Translate

czwartek, 23 kwietnia 2026

WIOSENNA WYOBRAŹNIA NA PEŁNYCH OBROTACH

   Dzisiaj jechałam na wizytę okulistyczną. Zawsze to dla mnie mały stres, więc żeby go rozładować, budowałam sobie w głowie historyjki.

   Przejeżdżając przez zatłoczone ulice, patrzyłam na ludzi, którzy naprawdę poczuli wiosnę – młodzi w krótkich rękawkach, uśmiechnięci, beztroscy. Ja w aucie oczywiście bez kurtki, ale na te kilka metrów między parkingiem a kliniką zabezpieczyłam się „odpowiednim pokryciem”. Bo ostrożność przede wszystkim.

   I nagle widzę: idzie młody chłopak, niedużego wzrostu, z pokrowcem instrumentu na plecach. Wygląda zupełnie normalnie. Cool. Artysta w drodze na próbę.

  A moja wyobraźnia od razu dostaje skrzydeł…Widzę siebie – kobietę w podeszłym wieku – jak dźwigam na plecach pokrowiec ze skrzypcami. Albo, nie daj Boże, sztalugi z podobraziem.

  I od razu słyszę w głowie komentarz tego chłopaka:
„Oho, dokąd ta babina się wybiera? Chyba na mszę pogrzebową swojej rówieśniczki… zagra ‘Adagio’ Samuela Barbera. Albo jeszcze lepiej – Albinoniego na smyczki. Klasyka.”

   A gdyby tak sztalugi?
To już byłby prawdziwy wysiłek.
„Patrzcie, babcia ciągnie ciężar ponad swoje siły. Zaraz ktoś jej pomoże, myśląc, że to jakaś heroiczna akcja. Albo uzna, że idzie na zajęcia ‘Kredkami do nieba’ w Domu Kultury dla seniorów. Bo w pełni sprawnym w tym wieku to już raczej na 100% nie można być…”

   Na szczęście budynek kliniki pojawił się na horyzoncie.
Szybko przywołałam wyobraźnię do porządku:
„Ostrożnie, ostrożnie… zaraz mnie podłączą do Holtera cisnieniowego, a ja tu ciśnienie winduję własną głupotą!”

  Moral dzisiejszego poranka? 
Młody z instrumentem na plecach = artysta.
Stara z tym samym = albo idzie grać na pogrzebie, albo malować kredkami do nieba.

   Średnia jest bezlitosna.

   A ja?
Ja tylko uśmiecham się pod nosem i obiecuję sobie: następnym razem biorę tylko torebkę.
I może jeszcze jeden lekki szal.

Chyba już zamknę laptopa, przeciez seniorka nie może sie przepracowywać, a Toffi wzywa na spacer.



<><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy. tutaj

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
A teraz niespodzianka - mój dotąd anonimowy blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki - wypuszczam z małego akwenu na wody oceanu. Oto on - "WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję" link tutaj

UWAGA... UWAGA... DO PORTU PRZYBYŁ BATORY!

Żródło: Pinterest

   Co roku, gdy „Batory” cumował w Gdańsku, na brzegu stała stęskniona rodzina, a jako pierwsi na polską ziemię schodzili nie marynarze, tylko marynarscy handlowcy – z walizami wypchanymi skarbami z zamorskich krain.

   W naszym mazowieckim domu zaczynał się wtedy istny karnawał szczęścia.

  Pewna znajoma pani z Gdańska – żona i matka marynarzy – przyjeżdżała do nas niczym dobra wróżka i otwierała swój magiczny bagaż. Najpierw kusiła mamę kawą i czekoladą. Potem rzucała okiem na mnie i moją starszą siostrę (prawie bliźniaczki), puszczała dyskretne oczko i wyciągała suknie oraz sztuczne futerka (oceloty i inne „egzotyczne bestie”). Mama, znając potrzeby młodych panienek, kupiła nam dwa identyczne futerka.
Było to w środku lata.

   To był jedyny rok w moim życiu, kiedy nie mogłam się doczekać zimy. Chodziłam po domu i marzyłam o mrozie jak prawdziwa pingwinica w ciąży.

  Dla mnie los przeznaczył sukienkę w kolorze khaki –  bardzo „na teraz”, na przełom wiosny i lata. Jako estetka z sukcesami w konkursach plastycznych widziałam ten kolor wyłącznie w duecie z lśniącym kasztanem. 

Te wszystkie "graficzne rudzielce"
to symbol mojej "skromnej" osoby
z tamtych czasów
Żródło: Pinterest

A ja byłam blondynką. Konflikt światopoglądowy na miarę wielkiej schizmy.

  No to kupiłam sobie farbę do włosów. Nazywała się dumnie "Zauberton" . Pamiętam tę "zgagę" trudną do wyleczenia, aż do dziś.

  Domowym sposobem, w warunkach polowych, zrobiłam z siebie rudzielca pierwszej wody.

  Następnego dnia miałam występ chóru, którym dyrygowałam. Stanęłam tyłem do sali, padła niema komenda do chórzystów: "Uwaga..."

Żródło:Pinterest

 i ..... zaczęłam wymachiwać rękami jak dyrygent na dopalaczach. Spóźnialscy musieli pomyśleć, że do szkoły przybyła nowa nauczycielka – ruda, energiczna i najwyraźniej lekko stuknięta.

Żródło: Pinterest

  Śpiewaliśmy „Oj, nasi jadą!” (a capella). W jakim tempie to szło – Bóg raczy wiedzieć, ale inspektor oświaty (kiedyś mój nauczyciel z Liceum Pedagogicznego i absolwent AWF) stwierdził później z szerokim uśmiechem:

Żródło: Pinterest

„Tempo było iście zawadiackie. Przy takim tempie ja bym nogi połamał w tańcu!”. Poniżej ta piosenka w wykonaniu chórów połączonych, jakie wyszukałam na YouTube, ale ja opracowałam dla swojego chóru wersję hardobertasa 😂. Niestety nagrań wówczas nie robiono.

tutaj
YouTube - Oj,  nasi jadą - Chór Mieszany LOGOS


 Miałam szczere koleżanki ( o szczerości pisałam tutaj ). Jedna z nich, czująca luzik na całego zaśmiewała się do rozpuku z moich rudych wlosów. Ja udawałam , że też mnie to bawi, ale...

Żródło: Pinterest

Rudość na prawdę szybko mi się przejadła (przyjaźń z koleżanką... też).

Żródło: Pinterest

   Ileż można chodzić w zieleniach, by współgrały z kolorem fryzury, kiedy z głowy od urodzenia wychodzą słoneczne promienie?

  Powrót do koloru blond okazał się prawdziwą epopeją. Po pierwszej wizycie u fryzjera mój kolor nazywał się oficjalnie wściekły orange. Szkoda, że nie były wtedy ferie zimowe – przynajmniej czapka by uratowała resztki godności.

  Przeszłam przez wszystkie fazy przejścia kolorystycznego ku ogromnej radości uczniów i całej rady pedagogicznej, którzy mieli darmowe widowisko przez kilka miesięcy.

  Na szczęście po tylu wizytach u fryzjera w krótkich odstępach czasu… nie zostałam łysa jak kolano!
Bo wiecie… śniło mi się kiedyś, że dyryguje mną orkiestra dziesięciu rąk z dziesięcioma parami nożyczek. Obudziłam się wtedy z głową gładką jak kolano i tylko peruka lalek leżała obok i smutno się śmiała. tutaj

  Na szczęście tym razem obyło się bez symfonii nożyczek.
Tylko moje włosy odbyły pełną, kolorową wycieczkę krajoznawczą po całym spektroskopie.

  Uczyłam w tej szkole tylko rok (obowiązkowy staż po studium muzycznym), ale jestem pewna, że zapamiętali mnie tam na bardzo, bardzo długo. 
Może taką...?
Żródło: Pinterest
   
Po tylu latach, jeśli nie myślą, że już dawno ten padół łez opuściłam, to mogą sobie mnie tak wyobrażać:

Żródło: Pinterest

    Ale wciąż w zieleni i rudościach.

  A gwoli wyjaśnienia – nie uciekłam stamtąd z podwiniętym ogonem.

   Odeszłam, bo rozpoczęłam  studia na SGH (wtedy jeszcze Szkoła Główna Planowania i Statystyki) i resztę zawodowego życia poświęciłam ekonomice pracy i polityce społecznej. A nieskromnie dodam... ten obertas oraz inne utwory konkursowe pozwoliły mi utrzymać I miejsce wśród chórów szkolnych w tamtym okręgu.

  I właściwie, gdyby nie powaga zawodu, to po ogłoszeniu wyników tego konkursu powinnam swoją radość okazać , jak ta dziewczyna ( która, jak wyżej wspomniałam jest symbolem mojej osoby z tamtych czasów) -
poniżej

Żródło: Pinterest zarej. w YouTube
   
A sukienkę khaki… w końcu ją nosiłam.
Tylko włosy musiały najpierw przejść przez cały kolorowy rollercoaster.

<><><><><><><>

⚓ Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy. tutaj

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
A teraz niespodzianka - mój dotąd anonimowy blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki - wypuszczam z małego akwenu na wody oceanu. Oto on - "WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję" link tutaj