Translate

środa, 3 lutego 2016

WIEDEŃ. PÓŁTORA NIESZCZĘŚCIA - IV odc. „Wojaże……”



        Jak już wspominałam w poprzednich częściach „ Wojaży po Europie” wycieczka odbywa się autokarem  Mercedes. Każdy z uczestników ma za zadanie przewodnictwo w jednym z wybranych przez organizatora miast na trasie wycieczki. Mnie przypada Innsbruck.

         Pobyt w miastach jest przeważnie 1- dniowy, z wyjątkiem Paryża, Walencji i Barcelony ( po 3 dni w każdym) oraz Lourdes - 2 dni. Noclegi zaplanowane na polach campingowych lub bungalowach. W praktyce wszędzie są w namiotach, oprócz Lourdes. Na dzień dobry uczestnicy wycieczki – pielgrzymki ponoszą koszty przejazdu przez Europę ( paliwo i wynagrodzenie kierowców). Pozostałe koszty realizują w trasie już indywidualnie, gospodarując się swoimi zasobami. Ja operuję raczej skromnymi, bo 150 $ na noclegi, bilety wstępu do różnego rodzaju atrakcji, np.:  Luwr, Wersal , Pinakoteka Brera w Mediolanie, Prado w Madrycie itp.  Przecież to okres stanu wyjątkowego w kraju ( maj1981). Dolary kupione na czarnym rynku. Kartki na żywność, stąd zabroniony jej wywóz za granicę.

         Przecież Polak daje sobie radę w każdej sytuacji. Przygotowuję przed podróżą słoiki ze schabem w tłuszczu, zabieram kilka polędwic wędzonych, ziemniaki, kaszę jęczmienną, przyprawy, napoje, chleb na pierwsze dni. Obowiązkiem było zapewnienie sobie, z osoba towarzyszącą, dzielącą namiot turystyczną butlę gazową z kuchenką. Oczywiście przede wszystkim podstawowy sprzęt to namiot i śpiwór.

         Żywność typu słoiki chowam w śpiwór, aby je ukryć przed celnikami, ale przede wszystkim, aby uchronić przed potłuczeniem. Pozostałe produkty też zręcznie poutykałam. Wspominałam w poście  „Sorbona”, że zapomniałam zabrać ze sobą gazową butlę turystyczną.tutaj

         Przeziębiona już pierwszego dnia ( 2 maja rankiem przymrozek) męczę się z katarem i bólem gardła przez ¾ okresu podróży. Nie wspomnę bólu zęba z opuchlizną na trasie kilkudniowej od Genui do Barcelony we wszystkie chłodne noce przez 10 dni. Brak czasu i pieniędzy na stomatologa.

         Nie wychodzę z autokaru zwiedzać Mauthausen, tłumacząc z zaciśniętym gardłem, że widok obozu jest dla mnie nie do przyjęcia. Rzeczywistość skrzeczy inaczej. Z nosa cieknie strumień, wyczerpałam wszystkie zapasy chusteczek a  gardło ściska ból nie ze wzruszenia, ale kto wie, może już anginy. Ratuje mnie młodziutka pasażerka, częstując mnie czymś o smaku anyżka. Ulga !

        To moje przeziębienie było przecież powodem tego, że moje przewodnictwo dot. Innsbrucka skończyło się na odczytaniu przez organizatora wycieczki przez mikrofon w autokarze przygotowanych informacji. Nie musiałam produkować się, a i trema mogłaby mnie opanować.


 Właśnie przejeżdżamy przez Most Europy. 

     Pod koniec dnia, tj.o godz 23.30  docieramy do Wiednia. Pierwsze większe miasto w Europie.



 Oczy wychodzą mi z orbit, widząc tak pięknie rozświetlone miasto z ogromnymi reklamami i cudownymi witrynami sklepowymi.

          W Polsce bieda, na półkach ocet a witryny sklepowe puste. 

        Podjeżdżamy pod camping, wydaje się, że do parku  w środku miasta. Autokar stoi przed bramą, więc wszystko wyładowywane jest na chodnik.  Siąpi deszcz.

      Przystępujemy do rozładunku autokaru. Namiot mam. Walizkę też. Kuchenka mi niepotrzebna, bo nie mam butli, zresztą gdzie i kiedy  bym ja użyła dzisiaj. Jeszcze czekam, aż ktoś mi wyrzuci materac i śpiwór z tylnych siedzeń  samochodu!. Gdybym ich nie zauważyła, to zapewniam, usłyszałam. Nie mam pecha? Kto tak mówi? Przecież brzęk tłuczonego szkła, to nic innego jak potłuczone słoiki ze schabem w tłuszczyku schowane w mój śpiwór!

          Bye, bye -  moje obiadki !

      Zresztą i tak pisana mi jest śmierć głodowa bez butli gazowej. Przynajmniej zginę na Zachodzie. Tylko jakie miejsce mi przypadnie? Może Paryż, przecież mam jeszcze trochę kaszy i kartofli! A i polędwica cudem zdobyta na kartki, odjęta od ust mężowi! Tak , chyba tych produktów starczy na trochę, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Przecież nie mam śpiwora. Cały w skorupach szkła, tłuszczu i kotletach!  

        Całe szczęście, że organizator przewidział różne sytuacje (mojej, chyba jednak nie) i w zapasie są jakieś śpiwory. 

        Byle szybko rozbić namiot i wciuchnąć się do wypożyczonego śpiwora, przecież jestem kompletnie chora. Namiot dwumasztowy rozkładam sama. Tę umiejętność zdobyłam przez dwa dni w kraju, usilnie ćwiczona przez męża Przydaję mi się teraz, bo moja współlokatorka namiotu wcale się nie garnie do pomocy. Mam złudną nadzieję, że się przemoże i w dalszej podróży bardziej będzie współpracować. ( Niestety przez 25 dni podróży rozbijałam namiot sama, wdzięczna losowi, że jest kilka  dłuższych noclegów 3-dniowych).

      Namiot rozbity, pompuję materac. Lampa oświetleniowa trochę dalej usytuowana , niż miejsce mojego namiotu, więc zauważam, że trzecia część, ta pod nogi, nie daje się napompować. Słyszę świst. Uznaję, że jest dziura. Dziwne, jest nowy, sprawdzany przed wyjazdem, więc tylko pech. 

( W przedostatni nocleg wycieczki w Luksemburgu zobaczę kogoś leżącego na moim zupełnie napompowanym materacu. Okaże się, że w Wiedniu w osłonie nocy pompka przekręciła mi się " na swoje plecy" otworami do góry i stąd słychać było świst i nie miała szans wtłoczenia  powietrza do materaca)

     Ubieram na siebie całą  zawartość sakwojażu, trzęsie mnie febra, pod nogi kładę odchudzoną walizkę i próbuję zasnąć po dniu przepełnionym takimi bodźcami. Deszcz siąpiący i chłód nie pozwala mi zasnąć Męczę się tak wśród odgłosów chrapania pani dzielącej ze mną namiot. Wreszcie po kilku godzinach, tuż nad ranem wstaję i szukam toalety. 

       Jestem w raju! 
 Dlaczego nie zajrzałam tutaj wczesną nocą?! Mogłabym tu spędzić cały ten makabryczny czas. Przyjazd na camping w nocy uniemożliwił mi obejrzenie całego pola namiotowego, nic więc dziwnego, że taki budyneczek uszedł mojej uwadze. Cieplutko, pachnąco, czyściutko. Ściany, mimo, że całe w przepięknej glazurze, to jeszcze donice z żywymi wijącymi się po ścianach kwitnącymi  roślinami. Prysznice z gorącą wodą zapraszają chorą turystkę. Niestety, nie mam ze sobą ręczników, leżą gdzieś w walizkach, ale tam nie wrócę, przecież pada deszcz. Zdążę jeszcze. 

      Osuwam się przy ścianie, siedzę w kuckach z wtuloną w kolana obolałą głową. Rękoma przytrzymuję nogi, chociaż nie mają i tak siły wykonać kilka kroków pod gorący prysznic. Zresztą po co? Przecież zdążę, nigdzie stąd nie dam się rusz  i postanawiam zostać tu do końca życia.
      A teraz spać, spać spać......
  
        

MONACO. JESTEM SPŁUKANA ! - III odc. "Wojaże...."





      
      Do ekipy wycieczkowej dołączyłam w ostatniej chwili, nie uczestnicząc we wcześniejszych zebraniach, na których omawiany był szczegółowy program. Zajęłam w ostatniej chwili miejsce w składzie wycieczki za profesora medycyny, uznanego ginekologa, któremu odmówiono wydania paszportu ze względu na działalność społeczną (1981 – stan wyjątkowy). Wiadome mi było, że odwiedzimy 7 krajów, m.in.: Francję.

Wizy załatwiane były grupowo wcześniej, ja w ostatniej chwili musiałam uzupełniać swoje dokumenty przy pomocy organizatora wycieczki. Jednym z punktów programu był również dwudniowy pobyt w Lourdes. Wydanie paszportu i wiz wiązało się z ogromnymi utrudnieniami, jednak w końcu uznano jako nieszkodliwy wyjazd na zaproszenia rodzin katolickich z różnych krajów. Przy wypełnianiu wniosków o wizy posługiwaliśmy się gotowcami z nazwiskami i adresami takich rodzin.

Piątego dnia podróży mamy już za sobą Wiedeń, Salzburg, Innsbruck, Bergamo Mediolan, Genuę i San Remo. Ale tego dnia zaskoczeniem moim jest widok, jaki rozciąga się przed ostrożnie toczącym się autokarem będącym już na terenie Francji. Mam w świadomości plan zwiedzania francuskich miast, takich jak: Avignon, Nimes, Carcassonne, Orlean, Wersal oraz 3 dniowy pobyt w Paryżu, no i Reims. 

Po opuszczeniu Genui, zastanawiałam się, co to za cudowny widok roztaczający się z okien autokaru.




Samochód jadąc serpentynami w dół ze zbocza gór, wjeżdżał coraz niżej do tarasowo położonego nad Lazurowym Morzem tajemniczego miejsca. Usłyszałam wokół siebie okrzyki zachwytu. To Monaco, przed nami Monte Carlo!

Tego się nie spodziewałam! Nie miałam nawet zaznaczonego Monaco na mapie, załączniku do programu. Być może na wcześniejszych spotkaniach organizacyjnych omawiany był ten punkt programu. Nic nie szkodzi. Uwielbiam takie niespodzianki!

Pobyt w Monte Carlo miał być kilkugodzinny. 

W programie było zwiedzanie słynnego na cały świat wyjątkowego Oceanarium.




   
Zgodnie z założeniami przeważająca część grupy udała się około godz. 12-ej do wspomnianego muzeum, natomiast pozostali, a wraz z nimi ja, zorganizowaliśmy sobie czas wg własnego pomysłu. Przecież Monaco to nie tylko muzeum, ale i Casino, też słynne. Przede wszystkim pobieżnie zwiedziliśmy marinę z pięknymi jachtami oraz wszystkie z zewnątrz obiekty, pałace, hotele i parki.

Głównym punktem naszej wycieczki miał być 2-dniowy pobyt w "świętym miejscu" w Lourdes. Jak to zawsze idzie w parze ze świętością towarzyszy grzech. Kusiło nas, aby zajrzeć do Casino. Jak tu powiedzieć grupie, że nie pójdziemy do Oceanarium, ale do Przybytku Utracjuszy!

Okazało się, że to wcale nie takie trudne. Należało zostawić tylko przed wejściem do sal swoje aparaty fotograficzne (komórek nikt jeszcze nie miał).



  
    Nie wymieniłam zbyt wiele dolarów na żetony. Przede mną jeszcze 21 dni podróży po Hiszpanii, Francji Luksemburgu, NRF i Czechosłowacji. Na całą podróż miałam tylko 150 $ i to z trudem w kraju zdobyte na czarnym rynku. Zapewnić sobie musiałam własnym kosztem noclegi na campingach we własnym namiocie ( po 2$ za nocleg), część na pamiątki. Żywność (oprócz pieczywa) przemycona z Polski. W kraju w tym czasie bieda, żywność i środki czystości na kartki. Jak widać nie miałam zbytnio czym gospodarować.

Sala Europa

W Casino zaszalałam z jednorękimi bandytami. Oczywiście przegrałam. Tylko młody przystojniak w pięknym białym garniturku, któremu dziwnym trafem z kuszącym dźwiękiem żetony wylewały się z maszyny, zachęcał naiwniaków do dalszego ryzyka. Uwierzyła w swoje szczęście koleżanka, która postawiła dużo większą stawkę, więc przegrała też dużo więcej niż ja. Znalazła się jednak odważna uczestniczka naszej grupy, która zniknęła za drzwiami, gdzie rozgrywały się twarde gry, ale nie zdała nam relacji, czy skończyło się na obserwacji, czy może nie tylko.

Na pewno poniosła koszty związane z wejściówką, ale za mało czasu miała, aby zyskać, stracić też., chociaż jest to wielki znak zapytania.




         W każdym razie nie omieszkałam kupić kilka widokówek, skoro nie było szansy zrobić zdjęć z wewnątrz kasyna i ze znaczkiem Monaco wysłałam do męża na adres jego biura z odpowiednią dla zwiedzanego miejsca adnotacją.

Spłukani w sali gier, jednak zadowoleni, że połknęliśmy pigułkę słynnego miejsca światowego hazardu zgłosiliśmy się w miejscu zbiórki, tj. na pięknie ukwieconym parkingu, tuż przy marinie na tle lazurowej wody.

Jeszcze marzyliśmy o rejsach na jachtach falujących przy brzegu, gdy ze spuszczonymi nosami przybyła grupa z Oceanarium.


Powinnam napisać "spod" Oceanarium.


Oceanarium w Monaco

Chętni wyższych, kulturalnych doznań trafili na sjestę i pocałowali klamkę. W samo południe musieli pokonać niepotrzebnie trasę. Niestety, czas naglił, należało Monaco opuścić.



<><><><><><><><><><><><><><> 

       Za kilka dni w Polsce, sekretarka wchodząc z korespondencją do biura męża deklaruje, że „gdyby była jakaś potrzeba pomocy, to na nią możemy liczyć”. Mąż trochę zaskoczony i zdziwiony, czy czegoś nie wie? Kasandra jakaś, czy co? Jednak dobrze, że są jeszcze dobrzy ludzie, ale na razie sobie radzi.

Mąż dziękuje, odbiera korespondencję, a wśród nich znajduje odkrytą kartę pocztową – widokówkę z Monte Carlo przedstawiającą Casino.



Na odwrocie krótkie lakoniczne stwierdzenie:

Pozdrawiam, ucałuj córeczki --- SPŁUKAŁAM SIĘ. Żona”