Translate

wtorek, 28 lipca 2026

LEPIEJ W PORĘ, NIŻ ZA PÓŹNO


"Edward, zamówilem dla  Ciebie TAXI "

Nazajutrz po spotkaniu towarzyskim koleżanka spojrzała na mnie z ogromnym zdziwieniem.

— Jak ty szybko wyszłaś!

Szybko?

Spojrzałam na nią równie zdziwiona.
Miałam wręcz poczucie, że i tak zasiedziałam się dłużej, niż planowałam.

Ale muszę uczciwie przyznać:
jestem domatorką.

I nie dlatego, że jestem… stara.

Zawsze nią byłam.
No dobrze — nie zawsze starą. Ale domatorką zdecydowanie tak.

Dlaczego się tłumaczę?

Bo mam pewne rodzinne obciążenie genetyczne.

Mój tata dopiero na starość „zrobił się” domatorem. Wcześniej był człowiekiem bardzo towarzyskim, otwartym i chętnym do spotkań.

Potem jednak wszędzie było mu dobrze…
ale najlepiej w domu.

Tam mógł wyciągnąć nogi na swojej kanapie, oglądać telewizję w pozycji półleżącej i — co najważniejsze — podgłośnić ją o tyle decybeli, ile akurat wymagał kontakt ze światem.

Towarzystwo zaczęło go męczyć.

Słuch miał już słabszy, rozmowy przy stole mieszały się w jeden dźwiękowy bigos i coraz trudniej było mu uczestniczyć w dyskusjach.

Nigdy jednak nie mówił wprost:
„Wracamy.”

Miał własny system sygnalizacyjny.

Siadał obok mamy albo którejś z córek i w odpowiednim momencie następowało dyskretne trącenie nogą pod stołem.
Czasem ręką.
Do tego spojrzenie.

To spojrzenie mówiło wszystko.

„Ratujcie mnie i zabierajcie do domu.”

Nieważne, że impreza dopiero się rozkręcała.

I chyba coś z taty jednak odziedziczyłam.

Nie mam zwyczaju przeciągać wizyt.
Nawet jeśli wydaje się, że za chwilę nastąpi clou programu przygotowane przez… gościa.

Tak, gościa.

Bo czasem właśnie dusza towarzystwa traci poczucie czasu najbardziej.

A gospodarz?
Gospodarz bywa już o krok od zastosowania starego, mało eleganckiego, ale niezwykle wymownego powiedzenia:

„Chodź stara spać, bo goście chcą iść do domu.”

Skoro już zeszłam na ten poziom humorystyczny, to może pójdźmy jeszcze piętro niżej:

„Komu kawę, komu herbatę… a komu palto?”

Przyznaję.
To już prawie dno dobrego wychowania.

Muszę więc szybko odbić się ku wyższej kulturze.

Na szczęście w takich chwilach można schować się za plecami mistrza.

Mariana Hemara.

Bo on potrafił opisać dramat człowieka, który nie wyszedł w porę, lepiej niż ktokolwiek inny.

Do widzenia - Marian Hemar

Jak gość który z wizytą
Zasiedział się - a gdyby
Kwadrans temu wstał z krzesła, mile prosiliby:
Niech pan jeszcze nie idzie!
Godzina taka wczesna
- Niech pan trochę zostanie!
Jeszcze napijemy się wina -
Tak by może mówili
Na pożegnanie!

Ale nie wyszedł w porę,
Zasiedział się, a teraz
Wie, że go mają dość.
I oni wiedzą, że on wie,
Że mają go dość od kwadransa
- Od pół godziny - tym bardziej
Nie wie, jak się pożegnać,
By nie okazać zbyt jawnie,
Że wie, że go mają dość.
Minęła ostatnia szansa,
Ostatni moment dla dobrze wychowanego człowieka.
A teraz, chwila po chwili, i niezabawniej.

Więc właśnie - jak ów gość
- No, do widzenia, mili
- I dziwią się: Już pan ucieka?
I jakbym słyszał, w progu 
Myślą: No, chwała Bogu!

<><><><><><><>
Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj


1 komentarz:

  1. Miałam kiedyś koleżankę, która przychodziła na obiad i wychodziła późnym wieczorem, była singielką i lubiła sie gościć.
    W końcu zaczęliśmy się ukrywać...a telefonów wówczas nie było.

    OdpowiedzUsuń