
Rozdział 30: Oddanie swoich dłoni
Malwina siedziała sztywno na samym brzegu szpitalnego łóżka, a w powietrzu wokół niej, zamiast sterylnego, ostrego zapachu lizolu, unosiła się ciężka, dobrze im znana woń terpentyny. Dziewczyna, z prawą ręką uwięzioną w świeżym, ciężkim gipsie sięgającym aż po sam łokieć, gapiła się w okno z taką furią, jakby chciała samym wzrokiem skruszyć surowe mury. Przy tak zegarmistrzowskiej, precyzyjnej robocie, jaką narzucił im w tym semestrze profesor przy kopiowaniu dzieł Da Vinciego, obydwie sprawne ręce były rzeczą absolutnie niezbędną. Bez nich Malwina nie była w stanie kontrolować nawet podstawowej grubości linii, nie mówiąc już o precyzyjnym trzymaniu cienkiego pędzla przy odtwarzaniu delikatnych, anatomicznych cieni na twarzach biblijnych apostołów. Była w tej chwili całkowicie, bezwzględnie uziemiona.
– To jest po prostu koniec, Elwira. Rozumiesz to? Koniec – szepnęła z rezygnacją Malwina. – Profesor za nic w świecie nie przedłuży mi ostatecznego terminu. Dla niego brak gotowej, idealnej kopii na desce to automatyczny brak zaliczenia roku. Stracę stypendium naukowe, a bez tych pieniędzy wylecę z akademika jeszcze przed pierwszymi zimowymi śniegami.
Elwira patrzyła w milczeniu na jej mocno zaciśnięte w pięść zdrowe palce, na dumnie podniesioną brodę, pod którą krył się jednak czysty, strach przed porażką. I nagle, zupełnie bezwiednie, poczuła w żołądku to samo znajome, ciepłe uczucie, które tak dobrze pamiętała z rodzinnego domu. Przypomniała sobie własną matkę, Marię, która całymi nocami przy słabym świetle cerowała jej zniszczone ubrania, bez żalu rezygnując z zakupu nowego płaszcza dla siebie. Wspomniała Olę, która zawsze, na każdym zakręcie losu znajdowała dla niej czas i cierpliwie parzyła pachnącą melisę, gdy cały świat walił im się na głowy. Przez całe dotychczasowe życie to zawsze inni ludzie dźwigali ją na swoich barkach. Teraz, po raz pierwszy w dorosłym życiu, poczuła, że jej własne nogi są wreszcie wystarczająco silne, by utrzymać kogoś innego.
– Nie rzucisz tych studiów, Malwina – powiedziała cicho, ale z taką pewnością w głosie, że przyjaciółka aż drgnęła z zaskoczenia. – Ja to wszystko za ciebie namaluję.
– Zwariowałaś? Ty? Przecież profesor od razu, przy pierwszej korekcie, bezbłędnie pozna mój indywidualny styl i moje pociągnięcie pędzla.
– Nie pozna, jeśli mi w tym mądrze pomożesz. Ty będziesz od dzisiaj moją głową, a ja będę po prostu twoimi sprawnymi dłońmi. Przecież skończyłam to samo słynne liceum plastyczne w Zakopanem, rzemiosło i warsztat mam w palcach. Będziesz siedzieć tuż obok mnie i mówić mi krok po kroku, co mam robić. Każda plama, każdy laserunek, każdy ton. Będę dokładnie twoim fizycznym przedłużeniem.
Przez następne dwa tygodnie mały, ciasny pokój w studenckim akademiku zamienił się w prawdziwą jaskinię średniowiecznego alchemika. Elwira biegała rano na obowiązkowe wykłady, a zaraz po nich pędziła co sił w nogach do Malwiny. Rozrabiała z nabożeństwem naturalne pigmenty z żółtkiem jaja i octem, naciągała płótna, myła pędzle i ucierała grunty malarskie, aż od wysiłku rwały ją ramiona.
– Za dużo ugru, rozcieńcz to natychmiast! – dyktowała stanowczo z łóżka Malwina, blada z bólu i zmęczenia. – Pędzel lżej, Elwira! Prowadzisz go po płótnie, jakbyś machała siekierą w garażu. Delikatniej, zrób miękkie, płynne przejście, dokładnie tak, jak ja bym to zrobiła.
Elwira nie pyskowała. Zagryzała mocno wargi, ignorowała narastający ból w karku i posłusznie zmywała świeżą warstwę farby, by natychmiast zacząć wszystko od nowa. Wracała do swojego pokoju dopiero nad ranem, ze skórą intensywnie pachnącą olejem lnianym i z dłońmi uwalonymi pruskim błękitem, którego za nic nie dało się doszorować pod strumieniem zimnej wody. Była fizycznie zmęczona, ale gdy kładła się spać, czuła w piersi dziwny, zupełnie nowy rodzaj dumy. To nie była duma z własnego, osobistego sukcesu. To była czysta, nieskalana radość z faktu, że jej talent i ciężki wysiłek ratują czyjś świat przed katastrofą. Po raz pierwszy w życiu nie brała od świata – dawała mu siebie.
Rozdział 31: Podziękowanie od rodziny Malwiny
Elwira siedziała przy biurku doszczętnie zawalonym kserówkami z ikonografii chrześcijańskiej i grubymi monografiami poświęconymi twórczości Leonarda da Vinci. Do ostatecznej obrony pracy dyplomowej zostało zaledwie kilka tygodni, a dziewczyna miała nieodparte wrażenie, że jej zmęczony mózg przypomina w tej chwili wyschniętą gąbkę. Przymykała zmęczone oczy i usilnie próbowała wyobrazić sobie monumentalną Ostatnią Wieczerzę w Mediolanie albo tajemniczą Monę Lisę w paryskim Luwrze, ale czarno-białe, kiepskiej jakości reprodukcje w akademickich skryptach odbierały sztuce cały jej dawny blask. Wszystko to wydawało się bardzo odległe, jakby działo się na zupełnie innej, niedostępnej planecie. Z jej skromnym, studenckim budżetem szczytem marzeń był przecież bilet powrotny do domu na weekend.
Wtedy do pokoju, bez żadnego pukania, wpadła nagle Malwina. Ciężki gips z jej prawej ręki dawno już zniknął, a jedyną pamiątką po tamtym wypadku pozostał blady ślad na skórze i lekka ostrożność w codziennych ruchach. W tej chwili jednak w jej oczach malował się dokładnie ten sam, gorączkowy błysk, który Elwira widziała u niej podczas pamiętnego, nocnego ucierania malarskich pigmentów.
– Pakuj się – powiedziała krótko, rzucając na otwartą monografię grubą, białą kopertę.
Elwira zamrugała, patrząc na papier, który przygniótł twarz renesansowego mistrza.
– Co to jest?
– Twoje oczy, moje dłonie. Pamiętasz? – Malwina usiadła na brzegu łóżka, a jej głos nagle stracił całą dotychczasową szorstkość. – Obroniłam tę nieszczęsną kopię na piątkę, Elwira. Stypendium utrzymane. Ale to nie wszystko. Mój ojciec... opowiedziałam mu o wszystkim. O tym, jak zmywałaś za mnie słoiki, jak pachniałaś terpentyną i jak ratowałaś mój dyplom, kiedy ja mogłam tylko leżeć i ryczeć z bezsilności.
Elwira milczała, kompletnie zdezorientowana. Malwina wskazała podbródkiem na kopertę.
– Otwórz to wreszcie. Ojciec poruszył niebo i ziemię. Pracuje w firmie transportowej, jego szef ma bazy przeładunkowe w całych Niemczech i we Francji. Dogadał się z kierowcami. Masz opłacony i bezpieczny transport do samych Niemiec, a stamtąd bilet Interrail na pociągi po całej Europie. Mediolan, Paryż, Madryt. A w kopercie... w kopercie są franki i liry. Moja rodzina zbierała to przez lata na czarną godzinę. Ojciec powiedział, że czarna godzina właśnie minęła, dzięki tobie. Pod Mediolanem mieszka moja ciotka, masz u niej pokój na tydzień. W Paryżu u bratanka szefa – kolejny tydzień. Elwira, jedziesz zobaczyć Luwr i Prado. Na żywo. Przed obroną.
Elwira patrzyła na kopertę, a litery w podręczniku zaczęły jej się niebezpiecznie mazać. Poczuła, jak gardło zaciska jej się w supeł. Przez całe życie patrzyła na rodziców i na Olę, podziwiając ich zdolność do oddawania siebie innym. Zawsze myślała, że ona potrafi tylko brać.
Teraz dotarło do niej, że łańcuch dobra, który uruchomiła w tamtym dusznym pokoju w akademiku, zatoczył pełne koło i uderzył w nią z siłą, która odebrała jej dech.
– Malwina... ja nie mogę tego przyjąć – wyksztusiła, choć jej palce już drżały na krawędzi papieru.
– Spróbuj nie przyjąć, a przysięgam, że sama osobiście wrzucę cię do tego tira – zaśmiała się Malwina, ale w jej oczach też lśniły łzy. – Przestań studiować sztukę z papieru, Elwira. Jedź ją dotknąć.
<><><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz