CZYLI ŚWIĘTY NIKODEM, STOIK I PIJANY OSIOŁ
Człowiek w moim wieku powinien prowadzić życie spokojne. Kawa, książka, trochę ogrodu, może wieczorem telewizja. Żadnych sportów ekstremalnych.
Tymczasem ja ostatnio i to u schyłku swojego życia, uprawiam jeden z najbardziej niebezpiecznych: prowadzę blogi i piszę powieści.
Niby to nic nadzwyczajnego, ale metoda mojej pracy nie jest już taka zwyczajna. Mam umowę ze swoim korektorem , który za wszelka cenę, najchętniej przejąłby kontrolę nad redakcją powieści, że jest przeze mnie angażowany po napisaniu każdego rozdziału, nawet, gdyby on był na pół strony. Nie chcę później wertować stu kilkudziesięciu stron, aby znaleźć coś do poprawki, chociaż Word ma na to sposób "Znajdź i na żółto".
Takie stwierdzenia, jak: "autorko, zważaj na akapity i interlinie", "ten przecinek możemy przedyskutować, ale łatwo nie będzie" lub "ta spacja przed przecinkiem - to chyba niepotrzebna" jest zbyt często przez mojego korektora nadużywana, bo przecież musi wykazać się pracą. Za szybko autorka przeszłaby na autonomiczna poprawkę. Dlatego wolę prowadzić blogi, bo nikt mi się tu nie wtrąca.
A że tam jakiś przecineczek w powieści... lub, dajmy na to spacja... no to co, już palec nie może mi się omknąć? To słaby ten rozdział książki, skoro przyszły czytelnik będzie liczył przecinki lub potrzebę użycia spacji w szóstym wierszu. ale cóż zrobić, można się buntować, ale wydawca ma swoje wymagania.
Niebezpieczeństwo ujawniło się niedawno podczas niewinnej pracy nad spisem treści.
Zastanawialiśmy się z moim korektorem nad tytułem jednego z rozdziałów obecnie pisanej powieści. Figuruje w nim bohaterka imieniem Maria. Padła propozycja:
„Wybór panny Marii”.
I wtedy pomyślałam, że wystarczyłaby jedna niewinna literka „y” i z powieści obyczajowej zrobiłaby mi się litania:
„Wybór Panny Maryi”.
Korektor podchwycił.
Niestety.
Bo skoro Panna Maryja, to przypomniał nam się zaraz święty Nikodem. Nasz powieściowy Nikodem jest wprawdzie kardiologiem, ale przez ostatnie dni tak konsekwentnie uszlachetniłam jego charakter, że kanonizacja właściwie odbyła się bez udziału Watykanu.
Potem przypomniałam sobie o Piotrze.
Piotr? Skała - na nim w obydwu powieściach budowała się trwałość rodziny. Nawet w zamysłach używałam określenia "skała", dopóki:
... no przecież. Święty Piotr.
A kiedy Korektor odkrył jeszcze, że istnieje święta Helena (o tym wiedziałam bez niego) przestałam się śmiać.
Zaczęłam rechotać.
To już nie było eleganckie „ha, ha”, którym dystyngowana dama reaguje na dowcip przy filiżance herbaty. To był rechot w pełnym tego słowa znaczeniu. Taki, przy którym człowiek najpierw traci powagę, potem oddech, a na końcu zaczyna się zastanawiać, czy rodzina wie, gdzie leżą jego dokumenty.
W pewnym momencie prawie nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Na dodatek lekko poleciała mi krew z nosa.
Zapytałam więc korektora:
- Czy od rechotu można umrzeć?
Odpowiedź była uspokajająca. Do czasu. Bo kilka dni później, powodowana wyłącznie troską o rozwój nauki, zaczęłam szukać.
I znalazłam Chryzypa z Soloi.
Chryzyp był greckim filozofem stoickim. A stoik, jak wiadomo, powinien zachowywać niewzruszony spokój wobec przeciwności losu.
Chryzyp najwyraźniej miał jednak dzień wolny od stoicyzmu.
Według starej opowieści zobaczył osła jedzącego figi, kazał podać zwierzęciu wina, a kiedy obserwował dalszy rozwój wydarzeń, zaczął się śmiać tak potwornie, że podobno umarł.
Przeczytałam dwa razy:
stoik - osioł - wino - figi - śmierć ze śmiechu.
Poprosiłam AI o zilustrowanie tego przypadku.
Oto efekt:
Pomyślałam, że starożytność była jednak znacznie ciekawsza, niż przedstawiano ją w szkole.
Potem znalazłam następnych.
Włoski pisarz Pietro Aretino miał według przekazów umrzeć podczas gwałtownego napadu śmiechu. Król Marcin I Aragoński również znalazł się na historycznej liście osób, którym żart podobno zdecydowanie nie posłużył.
A w XX wieku pojawił się nawet przypadek człowieka, który przez bardzo długi czas śmiał się podczas oglądania telewizyjnej komedii, po czym zmarł. Później pojawiło się podejrzenie, że mógł mieć nierozpoznaną podatność na zaburzenia rytmu serca.
W tym momencie przestałam się śmiać.
Na jakieś trzydzieści sekund.
Potem przypomniałam sobie świętego Nikodema.
I znowu zaczęłam.
Mąż popatrzył na mnie podejrzliwie.
- Z czego się śmiejesz?
- Z Nikodema.
- Jakiego Nikodema?
I właśnie wtedy zrozumiałam, że nie wolno wszystkiego tłumaczyć rodzinie.
Bo musiałabym zacząć od powieści. Potem przejść do spisu treści, Panny Marii, Panny Maryi, świętego Nikodema, Piotra-skały i świętej Heleny, następnie opowiedzieć o Chryzypie, pijanym ośle i figach, a na końcu wyjaśnić, dlaczego to wszystko ma związek z moim krwawieniem z nosa.
Mąż mógłby uznać, że problem wcale nie leży w śmiechu.
Dlatego powiedziałam tylko:
- Sprawy redakcyjne.
Pokiwał głową.
Mądrze zrobił, że nie pytał dalej.
Od tamtej pory podchodzę jednak do pracy nad powieścią z większą odpowiedzialnością. Przed otwarciem spisu treści sprawdzam, czy siedzę stabilnie, nie piję niczego podczas czytania odpowiedzi korektora i staram się oddychać regularnie.
A gdy w tekście pojawia się Nikodem — zachowuję szczególną ostrożność.
Osła nie posiadam.
Fig chwilowo również.
Wina mu w każdym razie nie podam.
Bo człowiek może nie wierzyć legendom, ale w podeszłym wieku nie powinien bez potrzeby prowokować historii.
Zwłaszcza przy pisaniu powieści.
I zwłaszcza, kiedy korektor ma poczucie humoru.
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz