Translate

sobota, 30 kwietnia 2016

NIEUDANY LUNCH

   Rzecz dzieje się przed rokiem 2010.
Dlaczego tak skrupulatnie podałam datę graniczną?  Dowiecie się trochę później.

   Nie wiem dlaczego, ale dzisiaj stoliczek sam nie chciał się nakryć. Trudno, ja tam się nie mam czym znowu tak martwić. Przynajmniej nie będę ślęczeć nad garami ;-) 
 Pójdę sobie na zakupy do wielopowierzchniowego sklepu (nie podam nazwy, nie chcę nakręcać reklamy gigantowi), może tam zjemy... lunch. A co, sklep z kapitałem obcym to i my nabierajmy  światowej ogłady.

     Zakupy zrobiły się w iście rekordowym tempie, w rytmie marsza. To kiszki mi z głodu grały, a batoników między półkami nie próbowałam zajadać, bo trzeba byłoby przynajmniej opakowanie do kasy zatrzymać. A nie dam głowy, czy na takim głodzie zatrzymałabym się tylko na batoniku, wszak i opakowania wyglądają  niezmiernie apetyczne.  Wolałam nie ryzykować. Podobno uzależniony na głodzie, jak tylko zacznie to pa.. pa.. po wieloletnim odwyku. 

    A jeszcze jeden problem. A jak by mnie, na taki przykład, kamerka namierzyła? Wcinając pod taką presją,  to batonikiem można się udławić! I wywiesiliby jeszcze moją fotkę z facjatką umazaną czekoladową polewą przy drzwiach wejściowych. Chociaż umorusanej może nikt nie rozpoznałby? 

    Co ja tam sobie myślę - a kto mnie tu w wielkim mieście zna? Wielkie aglomeracje mają to do siebie, że możesz czuć się swobodnie, chociaż mąż nie wyobraża sobie zamieszkania poza obecnym miejscem. Tutaj, idąc ulicą, buzia mu się nie zamyka od "dzień dobry państwu", "witaj", "jak się masz", "cześć" itp. Wie, że i tak, na stare lata przeprowadzi się w pobliże zamieszkania dzieci, ale grymasi i mnie drażni wymyślaniem wciąż nowych wymówek, aby decyzję przeprowadzki odwlekać.

   -  Spójrz - zwraca się mąż do mnie pomiędzy ukłonami wobec przechodniów, idąc na mszę do kościoła i mijając wychodzących z niego - tu przeszliśmy 300 m , całą drogę mijamy znajomych z osiedla i pozdrawiamy się. A kto mnie będzie tam znał, komu się na ulicy ukłonię?
Nie wyprowadzę się stąd.

  -  Słuchaj, jeśli tu będziemy mieszkać do późnej starości, to i tak w najgorszym razie, może nas demencja złapać i nie będziemy już rozpoznawać znajomych.  Będziemy się każdemu kłaniać. To co ci będzie zależeć, czy to będą obcy czy znajomi, czy tutaj, czy w nowym miejscu?

    No więc, skoro batonikami się nie wspomogłam, trzeba zasiąść w barze na wspomniany wcześniej... lunch. Nozdrza jednak połechtane zostały kapuśniakiem (to już nie po zachodniemu, no bo jak można jeść zupę ze  zgniłej kapusty?) 

   W kolejce jednak trzeba odstać, chociaż nie ma obawy, miejsc wolnych jeszcze kilka jest. To nie tylko mnie stoliczek nie chciał się dzisiaj nakryć, bo jakaś młoda para też wcina, z ta różnicą, że  z ich talerzy paruje pomidorówka. Nie wiem, tylko dlaczego dziecko w kąciku  bawi się zabawkami (to nowość w tym sklepie - ten kącik urządzony jest chyba od miesiąca), czy nie jest głodne? To rodzice napychają sobie brzuszki, a ono? Pewnie to niejadek.

    Pozostałe stoliki zajęte  chyba przez singli. Moja kolejka już się zbliża, zupa na talerzu gorąca. Muszę jednak donieść do stolika z kelne...rską... gra...cją, ...żeby się ...nie ...popa...rzyć. 

   No i... nie udało się! 
Wytrącona zostałam z równowagi we wszystkich możliwych wymiarach. Zatrzęsłam się z oburzenia,
z litości, a nie z bólu od gorącej zupy, rozlanej na ręce, ubranie i podłogę. 

    Otóż do kącika bawialnego wpadł starszy pan, czerwony na twarzy, złapał za kołnierz odwróconego tyłem i zaskoczonego chłopczyka, aż mu czapeczka z głowy spadła i zaczął wrzeszczeć:
- To ja ciebie po całym sklepie szukam! Dlaczego mi znowu uciekłeś! 
 Dał mu kilka klapsów. Chłopiec zaczął płakać.

   Już biegłam do nich, aby skarcić dziadka, ale zobaczyłam, że po twarzy staruszka ciekną łzy, chyba, z bezsilności, która ogarniała go, kiedy rzucał się we wszystkie strony pomiędzy regałami sklepowymi, aby odszukać uciekiniera. Maluch fikał w górze nóżkami. Zdążyłam tylko przytulić dziecko i powiedzieć:

  - Rozumiem pana, ale to dziecko, tak nie wolno. Myśleliśmy, że to syn tych młodych ludzi. 

 - A co pani rozumie, zginęło pani kiedy dziecko? Serce mi chciało wyskoczyć, tyle się smarkacza naszukałem! 

 Złapał wnuczka za rękę i pociągnął za sobą do wyjścia.

Odechciało mi się jeść. Poparzona i poplamiona zakończyłam nieudany lunch.

  Jak była reakcja pozostałych? Różna, jedni straszyli policją, inni współczuli dziadkowi, a żałujących dziecka było niewielu. W kąciku pozostała czapeczka dziecka, której dziadek nie zauważył.

 <><><><><>

    Dlaczego ta data na początku "przed 2010"?
   Dlatego, że między innymi z inicjatywy Rzecznika Praw Dziecka wprowadzono do polskiego porządku prawnego całkowity zakaz bicia dzieci w 2010 r.


   A dzisiaj, 30 kwietnia, jest obchodzony Światowy Dzień Sprzeciwu Wobec Bicia Dzieci, ale nadal jest wysoki poziom społecznej akceptacji stosowania kar cielesnych wobec dzieci. 

  Właśnie znalazłam dzisiaj na fb informację, że RPD wystosował wczoraj Apel o Narodową Strategię na Rzecz Walki z Przemocą Wobec Dzieci, w którym deklaruje
" pełną gotowość do współpracy przy wypracowywaniu najlepszych rozwiązań dla dzieci" .


Od wielu lat Rzecznik Praw Dziecka prowadzi kampanię "Reaguj. Masz prawo", "Bicie uczy, ale tylko złych rzeczy", "Bicie, czas z tym skończyć".


 

   

   

 


środa, 27 kwietnia 2016

MAŁE STÓPKI

Późna jesień.
   Zapowiadają mróz. To już nie pierwsza taka noc, gdzie temperatura spada dużo poniżej zera.  Wanda wraca z pracy, ale nie do własnego domu. Odbiera córkę z przedszkola i udaje się  z nią do rodziców. Nie musi się śpieszyć do bloków, mąż jest w delegacji, wróci późnym autobusem z Warszawy. Oj, żeby nie było zbyt późno, bo kto pójdzie po mleko dla córki. Przecież w końcu zamkną mu furtkę przed nosem i czym nakarmi dziecko? Ostatecznie mała ma już ponad 2 lata, nie musi akurat  dziś pić mleka na kolację. Wanda nie ma zamiaru iść na koniec miasta z kanką po mleko. 

    Jest w ciąży, co prawda, dopiero początek,  musi się oszczędzać. 
U rodziców dowiaduje się przykrej sprawy. Starsza kobieta, znajoma mamy nie wróciła do domu, w którym mieszka ze swoją córką. Gdzie ona może być? Martwi się jej córka i cała rodzina Wandy. Przecież to staruszka, pamięć jej szwankuje, właściwie początki demencji starczej. 

    Postanowione, zgłaszają zaginięcie kobiety. To jednak nikogo nie uspokaja, bo nadchodzą przymrozki, zbliża się noc. Wanda jest niezwykle poruszona. Wyobraźnia jej faluje. Już widzi samotnie błąkającą się kobietę oczekującą pomocy. Fizycznie nie można nic zrobić, jak tylko biegać po ulicach miasta i dopytywać na przystankach, dworcach, czy ktoś nie zauważył jej.

    Jednak Wanda ma przy sobie córkę, a w sobie jeszcze jedno maleństwo około 2-miesięczne. Los zafundował jej niepotrzebne, jak na taki stan emocje.

      Wraca do domu z dzieckiem, zastaje męża, który właśnie szykuje się do wyjścia po mleko.  

      Jest już bardzo późno. Wciąż czekają na dobrą wiadomość o zaginionej. Niestety, nie nadchodzi. To nie koniec złych wiadomości. Wanda czuje, że coś się z nią dzieje. Idzie do łazienki i truchleje. Krwawi. 

     Przybiega przyjaciółka mieszkająca obok, aby zająć się dzieckiem, a mąż zawozi ją do szpitala. Dyżurny młody ginekolog stwierdza odklejanie się łożyska. Dziwi się, dlaczego Wandzie tak zależy na utrzymaniu ciąży. Przecież już ma jedno dziecko. Młoda kobieta ma już dość zgryzot jak na jeden dzień. Dlaczego ten bezduszny lekarz jeszcze ją dobija? 

    To nie on ma dawać zalecenia Wandzie, to ona nakazuje mu walczyć o dziecko. 

     Czekają na wynik badania. W probówce na dnie, w badaniu moczu, powinno być widać jakiś krąg świetlisty, co wskazywałoby, że ciąża żyje. Lekarz tego nie potwierdza. Twierdzi, że ciąża obumarła i proponuje zabieg usunięcia. Wanda nie zgadza się i czeka na ordynatora, który będzie w szpitalu dopiero za 2 dni. Jest na jakimś sympozjum.

      Noc koszmarna. Myśli o zaginionej plączą się z obawą o utratę dziecka. Bez przerwy modli się o 2 sprawy: o życie dziecka i o odnalezienie kobiety.  Nie pomaga to wyciszeniu, jakie zalecają pielęgniarki. Następują dalsze krwawienia. Jakby tego było mało, musi wysłuchać wymówek obsługi i pielęgniarek, że zniszczona została pościel szpitalna. Podobno powinna przewidzieć, że krwawienia będą następować i tę obskurną koszulinę, w jaką ją szpital ustroił, ochronić. Właściwie, to ledwo ukrywa wybuch płaczu. Przecież nie zezwolili jej włożyć własną bieliznę.

      Następnego dnia po południu mąż przynosi jej miłą wiadomość Kobieta znajduje się. Wsiadła do pierwszego lepszego autobusu i dojechała nim na jakąś  wioskę. Tam tułała się bez ciepłego odzienia. Gospodarze, myśląc, że to bezdomna osoba, traktowali ją niezbyt przychylnie. Zmarznięta, po nocowaniu, prawdopodobnie na dworze, odmroziła sobie palce u nóg. Zgłosili na posterunek milicji następnego dnia fakt  błąkającej się kobiety, przemarzniętej i nie utrzymującej kontaktu z otoczeniem. 

        Wanda odżyła. Nie ma jeszcze co prawda ordynatora, ale serce matki czuje, że mimo krwotoków, dziecko żyje. Nie może być inaczej. Przecież nie zmrużyła oka w nocy, tak żarliwie się modliła. Nie pójdzie na żaden zabieg!

       Jak to im łatwo nazwać uśmiercenie dziecka - "dokonaniem zabiegu" .

     Cały dzień leży w łóżku.  Zabiegi sanitarne wykonują pielęgniarki, salowe. Następnego dnia rano położna stwierdza, że już dość leżenia, teraz samodzielnie Wanda musi udać się do łazienek. 

     Niestety daleko nie uszła, bo zaraz na korytarzu zemdlała, pierwszy raz w życiu. Obudziła się, kiedy ta sama położna okładając ją ręką po twarzy, aby ją docucić, z udawanym zdziwieniem w głosie pytała:
  - A kto to kazał pani wstawać z łóżka w takim stanie! 

     Przyjechał ordynator. Badania ciążowe wznowione. Po pewnym czasie Wanda jest wezwana do gabinetu lekarza i ma okazaną probówkę z pięknym pierścieniem - oznaką życia, wymodlonego życia swojego dziecka. 

Droga w Santo Domingo _Płaskorzeźba  wyryta w zboczu

Nie ważne, że na skutek leku, jaki brała, aby utrzymać ciążę, ledwo wywinęła się 2-krotnie od śmierci. Raz podczas porodu, a później po upływie kilku dni po nim.



   Teraz Wanda ma dwie dorodne dorosłe córki i jest zagorzałą zwolenniczką ruchu obrony życia.
Ta młodsza córka, wyrwana  śmierci, nosi w klapie żakietu znaczek 2 maleńkich srebrnych stópek. 


    Jest członkiem Bractwa Małych Stópek. Jest  to ogólnopolska wspólnota osób, które nie tylko uważają się za obrońców ludzkiego życia i uznają jego niepodważalną wartość od poczęcia aż do naturalnej śmierci, ale także podejmują konkretne działania, by przeciwstawić się cywilizacji śmierci.

     Nazwa bractwa pochodzi od  symbolu tej grupy – metalowego znaczka przedstawiającego w naturalnej wielkości stópki 10 – tygodniowego nienarodzonego dziecka. 

    Właśnie mniej więcej tyle tygodni miało dziecko Wandy, kiedy walczyła o jego życie. To właśnie takie stopki wyrywaliby żyjącej przecież wtedy córeczce, gdyby nie walczyła o nią.






    

  

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

WDZIĘCZNOŚĆ

Jestem trochę przygarbiona. 
Dlaczego? To starość?
Podobno nie wyglądam tak źle, jak wskazuje moja metryka :-)
Przyczyna jest prozaiczna. Dźwigam na sobie ciężar cudzych strapień. Często wysłuchuję zwierzeń innych ludzi, czekających na dobre słowo z mojej strony. Liczą na pocieszenie, na akceptację swoich poczynań. 

    A w poprzednim poście pisałam, że troski należy przekazać Panu, On złoży je pod krzyżem i  pozostaje tylko wyprostować się i z podniesioną głową dalej kroczyć, aby nikt  nie włożył na nas ciężaru. Chyba, że chce się dobrowolnie cudzy ciężar dźwigać. 

     Nie jestem księdzem, który prawdopodobnie w seminarium jest przygotowany psychologicznie do radzenia sobie z tym problemem, a już na pewno nie rasowym psychoterapeutą (chociaż psychologię i socjologię wałkowałam z 6 lat - w liceum pedagogicznym, Studium Nauczycielskim i na studiach).

   Albo się jest człowiekiem wrażliwym, albo gruboskórnym czyli zawodowcem. A ja jestem nadwrażliwa. W odczuwaniu cudzego bólu oraz swojego, który  fizycznie, a także mentalnie, też mnie w życiu nie omija.

    Mądrze się, że należy śmiać się z samego siebie. To prawda. Potrafię, aż do rozpuku!
Ostatnio już zasypiałam, kiedy coś sobie przypomniałam i taki śmiech mnie ogarnął, że kołdra podskakiwała, a śpię od kilku dni sama, bo mąż w sanatorium :-(  

    Nawet nie mogłam się z nikim podzielić wspomnieniem. Przecież nie będę budzić dzieci, bo gdybym zjawiła się z tym nagle w sypialni, przyjęliby mnie za zjawę i zamiast humoru byłaby trwoga. Wiem, wiem, że do cudzej sypialni w nocy nie wchodzi się, już taki gamoń to ze mnie nie jest.  

    Do rana na ogół zapomnę, jeśli nie zapiszę sobie od razu. No i teraz nie wiem, co przed snem wywołało u mnie tę głupawkę.

<><><><><><><>

Opowiada matka dziecka, które wg niej zbłądziło. 

    "Odszedł od zasad jakie wpajałam mu od zarania jego życia.


Zmienił poglądy, z którymi nie mogłam się pogodzić. Wiem, że to była jego droga, ale chciałabym pokazać mu właściwą? Nie powinnam? Każdy ma swoją? A może kiedyś  miałby do mnie żal, że nie powstrzymałam go przed błędem? Wiem, każdy ma prawo do własnych błędów. Moja ściąga na życie była dla niego nieczytelna. Każdy ma inny charakter, nie tylko pisma.

   Często płakałam, wtapiając łzy w poduszkę w nocy, w ukryciu, aby nie okazać mojej rozpaczy, bezradności. Modliłam się bezustannie, aby powrócił, ten syn mój marnotrawny.

     Szukał, błądził, a ja wciąż ufałam, że wróci.

I kiedy zbliżała się Wielkanoc, usłyszałam od swojego dziecka: "Mamo, dziś razem przystąpimy do komunii św. Moja spowiedź u wybranego przeze mnie ojca duchowego nie była typowa, ale stwierdził, że już mogę z czystym sumieniem do komunii przystąpić". 

   W kościele myślałam, że sufit świątyni przebiję i ulecę, hen, wysoko. Moje modlitwy zostały wysłuchane!

   Po wysłuchaniu Ewangelii o synu marnotrawnym, wyszliśmy z kościoła i zapytałam syna: "Czy mam zabić utuczone cielę?"

by Palma il Giovane


On rzucił mi się na szyję:

- Wystarczy, mamo, tort.

I był tort, jak na Komunię.

Czułam się przeszczęśliwa, jakbym dopiero go urodziła ".


   Czy wdzięczna była ta matka Bogu za wysłuchanie jej modłów?
 Tak. Przyszła podzielić się nią ze mną. Nie muszę tym razem dźwigać jej ciężaru. Możemy razem okazywać wdzięczność.



Wdzięczność nawet potrafią okazywać zwierzęta, a co dopiero ludzie.

"Jeśli chcesz chronić swoją wdzięczność, musisz pamiętać, że żyjesz w zepsutym świecie, gdzie błogosławieństwa i smutki nieustannie się mieszają. Ciągłe skupianie się na przeciwnościach doprowadza wielu chrześcijan do upadku. Wędrują przez dzień pełen piękna i blasku, a widzą tylko szarość swoich myśli. Zaniedbując zwyczaj dziękczynienia, tracą jasność umysłu". (Sarah Young :"Jezus mówi do Ciebie")




środa, 20 kwietnia 2016

KTO TU RZĄDZI

     Jutro znów nastąpi nowy dzień. Świt, nowe plany... 


        Liczysz tylko na siebie? Z czyim imieniem na ustach zaczynasz ten dzień? Jakiego sprzymierzeńca do realizacji swoich planów sobie wybrałeś? Bo chyba nie jesteś tak zadufany w sobie, że wszystko możesz, że wszystko zależy od ciebie. Nawet jeśli jesteś czyimś zwierzchnikiem.

      "Zacznij dzień ze świadomością, kto tu rządzi.
Planując dzisiejsze swoje działania, pamiętaj, że to Ja zarządzam wszystkim, co cię spotyka. W dni, kiedy wszystko przebiega sprawnie i tak, jak zaplanowałeś, możesz być nieświadomy Mojej zwierzchniej Obecności. 

     Ale gdy coś układa się nie po twojej myśli, rozglądaj się za Mną!

     Być może dokonuję właśnie w twoim życiu czegoś ważnego - czegoś, co kłóci się z tym czego się spodziewałeś. W takich chwilach musisz być ze Mną w kontakcie, pamiętając, że Moja droga jest lepsza od twojej. 

     Nie próbuj zrozumieć tego, co się dzieje. Po prostu Mi zaufaj i z góry podziękuj Mi za dobro, które z tego wyniknie.

    Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do ciebie, zamiarów pełnych pokoju."

IZ 55,9-11;  JR 29,11

   "Zaprzyjaźnij się ze swoimi życiowymi problemami. 

       Choć wiele spraw wydaje się dziełem przypadku lub niesprawiedliwym zrządzeniem losu, pamiętaj, że sprawuję nad wszystkim zwierzchnią władzę. Współdziałam z tobą we wszystkim dla twojego dobra, ale tylko wtedy gdy darzysz mnie zaufaniem.

    Wszystkie twoje problemy mogą cie czegoś nauczyć, stopniowo przemieniając się w arcydzieło, które miałem w zamyśle, stwarzając cię. Te same problemy staną się kłodą, na której się przewrócisz, jeśli zareagujesz nieufnością i nieposłuszeństwem. Zaufać czy stawiać opór - wybór należy do ciebie; będziesz musiał go dokonać wiele razy w ciągu dnia.

   Jeśli chcesz zaprzyjaźnić się ze swoimi problemami, po prostu dziękuj Mi, że je zesłałem. Ta prosta czynność otworzy twój umysł na możliwość czerpania korzyści z kłopotów. 

     Uporczywym problemom możesz nawet nadać przydomki - dzięki temu staną ci się bliższe i przestaną budzić grozę. Przedstaw Mi je i pozwól, abym je objął Moją kochającą Obecnością.



 Być może nie odsunę od ciebie twoich problemów, ale Moja mądrość jest tak wielka, że mogę wykrzesać dobro z każdego z nich."

 RZ 8,28; 1 KOR 1,23-24

Źródło: Sarah Young "Jezus mówi do ciebie. W miłości Jezusa odnaleźć pokój i szczęście"

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

TWÓJ GRZECH POGRZEBAŁEM W MOIM SERCU

     Ten post składa się w całości z cytatu z książki "Poemat Boga-Człowieka" Marii Valtorty. Jest w nim przekazana wizja dotycząca przypowieści o Dobrym Pasterzu. 
Drogi Czytelniku! Przeczytasz i przeżyjesz ją, jak piękną poezję, ale od tej chwili pełniej wyobrazisz sobie Ewangelię o Dobrym Pasterzu, kiedy usłyszysz ją w formie skróconej wysłuchanej np.: w kościele.
Zapraszam :-)


   "Jezus przemawia do tłumu. Wspiął się na brzeg strumienia porośnięty drzewami. Mówi do licznego tłumu rozproszonego na polu, na którym zboże już ścięto i jest ono tylko spustoszonym ścierniskiem wypalonym przez słońce.

     Jest wieczór. Zapada mrok, lecz już wschodzi księżyc. Piękny i jasny wieczór na początku lata. Stada wchodzą do owczarni i dźwięk dzwoneczków miesza się z przenikliwym odgłosem świerszczy i cykad, wielkie: cyk... cyk... cyk... Jezus wykorzystuje fakt, ze przechodzą stada. Mówi:

    "Ojciec wasz jest jak pasterz troskliwy. Co robi dobry pasterz? Szuka pastwisk dobrych dla swoich owieczek, takich na których nie rośnie cykuta i inne trujące rośliny, ale słodkie koniczyny, pachnące mięty i gorzkie lecz zdrowe cykorie. Szuka tam, gdzie razem z pożywieniem byłby chłodny i czysty strumyk i cień krzewów, i nie panoszą się żmije między zielenią w bruzdach ziemi. Nie troszczy się o pastwiska najbardziej obfite, gdyż wie, że na nich jest łatwo znaleźć zasadzkę węży i trawy szkodliwe, ale wybiera raczej pastwiska górskie, gdzie rosy czynią trawę czystą i świeżą, a słońce oczyszcza ją od gadów, tam, gdzie powietrze jest rześkie i dobre, a nie ciężkie i niezdrowe, jak na równinie. 

       Dobry pasterz obserwuje swe owieczki jedna po drugiej. Pielęgnuje je, jeśli są chore, leczy, jeśli są poranione. Tę, która mogłaby się nabawić choroby przez zbytnią zachłanność pokarmu woła, inną która zachorowałaby z powodu  zbytniego przebywania w wilgoci lub na zbyt silnym słońcu przywołuje, aby poszła na inne miejsce. A jeśli któraś niedbała nie je, on szuka jej łodyg kwaskowatych i pachnących, potrafiących rozbudzić w niej ponownie apetyt i podaje jej je własną dłonią, przemawiając do niej, jak do zaprzyjaźnionej osoby. Tak postępuje Ojciec dobry, który jest w Niebie, ze Swoimi zbłąkanymi dziećmi na ziemi. Jego miłość jest łaską, która je gromadzi, Jego głos jest przewodnikiem, Jego pastwiskami - Jego Prawo, owczarnią - Niebo. 

      Ale oto jedna owieczka Go opuszcza. Jakże On ja kochał! Była młoda, czysta, jaśniejąca, jak obłok na kwietniowym niebie. Pasterz patrzył na nią z wielka miłością, myśląc, ile dobra mógłby dla niej uczynić i ile miłości od niej otrzymać. A ona Go porzuca.

      
Szedł kusiciel drogą, która ciągnie się przy pastwisku. Nie ma surowego kaftana, lecz szatę w tysiącu kolorów. Nie ma skórzanego prymitywnego pasa i zawieszonego noża, lecz pas złoty. Zwisają z niego srebrne dzwoneczki, dźwięczące melodyjnie, jak głos słowika i ampułki z olejkami, które oszałamiają... Nie ma laski, jak dobry pasterz, aby nią gromadzić i bronić owce, jeśli zaś nie wystarcza laska, on jest gotów bronić siekierą i nożem, nawet narażając własne życie. Przechodzący kusiciel ma w rękach kadzielnicę błyszczącą od drogocennych kamieni, z której wychodzi zapach, będący zarazem odorem i zapachem miłym, który oszołamia tak, jak oślepiają mieniące się klejnoty, o, jakże fałszywie! Idzie śpiewając i rzuca garściami sól, która błyszczy na ciemnej drodze... 

        Dziewięćdziesiąt dziewięć owiec patrzy i stoją w bezruchu. 
      Setna, najmłodsza i najdroższa, daje susa i znika za kusicielem. Pasterz woła ją. Ale ona nie wraca. Biegnie szybciej niż wiatr, aby dołączyć do tego, który przechodził, kosztuje tej soli, która wpada do wnętrza i pali szaleństwem dziwnym. Z powodu niego dąży do wód głębokich i zielonych w głuchym lesie. A w lasach, za kusicielem,  grzęźnie i zapada się, i wspina się, i zstępuje, i upada... raz, dwa, trzy razy. I raz, dwa, trzy razy, czuje wokół szyi lepki uścisk gadów, a chcąc się napić, pije wody zanieczyszczone, a chcąc się pożywić, gryzie trawy błyszczące od wstrętnej śliny.

        Co robi w tym czasie dobry pasterz?
Zamyka bezpiecznie dziewięćdziesiąt dziewięć wiernych owiec i i potem rusza w drogę. Idzie, aż znajdzie ślady zagubionej. Ponieważ ona nie wraca do niego i nawet pozwala, by wiatr porywał słowa jego przywołania, on idzie do niej. Widzi ją z daleka, upojoną w kłębowisku gadów, tak pijaną, że nie odczuwa tęsknoty za obliczem, które ją kocha, i wyśmiewa je. I widzi ją ponownie, pełną winy, bo weszła, jak złodziejka, do cudzej siedziby, tak winną, ze nie ośmiela się już na niego spojrzeć... 
       Jednak pasterz nie zniechęca się... i idzie. Szuka jej, szuka, idzie za nią.  Płacząc nad śladami zaginionej - skrawki wełny: skrawki duszy; ślady krwi: rozmaite występki; nieczystości; dowody jej rozpusty - idzie i dochodzi do niej. 



    Ach, znalazłem cię, umiłowana! Doszedłem do ciebie! Jaką drogę przemierzyłem do ciebie, aby cię znaleźć znowu do owczarni. Nie pochylaj upokorzonego czoła. Twój grzech pogrzebałem w moim sercu. Nikt  oprócz mnie, który cię kocham, nie będzie o tym wiedział. Będę cię bronił przed krytyką innych, osłonię cię sobą samym, stając się tarczą chroniącą ciebie przed kamieniami oskarżycieli.  Chodź. Jesteś ranna? O, pokaż mi swoje rany. Znam je. Ale chcę, abyś mi je pokazała z ufnością, którą miałaś, kiedy byłaś czysta i patrzyłaś na mnie, twego pasterza i Boga, niewinnym okiem. Oto one. Wszystkie mają nazwy! Kusiciel, wiem o tym. To on: nie ma kija ani topora, ale uderza głębiej swoim zatrutym ukąszeniem, a z nim ranią fałszywe klejnoty z jego kadzielnicy: te, które cię zwiodły swoim błyskiem... a były siarką piekielną wydobytą na światło, aby rozpalić ci serce. Zobacz, co za rany! Ileż rozerwanej wełny, ileż krwi, ileż cierni. 

    O biedna mała zwiedziona duszo! Ale powiedz Mi: jeśli ci przebaczę, czy będziesz Mnie kochać? Powiedz Mi: jeśli wyciągnę do ciebie ramiona, czy przybiegniesz do nich? Powiedz Mi: czy jesteś spragniona dobrej miłości? W takim razie przyjdź i odródź się ponownie. Powróć na święte pastwiska. Płacz. Twój płacz wraz z Moim  obmywają ślady twojego grzechu i Ja, aby nakarmić cię, gdyż jesteś wyczerpana przez zło, które cię paliło, otwieram Sobie pierś, otwieram Sobie żyły i mówię ci: "Karm się, ale żyj!"

    Pójdź, niech cię wezmę w ramiona. Pójdziemy jak najprędzej na pastwiska święte i bezpieczne. Zapomnisz o całej tej rozpaczliwej godzinie. A dziewięćdziesiąt dziewięć sióstr, dobrych, będzie się radować z powodu twojego powrotu.




Ja ci to mówię - Moja owieczko zagubiona, której szukałem, idąc z tak daleka, do której dotarłem, którą ocaliłem - że większa jest radość między dobrymi z powodu jednego zabłąkanego, który powraca, niż z powodu dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nigdy nie oddalili się od owczarni." 
      Jezus nigdy się nie odwrócił, aby spojrzeć na drogę, którą ma za plecami i na której pojawiła się w półmroku wieczoru, Maria z Magdali. Jest jeszcze bardzo wytworna, ale już przynajmniej ubrana i okryta ciemnym welonem, który zakrywa jej rysy i kształty. Gdy jednak Jezus doszedł do słów: "Odnalazłem cię, umiłowana"  Maria wkłada ręce pod welon i płacze, cicho i nieprzerwanie. Ludzie nie widzą jej, bo znajduje się poza wałem przylegającym do drogi. Widzi ją tylko księżyc, już wysoko i duch Jezusa... 


 

czwartek, 14 kwietnia 2016

MĄDROŚĆ DZIADKÓW



    Nadchodzą sądne dni!
    Dziadek opuści nas na całe 3 tygodnie!
Wreszcie doczekał się skierowania na leczenie sanatoryjne. Będzie to jego trzeci taki wyjazd. W pierwszym, w Połczynie - Zdroju nawet przez kilka dni towarzyszyłam mężowi, jako gość SPA. W następnym, ani w tym, który nastąpi nikt mnie już nie widział i na pewno nie zobaczy. I to nie dlatego, że tym razem w Lądku Zdroju. Nic nie mam przeciwko tej pięknej miejscowości. Ale pamiętacie (zwracam się do wiernych moich Czytelników), jaką gehennę przeżyłam w Połczynie ? Jeśli nie, to proszę wrócić do posta "Suchy masaż".

   A co tu będzie się dziać na miejscu, podczas nieobecności dziadka, to tylko jeden Bóg może wiedzieć. 

Tyle obowiązków trzeba będzie przejąć.. A kto zastąpi wnusiowi dziadka?

Kto będzie małego szkraba  przynosił babci rano do łóżka w wielkiej torbie zakupowej?
Kto będzie woził taczkami? 



Kto będzie latał na czworakach po mieszkaniu, trzymając na własnych plecach 15 - kilogramowego dzieciaka?



    A przecież to dziadek miał zawieźć wnusia na wieś i powozić traktorem (jeśli tylko właściciel traktora zaryzykuje).



  A kto przyniesie na własnych ramionach  malucha ze spaceru, który uprze się, że już ani jednego kroku nie zrobi na własnych nóżkach, tak jak ta psinka na obrazku?


   No i teraz nie dziwi fakt, że nieposłuszny zaleceniom lekarzy i rodziny, dziadek, jedzie leczyć schorzenia kręgosłupa. 

     To wszystko przez  Miłość. 
Ale trzeba jeszcze tę Miłość podeprzeć Mądrością, której dziadkowi przecież nie brakuje, o tym jestem święcie przekonana.

     Przytoczę poniżej słowa Jezusa z "Poematu Boga Człowieka" Marii Valtorty. Papież Pius XII po przeczytaniu jej pism stwierdził: "Opublikujcie tę pracę w formie, w jakiej została napisana. Nie ma potrzeby wydawać opinii o jej pochodzeniu. Kto przeczyta, ten zrozumie..."

"Mądrość budzi twórcze natchnienie w życiu swoich synów i bierze w opiekę tych, którzy jej szukają... Kto ją miłuje, miłuje życie, a kto dla niej pracuje, rozraduje się jej pokojem. Kto ją posiada otrzyma dziedzictwo życia... kto jej służy będzie posłuszny Świętemu; kto ją miłuje, jest wielce umiłowany przez Boga... Jeśli w nią uwierzy, posiądzie ją w dziedzictwie, które przejdzie na jego potomstwo..." 

Dalej Jezus mówi o swoich dziadkach:

Św. Anna i św.Joachim -Wikimedia

"... Od  młodości po grób mądrość rodziła w Moich dziadkach natchnienie  do miłego Bogu życia. Stała się dla nich, jak osłaniający przed gwałtownością rozpętanych żywiołów namiot, który chroni ich przed niebezpieczeństwem grzechu. Święta bojaźń Boża jest korzeniem drzewa mądrości, które z niego wyrasta ze wszystkimi swoimi gałęziami, aby dojść do szczytu miłości, cichej w swoim pokoju, do miłości połączonej ze spokojem w swoim bezpieczeństwie, miłości niezachwianej w swojej wierności, miłości wiernej w swojej intensywności, miłości całkowitej, wspaniałomyślnej i aktywnej świętych".

   Czy potrafię zastąpić dziadka?

  Fizycznie, na pewno nie. Miłości mi nie brakuje. Mądrości? Tylko Bóg wie. 
  Ale roztropności to chyba nie tylko mnie zabrakło. Starałam się malucha załatwić przebiegłością.
Od pewnego czasu codziennie dostawał od babci ciasteczko. Domagał się jednak dwóch. Wzięłam się na sposób i zakupiłam herbatniki z 2 naklejonymi czekoladowymi misiami na jednym ciasteczku.


To go zadowoliło. Przyszły jednak ciemne chmury dla dziecka, kiedy słodycze należało odstawić z dnia na dzień.
   
    Jak wytłumaczyliśmy odstawienie słodyczy?
   "Misie urosły i poszły sobie zamieszkać w ZOO. Odwiedzimy je później".
   O dziwo, ale dziecko to kupiło.
Tylko teraz, jak czegoś nie ma, to według niego, poszło sobie do "zioo".

   Do "zioo" wysłali rodzice malucha również Babę Jagę, jak zorientowali się, że po opowiedzeniu o niej bajki, wnusio, jakoś dziwnie się przyglądał babci i pytał:
" Ła baba?" 
Muszę się dobrze przyjrzeć w lustrze. Czy ja jestem zła baba i wyglądam jak Baba Jaga?





   Wtedy szybko tłumaczyli, że w tym domu, ani w domu tej drugiej babci, nie ma złej baby. Zła baba była tylko w bajce i od razu wysłaliśmy ją  do ZOO. Teraz tam mieszka.

   Mimo wszystko on bardzo podejrzliwie na mnie patrzy i z uśmieszkiem na ustach pyta:

a baba?", powtarzając to po kilkakroć.

   A ja przecież z sercem na dłoni do niego i paluszków mu nie obgryzam, choć tak słodko wyglądają! Nawet  go nie tuczę.

 
   I jak teraz mam wybrać się, pod nieobecność dziadka, z wnuczkiem do  ZOO, bo bardzo się tego domaga?
 
   Misie może  w ZOO  pokażę mu, ale jak zacznie szukać tej Złej Baby i jej nigdzie nie znajdzie, a zamiast tego jakąś pustą klatkę? 

   Czy nie spróbuje jej zapełnić swoją babą? Już raz mnie z dziadkiem przecież zamknął na (patrz post: "Nie tylko ściany mają uszy") tutaj 

Wtedy wszystko już zgadzałoby się. Ła Baba też jest w ZIOO.