Translate

niedziela, 17 stycznia 2016

ZAGROŻONY OBÓZ WĘDROWNY

      Wychowywałam się w rodzinie z zasadami w tzw. „dobrym domu”. Oczywiście mam na myśli zasady kulturowe, bo jeśli chodzi o religijne, to te od pokoleń niezmienne - w duchu katolickim.
U schyłku lat 50-tych do Polski zaczęły napływać różne zachodnie, wg tradycjonalistów, demoralizujące nurty kulturowe.
    W moim domu nie było adaptera, wobec czego i płyt gramofonowych również. Zachodnia muzyka rockowa jednak dobijała się z zewnątrz drzwiami i oknami. Wystarczyło posłuchać Radia Luxemburg.
Jestem muzykalna. Od 10-ego roku życia zaczęłam muzykować na instrumentach strunowych ( mandolina, skrzypce,   gitara klasyczna, gitara solowa elektryczna). Nie odczuwałam wtedy braku płyt, bo nie zdawałam sobie, co traciłam.
    Ulica też zaczynała być kolorowa. Moda bikiniarska , wg  moich rodziców, była wprost wyzywająca !  
Wyzwolone panny nosiły czarne obcisłe bluzki   z głębokim    dekoltem   ( dziś nazwałabym je  podkoszulką z rękawem ¾, z głębszym dekoltem), szerokie spódnice lub obcisłe ( helankowe ,tzn. elastyczne) spodnie z gumką pod stopą. Niemożliwe byłoby obnażać, wg zasad domowych, nóg w obcisłych spodniach po pas, pokazując nieskromnie swoje kształty.
Nic z tych ubiorów  nie miałam, a co więcej, nie mogłam o takim marzeniu nawet wspomnieć rodzicom. Słyszałam niejednokroć ich komentarze o osobach ubierających się w ten sposób.

     Fryzury też bikiniarki miały „wyzywające”, jak na tamte czasy.



     Bo któż to uznałby, że grzywka i koński ogon to odpowiednia fryzura dla dobrze ułożonego dziewczęcia! Przecież koński ogon kojarzył się z inną częścią ciała niż szlachetna głowa!
Natura obdarzyła mnie cieniutkimi włoskami. Moja starsza siostra miała czarny warkocz, ale o splotach na mojej głowie mogłam  tylko pomarzyć.
        No i zamarzyła mi się , o zgrozo, grzywka!
   Po kryjomu wycięłam sobie cieniutką jak mgiełka warstewkę jedwabistych włosków i już jako przeszczęśliwa szóstoklasistka powędrowałam do szkoły. Tam brałam udział w jakimś szkolnym koncercie , gdzie akompaniowałam innej uczennicy na mandolinie do śpiewanej przez nią piosenki.  Utwór ten był zbudowany ze zwrotek i refrenu śpiewanego po 2 razy.



    W czasie występu doszło do nieporozumienia, ponieważ ja konsekwentnie grałam refren dwukrotnie, a dziewczę śpiewające koniecznie śpieszyło do następnej zwrotki, nie chcąc powtarzać refrenu. W tym starciu ja wygrałam dosłownie i w przenośni. W nagrodę za „całokształt „( bo grałam w zespole muzycznym  już 5 lat – jako „podpora zespołu”- tak mnie nazywał nauczyciel prowadzący kółko muzyczne) po tym występie zostałam uhonorowana możliwością darmowego uczestnictwa  w szkolnym tygodniowym obozie wędrownym od Szczecina do Gdańska. Nie posiadałam się z radości! Nigdy nie byłam nad morzem. Ogromna i niespodziewana radość trwała krótko.



    Wróciłam do domu, tata zauważył moją grzywkę. Nie wiem, jak można ją było dostrzec, przecież to była cieniutka warstewka !
Zostałam ukarana! Nie mogłam skorzystać z oferty wyjazdu na obóz wędrowny. Rozpacz i zażenowanie. Jak  miałam przekazać taką decyzję w szkole i podać przyczynę.    Pertraktacje odbywały się na najwyższym szczeblu. Sam kierownik upraszał mojego rodziciela o łagodność i umorzenie niewspółmiernej do czynu kary. A był to silny, postawny mężczyzna, który we wszystkich uczniach wywoływał respekt, a nawet bojaźń. Mój tata miał niezłomny charakter, więc nie wiem, jakich argumentów użył pedagog, aby zmiękczyć serce , skądinąd, mojego ukochanego Ojczulka.  W efekcie nie próbowałam już innowacji z fryzurą,  a w nagrodę pojechałam na obóz. Kierownik szkoły okazał się nawet miłym człowiekiem. Jak to czasem pozory mylą!

A co pamiętam z obozu?
Niewiele.

Jesteśmy w Szczecinie

1. W Szczecinie zaskoczyły mnie mokre jezdnie. Myślałam, że to poranny deszcz, chociaż jadąc pociągiem nie widziałam opadów za oknem. Cóż za zdziwienie , to polewaczka ! W moim miasteczku, jeśli była jakaś gospodarka komunalna, to na pewno nie było takiego pojazdu!

2. Noclegi w Szczecinie w hotelu z piętrowymi łóżkami. Pode mną spała bardzo głośno chrapiąca Danusia. Znalazłyśmy na nią sposób. Z chleba toczyłyśmy małe kuleczki  i zaczopowałyśmy  jej dziurki w nosie. Efektu nie będę już wspominać.

3.W Łebie w hotelu ukradli mi jakąś część garderoby, ale służba hotelowa wyparła się.

4. W Gdyni w barze podano nam zupę szczawiową z jajkiem. Ja miałam o jeden dodatek więcej – dorodnego robaka. Od tej pory czuję pewną rezerwę do tej zupy.

5. W Kamiennym Potoku usiadłam z koleżanką w otwartym oknie na parapecie w hotelu i zaczęłyśmy rzewnie śpiewać na 2 głosy „Wołga, Wołga, ruska rzeka” oraz „Suliko” . Jakie wielkie zaskoczenie nas spotkało, kiedy na dziedziniec wyskoczył mężczyzna i głośno zaprotestował. Nie chciał słuchać naszych pieśni. A takie to piękne melodie, a w dodatku z wtórującym 2 głosem rozdzierają z tęsknoty serca. Niestety ,  dopiero po kilku latach  dowiedziałam się, że to ulubione pieśni Stalina, a szczególnie  „Suliko”.
Była to lekcja patriotyzmu.