Moi Drodzy!
Dzisiaj rozpoczynam 5- odcinkowy sezon wspólny dla dwóch opowiadań jednocześnie. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Dla Czytelników, którzy nie śledzili I opowiadania o paryskich starych przyjaciołach - wplatam wątek, aby nie czuli się niedoinformowani.
Zapraszam serdecznie :)
Lipcowy dzień w Paryżu pachniał nagrzanym słońcem kamieniem i rzeczną bryzą. Anna i Ivo, trzymając się za ręce, spacerowali wzdłuż nabrzeża Sekwany. Nad wodą unosił się ten specyficzny, romantyczny gwar, który można poczuć tylko tutaj. W końcu Ivo zatrzymał się przy klimatycznym, pięknie odnowionym drewnianym statku rzecznym, nad którego pokładem łopotała dyskretna flaga z motywem czerwonego maku.
- Spójrz, Anno - uśmiechnął się Ivo. - Pływająca kawiarnia. Idealne miejsce na wieczorną lampkę wina. Wchodzimy?
Gdy tylko zajęli stolik na dziobie statku, a kelner postawił przed nimi kieliszki, z głębi pokładu potoczyła się miękka, aksamitna nuta kontrabasu, do której po chwili dołączył ciepły, tęskny ton harmonii. Atmosfera była magiczna.
Nagle od strony małej sceny podszedł do nich spory, niezwykle mądry pies w specjalnej uprzęży. Zwierzak zatrzymał się przy Annie, popatrzył na nią swoimi głębokimi, łagodnymi oczami i delikatnie oparł pysk o jej kolano. Anna drżącą dłonią zaczęła gładzić jego miękką sierść, a w jej oczach zakręciła się łza czystej tęsknoty.
- Ojej, jaki ty jesteś kochany... - szepnęła, po czym spojrzała na swojego partnera. - Ivo, spójrz na niego. Od razu pomyślałam o naszym Maksie. Tak strasznie tęsknię za nim w tej podróży! Ciągle zastanawiam się, jak on tam sobie radzi u mojego taty...
Ivo natychmiast ujął jej dłoń i ścisnął ją czule, próbując rozgonić te nagłe, melancholijne chmury.
- Kochanie, uspokój się, przecież wiesz, że Maks jest w najlepszych rękach pod słońcem - powiedział z ciepłym uśmiechem. - Mój tata odwiedzając twojego zawsze przychodzi przecież z naszą Toffi. Psy się uwielbiają, a poza tym między naszymi działkami nie ma przecież żadnych płotów! Mają tam teraz swój własny, bezgraniczny raj, biegają razem od rana do nocy i na pewno nawet nie zauważyli, że wyjechaliśmy. Twój tata ma świetne towarzystwo.
Anna uśmiechnęła się przez łzy, a stojący tuż obok brodaty saksofonista w ciemnych okularach i czarnym kapeluszu z makiem, słysząc te słowa, odezwał się z ciepłym, francuskim akcentem:
- Pan ma absolutną rację, madame. Psy nie znają granic ani płotów, znają tylko miłość. Mój wirtuoz dostał dziś angaż na statku, ale jak widać, woli szukać bratnich dusz wśród gości...
W tym samym momencie kostka Pierre'a opadła na struny gitary i po pokładzie poniosła się radosna melodia „Les Champs-Elysées”.
Drugi sezon właśnie się rozpoczął, a polskie serca złączyły się z paryską nocą.
Brodaty saksofonista, Ives, skłonił się lekko, a jego czarny kapelusz z dużym, czerwonym makiem na rondzie zsunął się odrobinę na czoło. Anna, urzeczona tym gestem, nie mogła oderwać wzroku od tego wyrazistego kwiatu. Rozejrzała się po niewielkiej scenie – starszy, postawny kontrabasista Marc oraz siedzący na krześle akordeonista Gerard mieli na głowach dokładnie takie same nakrycia. Nawet Pierre, który właśnie stroił gitarę przed mikrofonem, nosił identyczny mak przypięty do klapy marynarki.
- Przepraszam, pan wybaczy moją śmiałość... - zaczęła zaciekawiona Anna, gdy Ives poprawiał okulary. - Ale te czerwone maki na waszych kapeluszach są niezwykłe. Czy to jakiś paryski zwyczaj, czy może znak rozpoznawczy waszego zespołu?
Ives uśmiechnął się szeroko, a zmarszczki wokół jego oczu ułożyły się w niezwykle ciepły wzór.
- Ach, madame, pyta pani o nasz najważniejszy skarb - odparł cicho, gładząc wciąż stojącego przy stoliku psa. - Ten mak to nie jest zwykła ozdoba dla turystów. To symbol naszej przysięgi i przyjaźni, która trwa już kilkadziesiąt lat.
W tym momencie Pierre, słysząc rozmowę, odłożył na chwilę gitarę i podszedł bliżej, opierając się o drewnianą barierka statku.
- Mój niewidomy przyjaciel ma rację - włączył się Pierre z ciepłym uśmiechem. - Kiedyś, w latach naszej młodości, byliśmy zgranym zespołem na Montmartre. Graliśmy w zadymionych barach, dzieliliśmy się każdym zarobionym frankiem i każdą troską. Ten mak na kapeluszu nosił też nasz zmarły przyjaciel, wielki solista Pierre, którego głos do dziś zachwyca ludzi z płyt gramofonowych. Kiedy los nas rozgonił - jednego do domu opieki, drugiego z rozbitym kontrabasem na uliczny bruk.. myśleliśmy, że to już koniec. Ale te maki przypomniały nam, że jesteśmy jak jedna rodzina.
- I dlatego tu jesteśmy - dodał ze sceny Gerard, rozciągając z cichym westchnieniem miechy swojej harmonii. - Pierre kupił ten piękny statek na Sekwanie, wyciągnął nas z życiowych zakamarków i zawołał: „Wkładajcie kapelusze, stare urwisy, wracamy na scenę!”. I tak oto gramy pod gwiazdami Paryża. Dla takich pięknych chwil i takich gości jak państwo.
- Niesamowita historia. Piękna, męska przyjaźń - powiedział Ivo ze szczerym podziwem. - W takim razie za wasz powrót na pokład i za to, że muzyka nigdy nie umiera!
Słysząc ten toast, Marc szarpnął struny kontrabasu, z którego wydobył się głęboki, aksamitny dźwięk, a Pierre chwycił za mikrofon. Statek powoli mijał oświetlone wieże Notre-Dame, a nowi i starzy czytelnicy bloga Anny mogli poczuć, że w tej paryskiej nocy bije jedno, wielkie, wrażliwe serce.
(c.d. nastąpi)
DLA PRZYPOMNIENIA I SEZONU ODCINKÓW "PARYSKICH''
Ostatnia nuta Gerarda tutaj
Wierny kontrabasista tutaj
Glos jego pana tutaj
Ives - saksofonista, który grał sercem tutaj
Ives - niespodziewany powrót Pierr`a tutaj
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

