Translate

wtorek, 25 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY - TERESA CZAJKOWSKA.c.d. ROZDZIAŁY 41-42


Rozdział 41: Nikodem i Luna

Popołudniowe Lipowo wyglądało jak wycięty z XIX- wiecznej ryciny. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod butami, a zabytkowe latarnie w Parku Zdrojowym rzucały ciepłe, żółte światło na ośnieżone, ciężkie gałęzie drzew. Helena, opatulona grubym, wełnianym szalem, szła niespiesznie, trzymając Elwirę pod rękę.
    - Widzisz? - mruknęła Elwira, mocniej podtrzymując ją na lekkim, zdradliwym oblodzeniu alejki. - Nie taki ten sanatoryjny rygor straszny. Borowinę zaliczyłaś, inhalacje, a teraz najważniejsze zalecenie doktora: dotlenianie serca. I pamiętaj - żadnego pośpiechu.
    - Masz rację, Elwirko. Mieszkamy tak blisko, a nie miałyśmy pojęcia, że to miejsce jest zimą aż tak piękne - Helena odetchnęła mroźnym, czystym powietrzem. - Czuję, jakby czas płynął tu zupełnie inaczej. Spokojniej.
    W pewnym momencie z bocznej, słabiej oświetlonej alejki, tuż obok zabytkowej Palmiarni, wyszedł wysoki mężczyzna. Nie miał na sobie białego fartucha ani lekarskiego stetoskopu. Nosił doskonale skrojony, grafitowy, wełniany płaszcz, szary szal niedbale przerzucony przez ramię i eleganckie, skórzane rękawiczki. Szedł dziarskim krokiem, trzymając na smyczy dumnego, potężnego czarnego labradora, który z dziecięcą radością obwąchiwał przydrożne zaspy.




     To był doktor Nikodem. Bez okularów, z lekko rozwianymi przez zimowy wiatr szpakowatymi włosami, wyglądał zupełnie inaczej niż w gabinecie. Młodziej. Bardziej... męsko. Srebrne nitki w jego włosach lśniły w świetle latarni.
    - Dobry wieczór moim ulubionym kuracjuszkom - odezwał się, a jego głęboki, ciepły baryton zabrzmiał w mroźnym powietrzu jeszcze bardziej magnetycznie niż zazwyczaj.
    Elwira spojrzała na jego twarz, na której malował się szczery, lekko rozbawiony uśmiech. Zauważyła drobne zmarszczki wokół oczu.
    - Dobry wieczór, panie doktorze
  - Poza gabinetem jestem po prostu Nikodemem - uśmiechnął się ciepło, podchodząc bliżej.
    Czarny pies natychmiast wyczuł dobrą energię i podszedł do Heleny, przyjacielsko merdając całym ogonem i trącając jej dłoń mokrym nosem.
  - Widzę, że zalecenia spacerowe wdrożone w stu procentach. Jak się pani czuje, pani Heleno? - zapytał lekarz, a w jego głosie słychać było autentyczną troskę.
    - Cudownie, panie... to znaczy, panie Nikodemie.
   - Cieszę się. Lipowskie powietrze zimą czyni cuda - Nikodem przeniósł wzrok na Elwirę. - A pani, pani Elwiro? Nie zamarza pani w asyście mamy?
    Elwira kucając przy labradorze, który od razu wyłożył się na śniegu, domagając się pieszczot odpowiedziała, jednocześnie zatapiając dłonie w gęstej, czarnej sierści.
  -Jak na razie trzymam się, dziękuję - odpowiedziała, podnosząc głowę. - O takim psie zawsze marzyłam, kiedy byłam dzieckiem. Niestety, los chciał, że spędzałam wtedy więcej czasu w szpitalnych klinikach niż w domu, a tam, jak wiadomo, pieska nie mogłam ze sobą zabrać. Jak się wabi?
   - Luna
   - Luna jest przepiękna.
 Nikodem drgnął lekko na dźwięk słów o szpitalnym dzieciństwie. W jego spojrzeniu pojawił się głęboki, pełen szacunku podziw dla tej dziewczyny, która mimo tak trudnego startu miała w sobie tyle ciepła i radości. Westchnął cicho, patrząc na swojego psa.
   - No właśnie... ja też mam z nią teraz mały kłopot. „Dostałem propozycję, by w najbliższą sobotę wyjechać do Warszawy na dwudniową konferencję kardiologiczno-kardiochirurgiczną. Profesor zaprosił mnie do udziału w jednym z paneli. To ogromna szansa zawodowa. Ale przecież Luny ze sobą nie zabiorę na konferencję, a moja sąsiadka, która zawsze mnie ratuje, właśnie wyjechała z wnuczkiem na zimowisko. Obawiam się, że będę musiał odmówić profesorowi. Szkoda, ale pies jest dla mnie jak rodzina, nie zostawię jej samej na dwa dni.
   Elwira podniosła się ze śniegu, a w jej głowie natychmiast zakiełkował plan. Spojrzała na Helenę, która twierdząco skinęła głową, dając jej zielone światło.
   - Ależ panie doktorze... - zaczęła raźniej Elwira. - Przecież w sobotę nie mamy z Heleną planowanych żadnych zabiegów w sanatorium. Mogłybyśmy się zająć Luną. Z wielką chęcią!
   Nikodem uniósł brwi, zaskoczony, ale też wyraźnie rozbłysły mu oczy. Zaraz jednak na jego twarzy pojawił się cień rozczarowania.
  - To niezwykle kuszące i szlachetne z pani strony, pani Elwiro... Ale w naszym sanatorium obowiązuje bezwzględny zakaz wprowadzania zwierząt. Jakiś okropny, sztywny ordynator z twardymi zasadami sam tak zadecydował - zaśmiał się cicho, mrużąc oczy i bacznie ją obserwując.
   Elwira nie dała za wygraną. Zrobiła krok do przodu, a na jej ustach pojawił się ten uroczy, zadziorny uśmiech, który tak bardzo jej pasował.
   - A czy ten twardy ordynator z zasadami… – zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu – nie mógłby przymknąć oka i dać nam na weekend przepustki? Mieszkamy z Heleną w Lipowie. Zabierzemy Lunę do domu, będzie miała ogród, a mój tata na pewno chętnie porzuca jej patyk. W niedzielę wieczorem spotkamy się pod sanatorium. Co pan na to?
   Nikodem patrzył na nią przez dłuższą chwilę w milczeniu. Wydała mu się najwspanialszą, najbardziej bezinteresowną kobietą, jaką spotkał od lat. Ta jej chęć niesienia pomocy, bez pytania o profity, poruszyła w nim jakąś bardzo wrażliwą strunę.
   - Pani Elwiro... - odezwał się cicho, — Widzę, że znowu znalazła pani sposób, żeby komuś pomóc.

Rozdział 42: Wybawicielki

W sobotę rano Lipowo tonęło w słońcu, a mróz tak mocno ścisnął Park Zdrojowy, że ośnieżone gałęzie drzew wyglądały jak oblepione cukrem. Elwira i Helena, zgodnie z umową, czekały na Nikodema w małej, klimatycznej kawiarni tuż przy obrzeżach parku. Było to jedno z tych uroczych miejsc, gdzie na drzwiach wisiała zielona naklejka z miską i napisem: „Zwierzaki mile widziane”.
   Siedziały przy oknie, pijąc gorącą herbatę z miodem, gdy przed budynkiem zatrzymał się czarny samochód doktora. Po chwili drzwi kawiarni otworzyły się z głośnym dźwiękiem dzwoneczka i do środka, na napiętej jak struna smyczy, wpadła czarna, radosna Luna, a tuż za nią - lekko zasapany Nikodem.
   - Dzień dobry, moje wybawicielki! - odezwał się od progu, a jego głęboki głos natychmiast ocieplił chłodne, poranne powietrze. Luna od razu ruszyła w stronę ich stolika, ogonem omal nie strącając niskiego wazonu z suszkami.
   Nikodem usiadł na wolnym krześle, kładąc na stole potężną torbę z karmą, ulubiony sznur do przeciągania i czerwoną miskę.
  - Mam nadzieję, że nie pożałujecie tej decyzji. Luna potrafi być jak mały czołg, zwłaszcza kiedy widzi śnieg - zaśmiał się, rozpinając grafitowy płaszcz. Wskazał na torbę: - Tu jest instrukcja obsługi: jedzenie dwa razy dziennie, po spacerze wycieranie łap, bo inaczej zostawia pieczątki na podłodze, i bezwzględny zakaz spania na kanapie, choć będzie próbowała was podejść wzrokiem zbitego psa.
   - Proszę się nie martwić, panie ordynatorze - uśmiechnęła się zadziornie Elwira.
   Gdy odbierała smycz, ich palce zetknęły się na moment.
   - Mam charakterek, więc nie dam się zmanipulować jednemu labradorowi. Luna będzie u nas… to znaczy u mnie, chodzić jak w zegarku.
  Nikodem uśmiechnął się, ale w jego oczach na moment pojawił się ten badawczy, uważny błysk. Przyglądał się Elwirze, na której szyi lśnił nowoczesny, srebrny anioł od Heleny. Ten sam naszyjnik, który tak bardzo dawał mu do myślenia. Patrzył też na Helenę - spokojną, uśmiechniętą, traktującą Elwirę z taką matczyną czułością. W jego lekarskiej głowie, która na co dzień analizowała najtrudniejsze przypadki medyczne, znów zaczęły układać się elementy układanki. Spojrzał na Helenę, potem na Elwirę. Między nimi było coś, czego nie potrafił jeszcze nazwać. Nie pytał.
   - No dobrze, muszę już ruszać do Warszawy, profesor nie znosi spóźnień - Nikodem wstał, zerknął na zegarek i spojrzał na Elwirę z ogromną wdzięcznością. - Będę dzwonił wieczorem zapytać, czy chociaż kawiarnia i wasze nerwy przetrwały pierwszą misję.
  - Szerokiej drogi, panie Nikodemie. My tu przejmujemy dowodzenie - odpowiedziała Elwira, celowo używając jego imienia, co sprawiło, że lekarz rozpromienił się jeszcze bardziej.
  Gdy tylko jego samochód odjechał, Elwira i Helena spojrzały na siedzącą pod stołem Lunę, która właśnie z wielkim zaangażowaniem lizała but Elwiry.
   - No, Helenko - westchnęła Elwira z rozbawieniem. - Mamy weekend z psem ordynatora. Trzymaj kciuki, żeby mój tata nie zrobił z niej mechanika samochodowego, jak wrócę z nią do ogrodu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz