Siedzę na tarasie i uprawiam dyplomację z gwiazdą centralną naszego układu. Słońce, niczym nachalny wielbiciel, próbuje się wcisnąć przez ażurowe otwory w ściance, byle tylko „skubnąć” kawałek mojego ramienia. „Dziękuję, wystarczy!” – rzucam stanowczo, chowając się w cieniu jak wampir przed lustracją.
Czas na rachunek sumienia: czy ten krem z filtrem SPF 50 to była rzetelna tarcza, czy tylko pobożne życzenie? Bo w mojej głowie od razu odpala się kronika filmowa pt. „Walencja ’80: Inwazja Bladoskórych”.
Wyobraźcie sobie ten widok: początek lat osiemdziesiątych, maj, Hiszpania. Miejscowi elegancko opatuleni w sweterki i kurteczki, bo przecież „zimno” (według nich 20 stopni to mróz). I nagle wjeżdża on – polski autokar, a z niego wysypuje się desant spragniony witaminy D. Plaża pusta, czysty drobny piasek, tylko kaktusy przy wejściu kwitną, jakby chciały nas ostrzec: „Ludzie, my tu mamy kolce, ale słońce ma gorsze!”. Przypominam: lata osiemdziesiąte - nie ma żadnych słomianych parasoli na plażach.
Przewodnik, człowiek o optymizmie godnym kamikadze, daje nam 30 minut. Pół godziny? Dla Polaka na zagranicznej placówce to zaledwie czas na strategiczne rozmieszczenie ekwipunku. Większość grupy, wytresowana przez okres stania w kolejkach, karnie wróciła do autokaru. Ale nie one. Trzy „Gracje”, trzy wojowniczki o hebanową cerę, postanowiły zostać. Uznały najwyraźniej, że hiszpańskie słońce bierze jeńców, a one chcą być w pierwszej linii.
Wieczorem w namiotach zwiedzanie Walencji zeszło na dalszy plan. Główną atrakcją stał się „Namiot nr 3”, z którego dobiegały dźwięki przypominające pracę betoniarki – to dziewczyny trzęsły się z zimna w samym środku upalnej nocy. Ich ciała nie były opalone. One były radioaktywne. Świeciły w ciemności na wściekły róż, emitując tyle energii cieplnej, że gdyby podłączyć do nich turbinę, oświetliłyby pół Madrytu.
I wtedy pojawił się on. Kierowca. Strateg szos i znawca ludzkiej (zwłaszcza żeńskiej) anatomii. Z miną eksperta wyczarował skądś słoik zsiadłego mleka (a swoją drogą, to czego on nie wozi ze sobą w lodóweczce). Nigdy nie widziałam tak wielkiego poświęcenia w służbie zdrowia publicznego! Z namaszczeniem godnym konserwatora zabytków, kierowca okładał te płonące ciała białą mazią. Robił to z taką pasją i precyzją, jakby tynkował elewację na gierkowskich blokach. Co ciekawe, w ogóle się nie spieszył. Wykazywał wręcz nadludzką cierpliwość, sprawdzając co pięć minut, czy mleko na strategicznych odcinkach ramion i pleców już „odparowało”.
Więc teraz, gdy widzę te promienie słońca myszkujące po moim tarasie, tylko się uśmiecham. Nie ze mną te numery, drogie słońce. Nie mam pod ręką ani słoika mleka, ani tak… „zaangażowanego” kierowcy.


