Rozdział XVIII: Transakcja wiązana
Powrót na Floriańską pachniał katastrofą, zanim jeszcze Renata postawiła stopę na klatce schodowej.
Tymon wykorzystał jej trzydniową nieobecność z bezwzględną, artystyczną bezczelnością. Opętany wizją markowego fortepianu i denerwującym go, rytmicznym stukotem krawieckiej maszyny, postanowił wziąć sprawy we własne ręce. W krakowskim teatrze dogadał się ze stroicielem instrumentów. Transakcja miała być szybka, cicha i bezgotówkowa – iście „wiązana”. Stroiciel miał dostarczyć do ich kwaterunkowego pokoju stare, zdezelowane pianino, wymagające gruntownego remontu, a w zamian... miał zabrać maszynę do szycia Mundlos. Tę samą, która dla Tymona była tylko generującym hałas gratem, a dla Renaty – jedynym źródłem utrzymania i cichym świadkiem ich wielkiej, wojennej tajemnicy.
Renata weszła do kamienicy akurat w momencie, gdy ciężkie, dębowe drzwi frontowe ustąpiły z głośnym trzaskiem. Na ciemnym, wspólnym korytarzu panowało poruszenie. Dwóch spoconych tragarzy w brudnych drelichach z trudem manewrowało potężnym, obitym kocami pudłem pianina.
Ale to nie instrument sprawił, że z dłoni Renaty z głośnym łomotem upadła podróżna walizka.
Tuż przy schodach, na brudnym linoleum, stała ona. Maszyna Mundlos. Pozbawiona swojego bezpiecznego miejsca w kącie pokoju, wyglądała jak porzucony, skazany na banicję domownik. Obok niej stali stroiciel z teatru, nerwowo odliczający w pamięci zysk, oraz Tymon — z dumnie uniesioną brodą, dyrygujący całą operacją niczym wielki dyrektor opery.
Zza lekko uchylonych drzwi sąsiedniego pokoju błysnęły ciekawskie, drapieżne oczy ich współlokatorki. Starsza kobieta chłonęła każdy szczegół tego widowiska z nieskrywaną satysfakcją.
- Co tu się dzieje? - głos Renaty był cichy, ale ciął powietrze jak rzeźnicki nóż.
Tragarze zamarli, niemal upuszczając róg ciężkiego pianina. Stroiciel zmieszał się, odchrząkując nerwowo. Tylko Tymon nie stracił fasonu.
- O, Renatko, wróciłaś! - zawołał z uśmiechem, w którym kryła się jednak nuta paniki. - Widzisz, niespodzianka! Sprowadziłem instrument. Teraz będę mógł ćwiczyć w domu, jak prawdziwy artysta. Panowie właśnie pomagają mi zrobić miejsce w pokoju...
- Ta maszyna nigdzie nie pojedzie - przerwała mu Renata, wchodząc między tragarzy a Mundlosa. Postawiła stopy twardo na ziemi, osłaniając instrument własnym ciałem. Jej oczy, zazwyczaj pełne pokory, teraz płonęły czystym, lodowatym gniewem.
- Ależ pani Firlej... - zaczął stroiciel, rozkładając ręce. - Myśmy się z mężem umówili. Maszyna za pianino i strojenie. Uczciwy handel.
- Mój mąż się pomylił - ucięła, patrząc stroicielowi prosto w oczy. - Nastąpiło potworne nieporozumienie. Ta maszyna to moja własność i moje narzędzie pracy. Proszę wnieść pianino, jeśli mój mąż tak bardzo go potrzebuje. Jutro z samego rana przyjdę do teatru i osobiście ureguluję całą należność finansową. W gotówce. Co do grosza.
Stroiciel spojrzał na wściekłą krawcową, potem na zdezorientowanego Tymona, którego wielkopańska maska właśnie zaczynała pękać. Bogaty świat krakowskiej bohemy musiał ustąpić przed twardą, prowincjonalną dumą.
- No dobrze... skoro tak. Jutro w teatrze, pani Renato - burknął stroiciel, dając znak tragarzom, by wepchnęli grata do pokoju.
Maszyna wróciła na korytarz, a zaraz potem za tragarzami zatrzasnęły się drzwi. Współlokatorka zza ściany westchnęła z zawodem, żałując, że przedstawienie skończyło się tak szybko.
W małym, zagraconym pokoju, w którym surowy kontur starego pianina zajął połowę przestrzeni, zapadła śmiertelna cisza. Ściany z trudem mieściły dwoje ludzi, instrument i wiszące w powietrzu napięcie.
Tymon stał tyłem do żony, zaciskając dłonie w pięści. Pycha, którą karmił się przez ostatnie miesiące, została brutalnie ugodzona. Został upokorzony przy obcych ludziach - on, wielki tenor, bóstwo krakowskich salonów.
Rozpoczęła się ich pierwsza, prawdziwa małżeńska wojna.
Rozdział XIX: Nie zapytałeś mnie
W małym, zagraconym pokoju, w którym surowy kontur starego pianina zajął połowę przestrzeni, zapadła śmiertelna cisza. Ściany z trudem mieściły dwoje ludzi, instrument i wiszące w powietrzu napięcie.
Tymon stał tyłem do żony, zaciskając dłonie w pięści. Pycha, którą karmił się przez ostatnie miesiące, została brutalnie ugodzona. Został upokorzony przy obcych ludziach – on, wielki tenor, bóstwo krakowskich salonów. Był wściekły, ale była to wściekłość podszyta lękiem dziecka przyłapanego na gorącym uczynku.
Odwrócił się gwałtownie, próbując zrzucić z siebie poczucie winy. Ruchy miał zamaszyste, teatralne, jakby wciąż stał na scenie Filharmonii, a nie na zniszczonym linoleum kwaterunkowego pokoju.
- Musiałaś to zrobić? - zaczął, a jego wyćwiczony, głęboki głos wibrował w ciasnej przestrzeni. - Musiałaś urządzać to widowisko przy ludziach z teatru? Przecież to pianino jest mi potrzebne! Jak mam ćwiczyć, jak mam rosnąć bez instrumentu? Zresztą... ten Mundlos tylko klekocze w nocy, spać się przy nim nie da. Masz przecież teraz stałą pracę w teatrze, stałą pensję garderobianej, więc po co ci jeszcze ta maszyna w domu? Na co ona komu?
Renata stała nieruchomo przy oknie. Była lodowato spokojna. Ten spokój był jednak przerażający - przypominał gładką taflę jeziora Kocioł, pod którą kryły się zatopione dzwony i mroczne tajemnice. Nie krzyczała. Patrzyła na męża wzrokiem, który wydawał się widzieć go na wylot, wraz z całą jego rodzącą się, krakowską pychą.
Gdy skończył swoją tyradę, czekał na jej wybuch. Na płacz, na wyrzuty, na krzyki. Ale Renata tylko westchnęła cicho. Jej głos, gdy w końcu odpowiedziała, był pozbawiony jakichkolwiek emocji, a przez to ciął powietrze jak brzytwa:
- Nie zapytałeś mnie.
Tymon żachnął się, nie rozumiejąc jeszcze potwornego ciężaru tych trzech słów. Uniósł ręce w obronnym, lekceważącym geście.
- Renato, na Boga, to tylko maszyna! Stary, żelazny grat. Kupimy nową, kiedy zacznę śpiewać wielkie partie...
- Nie - przerwała mu, a w jej oczach na ułamek sekundy błysnęło coś tak bolesnego, że Tymon aż cofnął się o krok. - To ty nie wiesz, czym ona jest.
W pokoju znowu zrobiło się potwornie cicho. Te słowa zawisły między nimi niczym wyrok. Tymon poczuł, jak gardło mu się zaciska. Przecież doskonale wiedział. Wiedział, co Renata robiła dzięki tej maszynie i szmaragdowej sakiewce, gdy on gnił w obozowym pasiaku. Wiedział, ile nocy przepłakała, ile kilometrów przeszła po podkrakowskich wsiach, handlując tytoniem i słoniną, żeby on mógł dziś dumnie nosić odprasowany frak.
Ale nagle cała sprawa przestała dotyczyć pianina. Dotyczyła czegoś znacznie mroczniejszego - tego, że Tymon zaczął uważać jej ciche, codzienne męczeństwo za coś oczywistego. Za coś, co mu się, jako artyście, po prostu od losu i od niej należało.
Nie doszli do zgody. Nie było łez oczyszczenia ani padania sobie w ramiona. Pierwsza prawdziwa kłótnia w ich małżeńskim życiu skończyła się absolutną, grobową ciszą.
Tymon, odprowadzany jej lodowatym wzrokiem, podszedł wolno do swojego upragnionego instrumentu. Usiadł na skrzypiącym krześle i oparł dłonie na klawiszach, nie wydając jednak żadnego dźwięku. Renata odwróciła się od niego. Podeszła do progu, chwyciła ciężki korpus Mundlosa i z nabożnym, upartym spokojem postawiła maszynę z powrotem na jej dawnym miejscu, w kącie pokoju.
Zostali sami. Dwa potężne instrumenty w jednym ciasnym pokoju - klekoczący Mundlos i fałszujące pianino. I dwoje ludzi, którzy po raz pierwszy od powrotu z piekła poczuli, że między ich sercami zrobiło się nagle bardzo, bardzo dużo miejsca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz