Rozdział V: Sezamie, zamknij się
Jesień tamtego roku nadchodziła cicho, malując liście na polnych ścieżkach odcieniami złota i purpury. Dla Renaty miał to być kolejny, zwyczajny wtorek, upływający pod znakiem miarowego stukotu igły w jej maszynie Mundlos. Los miał jednak zupełnie inny plan.
Gdy wracała od ciotki, idąc miedzą wzdłuż rzeki, na horyzoncie pojawiła się znajoma, nienagannie odprasowana sylwetka. To był Tymon. Nie szedł jednak sprężystym, dziarskim krokiem jak zazwyczaj. Szedł wolno, z głową lekko spuszczoną, kurczowo ściskając w dłoni swój nieodłączny kapelusz. Na jego twarzy nie było widać młodzieńczej radości, a jedynie głęboką, nabożną i bolesną powagę.
Zatrzymali się naprzeciw siebie na wąskiej ścieżce, tam gdzie zapach schnących traw mieszał się z chłodem nadchodzącego wieczoru. Przez długą chwilę ciszę przerywał jedynie cichy szum nurtu rzeki.
- Dobry wieczór, Renatko... - zaczął cicho, a jego głos, zazwyczaj tak potężny i czysty w kościelnym chórze, teraz dziwnie zadrżał.
- Dobry wieczór, Tymonie - odpowiedziała, starając się ukryć nagłe, gwałtowne bicie serca. Wyciągnęła dłoń, by poprawić rondo swojego skromnego kapelusza. - Piękny dziś mamy zmierzch, prawda?
Tymon nie spojrzał jednak na zachodzące słońce. Przeniósł swój wzrok na jej dłonie, potem na jej spłoszone oczy.
- Przyszedłem... przyszedłem się pożegnać, Renatko. Wyjeżdżam.
W tym jednym ułamku sekundy świat wokół Renaty jakby na moment zamarł. Poczuła, jak chłód rzeki nagle podchodzi jej pod samo gardło.
- Wyjeżdżasz? - powtórzyła, a to jedno słowo brzmiało jak cichy, spłoszony szept. - Do Łodzi? Do teatru? Przecież Twój głos... wszyscy mówią...
- Nie, Renatko. Nie do teatru - przerwał jej cicho, gwałtownie urwawszy zdanie, jakby samo wypowiedzenie prawdy sprawiało mu fizyczny ból. Przygryzł wargę i przez dłuższą chwilę patrzył na horyzont. - Jadę do Włocławka. Wstępuję do seminarium.
To słowo: seminarium gruchnęło między nimi niczym niespodziewany, jesienny grom. Renata poczuła, jak traci stabilny grunt pod nogami. Chciała coś powiedzieć, zaprzeczyć, wykrzyczeć ten cały żal, który w jednej sekundzie zalał jej młode serce, ale gardło miała ściśnięte tak mocno, że nie była w stanie wydusić z siebie ani jednego dźwięku.
- To... to już postanowione? - zapytała wreszcie, a w jej oczach, choć tak bardzo się przed tym broniła, błysnęły pierwsze, gorące łzy.
- Postanowione - szepnął Tymon. Zrobił mały krok w jej stronę, uniósł dłoń, jakby instynktownie chciał dotknąć jej ramienia lub otrzeć łzę na policzku, ale zatrzymał się w pół ruchu. Jego palce tylko nerwowo zacisnęły się na rondzie kapelusza. - Droga została wybrana, Renatko. Moje serce... obrało kierunek. Tak trzeba. Dla rodziny to nie jest zaskoczenie, ale... chciałem, żebyś Ty dowiedziała się ode mnie. Zanim zaczną mówić na rynku.
Renata patrzyła na niego przez mgłę napływających łez. Słuchała tych urwanych, pełnych nabożnego patosu zdań, a w głowie kołatała jej tylko jedna, rozdzierająca myśl: „A co ze mną? Co z naszymi rozmowami o wszystkim i o niczym? Co z moimi marzeniami?”. Kto mógł wtedy wiedzieć, co naprawdę skrywało serce tej młodej krawcowej? Czuła się potwornie zawiedziona, odtrącona i samotna, choć przecież formalnie nie było między nimi żadnej wielkiej zażyłości.
- Życzę ci... Bożej opieki, Tymonie - wydusiła z siebie, zmuszając się do dumnego, choć tragicznego spokoju, który cechował jej twardą naturę.
- Dziękuję, Renatko. Pamiętaj o mnie... - odpowiedział cicho chłopak.
Skłonił się nisko, odwrócił na pięcie i ruszył ścieżką w stronę miasteczka. Renata stała na miedzy tak długo, aż jego sylwetka całkowicie rozpłynęła się w gęstniejącym, wieczornym mroku. Dopiero wtedy pozwoliła łzom płynąć całkowicie bezkarnie. Wróciła do domu siostry, usiadła przy maszynie Mundlos, ale tej nocy igła milczała. Renata otworzyła szafę, wyciągnęła szmaragdową sakiewkę ze złotym skarbem, mocno przytuliła ją do piersi i cicho wyszeptała w ciemność pokoju: „Będę pamiętać...”.
Rozdział VI: Gdy milkną dzwony
Beztroski, przedwojenny świat, który Renata tak pieczołowicie układała w swojej głowie, runął pierwszego września 1939 roku. Ryk syren alarmowych, przerażone głosy sąsiadów na ulicach miasteczka i dudniący w oddali odgłos bombardowań obwieściły nadejście wojennej zawieruchy. W ułamku sekundy codzienne troski o krawieckie ściegi, pasmanterie i piękne stroje straciły jakiekolwiek znaczenie. Ustąpiły miejsca jednemu, paraliżującemu uczuciu: strachowi o jutro i o życie tych, których nosiło się w sercu.
Miasteczko szybko poddało się surowym prawom okupacji, ale dla Renaty najgorsza była dręcząca cisza. Kościelne dzwony umilkły, a chór parafialny przestał istnieć. Każdego dnia, gdy szorstka wojenna rzeczywistość zmuszała ją do bezwzględnej walki o przetrwanie i pomagania rodzicom w handlu produktami od podmiejskich rolników, jej myśli nieustannie krążyły wokół Włocławka. Drżała o los młodego kleryka. Jak radzi sobie w tych mrocznych dniach? Czy mury seminarium chronią go przed okrucieństwem wroga?
Prawda, o wiele bardziej brutalna niż najgorsze domysły, nadeszła późną jesienią, w chłodne, listopadowe popołudnie. Renata wracała właśnie z targu, gdy na polnej ścieżce spotkała zapłakaną, starszą siostrę Tymona. Kobieta była blada, a w dłoni kurczowo ściskała wilgotną od łez chusteczkę.
- Renatko... - zawołała zduszonym, drżącym głosem. - Słyszałaś, co zrobili? Niemcy... weszli do seminarium we Włocławku. Aresztowali wszystkich. Profesorów, rektora, biskupa i naszych młodych chłopców, alumnów... Wszystkich wywieźli w nieznane!
- Wszystkich? - powtórzyła Renata, a w jej oczach znowu zamarł ten sam stabilny grunt, który straciła podczas pożegnania na miedzy.
- A Tymon?
Jego też wzięli. Gestapo zamknęło ich w więzieniu, a ludzie mówią, że pędzą ich gdzieś w głąb Rzeszy, do obozów. Ślad po nich zaginął... Ślad zaginął, Renatko!
Gdy siostra Tymona odeszła, Renata została na drodze zupełnie sama, smagana zimnym, listopadowym wiatrem. W jej głowie huczały słowa o masowych aresztowaniach. Nie płakała. W jej żyłach, zamiast paraliżującego strachu, zaczęła krążyć ta niezwykła, twarda determinacja, która cechowała jej naturę. Wróciła do domu, podeszła do starej szafy i głęboko z dna wyciągnęła szmaragdową sakiewkę z maszyny Mundlos. Popatrzyła na ciężkie, złote monety błyszczące w półmroku pokoju. Teraz już wiedziała, dlaczego los postawił ten skarb na jej drodze. Te pieniądze nie miały służyć jej marzeniom o luksusowym salonie. One miały stać się tarczą, która ocali Tymona w tym niewidzialnym piekle. Musiała tylko czekać na jeden, jakikolwiek znak życia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz