Rozdział XXIII: Jodły z zapaszkiem
Kraków w 1947 r. marzł pod ciężkim, zimowym niebem. Na ulicach skrzypiał śnieg, tramwaje mozolnie przecierały szlaki, a stare kamienice trwały niewzruszone, jakby strzegły wspomnień minionych lat.
Za ich oknami toczyło się życie — pełne ludzkich trosk, przemilczanych tęsknot i historii, których nie sposób było wyczytać z mijanych na ulicy twarzy.
Każde okno skrywało jakiś sekret. Każde drzwi mogły prowadzić do opowieści, której nikt jeszcze nie znał.
W kuluarach Teatru Muzycznego atmosfera parzyła jak żywy ogień. Całe miasto żyło nadchodzącą, wielką premierą „Halki” w reżyserii Cegielskiego. Los, który do tej pory kpił z Tymona, nagle postanowił rzucić mu pod nogi diamentową szansę. Solista mający śpiewać partię Jontka dostał nagłej, poważnej niedyspozycji głosowej. Dyrekcja w pośpiechu szukała zastępstwa na czas najważniejszych prób - kogoś, kto udźwignie trudny materiał i pokaże, że jest wart wielkiej sceny.
Gdy w gabinecie dyrektora padło nazwisko Firleja, Tymon poczuł, że łapie boga za nogi. Znał tę rolę na pamięć. Ileż to razy w ich kwaterunkowym pokoju, ku rozpaczy sąsiadów, niosło się potężne, pełne pasji: „Szumią jodły na gór szczycie...”. Z mniejszymi partiami dałby sobie radę z zamkniętymi oczami. To był ten moment. Próg wielkiego świata, na który tak bardzo chciał się wdrapać.
I właśnie wtedy ta nieszczęsna, ślepa pycha okazała się bezwzględną zębatką w małżeńskim mechanizmie.
Okazało się, że opary politury, którymi tak obficie zalał Mundlosa konserwator mebli, nie wywietrzały ze strun głosowych Tymona. Gdy spróbował wyciągnąć górne, czyste dźwięki, z jego gardła wydobył się tylko głuchy, chropowaty pomruk. Chrypka i suchy, duszący kaszel rwały mu płuca przy każdej próbie wejścia na wyższe rejestry. Głos, jego jedyna świętość, odmówił posłuszeństwa.
Nim zdążył pójść do teatru i podpisać swoją zgodę lub odmowę, w pokoju rozegrał się dramat w trzech aktach. Tymon siedział przy pianinie, z wściekłością uderzając w klawisze i próbując zmusić gardło do śpiewu, gdy nagle drzwi otworzyły się bez pukania. W progu stanęła pani Kazimiera. W dłoni trzymała małą, dymiącą filiżankę, a na jej twarzy malowała się powaga godna ordynatora oddziału laryngologicznego.
- Panie Firlej, na głos najlepsze żółtko - oznajmiła mentorskim tonem, wkraczając do pokoju. - Ja wiem, co mówię, mój świętej pamięci szwagier śpiewał w chórze kościelnym i jak mu głos siadał, to tylko to go ratowało.
Tymon, zdesperowany, widzący już uciekającą rolę Jontka, odruchowo wyciągnął rękę po ratunek. Wtedy Kazimiera cofnęła filiżankę o centymetr i dodała z chytrym uśmieszkiem:
- Tylko ja panu dałam takie… z odrobiną zapaszku.
Tymon zamarł z dłonią w powietrzu.
- Jakiego zapaszku? - wykrztusił podejrzliwie.
- Eee, dla zdrowotności! Przedwojenna receptura, ajerkoniak z sekretem. Niech pan nie wypytuje, tylko pije, jak pan chce te swoje jodły na stadionach ryczeć!
Wielki tenor siedział nad parującą miksturą, wąchając ją z nieskrywaną odrazą i lękiem. Stojąca w kącie Renata musiała gwałtownie odwrócić głowę w stronę okna i przycisnąć dłoń do ust, żeby nie parsknąć śmiechem. To była najczystsza, ironiczna zemsta losu. Tymonowi przeszkadzał rytmiczny klekot Mundlosa, Kazimierze przeszkadzało jego operowe „wycie” - a teraz ta sama Kazimiera osobiście, z sadystyczną satysfakcją, aplikowała mu śmierdzące lekarstwo.
Tymon miksturę ostatecznie odepchnął. Zastępstwo i życiową szansę w „Halce” dostał ktoś inny.
Gdy za sąsiadką zamknęły się drzwi, w pokoju wybuchła cisza, która raniła mocniej niż krzyk. Tymonowi, bóstwu krakowskich salonów, potwornie trudno było przyznać się do błędu. Przecież to on sam sprowadził stolarza, on sam zataił to przed żoną i on sam nawdychał się chemicznych oparów. Przyznanie się do winy wymagałoby dojrzałości, której w nim nie było. Znacznie łatwiej, z tchórzliwą lekkością, było przesunąć odpowiedzialność na jedyną osobę, która trzymała to małżeństwo w ryzach.
Obrócił się do żony, a jego oczy płonęły jadem nienawiści do samego siebie:
- Gdybyś nie robiła takiej tragedii o tę maszynę... - rzucił jadowicie - nie musiałbym jej odnawiać. To przez twoje histerie straciłem Jontka!
I w tym momencie Renata naprawdę umilkła.
Nie dlatego, że zabrakło jej tchu czy argumentów. Po raz pierwszy, z przerażającą, lodowatą jasnością, zobaczyła potworny mechanizm, którym karmił się jej mąż. On zrobił coś bez jej zgody, poniósł porażkę, a winę za swoje kalectwo próbował bezczelnie włożyć w jej ręce. To było o wiele poważniejsze niż sprowadzenie rozstrojonego pianina czy zniszczony atłas. To była rysa na fundamencie, której Renata od tej chwili nie potrafiła już nie widzieć.
Pani Kazimiera tymczasem stała pod drzwiami, pilnie nasłuchując. Gdy tylko zrozumiała, że wielki tenor przez swoją chrypkę stracił życiową rolę, na jej twarzy wykwitł promienny uśmiech. A że jej cudowna mikstura z zapaszkiem nie pomogła? Niebywałe!
Oczywiście, pani Kazimiera była kobietą dystyngowaną i absolutnie nikomu o tym nie zamierzała mówić. NIKOMU.
No... może tylko dozorcy kamienicy przy wieczornym papierosie. I przekupkom na krakowskim targu, u których kupowała jajka. I dzielnicowemu, tak przy okazji, żeby wiedział, jakich to artystów ma na rewirze. Do końca tygodnia o „zdechniętym głosie” Firleja wiedziała już połowa Floriańskiej.
Rozdział XXIV: Lokatorka pośród poetów
Luty 1947 roku przyniósł na Floriańską mroźne, ponure dni, ale wewnątrz kwaterunkowego mieszkania na parterze atmosfera zaczęła się zagęszczać w zupełnie nowy sposób. Renata do tej pory była przekonana, że zna każdy kąt tej ciasnej przestrzeni. Los przydzielił im z Tymonem dwa pokoje, a resztę mieszkania zajmowała pani Kazimiera. Renata nie miała pojęcia, że starsza kobieta - jako wdowa po zasłużonym urzędniku – otrzymała od urzędu kwaterunkowego przydział na znacznie większą część lokalu, w tym na pokój, który przed wojną należał do zmarłego nagle profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Przez całe miesiące te drzwi we wspólnym korytarzu pozostawały zamknięte na głucho. Wszystko zmieniło się jednego poranka, gdy Kazimiera, narzekając pod nosem na drożyznę i brak opału, otworzyła je na oścież, by przewietrzyć i uprzątnąć wnętrze z myślą o podnajmie. Chciała za wszelką cenę zarobić na czynsz.
Renata, wracając ze wspólnej kuchni, przypadkiem zerknęła przez próg ze wspólnego korytarza. I dosłownie zamarła na miejscu.
Przed jej oczami, w tumanach unoszącego się w świetle słońca kurzu, ukazały się rzędy skórzanych, tłoczonych opraw. Pokój od podłogi aż po sam sufit zawalony był potężną, profesorską biblioteką. Stare, przedwojenne wydania, grube antologie, wypisy szkolne i dzieła zebrane. Kazimiera właśnie pakowała pierwsze tomy do wiklinowego kosza.
- Na makulaturę to oddam, pani Renato - żachnęła się starsza kobieta, wycierając dłonie w fartuch. - Kurz tylko zbiera, a ja tu muszę żywego człowieka wpuścić, lokatora jakiegoś, żeby grosz był na życie.
Renata podeszła bliżej, jak urzeczona. Drżącą dłonią otworzyła pierwszy z brzegu tom. Mickiewicz. Następny - Słowacki. Dalej Prus, Żeromski, Wyspiański. Gdy kartkowała pożółkłe strony, spomiędzy wersów wyłaniały się drobne, nanoszone ołówkiem uwagi, pytania i komentarze zmarłego profesora. Renata poczuła, jak serce bije jej mocniej. Ten nieżyjący naukowiec mógł stać się jej nieświadomym nauczycielem, przewodnikiem po świecie, do którego prowincjonalna krawcowa nigdy nie miała wstępu.
Nie zastanawiała się ani sekundy.
- A gdyby ich pani nie wyrzucała? - oponowała gwałtownie, odwracając się do Kazimiery.
- To co ja mam z nimi zrobić? Mówię pani, pokój muszę opróżnić i wynająć!
- Zostawić - odpowiedziała twardo Renata. - Bo ja go wynajmę. Razem z tymi książkami.
Szmaragdowa sakiewka, na którą Renata pracowała w teatrze od świtu do nocy, bez trudu opłaciła pierwszy czynsz za profesorski pokój. Był to pierwszy, tak wyraźny wydatek Renaty przeznaczony wyłącznie na własną przestrzeń, własny rozwój i - choć jeszcze głośno tego nie mówiła - na własną niezależność. Oficjalnie wytłumaczyła Tymonowi, że po sprowadzeniu zdezelowanego pianina w ich kwaterunkowej części nie ma już miejsca na trzymanie bel materiału, nici i krawieckich przyborów. W rzeczywistości jednak Renata zyskała coś o wiele cenniejszego: bezpieczny azyl. Miejsce tylko dla siebie, zaledwie kilka kroków przez wspólny przedpokój. Jej wierny Mundlos na razie pozostał na dole, z Tymonem, ale ona spędzała w profesorskim pokoju każdą wolną chwilę.
Z bliska pani Kazimiera okazała się zupełnie inną kobietą niż przez zamknięte dotąd drzwi. Owszem, wciąż była niezmordowaną plotkarą, ale pod tą fasadą kryła się kobieta potwornie samotna, mocno doświadczona przez wojenną pożogę i znacznie bystrzejsza, niż sugerowała to jej niedawna, jajeczna laryngologia. Szybko wyczuły w sobie nawzajem bratnie, twarde dusze. Renata zaczęła zaglądać do niej «po książki», a kończyła wieczory na wspólnej kawie zbożowej w kuchni Kazimiery.
I to właśnie podczas jednego z takich wieczorów starsza kobieta zrobiła rzecz niezwykle piękną. Siedziały przy małym stoliku, a Renata z nabożnym skupieniem śledziła ołówkowe zapiski profesora na marginesie „Wesela” Wyspiańskiego. Kazimiera patrzyła na nią długo przez okulary, po czym rzuciła zupełnie mimochodem, z tą swoją szorstką, krakowską mądrością:
- Pani Renato... pani się tak uczy i uczy z tych tomisk. To może by pani jaką szkołę w tym Krakowie skończyła? Przecież bystra z pani dziewczyna, szkoda tak tylko nad igłą wiecznie siedzieć.
To jedno, zwyczajne zdanie uderzyło w Renatę z siłą fizycznego ciosu. Zostało w jej głowie, pęczniejąc i kiełkując z każdą minutą. Szkoła. Matura. Wyższe wykształcenie w powojennym, tworzącym się na nowo świecie.
Zmarły profesor zostawił po sobie nie tylko zakurzone woluminy. Pomiędzy stronami Renata znajdowała stare zakładki, zasuszone liście, bilety tramwajowe i setki podkreśleń. Czytając je, krok po kroku, linijka po linijce, prowadziła intymny, niemy dialog z człowiekiem z zupełnie innej epoki. Los ułożył ich drogi w genialny, choć bolesny sposób. Tymon dostał swoją szansę na wielkość od dyrekcji i ludzi teatru, ale zmarnował ją przez pychę. Renata swoją szansę otrzymała od nieżyjącego profesora i najbardziej wścibskiej kobiety w tym samym korytarzu. I tej szansy nie zamierzała zmarnować.
Rozdział XXV: Spowiedź w profesorskim fotelu
Porządki w profesorskim pokoju okazały się drogą przez mękę. Przez miesiące nieotwierane okna sprawiły, że powietrze stało się ciężkie, a każdy ruch grubych woluminów unosił w górę gęste, szare chmury kurzu. Renata, wciąż lekko pociągająca nosem i osłabiona zimowym przeziębieniem, z trudem radziła sobie z ciężkimi, dębowymi półkami.
Wtedy wydarzyło się coś, czego jeszcze tydzień temu nikt na Floriańskiej by się nie spodziewał.
W drzwiach, z wielką ścierką i szczotką w dłoni, stanęła pani Kazimiera. Bez słowa, z tą swoją srogą, zaciętą miną, podeszła do najwyższego regału i zaczęła energicznie zgarniać pajęczyny. Przez pierwsze dwie godziny pracowały w absolutnym milczeniu, przerywanym jedynie rytmicznym szuraniem szczotek i trzaskiem odkładanych na bok tomów. To była ich wspólna, cicha kapitulacja przed kurzem, ale też pierwszy, fizyczny krok ku zawieszeniu broni. Wspólna praca zbliża kobiety szybciej niż jakakolwiek urzędowa rozmowa.
Gdy na podłodze lśnił już czysty parkiet, a książki stały równo poukładane, w pokoju zrobiło się jaśniej i przytulniej. Po długim sprzątaniu kobiety rozeszły się, żeby się odświeżyć i przebrać. Wieczorem spotkały się ponownie w profesorskim pokoju. Zmęczona Kazimiera opadła ciężko na głęboki, skórzany fotel, który przed laty należał do profesora. Wyglądała w nim na mniejszą, kruchą i nagle przerażająco starą.
Renata poszła do kuchni. Po minucie wróciła, niosąc dwa dymiące kubki naparu z lipy i rumianku.
– Napije się pani, pani Kazimiero. Może te ciepłe ziółka dobrze zrobią na gardło po tym całym pyle – powiedziała miękko, podając kobiecie naczynie.
Kazimiera ujęła kubek kościstymi dłońmi. Ciepło ceramiki ogrzało jej zmarznięte palce. Wpatrywała się w bursztynowy płyn, a jej twarda, zgorzkniała twarz nagle zaczęła drżeć. Jedno głębokie westchnienie wystarczyło, by pancerz wścibskiej plotkarki pękł z trzaskiem. Oczy starszej kobiety zaszły łzami, które zaczęły spływać po głębokich bruzdach na jej policzkach.
- Mój Antoni... on też tak kaszlał, pani Renato - odezwała się nagle, a jej głos stracił całą dotychczasową szorstkość. Był cichy, zlękniony, przepełniony bezbrzeżną rozpaczą. - Jak wrócił z Oświęcimia, to z płucami miał ruinę. Biuro kwaterunkowe dało nam ten przydział, te dwa pokoje tutaj, bo mąż był więźniem politycznym.
Myślałam... Panie Boże, myślałam, że jak już jest w domu, to najgorsze za nami. Że go odkarmię, że wyciągnę z tego cienia.
Otarła łzę wierzchem dłoni, a Renata usiadła naprzeciwko niej na niskim zaimprowizowanym stołku, słuchając w nabożnym skupieniu.
- Chodziłam koło niego jak koło świętego obrazu - ciągnęła Kazimiera, wpatrując się w kąt pokoju. - Rosół mu gotowałam z ostatnich groszy, po nocach nie spałam, słuchając, czy dycha. A on niknął w oczach. Skóra i kości. W końcu szpital... i odszedł. Zostałam sama w tych pustych pokojach. I wie pani co? Jak się dowiedziałam, że do mieszkania wprowadzają się Firlejowie, a ten pani mąż, ten Tymon, z Dachau wrócił i taki zdrowy, że aż po nocach na całą ulicę te swoje opery wyje... – kobieta zakryła twarz dłońmi, a jej ramiona zaczęły drżeć od szlochu. - Mnie serce z żalu pękało, pani Renato! Pytałam Boga: dlaczego on żyje? Dlaczego jemu się udało, a mój Antoni musiał w ziemi zgnić? Dlaczego pani męża ocaliła, a ja mojego nie potrafiłam?! Nienawidziłam tego jego śpiewu. Każda jego aria była dla mnie jak bicz.
Renata poczuła, jak jej własne łzy napływają do oczu. W ułamku sekundy zrozumiała całe okrucieństwo i bolesną logikę zachowania sąsiadki. To nie była złość - to była żałoba, która nie potrafiła znaleźć ujścia. Podobieństwo ich losów (dwóch mężów z obozów koncentracyjnych) zamiast ich połączyć, na początku postawiło między nimi mur zrodzony z niesprawiedliwości losu.
Podeszła do fotela, uklękła przy starszej kobiecie i delikatnie ujęła jej drżące dłonie.
- Pani Kazimiero... - zaczęła cicho, szukając słów, które mogłyby skleić to połamane serce. - Los bywa ślepy i niesprawiedliwy. Tymon wrócił, pani Kazimiero. Ale czasem patrzę na niego i myślę, że nie cały. Jakby coś z niego zostało tam, za drutami. A tutaj… tutaj też coraz częściej go nie poznaję. Jesteśmy obie poranione przez tę wojnę, każda inaczej. Niech pani nie płacze. Teraz jesteśmy tu razem.
W małym profesorskim pokoju, pośród mądrych, milczących książek, zapach ziół zmieszał się ze łzami dwóch kobiet. Tego wieczoru, na parterze kamienicy przy Floriańskiej, narodziła się nowa, głęboka i niezwykle twarda kobieca solidarność. Solidarność, która miała stać się dla Renaty największym oparciem w nadchodzących, burzliwych miesiącach jej małżeństwa.

