidzialną, ale niezwykle namacalną obecność dziewczyny, która połączyła ich losy na zawsze. Maria wzięła głęboki, uspokajający oddech.
– Nie bój się, Helenko. Mojego własnego męża nie podpaliłam przez tyle wspólnych lat, to i ciebie dzisiaj oszczędzę – odezwała się cicho Maria, a w jej głosie pojawiła się ta ciepła, dobrze znajoma nuta.
Niewidzialne napięcie między nimi ostatecznie pękło. Elwira sprawnym ruchem podała Marii bezpiecznie podpalony wacik. Ta, z precyzją i pewnością zawodowego iluzjonisty, zaczęła ogrzewać wnętrza szklanych naczyń i jedną po drugiej, z charakterystycznym, głośnym „mlasknięciem”, stawiać je na plecach Heleny.
– Ooo, mocno ciągnie! – stęknęła Helena, gdy na jej skórze wylądowała czwarta z rzędu bańka.
– Mario, odnosi się wrażenie, że robisz to z jakąś ukrytą, sadystyczną przyjemnością.
– Siedź cicho i pod żadnym pozorem się nie kręć, bo ci ucieknie podciśnienie! – skarciła ją szeptem Maria, choć sama ledwo powstrzymywała cisnący się na usta uśmiech. – Elwiro, podaj mi szybko kolejną.
Po kilku minutach intensywnej pracy plecy Heleny wyglądały tak, jakby ktoś rozsiał na nich małe, szklane kopuły. Dumnie prezentowało się tam kilkanaście szklanych baniek, wewnątrz których uwięziona skóra powoli, milimetr po milimetrze, stawała się ciemnoróżowa.
– No i gotowe. Teraz masz leżeć nieruchomo jak kłoda przez równe piętnaście minut – zarządziła kategorycznie Maria, triumfalnie gasząc płomień na patyczku.
Przykryła Helenę ciężką kołdrą po samą szyję, po czym usiadła spokojnie na brzegu łóżka, osobiście doglądając swojej „pacjentki”. Helena wysunęła powoli spod kołdry dłoń. Maria ujęła ją bez jednego słowa, mocno splatając palce. Elwira stała nieruchomo w progu sypialni i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu pomyślała z głębokim wzruszeniem, że niektóre rany, nawet te najgłębsze, naprawdę potrafią się z czasem zagoić.
Rozdział 24: Niedokończony kształt
Około dwudziestej pierwszej najgorszy kryzys minął, ale zaczęło się to, co Maria od początku zapowiadała jako bolesne „wypacanie choroby”. Elwira odprowadziła mamę do drzwi frontowych, gorąco dziękując jej za ratunek, po czym wróciła do sypialni Heleny z naręczem świeżej, pachnącej wiatrem bawełnianej bielizny pościelowej i czystą piżamą. Noc okazała się długa i niezwykle wymagająca. Helena co kilka godzin budziła się z silnymi dreszczami, całkowicie przemoczona od gorączkowego potu. Elwira z niezwykłą, niemal wrodzoną delikatnością pomagała jej się przebierać, podawała ciepłą herbatę z lipy i sprawnie zmieniała poszewki na poduszkach. Robiła to bez cienia zniecierpliwienia, z naturalną, głęboką troską. Koło trzeciej nad ranem Helena w końcu zapadła w głęboki, spokojny i zbawienny sen. Oddech starszej przyjaciółki wyraźnie się wyrównał, a wysoka gorączka ostatecznie odpuściła.
Elwira, nie chcąc kłaść się na kanapie w salonie na wypadek, gdyby Helena w nocy znów czegoś potrzebowała, usiadła cicho w głębokim fotelu pod oknem. Pokój rozświetlała jedynie mała, nocna lampka, rzucając na ściany ciepłe, żółte refleksy. Szukając wzrokiem czegokolwiek, na czym mogłaby w tym półmroku zawiesić oko, Elwira zaczęła uważnie przyglądać się regałowi z książkami. Na jednej z wyższych półek, tuż obok starych albumów fotograficznych, jej uwagę przykuły niezwykłe, ciemne obiekty. Wstała bezszelestnie, podeszła bliżej i dosłownie zamarła z zachwytu. Na drewnianej desce stało kilka małych rzeźb. Nie były one jednak wykonane z gliny ani z gipsu – zostały misternie wycięte i wyszlifowane z surowych, fantazyjnie powykręcanych korzeni drzew. Jedna przedstawiała skulonego ptaka, druga – ludzką postać splecioną w dynamicznym tańcu z wiatrem. Każda naturalna linia, każde najmniejsze zagłębienie starej kory zostało wykorzystane przez twórcę z niesamowitą intuicją przestrzenną.
Obok gotowych prac leżał kawałek surowego, dokładnie oczyszczonego korzenia jałowca oraz mały, precyzyjny nożyk rzeźbiarski. Ta jedna praca była wyraźnie niedokończona. Z ciemnego drewna wyłaniał się już subtelny zarys czegoś, co przypominało rozpostarte ptasie skrzydło, ale reszta formy wciąż pozostawała bezwzględnie uwięziona w surowym materiale.
– Podoba ci się? – cichy, mocno zachrypnięty głos Heleny sprawił, że Elwira drgnęła z zaskoczenia.
Helena patrzyła na nią przytomnie z łóżka, a w jej oczach, mimo ogromnego fizycznego zmęczenia, malował się absolutny spokój.
– Helenko, przepraszam, nie chciałam cię obudzić – szepnęła Elwira, wciąż trzymając w dłoniach surowy jałowiec. – To jest po prostu przepiękne. Kto to zrobił?
– Natalia – uśmiechnęła się blado Helena, wspierając się słabo na poduszce. – Wszyscy znali ją z tego, że pomagała ojcu w plenerach fotograficznych, nosiła mu ciężkie statywy, łapała z nim światło… Ale jej największą, cichą i osobistą pasją była korzenioplastyka. Potrafiła godzinami chodzić samotnie po lesie, szukać starych karp i wykrotów. Zawsze powtarzała, że w każdym korzeniu coś już na nas czeka. Trzeba tylko umieć to dostrzec i uwolnić.
Elwira delikatnie pogładziła gładkie, precyzyjnie wyszlifowane przez zmarłą dziewczynę drewno.
– Miała ogromny talent. Niezwykłą, rzadko spotykaną wrażliwość na formę.
Helena przez dłuższą chwilę przyglądała się stojącej przy regale Elwirze. Patrzyła na jej dłonie, na skupienie malujące się na jej twarzy, aż w końcu jej wzrok spoczął na klatce piersiowej dziewczyny – tam, gdzie pod ciepłą bluzą biło serce jej własnej córki.
– Ten jałowiec… leży tak na półce od dnia wypadku – powiedziała cicho Helena, a jej głos lekko zadrżał od napływających emocji. – Natalia zaczęła rzeźbić anioła, ale nie zdążyła go dokończyć. Elwirko… Maria mówiła mi, że ty masz niesamowite zacięcie artystyczne. Malujesz, odnawiasz stare meble, masz niezwykłe oko do detali.
Elwira spojrzała na nią z wyraźnym zdziwieniem.
– Tak, to prawda, ale… nigdy w życiu nie rzeźbiłam w drewnie, Helenko. To zupełnie inna technika.
Helena wyciągnęła powoli rękę spod kołdry i położyła swoją ciepłą dłoń na dłoni Elwiry, delikatnie zaciskając jej palce na niedokończonym korzeniu.
– Spróbuj. Bardzo cię o to proszę. Ktoś musi wreszcie dokończyć tę rzeźbę, a ja czuję… nie, ja to po prostu wiem, że to powinnaś być właśnie ty. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale od bardzo dawna czuję, że ten anioł czeka w tym drewnie właśnie na ciebie.
Elwira nie odpowiedziała ani słowa. Zacisnęła jedynie mocniej palce na surowym, pachnącym lasem jałowcu. Po raz pierwszy w życiu nie widziała w nim zwykłego, martwego kawałka drewna. Zobaczyła anioła, który od lat cierpliwie czekał w ciemności, aż ktoś wreszcie uwolni go z wnętrza korzenia.
Rozdział 25: Idealnie spasowane
Elwira pracowała nad rzeźbą w absolutnej, głębokiej tajemnicy, zamykając się każdego wieczoru w swoim pokoju. Na samym początku panicznie bała się choćby dotknąć szlachetnego jałowca ostrym nożykiem, ale gdy tylko stalowe ostrze po raz pierwszy gładko zagłębiło się w surowe drewno, poczuła dziwny, niemal magiczny spokój. Jej dłonie nagle same, intuicyjnie wiedziały, co należy robić. Godzinami z nabożeństwem szlifowała, docinała i cierpliwie wydobywała z surowego korzenia brakujące, drugie skrzydło anioła. Na sam koniec pokryła całość delikatną warstwą matowego lakieru, który przepięknie podkreślił głębokie, naturalne usłojenie jałowca.
Wieczorem, gdy mama krzątała się jeszcze w kuchni przy kolacji, Elwira zawołała cicho tatę do swojego pokoju.
Piotr wszedł powoli, wycierając odruchowo dłonie w bawełnianą ściereczkę po wielogodzinnym majstrowaniu przy samochodzie w garażu.
– Zobacz, tato… – Elwira delikatnym ruchem odsłoniła stojącą na biurku rzeźbę. – To była praca Natalii, córki Heleny. Ja ją tylko dokończyłam.
Piotr podszedł bliżej. Jego wielka, pokryta drobnymi bliznami dłoń mechanika delikatnie, wręcz z nabożeństwem, dotknęła skomplikowanej struktury jałowca. Przez całe lata ciężkiej pracy w warsztacie potrafił wyczuć palcami każdą, nawet najmniejszą nierówność metalu i każdy najdrobniejszy szczegół maszynerii – teraz z tą samą absolutną precyzją badał strukturę drewna. Patrzył w skupieniu na lewe skrzydło, które wyszło niegdyś spod młodej dłoni Natalii, i na prawe, które z taką czułością odtworzyła jego własna córka.
W pokoju panowała absolutna, poruszająca cisza. Piotr stał tak nieruchomo przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się powoli do Elwiry. W jego oczach, zazwyczaj tak twardych, skupionych i nieprzeniknionych, nagle wyraźnie zaszkliły się wielkie łzy, które natychmiast, jednym gwałtownym mrugnięciem oka spróbował odpędzić. Położył ciężką, szorstką dłoń na ramieniu córki i powiedział swoim charakterystycznym, krótkim, męskim tonem:
– Dobra robota, córeczko. Idealnie spasowane. Spasowane dokładnie tak, jakby od samego początku miało to być jedno.
W tym samym momencie w progu sypialni stanęła Maria. Gdy jej wzrok padł na skończoną rzeźbę oraz na męża tulącego czule ich córkę, omal nie upuściła trzymanej w rękach ściereczki do naczyń. Nie weszła od razu do środka. Patrzyła przez chwilę w milczeniu na drewnianego anioła, na Piotra i na Elwirę. Potem bardzo cicho, z ogromnym szacunkiem odłożyła ściereczkę na stojącą w korytarzu komodę, podeszła do nich i po prostu mocno objęła ich oboje. Bez jednego, zbędnego słowa.
Rozdział 26: Urodziny z aniołami
Kilka tygodni później nadeszły urodziny Heleny. Elwira i Maria, elegancko ubrane, stanęły pod jej drzwiami z bukietem jesiennych kwiatów i podłużnym, przewiązanym satynową wstążką pudełkiem.
Helena, już w pełni sił, promieniała. Przywitała je z ogromną radością, od progu zapraszając na domowe ciasto i kawę. Gdy usiadły przy stole, Elwira z lekkim uśmiechem podała jej pakunek.
– Wszystkiego najlepszego, Helenko. To od nas.
Helena machnęła ręką ze skromnością, lekko zawstydzona.
– Ojej, dziewczyny, oszalałyście? Przecież mówiłam, że niepotrzebnie robicie prezenty. Ja niczego nie potrzebuję. Moim największym prezentem od czasu odejścia Natalii... jesteś ty, Elwirko. To, że jesteś zdrowa, że jesteście tu dzisiaj ze mną. Marii jakoś dziwnie się zrobiło na sercu...
Słysząc te słowa, Elwira poczuła, jak gardło ściska jej potężne wzruszenie. Musiała mrugnąć kilka razy, by powstrzymać łzy.
– Wiem, Helenko. Ale ten prezent po prostu musisz przyjąć. Nalegam. Otwórz go, proszę.
Helena westchnęła cicho, uśmiechnęła się i powoli rozwiązała wstążkę. Uniosła wieczko pudełka, rozsunęła białą bibułkę i... zamarła.
Z wnętrza kartonu wyłonił się jałowcowy anioł. Był idealny. Lewe skrzydło, to wyrzeźbione kiedyś przez Natalię, łączyło się płynnie z prawym – tym, które z taką dbałością odtworzyła Elwira. Granica między pracą obu dziewczyn była niemal niewidoczna, stopiona w jedną, perfekcyjną całość.
Helena patrzyła na rzeźbę w absolutnym milczeniu, a po jej policzkach, zupełnie bezwiednie, zaczęły płynąć wielkie, rzęsiste łzy. Dotknęła palcami drewna, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa.
Helena wciąż trzymała dłonie na jałowcowym aniele, jakby bała się, że jeśli go puści, ten zniknie jak sen. Łzy kapały prosto na blat stołu, ale na jej twarzy, zamiast dawnego, bolesnego żalu, malował się niewypowiedziany spokój.
W końcu podniosła wzrok na Elwirę. Nie było w tym spojrzeniu ani grama rezerwy, obcości czy dystansu. Była tylko czysta, matczyna miłość, która w tym jednym momencie przekroczyła granicę życia i śmierci.
– Ona... ona jest tutaj – wyszeptała Helena, kładąc rękę na sercu Elwiry. – Przez te wszystkie miesiące myślałam, że z Natalii nie zostało nic oprócz moich wspomnień. – Przez tyle miesięcy myślałam, że wszystko się skończyło.
A dziś mam wrażenie.....że coś jednak zostało. Elwira nie wytrzymała. Przesunęła się z krzesłem bliżej Heleny i mocno, z całych sił wtuliła się w jej ramiona. Helena objęła ją mocno, chowając twarz w jej włosach. Gdzieś z boku, dotąd zawsze powściągliwa i kontrolująca emocje, Maria głośno pociągnęła nosem. Przez lata uczyła się twardości, by przetrwać strach o córkę, ale teraz ta skorupa pękła całkowicie.
Maria wstała, podeszła do nich i po prostu położyła swoje ramiona na ich plecach, zamykając Helenę i Elwirę w jednym, wielkim, potrójnym uścisku. Trzy kobiety, dwa serca, jedna nierozerwalna historia.
– No dobrze, dziewczyny – odezwała się po chwili Helena, wycierając oczy chusteczką i próbując opanować drżenie głosu. – Bo nam kawa wystygnie, a tort bezowy od Sowy sam się nie zje.
Wstała od stołu, trzymając anioła jak największy skarb. Podeszła do komody, na której stało oprawione w ramkę, ciepłe zdjęcie Natalii z aparatem fotograficznym na szyi. Postawiła rzeźbę tuż obok. Promień popołudniowego, jesiennego słońca wpadł przez okno i odbił się od polakierowanego przez Elwirę jałowca, sprawiając, że drugie skrzydło anioła dosłownie zapłonęło złotym światłem.
– Teraz jest idealnie – podsumowała cicho Maria, patrząc na ten widok. – Twój ojciec, Elwirko, miał rację. Wszystko tu do siebie pasuje.
Helena stała dłuższą chwilę przy komodzie, gładząc palcem jałowcowe skrzydło. Nagle na jej twarzy pojawił się błysk determinacji. Odwróciła się do siedzących przy stole kobiet, uniosła palec wskazujący i powiedziała z tajemniczym uśmiechem:
– Skoro tak... skoro wy złamałyście umowę o niegwarantowaniu sobie prezentów, to teraz moja kolej. Nie usiądę do tego tortu, dopóki czegoś nie przyniosę. Wracam za minutę!
Pobiegła do drugiego pokoju, a Maria i Elwira wymieniły rozbawione spojrzenia. Słychać było ciche przesuwanie szuflad, a po chwili Helena wróciła, trzymając w dłoniach podłużne, welurowe etui. Usiadła naprzeciwko Elwiry i położyła je przed nią.
– Helenko, ale my naprawdę... – zaczęła Elwira, lecz starsza przyjaciółka uciszyła ją gestem ręki.
– Elwirko, ten anioł z jałowca, którego mi przyniosłaś, należy do przeszłości. To domknięcie historii, która bolała. Ale ty... ty jesteś przyszłością. Kiedy planowałam pójść pierwszy raz do ciebie chodziłam najpierw po sklepach, nie wiedząc, co ze sobą zrobić z tego wielkiego strachu i nadziei. I wtedy wpadł mi w oko on. Pomyślałam, że musi trafić do ciebie. Postanowiłam jednak, że za wcześnie chciałam , abyś najpierw poznała lepiej Natalię. A dzisiaj on już nie może czekać. To taka naturalna serdeczna wymiana .
Elwira powoli otworzyła etui. W środku, na ciemnym tle, spoczywał nowoczesny, srebrny anioł. Był zachwycający – jego linie były czyste, gładkie, lśniące. Srebro idealnie odbijało światło lampy, rzucając jasne refleksy na ściany pokoju. Nie było w nim ciężaru, była tylko lekkość, blask i niesamowity, nowoczesny urok. Elwira zamknęła dłoń na srebrnym aniele. Uśmiechnęła się. Wiedziała, że będzie go nosić każdego dnia.
– Ma cię strzec, córeczko – dodała cicho Maria, patrząc na srebrną figurkę z ogromnym wzruszeniem. – Teraz już nigdy nie będziesz sama.


