Mówią, że sport to zdrowie, ale nikt nie wspomniał, że największym wyczynem kardiologicznym jest próba... dotarcia na badanie serca. Moja historia z holterem ciśnieniowym to już nie jest zwykła diagnostyka. To epopeja narodowa z elementami dreszczowca i komedii slapstikowej.
Wszystko zaczęło się miesiąc temu.
Plan był prosty: pobudka 6.30, auto, przychodnia o 7.40.
Niestety, natura miała inne plany i zaserwowała nam gołoledź stulecia. Mój osobisty szofer (czyt. mąż) padł ofiarą ślizgawicy, zanim jeszcze słońce pomyślało o wschodzie. Zamiast do kardiologa, trafił pod opiekę ortopedy, a ja – zamiast na badanie – trafiłam do „poczekalni telefonicznej”, aby zrezygnować z wizyty w tym dniu z wiadomych przyczyn.
Byłam piętnasta w kolejce. Piętnasta!
Myślałam, że to pech, ale recepcjonistka, gdy już się do niej dobiłam, brzmiała, jakby odbierała telefony z oblężonej twierdzy. „ależ proszę pani, pani nie jest jedyna! Ludzie nie mogą wyjechać z garaży, autobusy stoją, a świat zamarzł!” – usłyszałam. Myślałam, że przełożą mi to na za tydzień. Naiwna ja. Miesiąc czekania.
Miesiąc minął szybciej niż kolejka w markecie przed świętami.
Dzisiaj rano – drugie podejście.
Godzina ta sama: 7:40. Wstaję 6.30 pełna nadziei, i nagle słyszę dźwięk telefonu. Nie zdążyłam odebrać. sprawdziłam . Przychodnia od holtera. Oddzwaniam i... co słyszę?
„Jesteś piętnasta w kolejce”. Déjà vu.
W tym momencie poczułam dreszcz. To nie jest zbieg okoliczności. To jest błąd w Matriksie!
Czy ja utknęłam w pętli czasu?
Czy „piętnastka” to moja nowa szczęśliwa liczba, czy raczej klątwa kardiologiczna?
Może przesadzam, może to tylko statystyka. Przecież jako absolwentka Szkoły Głównej i Statystyki ( Szkoła Główna Handlowa) powinnam sobie na to pytanie odpowiedzieć na zimno - STATYSTYKA .
Nie czekając na połączenie, zapakowaliśmy się z mężem do auta (on do ortopedy na kontrolę po wspomnianym lodowym piruecie, ja do kardiologa) i ruszyliśmy. W głowie jednak tłukła mi się jedna myśl: po co dzwonią do pacjenta na 40 minut przed wizytą? Przecież zazwyczaj przypominają o wizycie dzień wcześniej i to sms -em. Taki telefon o świcie nie zwiastuje niczego dobrego. To jak "memento mori" od pani z rejestracji.
Intuicja kardiologiczna mnie nie zawiodła. Wchodzę do przychodni, promienieję uśmiechem (choć w środku tętno już dawno przekroczyło normy holtera), a tam... klasyka gatunku.
„System informatyczny padł”.
Wszystko stanęło.
Komputery milczą, drukarki nie drukują, serce (systemu) przestało bić. Stałam tam, patrząc na panią w rejestracji i zastanawiałam się, czy powinnam się śmiać, czy płakać. Wybrałam to pierwsze, starając się zachować resztki dyplomacji:
– „Oczywiście, rozumiem... Ale to już moje drugie podejście, a kardiolog naprawdę chciałby wiedzieć, co u mojego serca słychać” – wykrztusiłam. Myślałam, że badanie serca polega na mierzeniu tętna i ciśnienia a nie na testowaniu mojej cierpliwości w pętli czasu!
Moje serce najwyraźniej lubi dreszczyk emocji, bo wizytę przełożono... nie o miesiąc, a o trzy dni! Jeśli wierzyć przysłowiu „do trzech razy sztuka”, to za 72 godziny powinnam w końcu zostać dumną posiadaczką holtera.
Aha... zapomniałabym dodać... na pytanie, o której godzinie mam się zameldować.... pani stwierdziła , " może tak jak dziś, albo później też może być" ( bez podania konkretnej godziny).
Jeśli wszyscy pacjenci otrzymali podobną odpowiedź, to mogę sobie za 3 dni nabawić się w poczekalni odcisków na pewnej części ciała.
Czy mogę do czwartku spać spokojnie?
Tak, o ile do tej pory nie spadną meteoryty albo system nie postanowi przejść na wcześniejszą emeryturę. Trzymajcie kciuki – i jeśli będziecie dzwonić do przychodni, dajcie znać, czy też otrzymaliście na wejściu piętnasty numer w kolejce!
.gif)





