Translate

środa, 28 października 2026

PREZENT OD LOSU, CZYLI PIĘĆ PO DWUNASTEJ W BOŻEJ GODZINIE

 16 maja 2026 roku też był czwartek. Wtedy napisałam taki post , ale na innym swoim blogu. Na blogu sakralnym:

Żyjemy w świecie wiecznego pośpiechu. Planujemy spotkania, odliczamy minuty, biegamy między obowiązkami. Dzisiaj i ja miałam w planach ważne spotkanie na szczycie. Wszystko dopięte na ostatni guzik... i nagle telefon. Kolega przekłada termin. Alarm odwołany.

W pierwszej chwili człowiek mógłby się zirytować. Ja jednak poczułam głęboką ulgę. Pomyślałam sobie: „Dostałam właśnie w prezencie coś najwspanialszego. Dostałam czas”. Czas to przedziwna waluta, której nie da się dokupić ani cofnąć. Jakże często jednak przepuszczamy go bezwiednie przez palce, aż nagle ze zdumieniem zauważamy, że na naszym życiowym zegarze jest już... pięć po dwunastej.



Gdy patrzę na swoje zdjęcie sprzed 6 lat, stoję na nim tuż obok starego, zabytkowego zegara z wahadłem. Dla mnie to relikwia pamięci. Ten przedwojenny zegar wisiał w moim domu rodzinnym. Odmierzał sekundy w miejscu, w którym przyszłam na świat. Jego miarowy, głęboki tik-tak był prawdopodobnie pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszałam – zaraz po najpiękniejszym dźwięku życia: po biciu serca mojej mamy.

Jego zegarowe serce pracowało w pełnym zdrowiu o wiele dłużej niż moje. Przetrwało wojnę, gdy ja jestem już dzieckiem czasów powojennych. Jednak i dla niego nadszedł moment krytyczny – mechanizm zmęczył się i trzeba było go ratować, montując mu coś, co dziś bez wahania nazwalibyśmy... stymulatorem serca.

Wtedy, po latach, to była dla mnie cicha przestroga: „Uważaj, Teresa... Wszystko ma swoją wytrzymałość”. Niestety, pęd życia, długoletnie kształcenie, rodzina, odpowiedzialna i pełna stresu praca sprawiły, że nie usłyszałam tego tykania na czas. Stało się. Moje serce również zażądało ratunku, a stymulator tylko czekał na swoją kolej.

Dziś mój stary przyjaciel z tarczą i ja idziemy przez czas ramię w ramię, oboje zasilani sztuczną technologią. Różni nas tylko jedno – kalendarz wymiany baterii. Zegar swoje „baterie” odświeża znacznie częściej. Ja wciąż chodzę na tej pierwszej, fabrycznej, choć – nie da się ukryć – już mocno ledwie zipiącej. Niedługo czeka mnie wizyta na jej wymianę.

Ten wolny czwartkowy czas, który tak niespodziewanie spadł mi  z nieba, uświadamia mi jedno: nie boję się tej wymiany. Bo i ja, i mój zegar jesteśmy w dobrych, Bożych rękach. Czas, który szanujemy, staje się przestrzenią spokoju. Bóg nie chce, abyśmy żyli w lęku przed uciekającymi sekundami. On chce, abyśmy każdą minutę przeżywali z miłością i pełną uważnością.