
Rozdział 32: Mediolański upał i włoska awaria
Cała dotychczasowa podróż pachniała specyficznie – skajem w kabinie wielkiego, ciężkiego Jelcza, benzyną na kolejnych przejściach granicznych i mocnym tytoniem z papierosów, które zmęczeni kierowcy palili bez żadnej przerwy, rozmawiając głośno przez szumiące nieustannie CB-radio. Świat za oknem zmieniał się gwałtownie z każdym przejechanym kilometrem, a Elwira, z paszportem mocno ściśniętym w dłoni i sercem podchodzącym z ekscytacji do samego gardła, miała nieodparte wrażenie, że właśnie przekracza granicę między starym, czarno-białym filmem a pełnym soczystego koloru kinem panoramicznym.
Urokliwa miejscowość położona tuż pod Mediolanem, w której mieszkała ciotka Marta, była niezwykle cicha, spokojna i pełna soczystej zieleni. Elwira miała spędzić tam cały tydzień, a zakwaterowanie okazało się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Ciotka ugościła ją po królewsku, a jej nastoletnia, energiczna córka, Francesca, natychmiast mianowała się osobistą, oficjalną przewodniczką Elwiry po europejskiej stolicy mody i wielkiej sztuki. Ich wspólny plan na najbliższe dni był niezwykle ambitny: liczne muzea, najważniejsze zabytki, monumentalna Katedra Duomo i urokliwe, ciasne uliczki Mediolanu.
Wszystko szło wręcz idealnie aż do czwartkowego poranka. Dziewczyny wsiadły wtedy do podmiejskiego autobusu, który miał je zawieźć prosto do tętniącego życiem centrum. Pojazd szybko zapełnił się pasażerami – głośni turyści z całego świata mieszali się z lokalnymi mieszkańcami jadącymi rano do pracy, tak że już po kilku przystankach szpilki nie szło wcisnąć między stłoczonych ludzi. Elwira zajęła upragnione miejsce tuż pod oknem, a Francesca usiadła blisko obok niej. Na zewnątrz słońce już od wczesnego ranka mocno i bezwzględnie przygrzewało, więc wszyscy pasażerowie z utęsknieniem czekali, aż chłodny nawiew klimatyzacji przyniesie im ulgę. Tymczasem po kwadransie jazdy Elwira poczuła coś dziwnego.
– Francesca… – mruknęła, wiercąc się niespokojnie na twardym siedzeniu. – Czuję, jak coś strasznie, wręcz niemiłosiernie grzeje mnie w prawą łydkę.
Francesca schyliła się szybko, dotknęła dłonią metalowej rury biegnącej tuż pod fotelem i natychmiast cofnęła rękę z głośnym, bolesnym sykiem.
– Dio mio! Elwira, zamiast chłodzenia włączyło się ogrzewanie na pełną moc!
Niestety, w tej samej sekundzie okazało się, że w nabitym do granic możliwości pojeździe nie ma absolutnie dokąd uciec. Autobus był tak zatłoczony, że jakiekolwiek przejście w inne miejsce graniczyło z cudem. Powietrze wewnątrz z sekundy na sekundę stawało się gęste, lepkie i duszące. Grzało jak licho, prosto z nawiewów przypodłogowych. Elwira czuła, jak strużki potu spływają jej po plecach, a srebrny naszyjnik-anioł na jej dekolcie zrobił się od tego żaru niemal parzący.
– Elwira, spojrzyj na mnie – odezwała się nagle przerażona Francesca, patrząc na przyjaciółkę z szeroko otwartymi oczami. Ponieważ sama nie widziała swojej twarzy, nie zdawała sobie sprawy, że obie wyglądają w tym momencie dokładnie tak samo. – Masz całą podczerwoną twarz! Gorąco już ci gwałtownie uderza do głowy, zaraz tutaj zemdlejesz!
W autobusie natychmiast podniósł się ogromny szum i wściekłe głosy. Pasażerowie zaczęli głośno pokrzykiwać w stronę kierowcy. Włoch za kółkiem dwoił się i troił, nerwowo wciskał czerwone guziki na desce rozdzielczej, coś gwałtownie przełączał, ale elektronika w starym pojeździe ani myślała słuchać jego komend. Ta usterka w drodze była po prostu niemożliwa do usunięcia. Widząc, że sytuacja z minuty na minutę robi się naprawdę niebezpieczna dla zdrowia podróżnych, kierowca zjechał gwałtownie z trasy i zatrzymał się z głośnym fuknięciem hamulców pneumatycznych na najbliższej stacji paliw.
– Tutti fuori! – krzyknął donośnie, otwierając szeroko wszystkie drzwi.
Dziewczyny wybiegły z dusznego wnętrza autobusu jako jedne z pierwszych. Oszalałe z palącego gorąca poleciały prosto do klimatyzowanego, chłodnego baru na stacji. Złapały z lodówki pierwsze zimne napoje, pijąc je łapczywie, a potem Francesca dokupiła jeszcze dwie butelki lodowatej, zmrożonej herbaty.
– Masz, przyłóż sobie to szybko do policzków, bo aż parujesz! – zawołała, podając jedną z butelek Elwirze.
– No, no, signorine! Nie róbcie tego pod żadnym pozorem! – zawołała łamanym angielskim, żywiołowo gestykulując rękami. – Taki nagły, lodowaty impuls na rozgrzaną twarz może wywołać potężny szok termiczny! To jest niezwykle niebezpieczne dla waszego serca i naczyń krwionośnych. Najpierw napijcie się powoli, schłodźcie cały organizm od środka.
Elwira posłusznie opuściła butelkę, oddychając i łapiąc chłodniejsze powietrze z klimatyzatora. Przestraszyła się tym nagłym, bezwzględnym atakiem gorąca. „Spokojnie, tylko nie panikuj, damy radę” – pomyślała w duchu, gładząc delikatnie palcami srebrnego anioła spoczywającego na szyi.
W tym samym czasie na zewnątrz stacji działy się już rzeczy kluczowe. Kierowca autobusu, po kilku kolejnych nieudanych próbach resetu głównego komputera, zrezygnowany dodzwonił się wreszcie do serwisu technicznego. Przez dobre dziesięć minut mechanik przez telefon, krok po kroku, cierpliwie instruował go, w jaki sposób ręcznie zmienić ukryte mechanicznie ustawienia i całkowicie odciąć dopływ gorącego powietrza do kabiny pasażerskiej.
W końcu z wnętrza autobusu dobiegł radosny, głośny okrzyk kierowcy i triumfalny dźwięk ruszających z impetem wentylatorów. Tym razem z górnych krat buchnęło upragnione, lodowate, rześkie powietrze. Pasażerowie, już znacznie spokojniejsi, zaczęli powoli wracać na swoje stałe miejsca. Elwira, choć wciąż lekko oszołomiona tą przymusową sauną na kółkach, poczuła z ogromną ulgą, jak z każdym kolejnym kilometrem chłodu jej tętno powoli wraca do bezpiecznej normy. Do Mediolanu dojechały ostatecznie szczęśliwie, a przed wielkimi drzwiami pierwszego muzeum Elwira spojrzała na Francescę z szerokim uśmiechem:
– No, to ten nasz wielki chrzest bojowy we włoskim, szalonym stylu mamy już oficjalnie za sobą. Teraz możemy wreszcie zacząć prawdziwe zwiedzanie.
Rozdział 33: W cieniu Duomo
Gdy dziewczyny wysiadły wreszcie w tętniącym życiem centrum Mediolanu, rozległy plac przed główną świątynią dosłownie kipiał energią. W pełnym, popołudniowym słońcu potężna, marmurowa fasada słynnej Duomo di Milano lśniła niesamowitymi odcieniami bieli i subtelnego różu, a tysiące strzelistych, gotyckich wieżyczek celowało prosto w bezchmurne, włoskie niebo. Dla Elwiry, wciąż jeszcze lekko oszołomionej niedawną sauną na kółkach, ten zapierający dech w piersiach widok wydał się w pierwszej chwili wręcz nierealny.
– Chodź szybko za mną – Francesca mocno złapała ją za rękę, sprawnie i z nawykiem omijając wielkie stada gołębi oraz nagabujących tłumnie turystów ulicznych sprzedawców pamiątek. – Musisz natychmiast odpocząć w głębokim cieniu.
Gdy tylko przekroczyły potężne, ciężkie spiżowe drzwi wejściowe katedry, Elwira poczuła, jakby w jednym ułamku sekundy przekroczyła granicę dwóch zupełnie różnych światów. Ogłuszający gwar głośnego placu momentalnie i całkowicie ucichł, ustępując miejsca głębokiej, nabożnej i pełnej szacunku ciszy. Ale najważniejszy w tej chwili był chłód. Monumentalne, kamienne mury, wznoszone cierpliwie przez setki lat, skrywały w swoim wnętrzu zbawienną, rześką temperaturę, która natychmiast, niczym miękki koc, czule otuliła rozpalone do czerwoności ciało dziewczyny.
Elwira oparła się ciężko o jedną z potężnych, marmurowych kolumn podtrzymujących wysokie sklepienie i delikatnie dotknęła jej otwartą dłonią. Kamień był lodowaty i przyniósł jej tak wyczekiwaną ulgę. Dziewczyna zamknęła oczy i wzięła głęboki, spokojny, niespieszny oddech. Poczuła, jak srebrny anioł spoczywający na jej szyi, przed momentem jeszcze niemal parzący od bezlitosnego słońca, powoli stygnie na jej skórze, odzyskując swój szlachetny, naturalny chłód.
W tym ogromnym, mrocznym wnętrzu panował niezwykły, tajemniczy półmrok, rozświetlany jedynie przez gigantyczne, kilkumetrowe witraże. Słońce, które na zewnątrz tak bezlitośnie paliło pasażerów podmiejskiego autobusu, tutaj zamieniało się w feerię kolorowych, łagodnych i bezpiecznych smug światła – intensywnie czerwonych, niebieskich i czysto złotych – które malowniczo kładły się na chropowatej, kamiennej posadzce.
– Wszystko w porządku? – spytała szeptem Francesca, przyglądając się przyjaciółce z nieskrywaną troską w dużych oczach.
Paląca czerwień z twarzy Elwiry powoli ustępowała miejsca normalnemu, zdrowemu kolorytowi.
– Tak… – szepnęła cicho Elwira, patrząc z zachwytem w górę, na niesamowite, strzeliste i koronkowe sklepienie nad ich głowami. – Tutaj jest po prostu cudownie. Czuję fizycznie, jakby całe to dzisiejsze zmęczenie i strach po prostu ze mnie parowały.
Przez dobre dwadzieścia minut nie odzywały się do siebie ani słowem. Siedziały nieruchomo, chłonąc niesamowitą architekturę, specyficzny zapach wosku i ten kojący, mistyczny spokój. Kiedy Elwira w końcu wstała z ławki, jej krok był już teraz lekki, a na jej twarzy zagościł promienny, dawno niewidziany uśmiech. Była wreszcie w pełni gotowa, by otworzyć swoje pierwsze, wielkie drzwi.
Rozdział 34: Szklany salon Europy
Wystarczyło przejść zaledwie kilkadziesiąt kroków przez rozgrzany słońcem plac, by stanąć bezpośrednio przed potężnym, triumfalnym łukiem wejściowym do słynnej Galerii Wiktora Emanuela. Gdy Elwira przekroczyła jej wysoki próg, aż uniosła wysoko głowę z niemego zachwytu. Zamiast tradycyjnego, ciężkiego sufitu, nad jej głową rozciągała się gigantyczna, misterna konstrukcja wykonana z ciemnego żelaza i czystego szkła. Jasne promienie popołudniowego słońca wpadały swobodnie przez wielką, centralną kopułę, rozświetlając z ogromną siłą eleganckie pasaże, luksusowe witryny najdroższych domów mody i misternie układane, barwne mozaiki na kamiennej posadzce.
– Lokalni mieszkańcy mówią na to miejsce „salon Mediolanu” – wyjaśniła z nieskrywaną dumą Francesca, rozglądając się z uśmiechem dookoła. – Przepięknie tutaj jest, prawda?
– Wow… – szepnęła cicho Elwira, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od przezroczystego dachu. – Ta konstrukcja jest genialna. Mój tata byłby absolutnie zachwycony tym, w jak genialny sposób połączono tutaj potężne, surowe żelazo z tak kruchym i delikatnym szkłem. To jest czysta, namacalna poezja nowoczesnej inżynierii.
Dziewczyny szły niespiesznie wzdłuż eleganckich, bogato zdobionych fasad kamienic. Elwira czuła z ogromną ulgą, że po porannym, dusznym stresie w podmiejskim autobusie nie pozostał już w niej nawet najmniejszy ślad. Srebrny anioł z jasnym kamieniem spoczywający na jej szyi idealnie i zmysłowo komponował się z otaczającym ją zewsząd blichtrem oraz ponadczasowym pięknem włoskiej architektury. Od czasu do czasu łapała na sobie zaciekawione, pełne uznania spojrzenia elegancko ubranych mediolanek. W tej europejskiej stolicy stylu ludzie jak nikt inny potrafili docenić unikalną, autorską biżuterię, a artystyczny wisior Elwiry od razu magnetycznie rzucał się w oczy na tle prostej bluzki.
W samym sercu galerii, dokładnie pod główną, wielką kopułą, Francesca nagle zatrzymała się gwałtownie i chwyciła Elwirę mocno za ramię.
– Elwira, czekaj! Musimy to teraz bezwzględnie zrobić. Widzisz to wesołe zbiegowisko tam na dole?
Na samym środku posadzki, na przepięknej, starej mozaice przedstawiającej historyczny herb Turynu z wizerunkiem dumnego byka, stała spora grupka roześmianych turystów. Każdy po kolei podchodził z powagą, stawał na pięcie w jednym, konkretnym miejscu i sprawnie kręcił się wokół własnej osi.
– Co oni właściwie tam robią? – zaśmiała się szczerze Elwira.
– To jest nasza wielka, miejska tradycja! – zawołała wesoło Francesca. – Musisz podejść, stanąć prawą piętą dokładnie na byczych atrybutach i obrócić się energicznie trzy razy wokół siebie. Podobno ten prosty rytuał przynosi każdemu ogromne szczęście i daje absolutną gwarancję, że jeszcze kiedyś w życiu wrócisz do Mediolanu. Po tym naszym dzisiejszym, koszmarnym poranku z zepsutym autobusem, odrobina dodatkowego szczęścia bardzo nam się obu przyda!
Elwira początkowo mocno się wzbraniała, będąc lekko rozbawioną, ale i szczerze zawstydzoną perspektywą robienia tego na oczach tłumu, jednak Francesca za nic w świecie nie dawała za wygraną. W końcu, gdy na mozaice zwolniło się miejsce, Elwira podeszła niepewnie na sam środek. Postawiła piętę na mocno wytartym przez tysiące butów miejscu i roześmiała się tak głośno i czysto, że sama siebie w tym momencie nie poznawała. Obróciła się raz, drugi, trzeci… aż cały wielki świat wokół niej zamienił się na chwilę w wir radosnych kolorów i ludzkiego śmiechu. Stojący dookoła turyści zaczęli głośno klaskać, a Elwira zeszła z mozaiki z szerokim uśmiechem, będąc lekko oszołomioną od tego szybkiego kręcenia się w kółko.
– No, teraz los oficjalnie i bezdyskusyjnie jest po naszej stronie – ogłosiła triumfalnie Francesca. – A skoro tak, to nadeszła pora na najważniejszy, najpyszniejszy punkt dzisiejszego programu. Idziemy na prawdziwą włoską kawę i coś słodkiego do historycznej cukierni Marchesi. Zasłużyłaś na to dzisiaj jak nikt inny na świecie!
Późnym wieczorem, przed pójściem spać w przytulnym pokoju u cioci, Elwira usiadła przy oknie i zapisała w swoim małym notesiku jedno, ważne zdanie: „Dzisiaj po raz pierwszy w całym moim dorosłym życiu poczułam, że świat jest o wiele większy od mojego lęku”.
Rozdział 35: Przed obliczem Mistrza
Żadne uniwersyteckie albumy, marnej jakości reprodukcje ani najciekawsze lekcje historii sztuki nie były w stanie w pełni przygotować Elwiry na to jedno, wyjątkowe spotkanie. Gdy po przejściu przez rygorystyczne, nowoczesne śluzy powietrzne chroniące bezcenny zabytek stanęła wreszcie w surowym, dawnym refektarzu klasztoru Santa Maria delle Grazie i spojrzała na niszczejącą, spękaną ścianę z legendarną Ostatnią Wieczerzą, całe powietrze w ułamku sekundy uwięzło jej w płucach, a ona… po prostu nie potrafiła zrobić kolejnego kroku do przodu. Zamarła w bezruchu na samym środku sali, zupełnie zapominając o obecności stojącej trochę dalej Franceski oraz kilkunastu innych turystów. Wszystko dookoła niej w jednej chwili przestało istnieć.
To nie była martwa, płaska reprodukcja z akademickiego skryptu. Elwira widziała wyraźnie spękany stary tynk, bolesne miejsca, w których bezlitosny czas bezpowrotnie odebrał obrazowi fragmenty oryginalnego koloru, i właśnie dlatego z jeszcze większą, porażającą wręcz mocą czuła fizyczną obecność dłoni samego Leonarda da Vinci. Widziała niesamowitą dramaturgię gestów poszczególnych apostołów, skomplikowaną fakturę zniszczonego przez wieki muru i to niezwykłe światło, które wielki mistrz namalował ponad pięćset lat temu, a które teraz – wciąż żywe, głębokie i poruszające – dotykało jej własnych oczu.
Ukazane na ścianie postacie wyglądały jak żywe, ponieważ na ich twarzach malowały się prawdziwe, głębokie i uniwersalne ludzkie emocje. Ich gesty wydawały się tak szczere, dynamiczne i naturalne, że Elwira była w stanie bez trudu uwierzyć, że to realni ludzie z krwi i kości, uchwyceni przez artystę w ułamku sekundy po dramatycznych słowach Jezusa: „Jeden z vous mnie zdradzi”. Zdumienie, niedowierzanie, strach i bezgraniczna miłość – wszystko to pulsowało na zniszczonym murze z taką siłą, jakby czas w tym refektarzu całkowicie się zatrzymał, a jednocześnie w przedziwny sposób płynął dalej.
Elwira poczuła, jak jej własne serce zaczyna bić nowym, spokojnym i miarowym rytmie. Machinalnie uniosła dłoń do dekoltu i mocno zacisnęła palce na srebrnym aniele, którego otrzymała w prezencie od Heleny. Zimny metal naszyjnika pod wpływem jej silnych emocji znów zaczął powoli przejmować naturalne ciepło jej ciała. Pomyślała o tym, jak genialny artysta potrafił zakląć wieczne życie w niszczejący, kruchy tynk, sprawiając, że przetrwało ono całe stulecia. I pomyślała w tym samym momencie o sobie – o tym, że w jej własnej klatce piersiowej też bije teraz nowe życie, które dostało od losu drugą szansę, zupełnie nową formę, by móc trwać i cieszyć się światem dalej.
Elwira nie próbowała już niczego w myślach nazywać ani analizować. Po prostu stała nieruchomo i patrzyła, a po jej zaróżowionym policzku powoli spływała jedna, czysta łza najgłębszego wzruszenia.
Rozdział 36: Podróży ciąg dalszy
W Paryżu stopy bolały ją już niemiłosiernie od wielogodzinnego, pieszego chodzenia po twardym bruku, a rozległy Luwr wydawał się podziemnym labiryntem bez końca. Jednak najbardziej ze wszystkiego zdziwiła ją panująca tam cisza. Tysiące ludzi z całego świata przesuwało się potokiem przez kolejne, monumentalne sale, a przy sztalugach lokalnego kopisty czas nagle zaczął płynąć zupełnie innym, niespiesznym rytmem. Elwira zatrzymała się przy nim na dłuższą chwilę. Starszy malarz z nabożeństwem kopiował niewielki fragment klasycznego obrazu. Nie spieszył się nigdzie i nie zwracał najmniejszej uwagi na przepychający się obok tłum. Po prostu w pełnym skupieniu malował. I wtedy Elwira pomyślała z nagłą tęsknotą w sercu: „Chciałabym kiedyś móc tak samo siedzieć przed płótnem. Nie po to, żeby za wszelką cenę zostać sławną i bogatą. Po prostu… żeby móc do końca swoich dni obcować z czystym pięknem”.
Później stanęła bezpośrednio przed monumentalną rzeźbą Nike z Samotraki. Milczała przez długie minuty, patrząc na te potężne, marmurowe skrzydła bogini zwycięstwa. I nagle, zupełnie bezwiednie, przypomniała sobie samą siebie – bezradną, leżącą nieruchomo na szpitalnym łóżku intensywnej terapii. Kawałek dalej usiadła spokojnie na drewnianej ławce, dokładnie naprzeciwko dzieła. Niczego nie notowała w swoim szkicowniku, niczego nie rysowała. Po prostu trwała w bezruchu i chłonęła chwilę. Po chwili podszedł do niej zaniepokojony strażnik muzeum. Pomyślał, że młoda dziewczyna nagle zasłabła od muzealnego zaduchu, więc spytał z troską po francusku:
— Wszystko w porządku? Czy dobrze się pani czuje?
Elwira uniosła głowę i odpowiedziała mu z łagodnym uśmiechem:
— Tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku… Ja tylko usilnie próbuję zapamiętać ten wyjątkowy kolor.
A potem nadszedł ten niezapomniany, oszałamiający moment, gdy po przejściu setek metrów pałacowych galerii, pośród wielojęzycznego, głośnego szumu turystów, stanęła wreszcie przed małym, niepozornym obrazem ukrytym za grubą, pancerną szybą. Mona Lisa patrzyła na nią z góry tym swoim nieuchwytnym, niezwykle mądrym i tajemniczym uśmiechem, a Elwira poczuła, jak po plecach przebiega jej nagły, lodowaty dreszcz. Była tam. Naprawdę, fizycznie tam była i żyła.
Do słonecznego Madrytu Elwira dotarła dokładnie piętnastego maja, akurat w huczny Dzień świętego Izydora, patrona miasta. To jedno z najbardziej znanych i celebrowanych świąt w całej Hiszpanii, z okazji którego organizowana jest potężna, barwna procesja. Według dawnych podań, żona Izydora ciężko pracowała każdego dnia w polu, orząc surową rolę, a on w tym samym czasie żarliwie modlił się, klęcząc w głębokich bruzdach ziemi. Obydwoje ostatecznie zostali ogłoszeni świętymi. „Okazuje się, że bardzo różnymi, czasem przedziwnymi drogami dochodzi się w życiu do świętości” – pomyślała z uśmiechem dziewczyna.
Kolejną turystyczną atrakcją, na którą namawiali ją nowi znajomi, była słynna Feria Taurina organizowana na Plaza de Las Ventas, czyli tradycyjna walka byków. Nie, na taką imprezę nikt Elwiry za żadne skarby świata by nie namówił, nawet gdyby dawali bilety zupełnie za darmo! Przecież to była rzeź, najzwyklejsza, krwawa rzeź żywego stworzenia. Odmawiając stanowczo tej wątpliwej okazji, miała zapewne na twarzy dokładnie taką samą minę, jaką Diego Velázquez uwiecznił na słynnym portrecie surowej matki przełożonej Jeronimy de la Fuente.
Elwira pomyślała z rozbawieniem, czy starczy jej jutro odwagi, by spojrzeć w oczy tej dumnej kobiecie z płótna, bo przecież ten niezwykły obraz wystawiony jest w madryckim muzeum Prado, do którego wybierała się z samego rana.
A teraz, kiedy wreszcie trochę odsapnie po wyczerpującej podróży pociągiem, pójdzie obejrzeć prawdziwe, hiszpańskie flamenco tańczone pod gołym niebem lub w głębi klimatycznej, madryckiej piwnicy. Przecież nie na próżno taszczyła z takim uporem przez całą Europę tę ciężką, hiszpańską suknię z wieloma falbanami. Tylko jakie właściwie emocje będzie chciała wyrazić Elwira w tym dumnym tańcu? Chyba już nie ten bolesny smutek i strach, który ciągnął się za nią nieubłaganie od czasów chorowitego dzieciństwa. Ale czy była to już bezgraniczna, czysta radość? Też chyba jeszcze nie do końca. Ale na walkę tych wszystkich przeciwstawnych, potężnych emocji idealne miejsce jest właśnie w hiszpańskim tańcu.
Powietrze w ciasnej, madryckiej piwnicy pachniało specyficznie – kurzem, rozlanym obficie tanim winem i rozgrzanym od reflektorów drewnem scenerii. Było duszno. Pojedyncza kropla potu powoli, milimetr po milimetrze spłynęła Elwirze wzdłuż kręgosłupa, przyjemnie chłodząc skórę pod grubym, ciężkim materiałem sukni – tej samej, którą tak uparcie woziła w swojej podróżnej walizce przez pół kontynentu. Siedzący na podwyższeniu mężczyzna z gitarą oparł stabilnie stopę o niski, drewniany stołek. Przejechał pewnym ruchem kciuka po napiętych strunach, a suchy, ostry akord w ułamku sekundy przeciął gwar kawiarnianych rozmów. Wokół zapadła absolutna cisza.
Elwira weszła zdecydowanym krokiem na sam środek sceny. Podeszwa jej buta dotknęła surowych desek. Palce rąk zacisnęły się tak mocno, aż zbielały jej kłykcie. W tym samym momencie znajomy, bolesny ucisk z przeszłości na moment ścisnął jej klatkę piersiową. „Przecież moje serce…” – pomyślała z nagłym lękiem. Zamknęła mocno oczy i przez jedną, krótką chwilę znów zobaczyła przed sobą oślepiającą, lodowatą biel sali operacyjnej, usłyszała monotonny pisk aparatury medycznej i poczuła ostry zapach szpitalnego środka do dezynfekcji.
Odetchnęła. Raz. Jeszcze raz. Ciepłe powietrze w pełni wypełniło jej płuca, a nowe serce odpowiedziało na to spokojnym, miarowym i zdrowym rytmem. Podłoga pod stopami nie ustąpiła ani o milimetr. Dziewczyna nie cofnęła nogi. Uniosła dumnie ręce wysoko nad głowę, a ciężki materiał sukni zaszeleścił zmysłowo. Nie przyszła tutaj, do tego świata, by cokolwiek mu zabierać.
Tup.
Ciężki obcas z impetem uderzył w drewniane deski podłogi. Głośny, czysty dźwięk potężnym echem odbił się od ceglanych ścian piwnicy. Na najbliższym stoliku barowym wyraźnie zadrżał szklany kieliszek. Ta potężna wibracja błyskawicznie przebiegła przez jej stopę, przez łydki, przez biodra i dotarła prosto do klatki piersiowej. Elwira drgnęła na całym ciele i uśmiechnęła się najpiękniej jak potrafiła. Mogła to zrobić. Naprawdę mogła!
Gitarzysta natychmiast odpowiedział jej ostrym, rwącym i szalonym akordem. Jeszcze jeden dynamiczny krok. Szybki obrót wokół własnej osi sprawił, że szerokie falbany sukni rozlały się wokół jej nóg ciemnoczerwonym, płonącym kręgiem. Kolejny, głośny tupot obcasa. I jeszcze jeden. Szybciej. Coraz pewniej, coraz odważniej!
I cisza… gitara całkowicie umilkła.
Dokładnie w pół taktu. Elwira zamarła w absolutnym bezruchu, niczym rzeźba. Jedna ręka uniesiona wysoko nad głową, druga wyciągnięta dumnie prosto przed siebie.
Gwałtowny oddech wysoko unosił jej pierś. W panującej wokół, ogłuszającej ciszy słyszała teraz wyraźnie tylko jedno – rytmiczne bicie własnego serca. Nie musiała już nigdy więcej pytać go o pozwolenie na życie. Biło silnie, zdrowo, a ona trwała razem z nim. Niczego więcej od tego świata nie brała. W tym jednym, dumnym, nieruchomym geście na środku madryckiej piwnicy oddawała mu po prostu całą siebie.
~~~~~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj