Rozdział 19: Herbata w milczeniu
Maria powoli opuściła ręce. Jej prawa dłoń odruchowo zacisnęła się na rączce kuchennej ścierki. Nie musiała wcale pytać o nazwisko przybyłej kobiety ani o powód jej nagłej wizyty. Wiedziała wszystko. Matki po prostu bezbłędnie wiedzą takie rzeczy.
– Proszę… proszę wejść – powiedziała niezwykle cicho Maria. Jej głos był łagodny, całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek obrony czy dystansu.
Helena w milczeniu skinęła głową. Przekroczyła próg domu Nowaków, a jej ciemne, skórzane buty zostawiły na lśniącym parkiecie korytarza małe, ledwo widoczne ślady wilgoci. Elwira i Maria zaprosiły gościa do salonu. Pokój w jednej sekundzie utonął w popołudniowym, ciepłym słońcu – tym samym, które przed laty tak często zaglądało przez okno do szpitalnej sali Elwiry.
– Ja… zaparzę herbatę – szepnęła Maria i niemal uciekła do kuchni. Potrzebowała chociaż minuty samotności. Musiała za wszelką cenę czymś zająć drżące dłonie.
W salonie została jedynie Elwira i Helena. Dziewczyna usiadła niepewnie na samym brzegu kanapy, a Helena zajęła miejsce naprzeciwko niej, wtulając się w głęboki, skórzany fotel Piotra. Czarną teczkę położyła ostrożnie na kolanach i przytuliła ją do siebie oburącz, jakby to było małe, kruche dziecko.
– Masz jej oczy, kochanie… – odezwała się nagle Helena, a jej głos był bardzo cichy, podobny do szelestu suchych, jesiennych liści.
Elwira odruchowo dotknęła dłonią własnej szyi. Srebrny łańcuszek ze szmaragdem od Oli był przyjemnie ciepły od temperatury jej skóry.
– Moje oczy zawsze były ciemne – odpowiedziała cicho Elwira.
– Nie o sam kolor mi chodzi, moje dziecko – Helena uśmiechnęła się niezwykle smutno. – Chodzi o to, w jaki sposób patrzysz na świat. Natalia patrzyła na niego dokładnie tak samo. Jakby za wszelką cenę chciała zapamiętać każdy najmniejszy szczegół. Każdą uciekającą chwilę.
W tym momencie Maria wróciła z kuchni, niosąc przed sobą ciężką tacę. Postawiła na stole trzy delikatne, porcelanowe filiżanki z zieloną herbatą, z których natychmiast uniósł się intensywny zapach jaśminu. Po chwili opadła na kanapę tuż obok swojej córki.
Teraz, w pełnym blasku popołudniowego słońca, Helena powoli otworzyła metalowy zamek skórzanej teczki. Suwak zazgrzytał cicho w absolutnej, pełnej nabożeństwa ciszy salonu.
– Przywiozłam wam coś – powiedziała Helena, wkładając drżącą rękę do środka. – Przez wiele długich miesięcy biłam się z myślami, co właściwie powinnam z tym zrobić. To leżało w jej pokoju. Na biurku.
Wyciągnęła z głębi teczki małe, drewniane pudełko. Pachniało specyficznie – starą sosną i kurzem. Położyła je ostrożnie na szklanej ławie, dokładnie pomiędzy trzema parującymi filiżanka
– Nie chciałam, żeby te pamiątki po prostu zniknęły na zawsze w ciemnej szufladzie – kontynuowała matka Natalii. – Chciałam, żeby ktoś jeszcze, oprócz mnie jednej, naprawdę ją pamiętał. Ktoś, w kim wciąż bije jej najpiękniejsza cząstka.
Elwira powoli wyciągnęła rękę. Jej palce lekko drżały, gdy delikatnie podnosiła wieczko drewnianego pudełka. W środku, na kawałku miękkiego, zielonego materiału, leżała mała, zalaminowana fotografia. Na zdjęciu Natalia stała dumnie na samym szczycie jakiejś wysokiej góry. Porywisty wiatr mocno targał jej jasne włosy, a ona śmiała się prosto do obiektywu. Była na tym ujęciu taka … żywa. Taka silna.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz