Znasz to uczucie? Ten moment, gdy Twój mózg przechodzi w tryb jednokierunkowy i na tablicy wyników wyświetla się tylko jeden napis: E-K-L-E-R-K-A. I to nie byle jaka. Taka z kremem budyniowym, który ma konsystencję chmurki, pod kołderką z czekolady tak gładkiej, że mogłaby służyć za lusterko wsteczne w aucie.
Wchodzę do kawiarni. W głowie mam już ułożoną choreografię pierwszego kęsa, a tu… ściana rzeczywistości.
Miejsc w głównej sali? Brak. Wszystkie fotele okupowane przez ludzi, którzy wyglądają, jakby planowali tam zamieszkać do późnej jesieni. No nic, myślę sobie, grunt to cel. Podchodzę do lady, skanuję wzrokiem witrynę i… serce mi staje. Eklerki wyszły. Ewakuowały się. Został po nich tylko słodki zapach i pustka w mojej duszy.
Patrzę na inne ciastka. Są ładne, owszem. Bezy prężą się dumnie, serniki puszczają oko, ale umówmy się – to nie to samo. To jak pójście na randkę z miłym facetem, kiedy wciąż myślisz o tym draniu, który złamał ci serce.
Ale przecież nie wyjdę stąd o suchym pyszczku. Organizm domaga się glukozy tak głośno, że zagłusza ekspres do kawy. Poza tym, poziom kofeiny w mojej krwi jest niebezpiecznie bliski zeru, bo przecież „wypiję cappuccino w kawiarni, będzie luksusowo”.
Zajmuję jedyne wolne miejsce – stolik przy samej ladzie. To wersja ekstremalna dla introwertyków. Będę teraz przeszkodą terenową dla każdego, kto chce zamówić latte. Będziemy się trącać łokciami, ja będę wdychać opary ich decyzji zakupowych, a oni będą zaglądać mi w talerz, oceniając mój „wybór zastępczy”.
Trudno. Siadam. Zamawiam. Skoro los odebrał mi eklerkę, to przynajmniej cappuccino musi być godne medalu. Trzymajcie kciuki, żebym przy okazji nie zjadła łokcia pana, który właśnie zamawia potrójne espresso...
I stało się. W obliczu braku mojej budyniowej miłości, padło na nią: babeczkę z polewą czekoladową i z zalotnym kleksem kremu na czubku.
Stoi teraz przede mną na tym maleńkim stoliku, wyglądając niemal niewinnie w porównaniu do moich mrocznych żądz eklerkowych. Ten kleks kremu patrzy na mnie z góry, jakby chciał powiedzieć: „Może nie jestem tym, kogo chciałaś, ale jestem tym, kogo teraz potrzebujesz”.
Zatem siedzę. Tuż obok czyjegoś płaszcza, który omiata mój stolik, i w rytm uderzeń kolby o odbijak ekspresu, celebruję swój akt desperacji. Cappuccino ląduje obok, puszyste i gorące – jedyny stały element tego chaotycznego popołudnia.
Może to nie był dzień na eklerkę. Może to był dzień na bycie przeszkodą dla tłumu i walkę o każdy kęs kremu z babeczki, zanim ktoś przypadkiem strąci mi ją torebką. Glukoza płynie, kofeina działa. Misja (prawie) wykonana.
To teraz trochę informacji na temat eklerek. Przyznaję się bez bicia, że to tekst reklamowy najlepszej cukierni w Poznaniu. Zgadnijcie, co to za cukiernia.

"Ekler to niekwestionowany król wśród ciastek. Łączy w sobie umiar i słodycz, szlachetność i figlarność, oraz cukierniczy kunszt. Dziś eklery można znaleźć w menu każdej szanującej się cukierni, a podłużne wypieki podbiły serca łasuchów na całym świecie. Komu jednak zawdzięczamy ich wynalezienie i w czym właściwie tkwi sekret tych niepozornych ciastek? Przeczytaj nasz artykuł i poznaj słodką historię eklera.
Trochę historii
W tłumaczeniu z francuskiego „éclair” oznacza „błyskawicę”, „błysk”. Nie wiadomo, czy nazwa ta związana jest z błyszczącą glazurą, czy szybkością, z jaką eklery znikały z talerzy pierwszych smakoszy. Z pewnością jednak ten prosty deser z parzonego ciasta to przebłysk kulinarnego geniuszu, który przypisuje się słynnemu francuskiemu cukiernikowi i szefowi kuchni, Marie-Antoine Careme.
„Kucharz królów” i „król kucharzy” wśród wielu swoich arcydzieł cukierniczych stworzył także eklery, biorąc za podstawę istniejącą recepturę innego deseru. Careme uformował ciasto w podłużny kształt, usunął z oryginalnego przepisu migdały i dżem morelowy, a same ciastka bankietowe nadział śmietankowym kremem i posypał cukrem pudrem. Tak powstała słodka doskonałość, która nawet po 200 latach nie straciła popularności, choć oryginalny przepis był wielokrotnie modyfikowany.(...)"
Irena Jarocka - Kawiarenki
A kiedy już przyjdzie czas
Pełne po brzegi są kawiarenki
Pod okna ich, całe z gwiazd
Gdzieś w zakamarki wielkich miast ciągnie nas
Kawiarenki (na, na, na), kawiarenki (na, na, na)
Małe tak, że zaledwieś wszedł, zniżasz głos aż po szept
Mimochodem, kamień w wodę
Wpadnie coś z bardzo wielkich spraw
W czarną toń małych kaw
Kawiarenki (na, na, na), kawiarenki (na, na, na)
Z cienia w pół i ze światła w pół ty i ja, i nasz stół
Za witrażem szklanych marzeń ledwo świat
Poznajemy już, choć jest tuż
Miejsc wkoło nas coraz mniej
Już dymi z okien złotym obłokiem
I barman już woła
"Hej! Już kawiarenka rusza w rejs, wielki rejs"
Kawiarenki (na, na, na), kawiarenki (na, na, na)
Stolik nasz w nieważkości lamp krąży tu, krąży tam
Filiżanki - białe ptaki - lecą wprost w kolorowy dym
Płyną w nim, giną w nim
Pan i pani (na, na, na) zaszeptani (na, na, na)
Któż to wie, gdzie naprawdę są
Ona z nim i on z nią
Kawiarenki, kawiarenki
Porwą gdzieś w siódme niebo aż stolik nasz


