Gerard i Mathieu, siedząc wieczorem przy winie, wracali wspomnieniami do dawnych czasów.
– A pamiętasz Marca? – zapytał nagle Gerard. – Tego wielkiego, cichego niedźwiedzia z kontrabasem?
Mathieu uśmiechnął się smutno.– Jak mógłbym zapomnieć… Najwierniejszy członek naszego zespołu.
Marc nigdy nie lubił narzekać. Mieszkał kątem u siostry w starej kamienicy i żeby jej nie obciążać, wychodził codziennie na ruchliwą ulicę. Stawiał ogromny kontrabas, kładł przed sobą stary kapelusz z czerwonym makiem i grał. Ten sam kapelusz, który nosili wszyscy w zespole za czasów Gerarda.
Pewnego ciepłego popołudnia Marc jak zwykle grał. Obok niego, jak zawsze przez ostatnie osiem lat, leżał jego wierny pies – kundelek o mądrych, łagodnych oczach. Leżał tuż przy kapeluszu, pilnując każdej monety.
Marc odstawił na chwilę kontrabas, żeby dolać psu wody do miski.
Wtedy usłyszał huk.
Rozpędzony chłopak na elektrycznej hulajnodze wpadł prosto na nich. Trzask pękającego drewna, brzęk rozsypujących się monet, przeraźliwy skowyt…Kiedy kurz opadł, Marc zobaczył zniszczony kontrabas bez wierzchniej płyty i zerwanych strun. A obok… swojego psa leżącego w kałuży krwi.
Staruszek nie powiedział ani słowa. Zdjął swoją starą marynarkę, delikatnie ułożył na niej psa i razem z przypadkowym przechodniem wsadził go do wielkiego pudła rezonansowego po kontrabasie. Wyglądali jak dwuosobowy kondukt pogrzebowy, niosąc psa przez ulicę do kamienicy.
Tego wieczoru Mathieu odebrał telefon.
– Gerard… to Marc. Miał wypadek. Jego pies… jest bardzo źle.
Następnego dnia obaj stali w drzwiach mieszkania Marca.
– Marc? – cicho zapytał Mathieu.
Stary kontrabasista siedział przy stole, głowę schował w dłoniach. Pies leżał na kocu w kącie, oddychając płytko.
– Weterynarz mówi, że… lepiej go uśpić – powiedział Marc zduszonym głosem. – Że za dużo cierpi.
Gerard podszedł powoli i położył dłoń na ramieniu przyjaciela.
– Pamiętasz, jak ten kundel wskoczył na scenę podczas naszego pierwszego występu w barze? Myślałem, że nas wyrzucą, a on usiadł przy twoich nogach i siedział jak posąg przez cały koncert.
Marc uśmiechnął się przez łzy.
– Osiem lat… codziennie ze mną na ulicy. Pilnował kapelusza lepiej niż ja sam. A teraz ja mam go… uśpić?
Mathieu kucnął przy psie i delikatnie pogłaskał go po głowie.
– Nie musisz decydować sam. Jesteśmy tu. Wszyscy trzej… jak kiedyś.
Gerard przysunął krzesło i usiadł obok.
– Ten czerwony mak na kapeluszu… nigdy nie rozumiałem, po co go nosimy. Teraz wiem. To nie tylko dla turystów. To znak, że jesteśmy razem. Nawet jak jest ciężko.
Marc spojrzał na przyjaciół, potem na swojego psa.
– To co… dajemy mu jeszcze szansę? – zapytał drżącym głosem.
– Dajemy – odpowiedzieli jednocześnie Gerard i Mathieu.
W małym mieszkaniu na parterze starej paryskiej kamienicy trzech starych przyjaciół znów było razem. Tak jak kiedyś – tylko zamiast muzyki, tym razem towarzyszyło im ciche, pełne nadziei milczenie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
To nie Marc gra na kontrabasie w poniższym klipie - to :
Ray Brown wykonujący genialnie "The Man I Love"
To absolutna petarda – kontrabas brzmi jak aksamit i jednocześnie jak wielki głos. Posłuchajcie, proszę.
```````````````````````````````````````
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
.webp)