Translate

piątek, 5 lutego 2016

LUXEMBOURG. PASĄ SIĘ ZAJĄCE... --- VIII odc. . "WOJAŻE..."




      W Luksemburgu spędzamy na campingu deszczową   noc z soboty na niedzielę, ale już pod dachem. Czekamy godzinę na zwolnienie dużej sali, w której jeszcze hucznie bawią się uczestnicy jakiegoś caravaningu. 




Zauważyliśmy, że nie będziemy osamotnieni, bo część placu zajmowały  wypasione ( jak na 1981 rok), w rozmiarach zbliżone do naszego autokarowego Merca, wozy campingowe.

      Turyści wstawali od długiego zastawionego stołu i śpiewając swoje przyśpiewki, tańczyli na środku pomieszczenia. Zmęczeni podróżą z Reims we Francji do Luksemburga marzyliśmy o odpoczynku. Trzeba jeszcze rozłożyć śpiwory, przyrządzić posiłek, a oni śpiewają, tańczą i tańczą! Domyślają się, że nasza cierpliwość dobiega końca i żeby załagodzić sytuację, zapraszają nas do zabawy. My, żeby ich szybciej znużyć, śpiewamy:

 "Na zielonej łące pasły się zające.
A to była pierwsza zwrotka,
teraz będzie druga zwrotka." 

Długo te nasze zające się pasły, oj, długo...

      Podskakiwali jeszcze do kilkunastej zwrotki, próbowali śpiewać, ale nasz język nawet przy kilkunastu  szybkich powtarzaniach nie był dla nich do pokonania. Plątały im się języki, a my śpiewaliśmy coraz szbciej, coraz szybciej, coraz szybciej.
Wreszcie  padli i sala nasza!

    Opisywałam już w odcinku "Wiedeń. Półtora nieszczęścia" perypetie z moim nowiutkim materacem. Myślałam (myląc się całkowicie) przez cały czas podróży, że on dziurawy leży spokojnie  na tylnym siedzeniu autokaru.  Jakie zdziwienie mnie ogarnęło, kiedy zobaczyłam, że jedna z uczestniczek naszej wycieczki spokojnie napełnia przy pomocy pompki mój materac. Wszystkie 3 części prawidłowo wypełnione powietrzem, a ona najzwyczajniej w świecie układa się na moim osobistym materacyku do snu!
Stwierdziła, że używa go od następnego dnia po noclegu w Wiedniu, bo jej jest taki.... zużyty.

PARYŻ. KANKAN W NAMIOCIE - .VII odc, "WOJAŻE...."


         

Paryż przyjmuje nas na całe 3 dni. Lokujemy się na campingu w Lasku Bulońskim. Zwiedzamy wszystko, co godne uwagi turysty, na pierwszym miejscu oczywiście Wieżę Eiffla. Tę nie potrzeba przedstawiać jako   najbardziej rozpoznawalną budowlę na świecie. W dzień rozczarowuje mnie ogrom  żelastwa. 






       Co innego wieczorem, kiedy oświetlenie podkreśla czar wieży.

        Następnego dnia zwiedzamy  wszystkie możliwe zabytki, w tym Katedra Notre Dame oraz Bazylika św Serca na Montrmartre ,  ale też nie brakuje czasu na zakupy pamiątek.  Wieczorem wydaje  się, że wszyscy już zmęczeni śpią  . 

     Pożną nocą słychać jednak jakieś chichoty, poruszenie w sąsiednich namiotach. Rano okazuje się przed wyjazdem, że niektórzy są trochę niedospani.

     Otóż poprzedniego  wieczora, "porządne" panie w towarzystwie jednego  z kolegów po obejrzeniu zabytków sakralnych postanowiły zrównoważyć doznania i zaszaleć. Bo jak to  w swojej fraszce Jan Sztaudynger napisał: 

"By równowaga nie była zwichnięta,
Podnosząc suknię, spuszczała oczęta".



     Przecież w Lourdes otrzymały po spowiedzi odpuszczenie grzechów. Mają już nowe konto!






Taniec z Moulin Rouge by Henri de Toulouse -Lautrec
     Kobietki wraz z męską przyzwoitką wybrały się do Moulin Rouge.Oczywiście zjadły tam wykwintną kolację z szampanem, a po powrocie w namiocie próbowały pełne animuszu zatańczyć kankana.





               Od kilku dni obserwowaliśmy zaciekłą  prezydencką kampanię wyborczą we Francji.

Przejeżdżając przez niewielkie miasto Perpignan na południu Francji, w kierunku Hiszpanii, widzieliśmy plakat wyborczy konkurenta Mitteranda,  komunisty  Marchaisa. Wizerunek polityka był przekreślony na ukos , a na nim dopisany wielkimi grubymi literami komentarz:  Marchais won in Polen! Jest mi głupio, że Polskę zachód widzi jako kraj komunistów. Oczywiście system - tak,  ale przecież od roku mamy Solidarność.


               Drugi przypadek, też ustawiający nas do pionu wydarzył się  na przejściu granicznym w Pirenejach., kiedy po 10 dniach pobytu w Hiszpanii przychodziło nam przekraczać granicę do Francji. Hiszpanie nas przepuścili bezproblemowo, natomiast Francuzi kazali zawracać, nie bacząc, że i tak wymanewrować kierowcy na tym odcinku jest bardzo trudno. Powód? To nie jest przejście dla komunistów!


         Nic nie pomógł plakat z Matką Boską Częstochowską, jaką kierowca umieścił w przedniej szybie już w Lourdes. Wg Francuzów każdy Polak to komunista!  A może podpatrzy, że w zboczach gór są fortyfikacje?


             Skierowano nas  wówczas bliżej Zatoki Biskajskiej. To kosztowało  każdego członka  wycieczki dodatkowo po 8 $. Trasa nieplanowana, podróż wydłużyła się na tyle, że do Lourdes wjechaliśmy późnym wieczorem, tracąc cały dzień planowanego pobytu.

          Trzeciego dnia pobytu w Paryżu trafiamy na zaprzysiężenie Mitteranda. To on, socjalista,  wygrał wybory prezydenckie.  


           Cały szlak jego przejazdu jest udekorowany flagami. Policja w galowych strojach stoi w kilku metrowych od siebie odstępach wzdłuż trasy przejazdu.  Limuzyna odkryta. Przejazd Mitteranda odkrytą limuzyną bulwarami Paryża wyglądał jak   wjazd triumfalny.

            Zaprzysiężenie odbywa się w Pałacu Elizejskim. Przy dźwiękach Marsylianki prezydent oddaje honory fladze i przyjmuje defiladę. 


       
Honorowa eskorta gwardii towarzyszy głowie państwa, udającej się pod Łuk Triumfalny. Później odbywa się zapalenie znicza przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Na koniec Mitterand przechodzi do Panteonu i tam składa  różę na grobach przywódców socjalistycznych. Mamy szczęście, że trafiliśmy we Francji na tak nierzadki moment społeczno-polityczny.


         Mijamy armaty, z których były oddawane  salwy honorowe i udajemy się do Luwru.


     Nie będę  na łamach bloga zdawać relacji ze stopnia podniesienia mojego poziomu kulturalnego po zwiedzeniu tego przybytku., bo to jest oczywiste, że oczy i dusza zostały odpowiednio nakarmione. 

    
      Na trasie  do Reims dziewczyny  spały w autokarze jak mopsy.

SARAGOSSA, BUTLA Z UCHEM - VI odc."Wojaże..."

           
W Saragossie spędzamy bardzo mało czasu. Zwiedzamy miasto z autokaru, natomiast więcej czasu poświęcamy na bazylikę, uważaną za pierwszą na świecie świątynię Maryjną, ze względu na zachowanie w niej kolumnę ( hiszp. el pilar - kolumna, filar), na której według tradycji Maryja - żyjąc jeszcze w Jerozolimie - ukazała się w ciele apostołowi Jakubowi  2 stycznia 40 r.


W środku  sanktuarium znajduje się jaspisowa kolumna z XV-wieczną figurką Madonny z Dzieciątkiem.





 Miłą dla nas niespodzianką była suknia, w jaką  odziana była Madonna z następującą dedykacją:

        "Venimos a Ti, Virgen Maria... que te acercas a todos,abrazas a todos, y consuelas meternalmente a todos"

  w wolnym tłumaczeniu:

 "Przychodzimy do Ciebie, Maryjo Dziewico, aby  zbliżyć się do siebie, objąć wszystkich i wszystko i pocieszyć wszystkie matki".

       Według legendy (jak podaje Wikipedia) w pierwszych latach Kościoła , Jakub Apostoł próbował ewangelizować Caesaraugusta (dziś Saragossa), ale jego starania odnosiły mały efekt. Zniechęcony chciał wracać do Jerozolimy, ale objawiła mu się Matka Boża na słupie, niesionym przez aniołów i poleciła mu nie poddawać się. Powiedziała:
     "Synu, to miejsce jest przeznaczone do oddawania Mi czci. Dzięki tobie na moją pamiątkę ma tu być wzniesiony kościół. Troszcz się o tę kolumnę, na której ja jestem, ponieważ mój Syn, a twój Mistrz, nakazał aniołom, aby przynieśli ją z nieba. Przy tej kolumnie postawisz ołtarz. W tym miejscu, przez moją modlitwę i wstawiennictwo, moc Najwyższego dokonywać będzie niezwykłych znaków i cudów, szczególnie dla tych, którzy będą Mnie wzywać w swoich potrzebach. Kolumna ta będzie stać tutaj aż do skończenia świata".
Wg tradycji to ten sam słup, który znajduje się  sanktuarium.

 <><><><><><><><><>


      A teraz wolny czas dla turystów. Wyruszam na poszukiwanie dobrego hiszpańskiego wina, nie oddalając się zbyt daleko od autokaru. Bez specjalnego wysiłku znajduję sklep, w którym zatrzęsienie tego napoju. Proszę sprzedawcę o  słodkie czerwone wino, ale też sama rozglądam się po półkach, bo oprócz smaku interesuje mnie sama butelka.




Zauważam pękatą butlę z uchem z etykietą przedstawiającego Hiszpana, ubranego w stylu manieryzmu, który wygląda jak francuski muszkieter. Nie znam hiszpańskiego, nie będę szukać drobniutkich napisów, zapytam: 
         - Whether it  i a sweet wine?
odpowiada, potakując:
         -  Dulce, dulce, seniora!  Słowo dulce to jedno z niewielu słówek hiszpańskich, jakie znam. 

         Zadowolona wracam do autokaru, trzymając jedną ręką ucho butli,  drugą podtrzymując  jej dno , aby donieść wino w całości. 

        Nie trudno domyśleć się, że zaraz ruszyła pielgrzymka po słodkie wino, jeszcze w takiej butli! 

          Po ich powrocie autokar rusza  dalej. Jeden z pasażerów chowa swój pakunek pod fotel na podłodze. Na następnym postoju, ale chyba dopiero na campingu, postara się wino lepiej zabezpieczyć. 

        Kierowców mamy świetnych, bez żadnej kolizji przejechali już z nami  pół Europy. Na trasie trzeba przecież raz zwolnić, innym razem nagle przyhamować. W pewnym momencie po autokarze rozniosła się woń kwasu. Korek nie wytrzymał tego chlebotania do przodu, do tyłu i zbuntował się. Nabywcy win z ekskluzywnymi butlami spojrzeli wymownie na mnie.

      A czy ja kazałam im papugować? W Toledo też biegali moim śladem!
Przecież miało być dulce.  Przynajmniej zostanie na pamiątkę piękna butla z ekskluzywną etykietą. Przeleją sobie w nią w domu jakiegoś "J-23" a goście i tak będą podziwiać hiszpańską Sangrię :-)