Moja poranna wizualizacja plażowa ( pod koniec czerwca) zaczęła się od... próby zamachu na golenie mojego męża. Postanowiłam zoptymalizować logistykę zakraplania moich oczu i zasiadłam na naszym elektrycznie rozsuwanym fotelu. Gdy mój ślubny z buteleczką kropli w dłoni pochylił się nade mną, uznałam, że dla idealnego kąta aplikacji odchylę się jeszcze o trzy stopnie do tyłu. Niestety, zapomniałam, że automatyczny metalowy stelaż podnóżka rusza wtedy z impetem do przodu. „Stop! Stop! Tereska, nogi mi połamiesz!” – wrzasnął nagle mój osobisty medyk, twardo dociskany stalą do ziemi. Kropla wpadła gdzieś obok, mąż przeżył, choć teraz z męskiej dumy ukrywa przede mną swoje poturbowane golenie i nie chce dać sobie przykleić nawet plasterka... Jak dziecko!
Gdy sytuacja w salonie została opanowana, a mąż uciekł ratować resztki swoich nóg, ja wróciłam do pozycji leżącej – tym razem bezpiecznie, na płasko, układając nogi pod kątem 45 stopni...
Od rana, kiedy tylko mam przerwę na „leżakowanie z nogami ułożonymi pod tym swoim moim kątem ( 45 st), moja głowa nie odpoczywa. Broń Boże! Pracuje w trybie intensywnego planowania. Spokojnie, ułożenie nóg o trzy stopnie niżej nie zniweczyłoby moich rozważań, ale ta geometryczna wymierność jest mi potrzebna dla prawidłowego krążenia krwi i limfy w łydkach. Gdy ciało dba o biologię, umysł tworzy wielką logistykę na zbliżający się wyjazd nad morze z naszą Toffi.
I tu pojawia się dylemat godny największych strategów. Co wybrać?
Promenada, czyli widok z wysokości estrady
Nadmorska promenada, usytuowana wysoko na palach tuż nad plażą, wydaje się kusząca. Widoki piękne, piasek nie sypie się w buty. Ale z tej wysokości nasza Toffi nie tylko zobaczy, ale przede wszystkim bezbłędnie wywącha to, co dzieje się na dole. A na dole, drodzy państwo, rozciąga się bezkresna plaża zastawiona... pieczystym.
Widzę to oczami wyobraźni. Skwierczące na słonecznym ogniu, wysmarowane tradycyjną oliwką, rumiane... żeberka i golonki. Niektóre całkiem zgrabne schabiki Toffi najchętniej natychmiast obsypałaby piaszczystą panierką.
Dzielę się moją wizją z mężem.
– Kochanie, ty to widzisz? – zapytałam męża, nie zmieniając kąta uniesienia nóg. – Przecież jeśli ona poczuje te zapachy, to wyrwie mi smycz razem z ręką. Czy ja utrzymam tak żarłoczne stworzenie?
– Skarbie, z Twoją postawą gdybyś była na dole, to ona cię wciągnie pod parawan razem z leżakiem – mruknął mąż znad gazety. – A będąc na promenadzie...będziesz lecieć z niej, jak na bungee.
– I co gorsza, w moją stronę polecą mięsne steki… tyle że obelg! I to po łacinie! – zaniepokoiłam się. – Czułabym się potwornie niekomfortowo. Chociaż… będąc kilka metrów ponad ich rumianymi ciałami, mogłabym udawać, że to w ogóle nie mój pies. Jak myślisz, to byłoby uczciwe?
– Uczciwe może nie, ale przede wszystkim niewykonalne. Toffi ma obrożę z Twoim numerem telefonu, a poza tym cała plaża słyszałaby, jak krzyczysz: Toffi, a kysz od tej golonki! – podsumował mąż trzeźwo.
Skoro plan samotnego spaceru legł w gruzach, do akcji musi wkroczyć Mąż. Jako silna jednostka logistyczna, to on dzierżyłby smycz mocną i pewną dłonią. Ale dylemat wcale się nie rozwiązał!
– Na tej promenadzie będziesz musiał trzymać ją na centymetry – instruowałam go, kreśląc palcem w powietrzu trajektorię ruchu. – Inaczej splącze się między nogami spacerowiczów, a tych na spacerniaku jest przecież bez liku. Jeden fałszywy krok i wywróci jakąś panią z lodem włoskim.
– Albo co gorsza, jakiś inny czworonóg będzie chciał wejść z nią w ostrą dyskusję polityczną – zauważył mąż. – I zamiast szumu fal będziemy mieć nadmorską awanturę o terytorium.
Alternatywa z tyłu hotelu
Gdy plaża parzy, a promenada tłoczna, pozostaje jeszcze jezioro po przeciwnej stronie hotelu. Tam panuje zdecydowanie większa swoboda. Zielono, cicho, bez zapachu smażonej flądry i naoliwionych karków.
Jest tylko jeden minus. Jod już raczej tam nie dociera, a umówmy się – jechać nad bałtycki brzeg, żeby wdychać zapach mazurskich szuwarów, to trochę logistyczny paradoks.
I tak leżę z tymi nogami pod kątem 45 stopni, a Toffi chrapie obok, zupełnie nieświadoma, że w moich przedwyjazdowych wizualizacjach właśnie ważą się losy jej nadmorskich spotkań z polskimi schabikami.
WERYFIKACJA PLANÓW
Tak... tyle było przewidywań, tyle logistycznych planów na centymetry i wizji żarłocznej Toffi polującej na piaszczyste schabiki z promenady. Tak było pod koniec czerwca. Rzeczywistość postanowiła jednak napisać własny, wybitnie komediowy scenariusz i to jeszcze zanim w ogóle ruszyliśmy z domu!
Wszystko zaczęło się od tego, że w mojej głowie zakorzeniła się data 4 lipca – dzień naszego pierwotnego, anulowanego wyjazdu do Kołobrzegu. Tymczasem rezerwacja w Mielnie była od pierwszego. Ocknęłam się 1 lipca w godzinach przedwieczornych, gdy z radosnego letargu wyrwał mnie telefon z hotelowej recepcji. Sympatyczna pani, na kilka minut przed końcem pracy, bardzo chciała się dowiedzieć, o której godzinie dotrzemy, by przekazać zmianę koleżance.
Nie będę opisywać naszych małżeńskich przekomarzań i gorączkowego poszukiwania winnego (oczywiście wina moja, bez bicia się przyznaję!). Pakowanie w dzikiej panice i nocna podróż na złamanie karku nie wchodziły w grę. Ostatecznie wyruszyliśmy dzień później.
Gdy jednak dotarliśmy na miejsce, okazało się, że z moich wielkich planów obrony plażowiczów przed Toffi i tak nic by nie wyszło. Pogoda postanowiła nas bowiem nie rozpieszczać. Zamiast tłumów wysmarowanych oliwką „schabików” i „żeberek”, zastaliśmy bezludną, surową scenerię. Trzeba jednak przyznać, że jakieś golonki Toffi na ulicach Mielna wciąż może pooglądać – należą one do panów, którzy optymistycznie nie przewidzieli załamania aury i dzielnie maszerują w krótkich spodenkach, siniejąc na wietrze.
Samo Mielno zmieniło się w poligon dla twardzieli. Wiatr, deszcz, momentami grad i tumany piasku wciskające się w oczy (i nie tylko!) stworzyły barierę dla mnie nie do przejścia.
Ogłosiłam więc bezpieczny pobyt w hotelowym pokoju. Nadrabiam zaległości na Waszych zaprzyjaźnionych blogach, zajadam pyszności w hotelowej restauracji i szczerze cieszę się, że nie muszę stać na tym huraganie.
 |
| Promenada w Mielnie 2 lipca 2027 |
Za to mój mąż?
Mąż objawił się jako rodowity, niezniszczalny morski twardziel! Wychodzi w ten żywioł po kilka razy dziennie w mojej za małej na niego kurtce z kapturem, bo nie spakował się tak, jak powinien. Wraca kompletnie przemoczony, pieczołowicie suszy ubrania oraz buty na rozgrzanym do czerwoności kaloryferze, bo zapasowych długich spodni też w panice nie zabrał, po czym... znowu idzie w tango! I tak cztery razy z rzędu. Wszystko po to, by – jak sam twierdzi – nawdychać się zdrowego jodu. Choć moim zdaniem w pakiecie wdycha głównie kilogramy bałtyckiego piachu.
Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski na dziś?
Widok dla twardzieli jest piękny nawet w taki huragan. Ma to swój niesamowity, surowy urok.
Pamiętajcie – niektóre plany mogą spalić na panewce. I czasem to wcale nie jest takie złe, bo hotelowe lenistwo przy szumie sztormu smakuje wybornie!
A Toffi?
Toffi z boku obserwuje to wielkie suszenie spodni i butów i chyba dziękuje losowi, że te wszystkie plażowe golonki zostały dziś bezpiecznie w domach.
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
"Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj