Rozdział 16: Za kulisami wielkiego świata
Kraków roku 1946 ożywał po wojennych ranach, szukając
zapomnienia w muzyce, świetle i teatralnym blichtrze. Podczas gdy Tymon z dumą
i rosnącą pewnością siebie stawiał pierwsze kroki w Państwowej Wyższej Szkole
Muzycznej, Renata musiała znaleźć sposób, by ich skromne życie w starej
kamienicy zyskało jakikolwiek stabilny fundament. Zamiast potajemnych,
wycieńczających podróży na podkrakowskie wsie po tytoń i słoninę, los
niespodziewanie otworzył przed nią zupełnie inne drzwi. Dzięki swoim niezwykłym
kunsztom krawieckim i determinacji, Renata otrzymała zatrudnienie jako
garderobiana w krakowskim Teatrze Muzycznym, którego gale i spektakle
operetkowe przyciągały powojenne elity do dystyngowanych sal Filharmonii i
Teatru im. Słowackiego.
Dla skromnej krawcowej z prowincji ten nowy świat pachniał obcością - ciężkim zapachem pudru, lawendy, kurzu i setek
rozłożonych na wieszakach aksamitów. Szybko jednak odnalazła się w tym
labiryncie luster i garderób. Szyła poprawki, prasowała ciężkie fraki, wpinała
haftki w tiulowe suknie aktorek i dbała o to, by artystyczny świat błyszczał na
scenie nieskazitelną czystością. Największym, cichym dramatem jej codzienności
był jednak fakt, że pracowała w tym samym miejscu, w którym śpiewał jej mąż.
Tymon, jako student wydziału wokalno-aktorskiego, rozpoczął swoją karierę
od śpiewu w teatralnym chórze. Nie miał jeszcze swoich wielkich, solowych arii,
ale jego potężny, głęboki tenor - ocalony przed laty za złoto ze szmaragdowej
sakiewki - z każdym wieczorem coraz
mocniej odcinał się od reszty wykonawców. Publiczność zaczynała szeptać o
nowym, genialnym odkryciu z Dachau, a wraz z uwielbieniem tłumów, w dawnego
kleryka z bolesną siłą uderzała wielka, salonowa pycha.
Renata, stojąc w półmroku kulis, z wełnianą chustą na ramionach, co wieczór
obserwowała męża na scenie. Widziała, jak brawa i blask reflektorów zmieniają
jego spokojną niegdyś twarz. Prawdziwy cios przyszedł jednak z najmniej
oczekiwanego miejsca - zza cienkich,
drewnianych ścian damskich garderób.
Pewnego wieczoru, gdy Renata układała kostiumy po skończonej operetce, zza
parawanu dobiegły ją stłumione, perliste śmiechy młodych panienek i krakowskich
chórzystek.
- Słyszałaś tego nowego tenora z chóru? Tego Firleja? - szepnęła jedna,
poprawiając przed lustrem czerwoną szminkę. - Co za głos! Gdy śpiewa, aż ciarki przechodzą
po plecach. Podobno to jakiś powojenny ocalały z obozu, cichy i tajemniczy.
- Słyszałam, słyszałam... - zawtórowała jej druga z ironicznym
uśmieszkiem. - Wszystkie dziewczęta na
roku tylko na niego patrzą. Podobno ma żonę, jakąś prostą kobietę z prowincji,
ale on ma przed sobą tak wielki świat i tak dystyngowane elity, że ta jego
krawcowa szybko stanie się dla niego za ciasna. Artysta potrzebuje muzy, a nie
sakiewki.
Słowa panienek uderzyły w Renatę z siłą fizycznego ciosu. Centymetr krawiecki i nożyczki zamarły w jej dłoniach, a serce zabiło szaleńczym, niespokojnym rytmem. Nie wyszła zza parawanu, nie zrobiła sceny. Jej twarda, dumna natura pozwoliła jej przetrwać ten moment w absolutnej, nabożnej ciszy. Spojrzała na wiszący obok frak Tymona, który sama przed kilkoma godzinami pieczołowicie odprasowała. Zrozumiała, że wielki świat krakowskiej bohemy właśnie zaczął powoli, sekunda po sekundzie, odbierać jej męża, a pycha, która w nim kiełkowała, przynosiła im z każdym dniem coraz mroczniejsze chwile małżeństwa.
Rozdział 17: Tam będę czekać
W tym samym tygodniu, gdy w damskiej garderobie
krakowskiego teatru Renata połykała łzy upokorzenia, na Floriańską przyszedł
list. Koperta była pognieciona, zaadresowana drżącym, pośpiesznym pismem jej
siostry, Weroniki.
Weronika była u kresu sił. Od zakończenia wojny minął już ponad rok, a o
jej mężu wciąż nie było żadnego znaku życia. Polski Czerwony Krzyż rozkładał
ręce – w urzędowych kartotekach panował chaos, a milczenie instytucji paliło
żywym ogniem. Weronika trwała jednak w nabożnym, upartym oczekiwaniu. Nie
przyjmowała do wiadomości najgorszego. Przecież Stefan musiał żyć. Musiał
wrócić. Tymczasem codzienność macierzyństwa i samotnego prowadzenia małego
sklepiku na prowincji powoli ją zabijała. Pomagał jej wprawdzie młody kuzyn,
chłopak obrotny i pełen zapału, który dbał o zaopatrzenie, ale to było za mało
na barki samotnej kobiety z dwiema córkami.
Renata nie wahała się ani chwili. Spakowała ubranie na zmianę, wyprosiła w
teatrze trzy dni urlopu i wsiadła w pociąg. Musiała przytulić siostrę. Czuła,
że ma wobec losu potężny dług wdzięczności.
Na miejscu zastała dom spakowany w skrzynie i Weronikę z oczami pełnymi
determinacji, która już dawno wyparła łzy.
- Jadę na dawne tereny Prus Wschodnich, Renatko - oznajmiła Weronika,
parząc herbatę w wyszczerbionych kubkach. – Do Olsztyna. Tam dają mieszkania za
samo zasiedlenie. Podobno całe poniemieckie kamienice stoją puste. Kuchnie
kafelkowe, wodociągi działają, nawet tramwaje wciąż jeżdżą. Inny świat. Ludzie
mówią, że tam życie zaczyna się na nowo. Tam będę czekać na Stefana.
Weronika miała już plan. Rozmawiała z rodzicami młodego kuzyna - zabierała
go ze sobą, by na tych nowych, dzikich ziemiach chłopak mógł zacząć naukę w
szkole średniej, a w wolnych chwilach pomagał jej w nowym życiu. Jeszcze nie
wiedziała, czy otworzy tam sklep, czy wróci do igły i nitki.
- Szkoda, siostrzyczko, że ty na tym drugim końcu Polski się zadomowiłaś -
westchnęła Weronika, patrząc na Renatę z czułością. - Gdybyśmy były razem,
rozkręciłybyśmy jakiś interesik. Krawiectwo, może moda... Dwie baby z naszą
krwią dałyby radę wszystkiemu.
Renata nie wstrzymywała siostry. Rozumiała ją bez słów. Weronika nie mogła
przecież siedzieć na zgliszczach dawnego życia i wypłakiwać oczu. Musiała żyć,
musiała zapewnić córkom godne dzieciństwo w tym bezwzględnym, powojennym
świecie.
Patrząc na zmęczoną twarz Weroniki, Renata nagle poczuła ostry, bolesny
skurcz w piersiach. Do tej pory krakowska ciasnota i rosnąca duma Tymona
wydawały jej się przekleństwem. Teraz zrozumiała, jak wielkie miała szczęście.
Jej miłość wróciła. Okaleczona, pełna pychy i mroku, ale wróciła z samego dna
piekła w Dachau. Żył. Śpiewał. Był przy niej.
Mimo że była od Weroniki młodsza, to ona musiała stać się w tym momencie
opoką. Chwyciła szorstkie dłonie siostry i ścisnęła je mocno.
- Bądź wytrwała, Werko. On wróci, zobaczysz. Cokolwiek postanowisz, czy
wyjedziesz na te Prusy, czy zostaniesz – będę cię wspierać. Zawsze. Ale jutro
muszę wracać do Krakowa. Tymon i praca na mnie czekają.
