Pamiętacie mój post „Serce w kolejce”? Czekam na całodobowe badanie ciśnienia holterem. Miałam już 2 podejścia.
link tutaj Obiecałam, że do trzech razy sztuka i... stało się! Wreszcie uwolniłam się z uwięzi. Moja misja z całodobowym pomiarem ciśnienia dobiegła końca, choć momentami miałam wrażenie, że prędzej dobiegnie końca moja cierpliwość.
Zaczęło się nadzwyczaj sprawnie. Przychodnia o 9:00 rano tradycyjnie przypominała dworzec w godzinach szczytu – korytarze pękały w szwach, a kolejka wiła się niczym kolejka po papier toaletowy w PRL-u. Ale o dziwo! Mój gabinet zabiegowy był wolny i czekał... na mnie. Szok.
Przyjęła mnie bardzo sympatyczna pani. Poleciła się rozebrać, siąść i czekać, aż ona „zsynchronizuje urządzenia”. Kiedy zapytałam, czy rozebrać się do połowy, mruknęła twierdząco, nie odrywając wzroku od monitora. Gdy w końcu na mnie spojrzała, padło kluczowe pytanie:
– Czy pani nie nosi staniczka?
No cóż, zdjęłam go strategicznie. Plan był prosty: wieczorem chcę wślizgnąć się w piżamę bez walki wręcz z kablami. Nie miałam zamiaru spędzić nocy w fotelu w pełnym rynsztunku bojowym tylko dlatego, że zaplątałam się w koronki i przewody. Pani westchnęła i kazała założyć chociaż koszulkę na ramiączkach, żebym później nic nie kombinowała. A więc zostałam już cyborgiem na dobre, Nie dość, że mam na stała wszczepiony stymulator serca, sztuczne soczewki, to jeszcze przez dobę - holter będzie mnie kontrolował.
Bywało gorzej, kiedy dr okulista chcąc zbadać zależność ciśnienia wewnątrzgałkowego (IOP) i jego związku z ciśnieniem tętniczym wewnątrzustrojowym wykorzystywał nowoczesne sensory soczewkowe, które badały dynamikę ciśnienia. Kiedy wszystko zostało włączone moje soczewki świeciły kolorowymi światełkami. Wracając wieczorem z kliniki okulistycznej zaopatrzona w takie urządzenie byłam dla mijających przechodniów cyborgiem. z oczu tryskały mi świetlne promyki.
Tak, przez dobę byłam cyborgiem w prawdziwym słowa tego znaczeniu.
Ale do rem, czyli ciąg dalszy holtera.
W gabinecie zabiegowym dowiedziałam się od pani, że mogę używać laptopa i telefonu (podobno zakazy to medyczny mit), a pomiary mają być co pół godziny w dzień i co godzinę w nocy. Brzmiało jak plan. Tyle że rzeczywistość miała inne tempo.
Ledwo wyszłam z przychodni, a maszyna już zaczęła sapać. Pompowanie, pikanie, ściskanie. Myślę sobie: „Ok, pierwszy pomiar kontrolny”. Ale nie! Za 15 minut powtórka. I za kolejne 15 znów. Nie wiem, czy ja się przesłyszałam, czy pani w gabinecie miała inną definicję „pół godziny”, ale przez kolejne 13 godzin czułam się jak żołnierz na warcie. Nieważne, co robiłam, czy organizm czegoś nagle się domagał, czy właśnie niosłam herbatę – co kwadrans słyszałam wyrok. Jak na komendę „baczność!” rzucałam wszystko, prostowałam rękę i zamierałam w bezruchu. Jeśli wynik wyjdzie miarodajny, to chyba tylko w kategorii „sprawność bojowa pacjenta”.
Noc była... ciekawa. Musiałam dokonać logistycznej rewolucji i zamienić się z mężem stronami w łóżku, byle tylko leżeć na prawym boku i nie zmiażdżyć mojego nowego, elektronicznego przyjaciela na lewym ramieniu.
Najlepsze przyszło jednak rano. Sądziłam, że o 9:00 maszyna po prostu powie „do widzenia” i przejdzie w stan spoczynku. Gdzie tam! Holter wciąż był głodny wrażeń. Przy ubieraniu niechcący trąciłam jakiś guzik i maszyna – pierwszy raz w ciągu doby – wydała z siebie dziwny dźwięk i znów zaczęła mnie ściskać. Miałam dość.
Odpięłam to wszystko, rozłożyłam rękaw na stole jak trofeum, a on... dalej swoje. Na ekranie pojawiła się litera „E” i jakaś liczba. W moim tłumaczeniu oznaczało to: „Error: pacjent uciekł” albo „Brak kontaktu z bazą, prawdopodobnie zgon”.
Z duszą na ramieniu jechałam do przychodni oddać ten „holterek”. Przez całą drogę drżałam, że te błędy braku kontaktu zepsują średnią dobową i badanie będzie z kosmosu. Już wyobrażam sobie minę Pani oglądającą "kosmiczne" słupki próbującą zrozumieć, dlaczego o 9:00 miałam ciśnienie godne astronauty w czasie startu.
Nie ważne czy holter wypadł dobrze, czy nie, podejścia numer cztery nie będzie. Jeśli tym razem nie wypaliło, to uznaję, że moje ciśnienie jest po prostu nieuchwytne dla nauki! W gabinecie pani stwierdziła, że po takim 24-godzinnym „treningu posłuszeństwa” wyniki wyszły w normie, mam się nie niepokoić i cierpliwie czekać. Wyniki prześle do mojego lekarza w Przychodni, będą za kilka dni. Nadejdzie ten wielki dzień konfrontacji z wynikami.
Mam pewną dozę niepewności : – czy maszyna uznała mnie za okaz zdrowia, czy może za kogoś, kto właśnie przeszedł maraton na baczność.
