Translate

czwartek, 23 lipca 2026

BLOGER NA STYKU FAKTU Z ABSURDEM, CZYLI JAK SOLNICZKA URATOWAŁA HONOR PANI MUSZYŃSKIEJ




Kiedy człowiek zaczyna mieszać gatunki literackie w blogowaniu – a czasem i w tym wyższym „pisarstwie” – w końcu może poczuć w życiu lekki miszmasz. I dobrze mieć tego świadomość! Choć z drugiej strony... nawet największy absurd ma zazwyczaj swoje korzenie w czystym fakcie. Jako ludzie chcemy mieć wpływ na bieg wydarzeń, a jeśli realnie nie możemy nic zrobić, od czego mamy wyobraźnię? Dopóki nikogo nią nie krzywdzimy i nie zmieniamy porządku norm, możemy tworzyć całe światy.

Tak właśnie powstała moja absurdalna historia o Pani Muszyńskiej.

    Dla jasności: nie wymyśliłam jej w stu procentach od nowa. Fakt był taki, że prawdziwa mucha wpadła mi kiedyś do lodówki. Przysięgam na wszystko – nie zamknęłam jej tam celowo! Spędziła tam może z trzy sekundy (słownie: sekundy trzy), po czym natychmiast ją wyprosiłam. I tak narodziła się seria opowieści. Część z nich gości już na stronie „Wierszyki sercem pisane”, część kurzy się w moim notatniku, a wyrywkowe, luźne „myśli” Pani Muszyńskiej czekają na swoją kolej w szufladzie.

Śladami prababci, czyli z Muszyny do Mielna
   Jak ta fikcja miesza się w głowie? Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nie zna opublikowanych odcinków. W skrócie: mucha, zwana Panią Muszyńską rodem z Muszyny, zamieszkała z nami na stałe po owym „incydencie lodówkowym”. Twierdzi ona uparcie, że jest potomkiem TEJ słynnej muchy z lat 70., która w Muszynie przysiadła na bocznej szybie naszego rodzinnego Malucha i przejechała z nami, pobożnie trzepocząc skrzydełkami, pół trasy, gdy wracaliśmy z malutkimi córeczkami z wczasów. Dopiero na ostrym zakręcie wiatr oderwał ją od szyby i wpadła prosto pod Chłopską Chatę, ku wielkiej rozpaczy dzieci.

Od tamtego czasu na wszystkie muchy patrzymy już zupełnie innym okiem.

    Nasza współczesna Pani Muszyńska poczuła zew wielkiego świata. W jednym z odcinków bezczelnie zaprosiła nawet swoich krewnych zwiedzających akurat Poznań do odwiedzenia naszego lokum. Zaprotestowałam kategorycznie!
Gdy kilka dni temu ruszaliśmy do Mielna, pogoda okazała się fatalna – wichury, deszcz, grad i niemal burza piaskowa. A Pani Muszyńska? A jakże, zabrała się z nami! Ale tym razem jak prawdziwe panisko – rozsiadła się na tylnym siedzeniu tuż obok naszej Toffi. Nad morzem koniecznie chciała pójść na plażę. Gdy jednak uświadomiłam jej, że nadmorski wiatr porwie ją i zanim zdąży rozwinąć skrzydła, wyląduje gdzieś w Berlinie... zrezygnowała. Narzekała, że wolałaby wiatr w kierunku rodzinnej Muszyny, ale z żywiołem nie pogadasz – aż gardło zatyka.
   Dąsała się potwornie, dopóki nie złożyłam jej uroczystej obietnicy: „Następnym razem przywiozę cię tu w solniczce z dziurkowanym wieczkiem! Będziesz wszystko widzieć, oddychać morskim powietrzem i żaden wiatr cię nie porwie”.
Pani Muszyńska tylko fuknęła:
– Nie trzeba było tak od razu?!

Wielki powrót i... porodówka w salonie?

   I teraz posłuchajcie, co wydarzyło się wczoraj.
Wracamy umęczeni do domu, wchodzimy do salonu, a na drzwiach tarasowych od wewnątrz – w dolnej partii szyby – wita nas chmara much! Nie jedna, nie dwie... na oko z dziesięć sztuk! Wszystkie jakieś takie niemrawe, ledwo żywe.
Nic dziwnego. Przed wyjazdem wymyłam kosze na glanc, szafki wyczyszczone, ani jednego okruszka, z kranu kropla nie kapnie. Pustynia i głód. Jak myślicie, jaka była moja pierwsza myśl?

   Czy pomyślałam racjonalnie, że to pewnie nasz wnuczek pod naszą nieobecność wychodził na taras i dał szansę miejscowej faunie na zwiedzanie pokoi? Albo że przed naszym wyjazdem jedna mucha – „przyszła mama” – zrobiła sobie z naszego salonu luksusową porodówkę?
Skądże znowu! We mnie od razu odezwała się rasowa blogerka: Aha! Pani Muszyńska nieopatrznie wygadała się w Poznaniu, że jedzie nad morze w cywilizowanych warunkach. Grupa zazdrosnych krewniaków zamiast wsiąść w pociąg powrotny do Muszyny, postanowiła poczekać, aż wyjedziemy. Stwierdzili: „Chata wolna, robimy melanż!”. Tylko, biedacy, nie przewidzieli, że u Teresy nie ma darmowego wyżywienia... I tak oto padali z głodu.

    Z wyproszeniem gości nie było kłopotu. Nie opierali się, sił nie mieli. Otworzyłam drzwi, machnęłam ręką w odpowiednim kierunku i potulnie opuścili salon. Przynajmniej na tarasie złapali trochę świeżego powietrza przed dalszą podróżą.

    A czy zostali zupełnie o głodzie? No nie. Mój zięć zapomniał wystawić kosz na śmieci przed dom (nie miał tego w zwyczaju, zawsze robi to mój mąż, a nie zostawiliśmy rozpiski wywozu). Na dnie kosza zostało odrobinę drobiazgów – dla krewnych Pani Muszyńskiej to i tak był aż nadto wystawny bankiet!

Sesja zdjęciowa „na żywo”

   Gdy  wpadła mi w ręce pieprzniczka (wiem, miała być solniczka, ale dla muchy to przecież żadna różnica!), od razu przed oczami stanęła mi Pani Muszyńska. Na potrzeby przyszłego odcinka postanowiłam bezczelnie wykorzystać jedną z tych wczorajszych, niemrawych maruderów.

    Złapałam za aparat i zrobiłam kilka szybkich fotek. No bo powiedzcie sami – gdzie ja bym później znalazła tak idealnie pozującą, spokojną muchę na żywo? 

  Gdy tak patrzyłam na tę moją nową blogową bohaterkę, dumnie pozującą przy szklanym naczyniu, coś nagle pękło w moim sercu. Bo pomyślcie... ona na koniec naprawdę mnie rozrzewniła! Tak cierpliwie pozowała, bez żadnego szemrania, bez natrętnego latania nad uchem. Kiedy sesja zdjęciowa dobiegła końca, wydawało mi się, że na pożegnanie cichutko zabzyczała... jakby śpiewała góralską piosenkę.


„Syćka se Wom zycom to i owo (...)
a my Wom zycymy scyńścio , zdrowio (...)
a do tego siły do kaździckij zyły
w setnym roku”

Jak dobrze wiecie, muchy zazwyczaj tylko nudno bzyczą, a nie śpiewają na ludową nutę, ale nasza wyobraźnia potrafi wywołać najpiękniejsze skojarzenia. I z tym życzeniem zdrowia oraz siły w każdej żyle wracam do Was z Mielna.

<><><>

  Jeśli chodzi o obrazek Pani Muszyńskiej to muszę pisać skomplikowane komendy do sztucznej inteligencji, generować obrazy, a potem jeszcze kłócić się z komputerem o poprawki!




   Zresztą, wstępny  portret Pani Muszyńskiej i tak już powstał w generatorze. Dlaczego? Bo w mojej wyobraźni Pani Muszyńska nosi elegancki, wyjściowy szaliczek i ma niezaprzeczalny aparycję światowca. A prawdziwe muchy, nawet te z Muszyny, jakoś nie chcą współpracować z krawcem!

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz