Rozdział III: SKARB I GŁOS Z CHÓRU
Renata nie mogła doczekać się nocy. Gdy w domu siostry wreszcie pogasły lampy, a z pokoju Ireny i Franciszka dobiegł miarowy, spokojny oddech śpiących, dziewczyna usiadła na brzegu swojego posłania. Delikatny blask księżyca wpadał przez okno, oświetlając szmaragdową sakiewkę, którą kurczowo ściskała w dłoniach.
Otworzyła ją ponownie, tym razem powoli, starając się nie uronić ani jednego dźwięku. Na dnie sakiewki, owinięte w zżółknięty, naftalinowy papier, spoczywały pieniądze. Nie były to zwykłe banknoty, które inflacja mogła obrócić wniosek w niwecz. W świetle nocy błysnęło złoto – przedwojenne, ciężkie monety, ułożone w równych rządkach, a obok nich kilka grubych, zagranicznych banknotów dolarowych, pieczołowicie schowanych przed dawnym kryzysem. Dla młodej dziewczyny była to fortuna, o jakiej nawet nie śmiała marzyć.
Przez chwilę w jej głowie zawirowały obrazy z własnym salonem mody, luksusowymi materiałami i porcelanową lalą w oknie wystawowym. Szybko jednak odpędziła te myśli. Czuła podskórnie, że ten skarb nie należy do niej – że został tam ukryty przez los w jakimś wyższym, nieznanym jeszcze celu. Schowała sakiewkę na samym dnie starej szafy, głęboko pod bieliźniane obrusy. Postanowiła, że nie wyda z niej ani jednego grosza na własne zachcianki.
Kilka dni później Renata udała się w odwiedziny do ciotki w pobliskiej miejscowości. Dzień był niezwykle rześki, a słońce pięknie rozświetlało dachy małego miasteczka. Gdy zbliżała się do rynku, z okien pobliskiego kościoła parafialnego dobiegły ją potężne, czyste dźwięki organów oraz śpiew chóru. Dziewczyna zatrzymała się na ułamek sekundy, oczarowana niezwykłą siłą jednego z głosów – męskiego, głębokiego tenoru, który z niesamowitą lekkością górował nad całą resztą wykonawców. Ten głos miał w sobie coś, co momentalnie ścisnęło ją za serce.
Po zakończonym nabożeństwie wierni zaczęli powoli opuszczać świątynię. Renata stała opodal, rozmawiając z ciotką, gdy z bocznych drzwi dla chórzystów wyszedł młody chłopak. Był schludnie, wręcz nienagannie ubrany w ciemną, odprasowaną marynarkę i białą koszulę. Na jego twarzy malował się spokój i jakaś nabożna, wewnętrzna powaga, która wyróżniała go z tłumu rówieśników.
– To Tymon – szepnęła ciotka, zauważywszy wzrok siostrzenicy. – Syn Firlejów zza rzeki. Śpiewa u nas w chórze, a ludzie powiadają, że mądry z niego i niezwykle ułożony kawaler.
Tymon przeszedł blisko nich, zdejmując z głowy kapelusz i kłaniając się starszej kobiecie z wielkim szacunkiem. Przez ułamek sekundy jego oczy spotkały się ze spojrzeniem Renaty. Dziewczyna poczuła, jak na jej policzki wypływa nagły, gorący rumieniec. Nie zamienili wtedy ani jednego słowa, ale w tym jednym momencie, na wąskim chodniku prowincjonalnego miasteczka, los zaczął splatać ze sobą dwie skrajnie różne nitki ich wspólnego przeznaczenia.
Rozdział IV: ROZMOWY O WSZYSTKIM I O NICZYM
Miasteczko w te ostatnie, przedwojenne lata żyło swoim niespiesznym, urokliwym rytmem. Sobotnie popołudnia pachniały ciastem drożdżowym niesionym z lokalnych piekarni, a niedzielne poranki upływały pod znakiem dumnie brzmiących dzwonów kościelnych. Dla Renaty był to czas intensywnej pracy w krawieckim terminie u Ireny, ale też okres, w którym jej myśli coraz częściej uciekały w stronę bocznych drzwi parafialnej świątyni.
Spotykali się rzadko i niemal zawsze jakby przypadkiem. Ot, na wąskim chodniku wiodącym ku rynkowi, przy straganie z pasmanterią albo na polnej ścieżce, gdy Renata wracała od ciotki. Tymon, zawsze schludny, nienagannie uczesany i z nieodłącznym kapeluszem w dłoni, witał ją z tą samą nabożną powagą, która tak bardzo ujęła ją za pierwszym razem.
Rozmawiali o wszystkim i o niczym. O tym, że tegoroczne lato bywa kapryśne, że w pasmanterii pojawiły się piękne, zagraniczne nici, albo o nowych pieśniach, które chór przygotowywał na nadchodzące święta. Choć słowa były zwyczajne, to między wierszami kryło się coś o wiele głębszego – ulotne chwile, w których ich dłonie musnęły się przypadkiem przy podawaniu koszyka, czy nagłe, spłoszone spojrzenia, które Renata natychmiast ukrywała pod rondem swojego skromnego kapelusza.
Dla dziewczyny te krótkie chwile były najjaśniejszymi punktami tygodnia. W domowym zaciszu, gdy Franciszek odpoczywał po gospodarskich trudach, a Irena krzątała się przy kolacji, Renata siadała przy swojej maszynie Mundlos. Szyjąc kolejne stroje dla swojej porcelanowej lalki-modelki, wsłuchiwała się w miarowy stukot igły, a przed oczami wciąż miała spokojną twarz młodego śpiewaka. Kto mógł wtedy wiedzieć, co naprawdę skrywało serce młodej, zakochanej dziewczyny? Renata żyła cichą nadzieją, że te rzadkie spotkania z czasem naturalnie przerosną w bliższą znajomość, a może nawet we wzajemną, głęboką sympatię. Swój złoty sekret z sakiewki trzymała wciąż głęboko w szafie, zupełnie nie przeczuwając, jak okrutną rolę przyjdzie mu odegrać w ich wspólnej przyszłości.

