Mówi się, że genów nie oszukasz. Nasz młodszy wnuczek – w nomenklaturze rodzinnej zwany pieszczotliwie „Szczupaczkiem” – zapałał ostatnio miłością absolutną do wędkarstwa. Regularnie uskutecznia z dziadkiem tak zwane „moczenie kija” w naszym gminnym stawie. Czy gmina coś tam wrzuca, czy ryby biorą się tam z kosmosu – nie wiem.
Fakt jest taki, że panowie ryb do domu nie przynoszą. Uprawiają szlachetne catch and release – złów, opatrz rankę po haczyku buziakiem, wypuść.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby ta bezgraniczna, ichtiologiczna miłość mojego wnusia nie przeniosła się na... dział mrożonek w Auchan.
Wyobraźcie sobie tę scenę. Pełen profesjonalizm, lada chłodnicza, a w niej ona – dumna, zamrożona na kość dorada. Szczupaczek spojrzał jej w te lodowate oczy i zabiło mocniej dziecięce serduszko. Rybka potrzebuje ratunku! Sposobem znanym tylko przedszkolakom (wymuszenie strategiczne poziomu hardcore), wynegocjował u mamy zakup ryby. Mama, naiwna, pomyślała: „O, super, będzie zdrowy, bezmięsny obiad, dziecko samo wybrało!”.
Jakże głęboki był to błąd.
Kulminacja dramatu nastąpiła kilka dni później podczas wieczornego ścielenia łóżka. Mama znajduje puste opakowanie po rybie. W głowie natychmiast alarm, poty na plecach i szybki remanent pokoju. I co? I jest! Pod kanapą. Dorada. Może nie w pełnej krasie, ale z pewnością w stanie wskazującym na bliskie spotkanie z trzecim stopniem dziecięcej kreatywności.
Jak do tego doszło?
Otóż nasz ranny ptaszek obudził się o świcie, kiedy reszta świata (oraz rodzice) desperacko potrzebowała jeszcze godziny snu. Wędrowiec dostał więc standardową instrukcję: „Masz cały pokój zabawek, idź się pobawić”.
No i poszedł. Ale ile można bawić się plastikowym traktorem, skoro w zamrażalniku czeka prawdziwa przygoda? Szczupaczek samodzielnie przeprowadził akcję operacyjną: otworzył lodówkę, dokonał sekcji opakowania i humanitarnie uwolnił doradę z lodowego więzienia. Postanowił się nią pobawić. Niestety, ryba – jak to ryba, nawet ta z Auchan – okazała się „ciut, ciut za zimna” i niezwykle śliska. Wyślizgnęła się z małych rączek i zanurkowała prosto w mrok podkanapowej otchłani. Tam biedna założyła nowe, lądowe siedlisko.
I tak oto, zamiast na patelnię, dorada trafiła do domowego archiwum osobliwości. Dziadek łowi na stawie, a mama... mama zaliczyła życiowy rekord i złowiła doradę pod kanapą w pokoju dziecięcym. Strach pomyśleć, co wnusio postanowi „uratować” podczas następnych zakupów. Trzymajcie kciuki, żeby nie przeszedł na dział z homarami!
Nie wiem, czy chcecie wiedzieć, jak handel radzi sobie marketingowo pod względem rybnym....
Zachęcam Was do obejrzenia humorystycznego wpisu tą ilustracją i linkiem kierującym na odpowiedni mój dawny post.
https://zapiskizmojegobloga.blogspot.com/2021/08/apetyczne-rybki.html

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz