Są takie chwile, które zastygają w pamięci niczym bursztyn – przezroczyste, ciepłe i pełne życia, mimo upływu dekad. Dla mnie taką chwilą jest majowa niedziela w Walencji, roku 1981. Pamiętam to miasto skąpane w jaskrawym, niemal białym świetle, które odbijało się od murów katedry, i ten wszechobecny, odurzający aromat: mieszankę świeżo rozkwitłych goździków, palonej kawy i ledwie wyczuwalnej nuty prochu po porannych pokazach pirotechnicznych.
Wtedy, w maju 1981 roku, Walencja nie była tylko miejscem na mapie. Była żywym organizmem, który po latach milczenia uczył się na nowo oddychać pełną piersią. W powietrzu czuć było coś więcej niż tylko wiosnę – czuć było ulgę.
Niedziela, 10 maja – Dzień, w którym czas się zatrzymał
Główne uroczystości święta Matki Bożej Opuszczonych (Virgen de los Desamparados) przypadły wtedy na 10 maja. Stolica Lewantu przygotowywała się do nich z niezwykłą starannością. Jako „ świadek tamtych wydarzeń”, czułam, że to święto ma inny ciężar niż zwykle.
Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w lutym, ulice te widziały czołgi generała Milansa del Boscha. Strach przed powrotem dyktatury wciąż tlił się w sercach wielu mieszkańców. Dlatego ta majowa niedziela miała stać się czymś więcej niż religijnym rytuałem. Stała się wspólnym wykrzyczeniem wolności.
Serce miasta bije na Plaza de la Virgen
W przeddzień uroczystości montowane są rusztowania na fasadzie bazyliki ( stojącej naprzeciwko katedry na tym samym placu), po czym układany jest na nim gigantyczny obraz złożony w całości z tysięcy świeżych kwiatów i roślin Projektowany jest przez słynnych lokalnych artystów zmienia się co roku, przedstawiając sceny religijne lub ważne wydarzenia z życia miasta.
Pamiętam moment Traslado – przeniesienia figury „La Geperudety” z bazyliki do katedry. Tłum był tak gęsty, że wydawało się, iż rzeki ludzi płyną własnym nurtem. Kiedy figura Patronki pojawiła się w drzwiach, nad placem uniósł się jeden, potężny okrzyk: „Vixca la Mare de Déu!”. Film znaleziony w sieci. Chcę pokazać euforię uczestników procesji. Tłum próbuje dotknąć figury Matki Bożej podczas jej przenoszenia
Procesja Virgen de los Desamparados (Archiwum)
Przeniesienie obrazu Matki Bożej Opuszczonych (Porzuconych) z bazyliki do katedry w Walencji.
Z balkonów sypały się setki płatków kwiatów, a w górę unosiły się wiązanki goździków rzucane przez wiernych. W tym chaosie, w tym niemal ekstatycznym ruchu, było coś kojącego. To był moment, w którym sacrum mieszało się z profanum, a historia wielkiej polityki ustępowała miejsca intymnemu spotkaniu z tradycją.
Kilka zdjęć z filmu z sieci, przedstawiam, aby zilustrować te hiszpańska tradycję. Sama, niestety zdjęć, ani filmu nie mogłam wykonać, ponieważ w 1981 roku nie wolno było przewozić aparatów fotograficznych ani kamer przez granicę.
link tutaj
W tamto majowe południe słońce nad Walencją nie tylko świeciło – ono dominowało. Było oślepiająco białe, odbijając się od jasnych murów Lonja de la Seda i kamiennych stopni katedry. To słońce miało w sobie obietnicę lata, która mieszała się z rześkim jeszcze, wiosennym wiatrem od morza.
Najmocniejszym wspomnieniem jest jednak zapach. Wyobraź sobie tysiące goździków – czerwonych, białych i różowych – które w ogromnych naręczach wędrowały w stronę Plaza de la Virgen. Ten ciężki, słodko-korzenny aromat był tak gęsty, że niemal można go było dotknąć. Kiedy figura La Geperudety opuszczała bazylikę, a z balkonów sypał się deszcz płatków, zapach kwiatów mieszał się z dymem kadzideł i... prochem. Tak, bo Walencja bez huku petard nie byłaby sobą. Zapach spalonego lontu po porannej Mascletà był dyskretnym przypomnieniem, że to miasto potrafi być równie delikatne, co wybuchowe.
Potrzebowałam chwili wytchnienia
Kiedy tłum na placu gęstniał, a majowy upał dawał się we znaki, ratunkiem była wizyta w jednej z tradycyjnych horchaterías.
Pamiętam ten moment.
Siadam przy marmurowym stoliku, a przede mną ląduje wysoka szklanka lodowatej, mlecznobiałej horchaty. Ten napój z migdałów ziemnych (chufa) smakował wtedy wolnością. Był chłodny, słodki, ziemisty i niesamowicie kojący. Do tego obowiązkowy, puszysty fartón – podłużna drożdżówka, którą z namaszczeniem moczyło się w napoju. W tamtej chwili, między jednym a drugim kęsem, świat wydawał się układać w nową, lepszą całość.
Tłem dla tego wszystkiego był gwar głosów. Nie był to jednak zwykły hałas – to była radosna polifonia. Słychać było okrzyki przekupek na Mercado Central, bicie dzwonów wieży Miguelete i te charakterystyczne, pełne emocji zawołania: „Vixca la Mare de Déu!”. W 1981 roku w tych głosach nie było już słychać lęku, który panował w poprzednim czasie. Była w nich duma i niespożyta energia miasta, które właśnie budziło się do nowego życia.
Gdy myślę o tamtym maju 1981 roku, widzę trzy punkty, które wyznaczały rytm moich spacerów. Plaza de la Virgen – to tutaj, na tym kamiennym placu, bije serce miasta. To tu historia rzymskiego forum spotyka się z chrześcijańską tradycją. Obok wznosi się potężna Katedra, w której murach – jak wierzą mieszkańcy – spoczywa Święty Graal.
Niestety, nie będę opisywać mojego wrażenia, kiedy podeszłam do "Świętego Grala", bo to niemalże "mistyczne" osobiste przeżycie.
A nad wszystkim czuwa Miguelete (El Micalet). Ta ośmioboczna dzwonnica jest dla Walencji tym, czym wieża Eiffla dla Paryża. Pamiętam to uczucie, gdy po pokonaniu 207 krętych stopni, wychodziłam na taras widokowy. W 1981 roku panorama miasta wyglądała inaczej – mniej było nowoczesnego szkła, a więcej czerwonych dachówek, nad którymi unosiło się gorące powietrze o zapachu morza. Z góry procesja wyglądała jak rzeka kolorów płynąca przez wąskie gardła uliczek.
Centralną postacią tych dni była ona – Virgen de los Desamparados, czule nazywana przez Walencjan La Geperudeta, czyli „Garbuska”. Skąd ten przydomek? Wystarczy spojrzeć na jej figurę. Matka Boża ma lekko pochyloną głowę, co sprawia wrażenie, jakby dźwigała na plecach ciężar wszystkich ludzkich trosk.
W maju 1981 roku, przed bazyliką, powstał niesamowity kwietny ołtarz (Tapiz de flores). To nie była zwykła dekoracja, ale prawdziwy arras utkany z tysięcy płatków goździków. Przechodząc obok, czuło się uderzenie chłodnego, wilgotnego aromatu roślin, który na chwilę wygrywał z palącym słońcem. Ten dywan kwiatowy przedstawiał sceny z życia miasta, będąc niemym świadkiem modlitw i szeptanych próśb o lepszą przyszłość dla nowej, demokratycznej Hiszpanii.
Wydaje mi się że zapach może być... wieczny.
Zamykam oczy i wciąż czuję ten maj 1981 roku. Zapach goździków, smak słodkiej horchaty na podniebieniu i to niezwykłe poczucie, że świat właśnie się zmienia na lepsze. Walencja nauczyła mnie wtedy, że tradycja nie musi być zakurzona – może pachnieć świeżymi kwiatami i tętnić życiem młodych ludzi, którzy wierzą w jutro.
<><><><><><>
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj







