![]() |
| „Eksperyment zakończony sukcesem częściowym — ołówek odzyskany, gumka nie.” ( obraz AI) |
Niektóre sytuacje w życiu lubią się powtarzać. Czasem po roku, czasem po dwóch, a czasem potrzebują dziesięciu lat, żeby człowiek zdążył o nich zapomnieć.
Ja nie zapomniałam.
W 2016 roku napisałam felietonik pod tytułem „Dziękuję, poleżę sobie”. Powstał po moim spotkaniu ze schodami, z którego to spotkania schody wyszły zdecydowanie zwycięsko.
Kiedy pewien szarmancki pan chciał mnie natychmiast podnosić, odpowiedziałam:
- Dziękuję, poleżę sobie.
Nie był to przejaw ekstrawagancji. Ja po prostu po upadku mam własną procedurę.
Najpierw leżę. Potem sprawdzam, czy żyję. Następnie ustalam, czy wszystkie części Teresy nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie producent je zamontował. Dopiero później można przystąpić do pionizacji.
Minęło dziesięć lat.
I oto życie postanowiło sprawdzić, czy procedura nadal obowiązuje.
Dzień zaczął się niewinnie, choć pewne sygnały ostrzegawcze pojawiły się wcześniej.
Mój wnuk, szóstoklasista, zadzwonił do mamy niemal płaczliwym głosem:
- Mama, przyjdź, bo dłubałem sobie w uchu ołówkiem zakończonym gumką…
Już samo to zdanie powinno spowodować ogłoszenie alarmu rodzinnego. Ołówek z ucha wyszedł. Gumka postanowiła zostać.
Córka, która pracuje w liceum w budynku obok szkoły swojego syna, ruszyła na ratunek. Zadzwoniła też do mojego męża:
- Tatusiu, przyjedź. Możliwe, że trzeba będzie jechać z Kubą do laryngologa .
Dziadek wystartował. Do pokonania miał około pięciuset metrów. Nie zdążył. Zanim dotarł, operacja „Gumka” została zakończona sukcesem. Córka poradziła sobie sama.
Po powrocie z pracy córka poszła spać. Trudno się dziwić. Człowiek może pracować jako pedagog wspomagający uczniów z różnymi problemami, ale niekoniecznie jest przygotowany na ucznia, który postanawia przechowywać przybory szkolne we własnym uchu.
Kiedy nadeszła pora obiadu, postanowiłam córce ulżyć. Miałam krem brokułowy. Córka smażyła naleśniki z jabłkami. Pomyślałam więc, że zaniosę im zupę.
I tu zaczyna się druga część rodzinnego programu edukacyjnego pod tytułem:
„Czego dzisiaj nie należy robić”.
Zaniosłam na piętro gorącą zupę w garnku. Garnek odstawiłam bezpiecznie na gorącą płytę elektryczną. I całe szczęście. Bo kiedy się odwróciłam, nogi najwyraźniej podjęły decyzję bez konsultacji z właścicielką.
Nie runęłam.
„Runęłam” brzmi zbyt dramatycznie. Ja wykonałam coś w rodzaju kontrolowanego, choć zupełnie nieplanowanego ślizgu po podłodze, zakończonego pozycją horyzontalną. Bolesną. Na szczęście bez garnka.
Leżałam więc sobie na boku i przeprowadzałam znaną od dziesięciu lat procedurę diagnostyczną.
Żyję?
Żyję.
Ręce są?
Są.
Nogi?
Też, choć jedna zgłasza reklamację.
Natychmiast zareagowała wystraszona córka:
- Mamusiu, podniosę cię!
I nagle, mimo bolącej nogi, zachciało mi się śmiać. Przecież ja tę scenę już znam!
- Nie. Dziękuję. Poleżę sobie.
Tym razem córka, o dziwo, uszanowała procedurę.
Po chwili, posługując się sprawniejszą stroną własnej osoby, doczołgałam się do fotela. Tam skończyła się autonomia poszkodowanej. Córka mnie do niego wciągnęła.
Teraz jestem już na parterze, noga boli, rodzina nakarmiona, gumka została wydobyta z ucha, krem brokułowy nikogo nie poparzył.
Nie wiem, czy gumka w uchu była winna czy zbyt śliska podłoga.
Później powiedziałam o wszystkim drugiej córce mieszkającej oddzielnie. Dzwoniła pytając, jak mija dzień. Po upewnieniu się, że jestem w całości, i to pod humorem, zapytała:
- Mamusiu, a podniosłaś przy okazji coś z podłogi?
- Nie. Nie było czego. Świeżo umyta, porządeczek.
- No dobrze... okoliczności łagodzące. 😂😂😂 Bo podobno starszy człowiek, kiedy już upadnie, najpierw sprawdza, czy wszystko ma całe, a potem rozgląda się dookoła: „Skoro już tu jestem, to może przy okazji coś podniosę”.
No proszę... Człowiek całe życie uczy się gospodarności...
Moje córki od dziewiętnastego roku życia sprowadziły się do Poznania na studia i najwyraźniej zdążyły już przesiąknąć wielkopolską gospodarnością.
Bilans dnia można więc uznać za dodatni. Tylko papugi ćwierkają jak oszalałe.
I kiedy tak siedzę ze słuchawkami na uszach (ach ten świergot - nie do wytrzymania), myślę sobie, że przez dziesięć lat człowiek może naprawdę bardzo się zmienić. Może napisać setki tekstów. Może przeżyć mnóstwo nowych rzeczy. Może nawet napisać książki. Ale są wartości niezmienne. Na przykład ta, że kiedy już człowiek porządnie znajdzie się na podłodze, nie należy go natychmiast podnosić. Najpierw trzeba mu pozwolić spokojnie sprawdzić, czy nadal jest sobą.
A potem?
Dziękuję. Jeszcze chwilę poleżę sobie. 🤣❤️
~~~~~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
