Translate

niedziela, 16 sierpnia 2026

SERCE ELWIRY -TERESA CZAJKOWSKA c.d. ROZDZIAŁY 27-29


Rozdział 27: Rozmowa przy herbacie


   Helena siedziała w fotelu, bezmyślnie obracając w dłoniach porcelanową filiżankę. Herbata dawno wystygła. Za oknem prószył leniwy, zimowy śnieg, potęgując nastrój melancholi
   Elwira wpadła do salonu jak huragan, niosąc ze sobą zapach mrozu i świeżego chleba.
   – No i jestem! – zawołała od progu, zrzucając ciężki szalik. – Kupiłam te maślane bułeczki, które tak lubisz. Ale dlaczego ty siedzisz w ciemnościach? I co to za mina? Co powiedział lekarz?
   Helena westchnęła ciężko. Odstawiła filiżankę na stolik.
  – Kardiolog się upiera, Elwirko. Twierdzi, że moje serce ledwo zipie po tych wszystkich ostatnich przejściach. Powiedział wprost: natychmiastowe sanatorium kardiologiczne.
  – No i wspaniale! – Elwira klasnęła w dłonie, siadając naprzeciwko. – Spakujemy walizki, pojedziesz, odpoczniesz. Podreperują cię tam.
   – Oszalałaś? – Helena spojrzała na nią z przerażeniem. – Sama? Nigdy w życiu nie byłam nigdzie samotnie. Ja się tam nie odnajdę. Te wszystkie rygory, pobudki o szóstej rano, obcy ludzie w pokoju, picie wody o smaku zgniłego jaja... Umrę tam z nudów i tęsknoty. Poza tym, ja się po prostu boję.
  Elwira zamarła. Spojrzała na bladą twarz Heleny i w jej oczach nagle zapaliły się dobrze znane, bojowe iskry.
   – Mam pomysł!– zawołała tak głośno, że aż Helena drgnęła w fotelu.
    – Jaki znowu pomysł?
    Jedziemy razem!
   – Elwira, litości – Helena machnęła ręką. – Zdrowym ludziom NFZ nie daje skierowań na wczasy.
  – A kto powiedział, że jestem zdrowa? – Elwira uniosła dumnie podbródek. – Przecież dopiero co miałam operację. Należy mi się rehabilitacja pooperacyjna jak psu buda. Pójdziemy razem do twojego kardiologa. Udowodnimy mu, że twój stan psychiczny zależy od mojej obecności. Że ja się tobą opiekuję, pilnuję leków i bez siebie po prostu zginiemy. Lekarz wypisze odpowiednie kwity, a potem... potem weźmiemy szturmem NFZ!
   Helena patrzyła na nią przez dłuższą chwilę. Strach w jej oczach powoli ustępował miejsca blaskowi nadziei.
    – Naprawdę byś ze mną pojechała? – spytała cicho, a w jej głosie drżało wzruszenie.
    – Do samego piekła, Helenko, a co dopiero do wód! – Elwira mrugnęła do niej wesoło. – Zjemy te bułeczki i bierzemy się do planowania strategii

Rozdział 28: Okienko numer 4

  Automat z cichym fuknięciem wypluł mały, papierowy numerek. K-148. Helena spojrzała z rezygnacją na czerwony wyświetlacz podwieszony nad rzędem okiełznanych szyb. Paliło się tam leniwe, jakby zastygłe w czasie K-112.
   – Umrzemy tutaj – szepnęła starsza kobieta, nerwowym ruchem poprawiając ramiączko torebki. – Mówiłam ci od samego początku, Elwirko, żeby wysłać te wszystkie dokumenty tradycyjną pocztą.
    Czekały bite dwie godziny. Powietrze w rozległej sali obsługi oddziału NFZ było ciężkie, duszne, przepełnione specyficzną rezygnacją i mdłym zapachem tanich perfum. Wreszcie z głośników rozległ się upragniony, elektroniczny gong. Ding-dong. Na tablicy rozbłysnął napis: Numerek K-148 do stanowiska numer cztery. Elwira zerwała się z krzesła jak na pilną komendę. Helena ruszyła natychmiast za nią, czując, jak jej osłabione serce znowu zaczyna niebezpiecznie przyspieszać swój bieg.
    Za grubą, porysowaną szybą siedziała pani Halina. Na nosie miała oparte nisko okulary-połówki, a jej fryzura – niezwykle sztywny, obficie lakierowany kok – pamiętała jeszcze bezwzględnie poprzedni ustrój. Przed kobietą piętrzyły się potężne, groźnie wyglądające stosy papierowych teczek.
   – Słucham – rzuciła mechanicznie pani Halina, nawet na sekundę nie unosząc wzroku znad plastikowej klawiatury. Stukała w jej klawisze z zawziętością i siłą doświadczonego drwala.
  – Dzień dobry – Elwira uśmiechnęła się najpiękniej i najcieplej jak potrafiła. – My przychodzimy w sprawie leczenia uzdrowiskowego. Chciałybyśmy bardzo pojechać razem. W tym samym terminie, do jednego pokoju.
   Stukanie w klawiaturę nagle ustało. Pani Halina powoli, z namysłem uniosła głowę. Spojrzała na stojące przed nią kobiety z takim wyrazem twarzy, jakby przed chwilą poprosiły ją o natychmiastowy, darmowy lot na Marsa.
  – Razem? – powtórzyła z głębokim niedowierzaniem w głosie. – Proszę pani, centralny system losuje placówki całkowicie automatycznie. Według konkretnych schorzeń. Algorytm przydziela wszystko przez ogólnopolską przeglądarkę skierowań NFZ. Nic tu nie można ręcznie przestawić.



   – Ale my mamy bardzo ważne uzasadnienie medyczne! – Elwira zdecydowanym ruchem podsunęła pod szybę gruby plik zgromadzonych dokumentów. – Ja jestem po ciężkiej operacji kardiochirurgicznej, potrzebuję pilnej rehabilitacji ruchowej. Pani Helena ma za sobą niezwykle trudne przejścia osobiste i słabe serce. Ja się nią na co dzień opiekuję. Jeśli nas pani teraz rozdzieli i wyśle na dwa końce Polski, obie drastycznie podupadniemy na zdrowiu.
   Urzędniczka z niechęcią wzięła papierowe arkusze do ręki. Przejrzała je pobieżnie z miną surowego rzeczoznawcy badającego marną podróbkę drogiego obrazu.
 – Tutaj brakuje wyraźnej pieczątki nagłówkowej na zaświadczeniu o chorobach współistniejących – zauważyła nagle z nieskrywanym triumfem, stukając ostrym paznokciem w róg czystej kartki.
   – Lekarz podpisał to zaświadczenie cyfrowo, przecież to jest nowoczesne e-skierowanie! – broniła się dzielnie Elwira.
   – System systemem, proszę pani, a porządek w urzędowej dokumentacji musi być. Poza tym oficjalny czas oczekiwania w naszym województwie wynosi teraz co najmniej osiem miesięcy. Nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że w tym samym czasie zwolnią się dwa miejsca obok siebie w tym samym ośrodku.
  Helena poczuła, jak w jednej sekundzie robi jej się przeraźliwie słabo. Odruchowo dotknęła dłonią piersi, szukając oparcia o blat.
    – Osiem miesięcy? – szepnęła z trwogą. – Ja naprawdę nie wiem, czy moje zmęczone serce tyle czasu jeszcze…
  Elwira natychmiast to zauważyła. Błyskawicznie zmieniła dotychczasową taktykę. Pochyliła się nisko nad okienkiem, zniżając głos do konspiracyjnego, pełnego emocji szeptu.
   – Pani Halino. Niech pani spojrzy na tę starszą panią. Ona ledwo stoi na nogach. Lekarz prowadzący wyraźnie zaznaczył że leczenie sanatoryjne powinno być natychmiastowe. Czy naprawdę nie ma w waszych przepisach żadnej ludzkiej, wyjątkowej procedury? Może są jakieś nagłe zwroty? Ktoś w ostatniej chwili rezygnuje z sanatorium, a my wskakujemy na jego miejsce. Bardzo panią o to błagam. Tak po prostu, jako kobietę.
   Pani Halina spojrzała uważnie na bladą, drżącą Helenę. Potem przeniosła wzrok na zdeterminowaną, walczącą do końca Elwirę. Coś w jej twardym, urzędniczym sercu po raz pierwszy od wielu lat drgnęło. Rozejrzała się dyskretnie po całej sali obsługi, upewniając się, że nikt na nią nie patrzy, po czym z impetem uderzyła dłonią w wielką, czerwoną pieczęć. ŁUP.
   – Wpisuję państwa do bazy jako tak zwaną „rehabilitację skojarzoną” – bąknęła pod nosem, nagle mówiąc dziwnie cicho i ciepło. – Będziecie panie od dzisiaj codziennie, regularnie sprawdzać Internetowe Konto Pacjenta. Jak tylko w systemie pojawi się Lipowo -Zdrój, miejscowe sanatorium, ze zwrotów, macie natychmiast do nas dzwonić. Ale pamiętajcie, niczego paniom nie obiecywałam. Następny pros

Rozdział 29: Telefon z pretensją

Telefon na szklanym stoliku Elwiry zawibrował nagle z siłą małego trzęsienia ziemi. Na rozświetlonym ekranie błysnął duży napis: MAMA. Dziewczyna westchnęła, zebrała w sobie wszystkie siły i powoli odebrała połączenie.
    – Cześć, mamo.
  – No, wreszcie! – w słuchawce natychmiast zazgrzytał dobrze jej znany, pretensjonalny i pełen wyrzutu ton. – Trzy razy z rzędu dzwoniłam. Co ty tam właściwie robisz? Ojciec mówi, że znowu gdzieś bez celu latasz po mieście.
   – Załatwiałam ważne sprawy w urzędzie, mamo. Chodzi o oficjalne skierowanie do sanatorium.
   W słuchawce zapadła nagła, wyjątkowo ciężka cisza. Słychać było jedynie nerwowe, głośne fuknięcie matki.
   – Do sanatorium? Sama? Przecież ty w jednym miejscu nie usiedzisz nawet trzech dni. Kto cię tam w ogóle będzie pilnował? I po co ci to teraz potrzebne?
   – Po tak ciężkiej operacji kardiologicznej po prostu mi się to należy, mamo – Elwira wyprostowała się odruchowo na krześle, automatycznie przechodząc w wyuczony przez lata tryb obronny. – Lekarz prowadzący kategorycznie kazał jechać. I pod żadnym pozorem nie jadę tam sama. Jadę razem z Heleną.



   – Z tą… Heleną? – głos matki momentalnie stwardniał, a wyczuwalny w słuchawce chłód mógłby w jednej sekundzie zamrozić gorącą herbatę. – A nie mogłaś przypadkiem pojechać tam ze mną?
   – Mamo… naprawdę myślałam, że po tym wszystkim nie chciałabyś znowu przechodzić przez ten cały szpitalny koszmar razem ze mną. Byłaś przy moim łóżku bez przerwy przez tyle długich miesięcy. Chciałam po prostu, żebyś wreszcie mogła trochę odetchnąć i odpocząć. Przepraszam, jeśli to źle odebrałaś. Helena ma teraz bardzo słabe serce. Jedziemy razem, do jednego pokoju. Ten wyjazd spełnia dla mnie dwa kluczowe warunki: po pierwsze, jadę z osobą, która mnie naprawdę i bezgranicznie rozumie. Bez zbędnych słów. Po drugie, będziemy tam mieszkać tylko we dwie, więc nikt obcy nie będzie mi chrapał nad uchem przez całą noc.
   – Osoba, która cię rozumie… – powtórzyła mechanicznie matka, a w jej głosie, obok sączącego się jadu, pojawiła się nagle bolesna, zakorzeniona w sercu zazdrość. – Czyli rodzona matka, która wypłakała przez ciebie oczy, już cię nie rozumie, a obca kobieta, którą znasz od pięciu minut, to nagle twoja wielka bratnia dusza? Co ty właściwie w niej widzisz, Elwira?
    Elwira poczuła, jak z nadmiaru emocji gwałtownie zaciska jej się gardło. Spojrzała bezwiednie na stojącą dumnie na komodzie nowoczesną, srebrną figurkę anioła, którą przed chwilą otrzymała w prezencie od Heleny.
   – Mamo, to zupełnie nie tak – powiedziała znacznie ciszej, usilnie próbując zakamuflować przed rodzicielką swoje prawdziwe uczucia. – Pomyśl o tym raz w życiu czysto racjonalnie. Helena bardzo mi pomogła, kiedy byłam w potwornym dołku psychicznym. To jest z mojej strony po prostu… naturalna spłata długu wdzięczności. Ona panicznie boi się jechać tam sama, ma przypisany bardzo ostry rygor zabiegów leczniczych, a ja będę miała na nią oko przez całą dobę. Pomogę jej na miejscu. Po prostu oddaję jej przysługę.
  – Przysługę… – prychnęła z pogardą matka, ale Elwira doskonale wiedziała, że to tylko kolejna zasłona dymna. Maria całą swoją matczyną istotą czuła, że bezpowrotnie traci dotychczasową, całkowitą kontrolę nad życiem dorosłej córki.
   – Rób sobie, jak uważasz. Ale pamiętaj, że na duszę i skołatane serce nie znajdziesz żadnego lekarstwa w sanatorium. I pod żadnym pozorem nie daj się tam tej kobiecie zmanipulować. Ojciec woła z kuchni na obiad. Cześć.
  Słuchawka kliknęła sucho, zrywając połączenie. Elwira powoli, jakby w transie, odsunęła telefon od ucha. Jej prawa dłoń wciąż jeszcze lekko i niespokojnie drżała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz