Translate

poniedziałek, 2 marca 2026

SERCE W KOLEJCE czyli "DO TRZECH RZY SZTUKA" W WERSJI NFZ



  Mówią, że sport to zdrowie, ale nikt nie wspomniał, że największym wyczynem kardiologicznym jest próba... dotarcia na badanie serca. Moja historia z holterem ciśnieniowym to już nie jest zwykła diagnostyka. To epopeja narodowa z elementami dreszczowca i komedii slapstikowej.

  Wszystko zaczęło się miesiąc temu. 
Plan był prosty: pobudka 6.30, auto, przychodnia o 7.40.
 Niestety, natura miała inne plany i zaserwowała nam gołoledź stulecia. Mój osobisty szofer (czyt. mąż) padł ofiarą ślizgawicy, zanim jeszcze słońce pomyślało o wschodzie. Zamiast do kardiologa, trafił pod opiekę ortopedy, a ja – zamiast na badanie – trafiłam do „poczekalni telefonicznej”, aby zrezygnować z wizyty w tym dniu z wiadomych przyczyn.
  Byłam piętnasta w kolejce. Piętnasta! 
Myślałam, że to pech, ale recepcjonistka, gdy już się do niej dobiłam, brzmiała, jakby odbierała telefony z oblężonej twierdzy. „ależ proszę pani, pani nie jest jedyna! Ludzie nie mogą wyjechać z garaży, autobusy stoją, a świat zamarzł!” – usłyszałam. Myślałam, że przełożą mi to na za tydzień. Naiwna ja. Miesiąc czekania.

  Miesiąc minął szybciej niż kolejka w markecie przed świętami. 
Dzisiaj rano – drugie podejście. 
Godzina ta sama: 7:40. Wstaję 6.30 pełna nadziei, i nagle słyszę dźwięk telefonu. Nie zdążyłam odebrać. sprawdziłam . Przychodnia od holtera. Oddzwaniam i... co słyszę?
„Jesteś piętnasta w kolejce”. Déjà vu.
W tym momencie poczułam dreszcz. To nie jest zbieg okoliczności. To jest błąd w Matriksie! 
Czy ja utknęłam w pętli czasu? 
Czy „piętnastka” to moja nowa szczęśliwa liczba, czy raczej klątwa kardiologiczna? 
Może przesadzam, może to tylko statystyka. Przecież jako absolwentka Szkoły Głównej i Statystyki ( Szkoła Główna Handlowa) powinnam sobie na to pytanie odpowiedzieć na zimno  - STATYSTYKA .

     Nie czekając na połączenie, zapakowaliśmy się z  mężem do auta (on do ortopedy na kontrolę po wspomnianym lodowym piruecie, ja do kardiologa) i ruszyliśmy. W głowie jednak tłukła mi się jedna myśl: po co dzwonią do pacjenta na 40 minut przed wizytą? Przecież zazwyczaj przypominają o wizycie dzień wcześniej i to sms -em. Taki telefon o świcie nie zwiastuje niczego dobrego. To jak "memento mori" od pani z rejestracji.

  Intuicja kardiologiczna mnie nie zawiodła. Wchodzę do przychodni, promienieję uśmiechem (choć w środku tętno już dawno przekroczyło normy holtera), a tam... klasyka gatunku.
„System informatyczny padł”.



    Wszystko stanęło. 
Komputery milczą, drukarki nie drukują, serce (systemu) przestało bić. Stałam tam, patrząc na panią w rejestracji i zastanawiałam się, czy powinnam się śmiać, czy płakać. Wybrałam to pierwsze, starając się zachować resztki dyplomacji:
– „Oczywiście, rozumiem... Ale to już moje drugie podejście, a kardiolog naprawdę chciałby wiedzieć, co u mojego serca słychać” – wykrztusiłam. Myślałam, że badanie serca polega na mierzeniu tętna i ciśnienia a nie na testowaniu mojej cierpliwości w pętli czasu!
Moje serce najwyraźniej lubi dreszczyk emocji, bo wizytę przełożono... nie o miesiąc, a o trzy dni! Jeśli wierzyć przysłowiu „do trzech razy sztuka”, to za 72 godziny powinnam w końcu zostać dumną posiadaczką holtera.
 Aha... zapomniałabym dodać... na pytanie, o której godzinie mam się zameldować.... pani stwierdziła , " może tak jak dziś, albo później też może być" ( bez podania konkretnej godziny).
 Jeśli wszyscy pacjenci otrzymali podobną odpowiedź, to mogę sobie za 3 dni nabawić się w poczekalni odcisków na pewnej części ciała.  


Czy mogę do czwartku spać spokojnie?
 
Tak,  o ile do tej pory nie  spadną meteoryty albo system nie postanowi przejść na wcześniejszą emeryturę. Trzymajcie kciuki – i jeśli będziecie dzwonić do przychodni, dajcie znać, czy też otrzymaliście na wejściu  piętnasty numer w kolejce!






"BAŃKA LATO" . JAK PRZETRWAĆ GLOBALNY CHAOS W SANDAŁACH Z AMORTYZACJĄ



  Słuchajcie, mam plan na lato w czasach apokalipsy - light. Zbuduję sobie prywatny schron informacyjny!

   Podczas gdy panowie w garniturach na szklanych ekranach bawią się w „kto ma większy guzik”, ja buduję własne mocarstwo. Granice mojego państwa kończą się na progu mojego tarasu, a jedynym dopuszczalnym sojuszem jest ten zawarty między moją kanapą a mrożoną herbatą. Tak postanowiłam, kiedy rozpoczęła się wojna za naszą wschodnią granicą. Najpierw zawiesiłam bloga na długi czas, a kiedy odwiesiłam niedawno, znów zawierucha.

   Trudno, znów wchodzę w bańkę. Blog na razie działa, choć wszystko możliwe. A ta bańka nie jest taka zwykła  – to jest luksusowy bunkier emocyjny wyłożony tiramisu i brakiem zasięgu na informacje społeczno-polityczne.


   Moją tarczą antyrakietową jest wachlarz.
Wyciągnęłam z zakamarków hiszpańskie wachlarze. Te pamiątki z czasów, gdy największym problemem był brak wolnego stolika w knajpie, a nie polityka międzynarodowa. Wachlowanie się to genialna sprawa. To jedyny dopuszczalny teraz ruch oporu – rytmiczne odcinanie się od gorącej atmosfery newsów.
Planuję opanować technikę „agresywnego wachlowania”. To sygnał dla otoczenia: „Widzisz ten ruch ręką? To jest wiatr zmian, który właśnie wywiewa twoje opinie o inflacji z mojej przestrzeni osobistej”.

     Czy aby to idealny gadżet dla przetrwania (z humorem)
Zastanawiam się nad wiatraczkiem na baterie. Takim, który powiesiłabym sobie na szyi. Wyglądałabym jak skrzyżowanie turysty z Ciechocinka z cyborgiem z przyszłości, ale wiecie co? Przynajmniej moja twarz byłaby chłodna, kiedy świat płonie. Do tego okulary przeciwsłoneczne wielkości talerzy deserowych, żeby nikt nie widział, jak przewracam oczami, czytając nagłówki.

   Puk... puk... zastukała mi do głowy świadomość, że przecież i tak już jestem cyborgiem, bo mam wszczepiony stymulator serca, a zawieszenie na szyi urządzenia z baterią to niebezpieczny pomysł.


   Umówmy się – wizja mnie biegnącej „jak rączy konik” przez miasto jest równie realistyczna, co pokój na świecie w najbliższy wtorek. Moje stopy ogłosiły niepodległość i mają listę żądań. Koniec z butami, które wyglądają jak narzędzia tortur inkwizycji.

   W to lato inwestuję w sandały z taką amortyzacją, że mogłabym w nich skoczyć z dachu i odbić się jak piłeczka kauczukowa. Szukam podeszwy, która wybacza wszystko: wiek, wagę i fakt, że jedyny sport, jaki uprawiam, to sprint do kuriera. Jeśli sandał nie ma profilu ortopedycznego godnego astronauty NASA, to dziękuję, postoję. A właściwie posiedzę.

   To moja strategia obronna - śmiech przez mgiełkę.

   Mój arsenał na lato jest gotowy:

  Sandały „Chmurostopy” – aby stawy nie wiedziały, że grawitacja istnieje, a sąsiedzi myśleli, że lewituję.

  Woda termalna w sprayu – do gaszenia pożarów (wyłącznie tych na moich policzkach).

 Humor czarny jak kawa – bo skoro nie mam wpływu na to, co dzieje się w ONZ, to przynajmniej będę miała wpływ na to, co mnie bawi.

  Zamykam właz mojej bańki. Jeśli ktoś chce mnie szukać, będę tam, gdzie jest cień, lody o smaku cappuccino (o tiramisu już nie wspomnę) i absolutna cisza w temacie geopolityki.



 Może i świat zmierza w dziwnym kierunku, ale ja zamierzam tam dotrzeć w bardzo wygodnych butach.