Kiedy człowiek zaczyna mieszać gatunki literackie w blogowaniu – a czasem i w tym wyższym „pisarstwie” – w końcu może poczuć w życiu lekki miszmasz. I dobrze mieć tego świadomość! Choć z drugiej strony... nawet największy absurd ma zazwyczaj swoje korzenie w czystym fakcie. Jako ludzie chcemy mieć wpływ na bieg wydarzeń, a jeśli realnie nie możemy nic zrobić, od czego mamy wyobraźnię? Dopóki nikogo nią nie krzywdzimy i nie zmieniamy porządku norm, możemy tworzyć całe światy.
Tak właśnie powstała moja absurdalna historia o Pani Muszyńskiej.
Dla jasności: nie wymyśliłam jej w stu procentach od nowa. Fakt był taki, że prawdziwa mucha wpadła mi kiedyś do lodówki. Przysięgam na wszystko – nie zamknęłam jej tam celowo! Spędziła tam może z trzy sekundy (słownie: sekundy trzy), po czym natychmiast ją wyprosiłam. I tak narodziła się seria opowieści. Część z nich gości już na stronie „Wierszyki sercem pisane”, część kurzy się w moim notatniku, a wyrywkowe, luźne „myśli” Pani Muszyńskiej czekają na swoją kolej w szufladzie.
Śladami prababci, czyli z Muszyny do Mielna
Jak ta fikcja miesza się w głowie? Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nie zna opublikowanych odcinków. W skrócie: mucha, zwana Panią Muszyńską rodem z Muszyny, zamieszkała z nami na stałe po owym „incydencie lodówkowym”. Twierdzi ona uparcie, że jest potomkiem TEJ słynnej muchy z lat 70., która w Muszynie przysiadła na bocznej szybie naszego rodzinnego Malucha i przejechała z nami, pobożnie trzepocząc skrzydełkami, pół trasy, gdy wracaliśmy z malutkimi córeczkami z wczasów. Dopiero na ostrym zakręcie wiatr oderwał ją od szyby i wpadła prosto pod Chłopską Chatę, ku wielkiej rozpaczy dzieci.
Od tamtego czasu na wszystkie muchy patrzymy już zupełnie innym okiem.
Nasza współczesna Pani Muszyńska poczuła zew wielkiego świata. W jednym z odcinków bezczelnie zaprosiła nawet swoich krewnych zwiedzających akurat Poznań do odwiedzenia naszego lokum. Zaprotestowałam kategorycznie!
Gdy kilka dni temu ruszaliśmy do Mielna, pogoda okazała się fatalna – wichury, deszcz, grad i niemal burza piaskowa. A Pani Muszyńska? A jakże, zabrała się z nami! Ale tym razem jak prawdziwe panisko – rozsiadła się na tylnym siedzeniu tuż obok naszej Toffi. Nad morzem koniecznie chciała pójść na plażę. Gdy jednak uświadomiłam jej, że nadmorski wiatr porwie ją i zanim zdąży rozwinąć skrzydła, wyląduje gdzieś w Berlinie... zrezygnowała. Narzekała, że wolałaby wiatr w kierunku rodzinnej Muszyny, ale z żywiołem nie pogadasz – aż gardło zatyka.
Dąsała się potwornie, dopóki nie złożyłam jej uroczystej obietnicy: „Następnym razem przywiozę cię tu w solniczce z dziurkowanym wieczkiem! Będziesz wszystko widzieć, oddychać morskim powietrzem i żaden wiatr cię nie porwie”.
Pani Muszyńska tylko fuknęła:
– Nie trzeba było tak od razu?!
Wielki powrót i... porodówka w salonie?
I teraz posłuchajcie, co wydarzyło się wczoraj.
Wracamy umęczeni do domu, wchodzimy do salonu, a na drzwiach tarasowych od wewnątrz – w dolnej partii szyby – wita nas chmara much! Nie jedna, nie dwie... na oko z dziesięć sztuk! Wszystkie jakieś takie niemrawe, ledwo żywe.
Nic dziwnego. Przed wyjazdem wymyłam kosze na glanc, szafki wyczyszczone, ani jednego okruszka, z kranu kropla nie kapnie. Pustynia i głód. Jak myślicie, jaka była moja pierwsza myśl?
Czy pomyślałam racjonalnie, że to pewnie nasz wnuczek pod naszą nieobecność wychodził na taras i dał szansę miejscowej faunie na zwiedzanie pokoi? Albo że przed naszym wyjazdem jedna mucha – „przyszła mama” – zrobiła sobie z naszego salonu luksusową porodówkę?
Skądże znowu! We mnie od razu odezwała się rasowa blogerka: Aha! Pani Muszyńska nieopatrznie wygadała się w Poznaniu, że jedzie nad morze w cywilizowanych warunkach. Grupa zazdrosnych krewniaków zamiast wsiąść w pociąg powrotny do Muszyny, postanowiła poczekać, aż wyjedziemy. Stwierdzili: „Chata wolna, robimy melanż!”. Tylko, biedacy, nie przewidzieli, że u Teresy nie ma darmowego wyżywienia... I tak oto padali z głodu.
Z wyproszeniem gości nie było kłopotu. Nie opierali się, sił nie mieli. Otworzyłam drzwi, machnęłam ręką w odpowiednim kierunku i potulnie opuścili salon. Przynajmniej na tarasie złapali trochę świeżego powietrza przed dalszą podróżą.
A czy zostali zupełnie o głodzie? No nie. Mój zięć zapomniał wystawić kosz na śmieci przed dom (nie miał tego w zwyczaju, zawsze robi to mój mąż, a nie zostawiliśmy rozpiski wywozu). Na dnie kosza zostało odrobinę drobiazgów – dla krewnych Pani Muszyńskiej to i tak był aż nadto wystawny bankiet!
Sesja zdjęciowa „na żywo”
Gdy wpadła mi w ręce pieprzniczka (wiem, miała być solniczka, ale dla muchy to przecież żadna różnica!), od razu przed oczami stanęła mi Pani Muszyńska. Na potrzeby przyszłego odcinka postanowiłam bezczelnie wykorzystać jedną z tych wczorajszych, niemrawych maruderów.
Złapałam za aparat i zrobiłam kilka szybkich fotek. No bo powiedzcie sami – gdzie ja bym później znalazła tak idealnie pozującą, spokojną muchę na żywo?