Wieża Eiffla powoli zaczynała cichnąć. Gwar rozmów cichł, kelnerzy dyskretnie sprzątali sąsiednie stoliki, a za panoramiczną szybą miasto wyglądało jak rozsypany worek drogocennych diamentów. Anna siedziała wtulona w ramię Ivo, czując, jak bąbelki szampana i niesamowite opowieści starych muzyków wprowadzają ją w stan absolutnego, błogiego rozrzewnienia.
Ives, który przez cały czas z uśmiechem przysłuchiwał się westchnieniom Anny, nagle sięgnął ręką po swój wysłużony, skórzany futerał przewieszony przez oparcie fotela.
- Wiecie co, moi drodzy? - zaczął cicho Ives, sprawnymi, wyczulonymi palcami odpinając klamry. - Nasz kontrabas i akordeon odpoczywają na dole, na fali Sekwany. Ale mój mały przyjaciel zawsze podróżuje ze mną. Ochrona przymknęła oko, bo mój pies robi za nas dwóch świetne wrażenie. Skoro noc jest taka piękna, a pani, madame Anno, ma tak niezwykle czułą duszę... zagram coś. Cichutko, tylko dla waszego stołu.
Anna aż wstrzymała oddech z wrażenia. Ives z niezwykłą delikatnością złożył saksofon, przyłożył ustnik do warg i zamknął oczy pod ciemnymi okularami.
Z metalowego korpusu instrumentu popłynął pierwszy dźwięk. Był tak cichy, aksamitny i ciepły, że niemal stopił się z nocną panoramą Paryża. Ives zaczął grać motyw z utworu „Petite Fleur”, ale w zupełnie nowej, wolniejszej, niezwykle intymnej aranżacji.
Ton saksofonu wibrował w powietrzu, opowiadał o miłości, o tęsknocie za domem, o braku płotów między ludzkimi sercami i o tym, że najpiękniej widzi się właśnie duszą.
Annie momentalnie zakręciły się łzy w oczach. Poczuła, jak po policzku spływa jej łza czystego, głębokiego wzruszenia. Ivo, widząc to, bez słowa przyciągnął ją jeszcze mocniej do siebie, gładząc jej dłoń i pozwalając, by ta chwila całkowicie ich porwała. Nawet stary Marc i Pierre siedzieli w absolutnym milczeniu, zapatrzeni w migoczące światła w dole, zdejmując w zamyśleniu swoje kapelusze z makiem.
Gdy ostatnia, miękka nuta rozpłynęła się w chmurach nad Sekwaną, Anna ukradkiem otarła oczy serwetką.
- Panie Ives...- szepnęła drżącym głosem. - To było... najpiękniejsze, co w życiu słyszałam. Rozpłakałam się jak dziecko.
Ives uśmiechnął się swoim najcieplejszym uśmiechem, chowając instrument z powrotem do futerału.
- Łzy wzruszenia u tak pięknej kobiety to dla starego, ślepego jazzmana największe brawa, madame - odparł cicho.
- Muzyka ma poruszać serce. A wasze bije dzisiaj dokładnie w rytm Paryża.
Pierre podniósł swój kieliszek, w którym mieniły się ostatnie bąbelki szampana.
- No to co, kochani? - zapytał z błyskiem w oku Pierre. - Skoro Ives roztopił już nasze serca w chmurach, czas wracać na ziemię. A właściwie na wodę! Zapraszam was z powrotem na pokład „Le Coquelicot”. Tam czeka reszta instrumentów i prawdziwa, nocna zabawa! „No widzicie? Dobrze zrobiłem, że wziąłem akordeon. Nigdy nic nie wiadomo!”
I wszyscy wybuchają śmiechem.
(c.d. nastąpi)
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
